Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Z przedświątecznego pamiętnika Księżniczkowej matki

Piątek, godzina 23.00

Księżniczka, wyrwana ze snu przez wystrzał petardy, wchodzi do salonu, w którym właśnie skończyliśmy stawiać choinkę. Podchodzi do drzewka, otwiera szeroko oczy, pokazuje na nie paluszkiem i mówi: „Woooow!”  Kilka minut później wraca grzecznie do łóżeczka, a my już wiemy, że jutrzejszy dzień będzie dla niej pełen przygód.

christmas-tree-1149619_960_720

Sobota, godzina 19.00

Przed południem ubieraliśmy choinkę. Właściwie to Księżniczka ubierała. Wieszała bombkę za bombką, aniołka za aniołkiem, dzwoneczek za dzwoneczkiem… wszystko na jednej gałęzi. A potem odkryła, że tych gałęzi jest więcej i na każdej można umieścić tyle ozdób, ile wlezie. Jeśli natomiast zrobi się za ciasno, to wystarczy coś zdjąć i przewiesić na inną gałązkę… i tak w kółko. Całkiem poważnie rozważamy z P. rozstawianie choinki co sobotę, przez cały rok. Księżniczka zajmie się przystrajaniem, a my w tym czasie zdążymy posprzątać, ugotować obiad i jeszcze wyskoczyć na paznokcie (ja) albo inne piwo (mąż). Co więcej, ubieraniu drzewka mała poświęciła tyle energii, że zaraz potem urządziła sobie trzygodzinną drzemkę.

kula.jpg

Marzenia trzeba jednak zostawić na później, bo w ferworze przedświątecznych przygotowań nasza latorośl zrzuciła z oparcia fotela szklaną kulę śnieżną (co one tam w ogóle robiły? I kula, i Księżniczka?!), która roztrzaskała się na tryliard okruszków. Obecnie sytuacja przedstawia się tak, że młoda skacze tacie po brzuchu, a ja zbieram szkło… na tryliard sposobów, bo to badziewie jest wszędzie.

Niedziela, 22.30

Gotowałyśmy dziś razem barszcz. Ściślej – ja gotowałam, zaś Księżniczka stała koło mnie na swoim podeściku, komentując moje działania poważnym „noooo” albo pełnym nadziei „mniam!”. W istocie, barszcz wyszedł przepyszny. Jeśli ktoś reflektuje, to mamy więcej.

barszcz

Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że w noc przed wigilią nigdy nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice puszczali mi wtedy pastorałki Krawczyka („Nie chcesz spać, bo dzisiaj noc niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok układały nas do snu” albo „Jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”) i pozwalali czuwać, dopóki nie padłam. Księżniczka, chociaż z bożonarodzeniowego klimatu jeszcze niewiele rozumie, chyba wdała się pod tym względem we mnie, bo dziś też nie mogliśmy jej położyć. Usnęła po 21., rozczarowana, że zasiedliśmy z małżonkiem na kanapie, zamiast robić coś ciekawszego… na przykład kolejny barszcz.

Żarty żartami, ale jest coś niesamowitego w tym, że nasz mały Bąbelek, który rok temu ledwo samodzielnie wstawał, asystuje już w przygotowaniach do Wigilii. Ta jej dziecięca radość z prozaicznych czynności, błysk w oczach na widok rozświetlonej choinki i atak śmiechu, kiedy mąż zakłada jej na głowę czapkę św. Mikołaja, udzielają się i nam. Wszystko nabiera sensu na nowo. Mimo tego, że święta już jutro, a u nas na stole zamiast sianka i opłatka leżą puzzle, ręczny odkurzacz, płócienny worek z Minnie i opakowanie mokrych chusteczek, to gwiazdkowy klimat zagościł w naszych czterech kątach na dobre i chyba szybko nas nie opuści.

angel

Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć choć kilku dni wytchnienia. Umiejętności odpuszczenia sobie i innym. Pojednania z tymi, do których najtrudniej jest wyciągnąć rękę. A nade wszystko – takiej właśnie dziecięcej radości, pozwalającej patrzeć na błyszczącą światełkami choinkę niczym na ósmy cud świata albo zachwycać się babcinymi pierogami jakby pochodziły z restauracji o pięciu gwiazdkach Michelin.

Na życzenia noworoczne jeszcze przyjdzie czas, a póki co – po prostu Wesołych Świąt. Przez wielkie „W” i jeszcze większe „Ś”.

Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”