Ci, bez których nie jestem sobą

Kto się lubi, ten wie, dlaczego nie wolno kopać druhny

Poprzednio z okazji Dnia Myśli Braterskiej popełniałam wpisy na temat moich harcerskich przyjaciółek. Ponieważ przyroda lubi równowagę, przyszedł czas na tekst o płci męskiej.

Zanim związałam się na dobre z moim mężem, dwa razy byłam poważnie zakochana. Obu tych wybranków znałam z harcerstwa, zaś obie historie wspominam dziś z rozrzewnieniem, chociaż wiodła do tego długa droga. Tym razem jednak moim byłym-niedoszłym dam spokój, a skupię się na zupełnie innych relacjach.

church

Był chłodny wrześniowy wieczór. Miałam dziewiętnaście lat i wraz z moją drużyną przyjechałam tego dnia na jesienny zlot. Siedziałyśmy właśnie w kościele na czuwaniu, a ja coraz bardziej marzłam, bo nie założyłam niczego na mundur. Co zrobiłam wtedy z bluzą? Zostawiłam w szkole, w której stacjonowałyśmy? Oddałam którejś podopiecznej? Nie pamiętam. W każdym razie ziąb dawał się we znaki. W pewnej chwili poczułam szturchnięcie. Pochodziło od siedzącego obok mnie M.

Załóż, jak ci zimno – mruknął, wskazując ruchem głowy na leżącą między nami kurtkę.

– A ty? – odpowiedziałam szeptem, patrząc na niego podejrzliwie. On też miał na sobie tylko mundur, w dodatku z podwiniętymi rękawami.

Pokręcił głową. Dopiero w tamtej chwili zauważyłam, że na jego ramieniu spał w najlepsze jeden z najmłodszych zuchów. Wkrótce spostrzegł to też nasz przełożony i kazał M. obudzić malucha. Ku mojemu zaskoczeniu spotkał się z kategoryczną odmową. To chyba wtedy powiedziałam M., że będzie kiedyś dobrym ojcem, co zresztą chętnie do dziś wspomina. Nabożeństwo skończyło się bardzo późno. Wracaliśmy do szkoły zmęczeni: moje druhenki, ja, gromada zuchowa M. i on sam ze wspomnianym (już nieco rozbudzonym) śpiochem niesionym na barana. Dzieciakowi najwyraźniej spodobał się taki sposób transportu, bo zaczął dokazywać, kopiąc mnie po plecach.

– No co ty, nie kop druhny! – upomniał go stanowczo drużynowy .– A wiesz, dlaczego tak nie wolno?

– Bo dziewczyn się nie bije! – pospieszyła z odpowiedzią jedna z moich zastępowych.

Nie – zaprzeczył M. – Nie wolno kopać druhny, bo druhna ma na sobie moją kurtkę.

Kurtyna.

teacup-2325722_960_720

– Nie lubię M. – wyznał mi półtora roku później Jacek, popijając miętową herbatę z jakiegoś sfatygowanego kubka.

– Przecież wy się nawet nie znacie… – powiedziałam ostrożnie, zastanawiając się, czy coś mnie nie ominęło. Świat jest w końcu bardzo mały, zwłaszcza jeśli jest się harcerzem.

– Ale jestem o niego zazdrosny.

Parsknęłam śmiechem, chociaż było to ewidentnie nie na miejscu, zwłaszcza przy takim wrażliwcu jak Jacek.

– Chłopie, czy tobie się coś nie pomieszało? Za rok wychodzę za mąż, od początku naszej znajomości macham ci przed nosem pierścionkiem zaręczynowym, a ty mi tu wyskakujesz z zazdrością o kumpla, od którego dzieli mnie 300 kilometrów? Przecież to bez sensu.

– Widzisz… – wpatrywał się w ten kubek z herbatą, jakby zamierzał za chwilę wywróżyć mi przyszłość z fusów – bo z P. to ja nie mam szans. Wy jesteście dla siebie stworzeni, w tej sferze nie mam prawa nawet marzyć. Ale M. to co innego… uważasz go za swojego przyjaciela, a z tym chyba mogę konkurować.

Jacka poznałam na obozie harcerskim, bo gdzieżby indziej. Podobno przypominałam jego byłą dziewczynę. Jeszcze zanim się do mnie po raz pierwszy odezwał, został pouczony przez naszą wspólną znajomą, iż mam narzeczonego. Często w naszych rozmowach podkreślał, że o tym wie, a ja w swojej wrodzonej naiwności wierzyłam, że to wystarczy. O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się dopiero niespełna rok później, właśnie podczas tej rozmowy nad kubkiem miętowej herbaty. Jeszcze tego samego dnia z jakiegoś błahego powodu strzeliłam typowego babskiego focha, bardziej w sumie na pokaz, niż ze względu na rzeczywistą urazę. Nie sądziłam, że Jacek się tym przejmie. Tymczasem skutek był taki, że wracałam do domu z wielkim bukietem białych róż i kombinowałam, jak się z tego wytłumaczyć czekającemu na mnie P.

Ostatni raz było mi dane spotkać Jacka kilka lat temu, w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z harcerstwem. Jechaliśmy razem autobusem, mieliśmy nawet wysiadać w tym samym miejscu. Na przedostatnim przystanku mój towarzysz nagle poderwał się, cmoknął mnie w policzek i wyskoczył z pojazdu, nawet się nie oglądając. Chwilę później dostałam sms: „Przepraszam, nie umiałbym się z tobą pożegnać”. No i masz babo Jacek.

casal-1612464_960_720

Na przeciwnym biegunie do Jacka-romantyka uplasował się za to Remek. Z tą różnicą, że z nim akurat nigdy nie łączyły mnie żadne relacje poza zwykłym koleżeństwem i to nie przesadnie bliskim. Remek był typem podrywacza, o dziwo całkiem skutecznego. Czasem z przyjaciółkami zachodziłyśmy w głowę, jakim cudem ktokolwiek może się nabierać na jego niestworzone historie, szyte tak grubymi nićmi, że nic w nich nie trzymało się kupy. Mimo tego na każdym obozie, zlocie czy innym wyjeździe znajdował sobie nową dziewczynę (albo i dziewczyny). Problem polegał na tym, że on sam z roku na rok robił się starszy, a jego kolejne wybranki niekoniecznie. Pamiętam, jak drużynowy dogryzł mu kiedyś, że już się boi o swoją przyszłą córkę. Podczas jednego z obozów Remek doczekał się nawet psychofanki, która rozpowiadała wszystkim, że weźmie z nim ślub i urodzi mu mnóstwo dzieci. Potrafiła wykrzykiwać jego imię podczas siedzenia na latrynie, w nadziei, że usłyszy… Oboźny zgrupowania przy pierwszej lepszej okazji zasznurował ich dla żartu razem w namiocie. Podobno nasz Casanova uciekał stamtąd jak oparzony. Czasem się zastanawiam, jak potoczyły się jego losy. Ostatni raz spotkaliśmy go chyba wspólnie z M. jakieś –naście lat temu. Remek chwalił się, że jest DJ-em w klubie w centrum miasta i chętnie by z nami pogadał, ale właśnie spieszy się rozkręcać imprezę. M. stwierdził, że nie przepuści takiej okazji i pojechaliśmy za nim. Okazało się, że kręci faktycznie, ale pizzę na zapleczu.

788004_Harcerski_z_wiencem_glogowym_54

Dziś w szkole widziałam kilka harcerek, z okazji Dnia Myśli Braterskiej ubranych w mundury.

Aga, masz przekręcony krzyż! – rzuciłam  z uśmiechem.

To od zakochania, pani profesor! – zameldowała licealistka, stając na baczność.

Roześmiałam się, wspominając nasze harcerskie krzyże, czasem celowo wbrew regulaminowi noszone pod skosem na znak, że ktoś jest zakochany. Czyli jest jeszcze nadzieja, że kolejne pokolenia skautów będą kontynuowały moje opowieści…

Wszystkiego harcerskiego w Dniu Myśli Braterskiej!

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Dworska rutyna, czyli dzień z życia Księżniczki Mimi

Portale plotkarskie huczą od nagłówków o tym, że księżną Meghan przytłacza monotonia przypisana roli żony królewskiego potomka. Co się za nimi kryje – nie wiem, bo nie czytałam. Od wybranki Harrego o wiele bardziej interesuje mnie inna Księżniczka, której to szara codzienność na pewno do niczego nie zniechęca.

buckingham-palace-978830_960_720

Następczyni tronu wstaje skoro świt, a w zimie nawet wcześniej. Procesowi temu towarzyszy dwoje jej nieodłącznych dworzan – OKU i PUBU. Tego pierwszego już prawie się pozbyliśmy, czas zresztą najwyższy, bo nasza potomkini jest już u progu trzeciego roku życia… ostatnio niestety nastąpił regres i bez OKU nie da się ani zacząć dnia, ani tym bardziej go zakończyć. PUBU z kolei przyjechała kiedyś w paczce i natychmiast zdobyła serce małej Księżniczki.

Po mlecznym śniadanku i porannej toalecie przychodzi czas na KOKĘ, a następnie wyprawa do żłobka. Mimi każe służbie zakładać sobie po kolei sialik, ciapę i buti, cierpliwie pozwala przyodziać się w kurtkę oraz rękawiczki, a potem bez protestu wędruje do innych dzieci. Po drodze zazwyczaj głośno komentuje żłobkową gazetkę, na której obecnie znajduje się rodzinka BABAŁów (wskazując na największego z nich, krzyknęła ostatnio „tata!” – do dziś nie wiem, czy mówić o tym mężowi…). Jej zachwyt budzi też inny element wystroju, mianowicie JAĆKI. Mogłaby na nie patrzeć bez końca, gdziekolwiek się z nimi nie zetknie.

Odbieraniu ze żłobka także towarzyszy pewien rytuał. Księżniczka robi obchód po szatni, nazywając obrazki na szafkach innych dzieci: pieski, kotki, króliczki i kilka gatunków ZIZIZI. Następnie ubiera się i schodzi do królewskiej limuzyny (hue, hue, hue…), po drodze dostając mały kawałek BUŁI. Jeśli pogoda pozwala, powrót na rodzinne włości jest poprzedzony spacerem, podczas którego trzeba uważać na BUM-BUM i TITIT. Zdarza się, że w przechadzce towarzyszy nam PSIAPSIA, co jest możliwe po uprzednim zrobieniu AJO.

sandburg-1639994_960_720

Po powrocie na pokoje Mimi oddaje się zabawie. W ruch idą klocki Duplo lub drewniane, misie, lalki, książeczki, kolorowanki, znikopis, piłku albo KOKU. Jeśli zdobienie ojcowskiej bluzy naklejkami z filmów Disneya bądź wykonywanie operacji CIA-CIA na drewnianych smakołykach okazuje się zbyt męczące, Księżniczka robi przerwę na BAJ, przekąszając BAMAMem. Nie zawsze umie jeszcze zadbać, żeby podczas igraszek nic jej nie PAŁO. Bywa i tak, że któraś z zabawek niby przypadkiem się zawieruszy. Wtedy należy zrobić hoku-poku, czyli przykryć sobie tylko znane miejsce kuchennym ręcznikiem, wypowiedzieć zaklęcie, poczarować rączkami, podnieść ściereczkę i obwieścić sukces, krzycząc na całe gardło, że JEEEEŚ!

Wieczory w życiu Księżniczki także są całkiem zwyczajne. Mimi sprząta po sobie, nawet jeśli ten proces ogranicza się do znajdowania różnych FUFUJów i odnoszenia ich tam, gdzie FUFUJe odnosić należy. Tym sposobem nadchodzi czas na kąpiel, założenie piżamki i kolację – przeważnie w postaci mleka, nawet jeśli zainteresowanej marzy się KAŁA i SIACHO.

noble-789501_960_720

W tym miejscu muszę się pochwalić, bo od jakiegoś czasu nasza królewska latorośl zasypia dosłownie w kilka minut, nie wymagając od nas żadnych dodatkowych zabiegów… oczywiście poza dostarczeniem OKU i PUBU.

Jak widać, rutyna na królewskim dworze potrafi być wyczerpująca, ale nic nie wskazuje, żeby była równoznaczna z nudą.

Na zakończenie tego sprawozdania Księżniczka Mimi ogłasza konkurs, w którym do wygrania może być na przykład kartka z jej autografem. Aby wziąć w nim udział, należy rozszyfrować zaznaczone na kolorowo królewskie neologizmy. Wszelkie pomysły mile widziane 🙂

Takie tam różne

Hejt nasz powszedni

ODSŁONA I
wieś

Pamiętam opowieści mojej babci o tym, jak z dziadkiem w młodości zjeździli rowerami pół Polski. Spali najczęściej na wsiach u rolników. W zamian za pomoc w pracach gospodarskich otrzymywali kolację, kąt do spania, a rano świeże mleko i możliwość pozrywania owoców na drogę. Tym sposobem, nie mając ani zbyt wiele pieniędzy, ani zapasów, zwiedzili wiele pięknych miejsc i przeżyli mnóstwo przygód.

Bardzo lubiłam słuchać tych historii. Być może dlatego, że tak bardzo nie przystają do dzisiejszych czasów, kiedy to synonimem luksusu jest mieszkanie na strzeżonym osiedlu, osłoniętym dodatkowo wysokim płotem przed wzrokiem wścibskich przechodniów.

ODSŁONA II
shop-2607121_960_720

Pracowałam kiedyś w sklepie zlokalizowanym w centrum handlowym. Mieliśmy mnóstwo towaru o różnej wadze i gabarytach – od łatwo gubiących się i podlegających kradzieżom drobiazgów aż po przedmioty ciężkie i zajmujące sporo miejsca. Jako pracownicy byliśmy w większości zgraną ekipą, która umiała ze sobą współpracować. I dobrze, bo roboty było mnóstwo: a to dostawa, a to korekty faktur, a to zwroty do magazynu (szukaj sobie, człowieku, po całej sali sprzedaży „gumki do mazania małej” z odpowiednim kodem kreskowym, bo akurat taką trzeba było odesłać), a to reklamacje, uciążliwy klient, układanie promocji, raportowanie, rozliczanie i tak w kółko. Niedaleko nas w tej samej galerii mieścił się elitarny butik – taki, w którym na sukienkę i torebkę mogłabym wydać całą ówczesną wypłatę, a kto wie, czy by nie zabrakło. Były w nim zatrudnione dwie albo trzy dziewczyny, które przez większą część zmiany siedziały z nosem przyklejonym do monitora i przeglądały Naszą Klasę, bo o Facebooku to jeszcze mało kto w Polsce słyszał. Klientek było najwyżej kilkanaście dziennie (u nas >10x więcej), za to niektóre z nich zostawiały tam takie kwoty, że dzienny utarg butiku spokojnie dorównywał naszemu. Czasem rozmawialiśmy z jego pracownicami i zawsze dochodziliśmy do wniosku, że jednak byśmy się nie zamienili: ani one na to nasze latanie jak w ukropie, ani my na ich pozorny spokój, pod płaszczykiem którego ukrywało się na przykład wynoszenie zużytych podpasek z przymierzalni, bo to, że klientka majętna, nie zawsze oznaczało, że kulturalna.

Zmierzam do tego, że łatwo jest oceniać po pozorach, a jeszcze łatwiej przypinać innym wygodne łatki. Wszak i wspomniane dziewczyny z butiku, i my, pracowaliśmy na tym samym stanowisku. Teoretycznie zajmowaliśmy się również tym samym, nawet w identycznej lokalizacji. A jednak trudno zestawić ze sobą specyfikę jednej i drugiej pracy…
purchase-3090818_960_720

Powyższy przykład przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pewnej dyskusji, w której przedstawiciele różnych zawodów (m.in. pielęgniarka, nauczyciel, pracownica korporacji i „pan od łopaty”, jak sam się przedstawił) spierali się, czyja praca jest trudniejsza, bardziej odpowiedzialna i wymagająca wyższych kwalifikacji. Właściwie nie wiadomo, czy po takiej lekturze śmiać się, czy płakać… Jeżeli dojdziemy kiedyś (my, społeczeństwo) do absurdalnego wniosku, że prawdziwie ważny i potrzebny jest tylko zawód np. lekarza, to za chwilę nikt nie będzie chciał nas strzyc, wozić do pracy, ratować na kąpielisku, a na końcu pochować.

ODSŁONA III
manifestation-3608918_960_720.png

Kilka tygodni temu pracownicy jednej z państwowych instytucji w moim mieście rozpoczęli akcję protestacyjną (i tym razem nie byli to nauczyciele, przysięgam!!!). Od dawna mówiło się, że w tej placówce dzieje się źle, ludzie masowo odchodzili do prywatnych firm. Wydawało się, że strajk jest tylko kwestią czasu. Jednak kiedy w końcu wybuchł, a informacja o tym pojawiła się mediach, większość (!!!) komentarzy zawierała hejt. Internauci pisali, że paniom zza biurek się w d***ch poprzewracało, że znudziło im się picie kawy na ciepłych krzesełkach. Ktoś udostępnił link do jakiegoś artykułu o rzekomych zarobkach osób tam zatrudnionych (tia, skądś to znam…), ktoś inny napisał, że sam musi tyrać za najniższą krajową, więc jakim prawem urzędnicy chcą podwyżek… i tak dalej.

Znacie ten stary, suchy dowcip o Polakach w piekle? Przytoczę go, bo stanowi idealną ilustrację ostatniego z powyższych argumentów.

fire-1311163_960_720

Otóż święty Piotr postanowił któregoś dnia zwiedzić piekło. Już u bram zapytał oprowadzającego go Lucyfera, jak diabłom udaje się zapanować nad taką rzeszą przeklętych dusz. Lucyfer odparł, że dla ułatwienia dzielą skazańców według przynależności narodowej.
W tym kotle po prawej są Niemcy – wyjaśnił – twardy, waleczny naród, więc jak widzisz, pilnuje ich cały pułk szatanów. Obok Francuzi; to z kolei tchórze, wystarczy jeden diabełek z widełkami na straży i już jest spokój.

A tamci na końcu, bez nadzoru? – zapytał św. Piotr.

To Polacy.

Polacy? – zdumiał się gość – Ale jak to? Przecież to nacja z tak bogatą historią, pełną wojen i przekrętów, a nikt ich nie pilnuje? I jeszcze wam piekła nie roznieśli?

Nie, mój drogi – zaśmiał się Lucyfer – Polacy pilnują się sami. Kiedy tylko jeden próbuje wyleźć z kotła, zaraz reszta go wciąga z powrotem. Polak nigdy nie pozwoli, żeby jego bliźni miał lepiej od innych.

Wiadomo, że dowcip wykorzystuje stereotypy i że takie postawy można znaleźć w każdym państwie. Jest to jednak coś, czego kompletnie nie pojmuję. Postawa typu „ja mam źle, to nie pozwolę, żeby innym wiodło się lepiej”.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Trzy powyższe odsłony powstały z niepokoju. Mam ponad 30 lat i po raz pierwszy naprawdę boję się sytuacji w moim kraju (a może i na świecie, kto wie). Co się z nami dzieje, że po tragicznej śmierci człowieka, zadźganego na oczach całej Polski podczas koncertu charytatywnego, wylewamy wiadro pomyj na jego żonę, dzieci, przyjaciół, zwolenników i przeciwników politycznych, a przy okazji każdego myślącego inaczej niż my? Nawet nie widzimy, że sami też już jesteśmy od tych pomyj brudni. Jak to możliwe, że kiedy jakaś grupa zawodowa domaga się godnych pensji albo uczciwych warunków zatrudnienia, to wszystkie pozostałe zaczynają udowadniać, że są lepsze, ważniejsze i bardziej potrzebne? A co najsmutniejsze, strajkujące pielęgniarki szydzą ze strajkujących policjantów, stróże prawa z protestujących nauczycieli, ci z kolei z górników i tak dalej. Kopiemy pod sobą nawzajem doły, byle głębsze i brudniejsze, kompletnie nie zastanawiając się, kto tak naprawdę w nie wpadnie i jakie będą tego konsekwencje.

Pół biedy, gdyby ta wzajemna nienawiść ograniczała się tylko do sieci, w której, jak wiadomo, łatwiej być „odważnym” (celowo w cudzysłowie). Gorzej, że słyszę ją w sklepie, kiedy facet w kolejce głośno komentuje nagłówek z wyłożonej przy kasie gazety; widzę w oczach kobiety, która z pogardliwym prychnięciem mija wolontariuszy WOŚP; czytam w wiadomościach od rodziców moich uczniów, którym nie podoba się, że Jasio bierze udział w konkursie/nie bierze udziału w konkursie/nie wygrał konkursu/wygrał konkurs/wygrał ex aequo z Marysią (właściwe podkreślić, można wszystkie) etc…

Co trzeba zrobić, żebyśmy wszyscy otrzeźwieli, zanim będzie za późno???

Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Taka tam rodzina adopcyjna

Z przedświątecznego pamiętnika Księżniczkowej matki

Piątek, godzina 23.00

Księżniczka, wyrwana ze snu przez wystrzał petardy, wchodzi do salonu, w którym właśnie skończyliśmy stawiać choinkę. Podchodzi do drzewka, otwiera szeroko oczy, pokazuje na nie paluszkiem i mówi: „Woooow!”  Kilka minut później wraca grzecznie do łóżeczka, a my już wiemy, że jutrzejszy dzień będzie dla niej pełen przygód.

christmas-tree-1149619_960_720

Sobota, godzina 19.00

Przed południem ubieraliśmy choinkę. Właściwie to Księżniczka ubierała. Wieszała bombkę za bombką, aniołka za aniołkiem, dzwoneczek za dzwoneczkiem… wszystko na jednej gałęzi. A potem odkryła, że tych gałęzi jest więcej i na każdej można umieścić tyle ozdób, ile wlezie. Jeśli natomiast zrobi się za ciasno, to wystarczy coś zdjąć i przewiesić na inną gałązkę… i tak w kółko. Całkiem poważnie rozważamy z P. rozstawianie choinki co sobotę, przez cały rok. Księżniczka zajmie się przystrajaniem, a my w tym czasie zdążymy posprzątać, ugotować obiad i jeszcze wyskoczyć na paznokcie (ja) albo inne piwo (mąż). Co więcej, ubieraniu drzewka mała poświęciła tyle energii, że zaraz potem urządziła sobie trzygodzinną drzemkę.

kula.jpg

Marzenia trzeba jednak zostawić na później, bo w ferworze przedświątecznych przygotowań nasza latorośl zrzuciła z oparcia fotela szklaną kulę śnieżną (co one tam w ogóle robiły? I kula, i Księżniczka?!), która roztrzaskała się na tryliard okruszków. Obecnie sytuacja przedstawia się tak, że młoda skacze tacie po brzuchu, a ja zbieram szkło… na tryliard sposobów, bo to badziewie jest wszędzie.

Niedziela, 22.30

Gotowałyśmy dziś razem barszcz. Ściślej – ja gotowałam, zaś Księżniczka stała koło mnie na swoim podeściku, komentując moje działania poważnym „noooo” albo pełnym nadziei „mniam!”. W istocie, barszcz wyszedł przepyszny. Jeśli ktoś reflektuje, to mamy więcej.

barszcz

Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że w noc przed wigilią nigdy nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice puszczali mi wtedy pastorałki Krawczyka („Nie chcesz spać, bo dzisiaj noc niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok układały nas do snu” albo „Jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”) i pozwalali czuwać, dopóki nie padłam. Księżniczka, chociaż z bożonarodzeniowego klimatu jeszcze niewiele rozumie, chyba wdała się pod tym względem we mnie, bo dziś też nie mogliśmy jej położyć. Usnęła po 21., rozczarowana, że zasiedliśmy z małżonkiem na kanapie, zamiast robić coś ciekawszego… na przykład kolejny barszcz.

Żarty żartami, ale jest coś niesamowitego w tym, że nasz mały Bąbelek, który rok temu ledwo samodzielnie wstawał, asystuje już w przygotowaniach do Wigilii. Ta jej dziecięca radość z prozaicznych czynności, błysk w oczach na widok rozświetlonej choinki i atak śmiechu, kiedy mąż zakłada jej na głowę czapkę św. Mikołaja, udzielają się i nam. Wszystko nabiera sensu na nowo. Mimo tego, że święta już jutro, a u nas na stole zamiast sianka i opłatka leżą puzzle, ręczny odkurzacz, płócienny worek z Minnie i opakowanie mokrych chusteczek, to gwiazdkowy klimat zagościł w naszych czterech kątach na dobre i chyba szybko nas nie opuści.

angel

Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć choć kilku dni wytchnienia. Umiejętności odpuszczenia sobie i innym. Pojednania z tymi, do których najtrudniej jest wyciągnąć rękę. A nade wszystko – takiej właśnie dziecięcej radości, pozwalającej patrzeć na błyszczącą światełkami choinkę niczym na ósmy cud świata albo zachwycać się babcinymi pierogami jakby pochodziły z restauracji o pięciu gwiazdkach Michelin.

Na życzenia noworoczne jeszcze przyjdzie czas, a póki co – po prostu Wesołych Świąt. Przez wielkie „W” i jeszcze większe „Ś”.

Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.