Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Adopcyjny pączek z różowym lukrem, czyli słodkie poprawiny po tłustym czwartku

pink

Panie szkolące nas w ośrodku adopcyjnym niejednokrotnie wspominały, że na spotkania z kandydatami najchętniej zapraszają takie rodziny ado, których historia jest trudna, skomplikowana albo jedno i drugie. Celem takiej selekcji jest zapewne „postraszenie” przyszłych rodziców, a dokładniej – pokazanie im, na co się decydują i z czym być może będą musieli się zmierzyć. Nie odmawiam tej strategii słuszności; jeżeli ktoś ma się wycofać, lepiej, żeby zrobił to na etapie kursu, niż po fakcie, kiedy rzeczywistość go przerośnie.

Po otrzymaniu upragnionej kwalifikacji opuściliśmy ośrodek z poczuciem, że:

– czekamy na dziecko w wieku 0-2 lata, ale raczej możemy liczyć na starsze, niż na noworodka;

– dzieci do adopcji w ogóle nie ma, więc TEGO telefonu powinniśmy się spodziewać najwcześniej za rok, może półtora;

– otrzymamy propozycję dziecka chorego, z deficytami i mocno obciążonym wywiadem.

Dlaczego dzisiaj o tym piszę? Karolina z Naszego Bąbelkowa kilka dni temu umieściła mój blog w zestawieniu wartościowych witryn o adopcji (za co ogromnie dziękuję!). Jest to dla mnie miłe wyróżnienie, a przede wszystkim zaszczyt, że się tam znalazłam, bowiem pozostałe wspomniane przez nią blogi rodziców ado są wspaniałymi źródłami informacji, porad i wirtualnych spotkań. Poczułam się zobowiązana, żeby wrócić do tematu przysposobienia na łamach Stożków, głównie z myślą o ewentualnych nowych Czytelnikach, ale nie tylko. I pomyślałam sobie, że w rozmaitych artykułach prasowych lub na forach tematycznych bardzo często o adopcji pisze się patetycznie, smutno albo po prostu w 100% poważnie. Absolutnie nie uważam, że to źle. Sądzę natomiast, że czasem warto trochę rozluźnić atmosferę. I właśnie dlatego, mimo że tłusty czwartek był przedwczoraj i pewnie wszyscy macie już dosyć pączków, dolewam mnóóóóstwo różowego lukru do tej intenetowej beczki dziegciu.

donuts-2969490_960_720

Nastawialiśmy się zatem, że po kilkunastu miesiącach od szkolenia otrzymamy propozycję dziecka starszego niż w naszych marzeniach, mającego za sobą trudną przeszłość, a w sobie wiele bólu i nieufności do świata. Tymczasem pół roku później siedzieliśmy naprzeciwko pań z OA i słuchaliśmy o tym, że czeka na nas kilkudniowa dziewczynka. Ci z Was, którzy śledzą bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani – przede wszystkim organizacyjnie. Nie mieliśmy w domu NICZEGO dla noworodka i to jak najbardziej dosłownie. W dodatku czas gonił… Tydzień po telefonie z OA byliśmy już w komplecie: półprzytomni z emocji i zmęczenia my oraz niczego nieświadoma, zdrowa i NAPRAWDĘ NASZA Księżniczka.

Tzw. karta dziecka, zawierająca dane maluszka i jego rodziny biologicznej, oczywiście znacznie odbiegała od ideału. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale można było z niej wyczytać ryzyko zaistnienia naprawdę wielu problemów różnej natury. Na początku mieliśmy niejasne wrażenie, że trzymamy na rękach tykającą bombę o niewiadomej sile rażenia, która prędzej czy później wybuchnie. Krótko po otrzymaniu pieczy zaczęliśmy więc zalecony przez neonatologa rajd po lekarzach, którzy po kolei wykluczali rozmaite przypadłości.

smiley-3905722_960_720

Nasza tykająca bomba vel Księżniczka Mimi ma dzisiaj dwa latka. Często, patrząc na nią, musimy z P. wzajemnie się przekonywać, że jest prawdziwa. Czasem zastanawiamy się, czym sobie zasłużyliśmy na takie szczęście. Mała rozwija się prawidłowo; może nie jest kolejnym wcieleniem Einsteina, nie mówi pełnymi zdaniami i nie dorosła jeszcze do odpieluchowania, ale też nie daje nam póki co żadnych poważniejszych powodów do niepokoju. Owszem, weszła w fazę buntu dwulatka, potrafi wpaść w histerię w najmniej odpowiednim miejscu czy momencie, jednak nie odbiega w tym zakresie od rówieśników urodzonych i wychowywanych w rodzinach biologicznych.

Jest towarzyska, dość śmiała i przeważnie pogodna. Zaraża śmiechem całe otoczenie. Jej niania* powiedziała nam ostatnio, że nigdy dotąd nie widziała dziecka, które jest tak urocze i… które tyle je 🙂 . W ciągu sześciu godzin młoda wchłonęła bowiem nie tylko przygotowany przez nas prowiant, ale dodatkowo dwie kromki domowego chleba z sardynką (?!) i całego naleśnika z jabłkami.

Nasza córcia dba o najbliższych po swojemu, na przykład sprawiedliwie rozdając całuski; jeśli pójdzie cmoknąć tatę, to za chwilę przychodzi do mnie i na odwrót. Dzieli się jedzeniem, nawet jeśli oznacza to wpychanie nam do ust obślinionej bułki. Wypowiada słowo „misiu” w taki sposób, że za każdym razem się rozpływamy. Ostatnio zaczyna rozumieć pojęcie własności i bardzo konsekwentnie wylicza, co jest „tati”, co „mami” a co jej (czyli „moje” albo „Mimi”).

Chodzi spać regularnie i już od daaaawna przesypia całe noce (chociaż oczywiście od jednej i drugiej reguły zdarzają się wyjątki; jeden właśnie przed chwilą nastąpił 😉 ). Lubi chodzić do żłobka, a opiekunki mówią, że jest kochana. Ma niesamowicie bystre oko, potrafi dostrzec najdrobniejsze detale – na przykład pieska, który znajduje się… na koszulce lalki trzymanej przez dziecko na zdjęciu w ulotce reklamowej.

Garnie się do prac domowych; wyciera rozlane przez siebie picie, zbiera okruszki, wyrzuca śmieci („fufuje”) do kosza. Wstawia i rozwiesza pranie, naśladuje przygotowywanie potraw, próbuje odkurzać.

Pewnie, że czasem działa nam na nerwy – na przykład wtedy, kiedy wrzaskiem domaga się jakiejś błahostki (z punktu widzenia dorosłego oczywiście) i za nic nie daje się opanować; chwilami sprawia, że wzdychamy z rezygnacją – choćby wówczas, gdy po raz osiemnasty w ciągu poranka przynosi do układania te same puzzle; bywa i tak, że po prostu wykańcza nas fizycznie, do tego stopnia, że kładziemy się spać właściwie razem z nią.  Tylko co z tego, skoro każdy jej uśmiech wynagradza wszystko po stokroć?

Z dnia na dzień fakt przysposobienia przez nas Księżniczki traci swoją magiczną otoczkę. Przestaje być źródłem lęku, niepewności, niewiadomych, a staje się po prostu punktem startowym naszych rodzinnych perypetii.

unicorn-3964925_960_720.png

Jeszcze raz dziękując Karolinie za umieszczenie „Takich tam stożków…” w tak zaszczytnym rankingu, chcę tym wpisem podkreślić, że takie „różowe” i słodkie do bólu historie adopcyjne też się zdarzają. Może nie ma w tej baśni tęczy i jednorożców, ale za to jest Księżniczka w piżamce z ukochaną Myszką Minnie i z podusią w kształcie serca pod pachą.

*Niania wspomaga nas w sytuacjach awaryjnych, np. kiedy mała nie może jeszcze wrócić do żłobka po chorobie, a nam się skończyło zwolnienie lekarskie.

Reklamy
Taka tam ja...

13 faktów, które zamieszczam, bo Olitorii się nie odmawia :)

Dziękuję blogowej Koleżance z tamaluga.wordpress.com za nominację-prowokację. Obawiam się niestety, że moje życie jest poukładane niczym ulubione puzzle Księżniczki* i przewidywalne jak 1567 odcinek „Na Wspólnej”. Trudno w nim znaleźć coś, co mogłoby zaskoczyć czytelników Stożków, a tym bardziej osoby, które znają mnie także poza ekranem. Te kilkanaście faktów to jednak nie tak wiele, może coś się znajdzie. Postaram się uporządkować je chronologicznie.

cute-3162219_960_720.jpg

  1. Jako dziewięcioletnia dziewczynka miałam chomika, którego ze względu na silną alergię musiałam oddać. Okropnie to przeżyłam.
  2. Od dziewiątego do dwudziestego pierwszego roku życia pisałam wiersze. Znalazłoby się nawet kilka takich, których dziś się nie wstydzę.
  3. W wieku 12 lat wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem raka mózgu. Ostatecznie nowotwór wykluczono, ale nigdy się nie dowiedziałam, co właściwie z moim mózgiem jest nie tak.
  4. W bardzo wczesnej młodości pragnęłam zostać prawnikiem, a potem weterynarzem. Nauczycielskiego bakcyla złapałam na dobre w początkach liceum.
  5. Na pierwsze prawdziwe wagary poszłam dopiero na drugim roku studiów.
  6. Dwukrotnie w życiu zostałam zaproszona na randkę przez zupełnie obcych mężczyzn (nie licząc „kierowników” spod Biedronki i budowlańców). Za każdym razem byłam tak przerażona, że miałam ochotę uciekać albo zapaść się pod ziemię.
  7. Dziesięć lat temu dostałam pracę w dziale telemarketingu pewnej znanej firmy. Nie podjęłam jej, bo proponowane warunki zatrudnienia urągały ludzkiej godności.
  8. Panicznie boję się szerszeni. Bardziej niż jakichkolwiek innych stworzeń. I nie mam pojęcia, jaka jest geneza tego lęku.

baking-3010450_960_720

9. Nie potrafię upiec biszkoptu. Zaliczyłam już chyba wszystkie możliwe rodzaje wpadek w tym zakresie i niczego się dzięki nim nie nauczyłam.

10. Nie cierpię grzybów. Żadnych, w żadnej postaci. Wyczuję je za to w każdej potrawie, choćby w śladowych ilościach.

11. Miałam kiedyś stalkera, który wydzwaniał do mnie i wypisywał obrzydliwe rzeczy. Podejrzewałam jednego z uczniów, ale ten trop się nie potwierdził. Nie udało mi się ustalić, kto to był.

12. Uwielbiam język hiszpański i bardzo bym chciała się go nauczyć. To jedno z moich najbardziej realnych do spełnienia marzeń.

13. Nie cierpię zarządzać cudzymi (np. klasowymi) pieniędzmi. Zawsze się boję, że coś zgubię, pomylę albo ktoś mnie okradnie. Wolę odpowiadać za czyjeś życie i zdrowie niż finanse.

 

Do wyzwania nominuję Dziubasową i Litermatkę – chyba że coś przeoczyłam i ktoś już to zrobił przede mną 🙂

*Czyli kompletne, znane na pamięć i łatwe do odtworzenia z zamkniętymi oczami.

Ci, bez których nie jestem sobą

Kto się lubi, ten wie, dlaczego nie wolno kopać druhny

Poprzednio z okazji Dnia Myśli Braterskiej popełniałam wpisy na temat moich harcerskich przyjaciółek. Ponieważ przyroda lubi równowagę, przyszedł czas na tekst o płci męskiej.

Zanim związałam się na dobre z moim mężem, dwa razy byłam poważnie zakochana. Obu tych wybranków znałam z harcerstwa, zaś obie historie wspominam dziś z rozrzewnieniem, chociaż wiodła do tego długa droga. Tym razem jednak moim byłym-niedoszłym dam spokój, a skupię się na zupełnie innych relacjach.

church

Był chłodny wrześniowy wieczór. Miałam dziewiętnaście lat i wraz z moją drużyną przyjechałam tego dnia na jesienny zlot. Siedziałyśmy właśnie w kościele na czuwaniu, a ja coraz bardziej marzłam, bo nie założyłam niczego na mundur. Co zrobiłam wtedy z bluzą? Zostawiłam w szkole, w której stacjonowałyśmy? Oddałam którejś podopiecznej? Nie pamiętam. W każdym razie ziąb dawał się we znaki. W pewnej chwili poczułam szturchnięcie. Pochodziło od siedzącego obok mnie M.

Załóż, jak ci zimno – mruknął, wskazując ruchem głowy na leżącą między nami kurtkę.

– A ty? – odpowiedziałam szeptem, patrząc na niego podejrzliwie. On też miał na sobie tylko mundur, w dodatku z podwiniętymi rękawami.

Pokręcił głową. Dopiero w tamtej chwili zauważyłam, że na jego ramieniu spał w najlepsze jeden z najmłodszych zuchów. Wkrótce spostrzegł to też nasz przełożony i kazał M. obudzić malucha. Ku mojemu zaskoczeniu spotkał się z kategoryczną odmową. To chyba wtedy powiedziałam M., że będzie kiedyś dobrym ojcem, co zresztą chętnie do dziś wspomina. Nabożeństwo skończyło się bardzo późno. Wracaliśmy do szkoły zmęczeni: moje druhenki, ja, gromada zuchowa M. i on sam ze wspomnianym (już nieco rozbudzonym) śpiochem niesionym na barana. Dzieciakowi najwyraźniej spodobał się taki sposób transportu, bo zaczął dokazywać, kopiąc mnie po plecach.

– No co ty, nie kop druhny! – upomniał go stanowczo drużynowy .– A wiesz, dlaczego tak nie wolno?

– Bo dziewczyn się nie bije! – pospieszyła z odpowiedzią jedna z moich zastępowych.

Nie – zaprzeczył M. – Nie wolno kopać druhny, bo druhna ma na sobie moją kurtkę.

Kurtyna.

teacup-2325722_960_720

– Nie lubię M. – wyznał mi półtora roku później Jacek, popijając miętową herbatę z jakiegoś sfatygowanego kubka.

– Przecież wy się nawet nie znacie… – powiedziałam ostrożnie, zastanawiając się, czy coś mnie nie ominęło. Świat jest w końcu bardzo mały, zwłaszcza jeśli jest się harcerzem.

– Ale jestem o niego zazdrosny.

Parsknęłam śmiechem, chociaż było to ewidentnie nie na miejscu, zwłaszcza przy takim wrażliwcu jak Jacek.

– Chłopie, czy tobie się coś nie pomieszało? Za rok wychodzę za mąż, od początku naszej znajomości macham ci przed nosem pierścionkiem zaręczynowym, a ty mi tu wyskakujesz z zazdrością o kumpla, od którego dzieli mnie 300 kilometrów? Przecież to bez sensu.

– Widzisz… – wpatrywał się w ten kubek z herbatą, jakby zamierzał za chwilę wywróżyć mi przyszłość z fusów – bo z P. to ja nie mam szans. Wy jesteście dla siebie stworzeni, w tej sferze nie mam prawa nawet marzyć. Ale M. to co innego… uważasz go za swojego przyjaciela, a z tym chyba mogę konkurować.

Jacka poznałam na obozie harcerskim, bo gdzieżby indziej. Podobno przypominałam jego byłą dziewczynę. Jeszcze zanim się do mnie po raz pierwszy odezwał, został pouczony przez naszą wspólną znajomą, iż mam narzeczonego. Często w naszych rozmowach podkreślał, że o tym wie, a ja w swojej wrodzonej naiwności wierzyłam, że to wystarczy. O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się dopiero niespełna rok później, właśnie podczas tej rozmowy nad kubkiem miętowej herbaty. Jeszcze tego samego dnia z jakiegoś błahego powodu strzeliłam typowego babskiego focha, bardziej w sumie na pokaz, niż ze względu na rzeczywistą urazę. Nie sądziłam, że Jacek się tym przejmie. Tymczasem skutek był taki, że wracałam do domu z wielkim bukietem białych róż i kombinowałam, jak się z tego wytłumaczyć czekającemu na mnie P.

Ostatni raz było mi dane spotkać Jacka kilka lat temu, w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z harcerstwem. Jechaliśmy razem autobusem, mieliśmy nawet wysiadać w tym samym miejscu. Na przedostatnim przystanku mój towarzysz nagle poderwał się, cmoknął mnie w policzek i wyskoczył z pojazdu, nawet się nie oglądając. Chwilę później dostałam sms: „Przepraszam, nie umiałbym się z tobą pożegnać”. No i masz babo Jacek.

casal-1612464_960_720

Na przeciwnym biegunie do Jacka-romantyka uplasował się za to Remek. Z tą różnicą, że z nim akurat nigdy nie łączyły mnie żadne relacje poza zwykłym koleżeństwem i to nie przesadnie bliskim. Remek był typem podrywacza, o dziwo całkiem skutecznego. Czasem z przyjaciółkami zachodziłyśmy w głowę, jakim cudem ktokolwiek może się nabierać na jego niestworzone historie, szyte tak grubymi nićmi, że nic w nich nie trzymało się kupy. Mimo tego na każdym obozie, zlocie czy innym wyjeździe znajdował sobie nową dziewczynę (albo i dziewczyny). Problem polegał na tym, że on sam z roku na rok robił się starszy, a jego kolejne wybranki niekoniecznie. Pamiętam, jak drużynowy dogryzł mu kiedyś, że już się boi o swoją przyszłą córkę. Podczas jednego z obozów Remek doczekał się nawet psychofanki, która rozpowiadała wszystkim, że weźmie z nim ślub i urodzi mu mnóstwo dzieci. Potrafiła wykrzykiwać jego imię podczas siedzenia na latrynie, w nadziei, że usłyszy… Oboźny zgrupowania przy pierwszej lepszej okazji zasznurował ich dla żartu razem w namiocie. Podobno nasz Casanova uciekał stamtąd jak oparzony. Czasem się zastanawiam, jak potoczyły się jego losy. Ostatni raz spotkaliśmy go chyba wspólnie z M. jakieś –naście lat temu. Remek chwalił się, że jest DJ-em w klubie w centrum miasta i chętnie by z nami pogadał, ale właśnie spieszy się rozkręcać imprezę. M. stwierdził, że nie przepuści takiej okazji i pojechaliśmy za nim. Okazało się, że kręci faktycznie, ale pizzę na zapleczu.

788004_Harcerski_z_wiencem_glogowym_54

Dziś w szkole widziałam kilka harcerek, z okazji Dnia Myśli Braterskiej ubranych w mundury.

Aga, masz przekręcony krzyż! – rzuciłam  z uśmiechem.

To od zakochania, pani profesor! – zameldowała licealistka, stając na baczność.

Roześmiałam się, wspominając nasze harcerskie krzyże, czasem celowo wbrew regulaminowi noszone pod skosem na znak, że ktoś jest zakochany. Czyli jest jeszcze nadzieja, że kolejne pokolenia skautów będą kontynuowały moje opowieści…

Wszystkiego harcerskiego w Dniu Myśli Braterskiej!

Taka tam rodzina adopcyjna

Dworska rutyna, czyli dzień z życia Księżniczki Mimi

Portale plotkarskie huczą od nagłówków o tym, że księżną Meghan przytłacza monotonia przypisana roli żony królewskiego potomka. Co się za nimi kryje – nie wiem, bo nie czytałam. Od wybranki Harrego o wiele bardziej interesuje mnie inna Księżniczka, której to szara codzienność na pewno do niczego nie zniechęca.

buckingham-palace-978830_960_720

Następczyni tronu wstaje skoro świt, a w zimie nawet wcześniej. Procesowi temu towarzyszy dwoje jej nieodłącznych dworzan – OKU i PUBU. Tego pierwszego już prawie się pozbyliśmy, czas zresztą najwyższy, bo nasza potomkini jest już u progu trzeciego roku życia… ostatnio niestety nastąpił regres i bez OKU nie da się ani zacząć dnia, ani tym bardziej go zakończyć. PUBU z kolei przyjechała kiedyś w paczce i natychmiast zdobyła serce małej Księżniczki.

Po mlecznym śniadanku i porannej toalecie przychodzi czas na KOKĘ, a następnie wyprawa do żłobka. Mimi każe służbie zakładać sobie po kolei sialik, ciapę i buti, cierpliwie pozwala przyodziać się w kurtkę oraz rękawiczki, a potem bez protestu wędruje do innych dzieci. Po drodze zazwyczaj głośno komentuje żłobkową gazetkę, na której obecnie znajduje się rodzinka BABAŁów (wskazując na największego z nich, krzyknęła ostatnio „tata!” – do dziś nie wiem, czy mówić o tym mężowi…). Jej zachwyt budzi też inny element wystroju, mianowicie JAĆKI. Mogłaby na nie patrzeć bez końca, gdziekolwiek się z nimi nie zetknie.

Odbieraniu ze żłobka także towarzyszy pewien rytuał. Księżniczka robi obchód po szatni, nazywając obrazki na szafkach innych dzieci: pieski, kotki, króliczki i kilka gatunków ZIZIZI. Następnie ubiera się i schodzi do królewskiej limuzyny (hue, hue, hue…), po drodze dostając mały kawałek BUŁI. Jeśli pogoda pozwala, powrót na rodzinne włości jest poprzedzony spacerem, podczas którego trzeba uważać na BUM-BUM i TITIT. Zdarza się, że w przechadzce towarzyszy nam PSIAPSIA, co jest możliwe po uprzednim zrobieniu AJO.

sandburg-1639994_960_720

Po powrocie na pokoje Mimi oddaje się zabawie. W ruch idą klocki Duplo lub drewniane, misie, lalki, książeczki, kolorowanki, znikopis, piłku albo KOKU. Jeśli zdobienie ojcowskiej bluzy naklejkami z filmów Disneya bądź wykonywanie operacji CIA-CIA na drewnianych smakołykach okazuje się zbyt męczące, Księżniczka robi przerwę na BAJ, przekąszając BAMAMem. Nie zawsze umie jeszcze zadbać, żeby podczas igraszek nic jej nie PAŁO. Bywa i tak, że któraś z zabawek niby przypadkiem się zawieruszy. Wtedy należy zrobić hoku-poku, czyli przykryć sobie tylko znane miejsce kuchennym ręcznikiem, wypowiedzieć zaklęcie, poczarować rączkami, podnieść ściereczkę i obwieścić sukces, krzycząc na całe gardło, że JEEEEŚ!

Wieczory w życiu Księżniczki także są całkiem zwyczajne. Mimi sprząta po sobie, nawet jeśli ten proces ogranicza się do znajdowania różnych FUFUJów i odnoszenia ich tam, gdzie FUFUJe odnosić należy. Tym sposobem nadchodzi czas na kąpiel, założenie piżamki i kolację – przeważnie w postaci mleka, nawet jeśli zainteresowanej marzy się KAŁA i SIACHO.

noble-789501_960_720

W tym miejscu muszę się pochwalić, bo od jakiegoś czasu nasza królewska latorośl zasypia dosłownie w kilka minut, nie wymagając od nas żadnych dodatkowych zabiegów… oczywiście poza dostarczeniem OKU i PUBU.

Jak widać, rutyna na królewskim dworze potrafi być wyczerpująca, ale nic nie wskazuje, żeby była równoznaczna z nudą.

Na zakończenie tego sprawozdania Księżniczka Mimi ogłasza konkurs, w którym do wygrania może być na przykład kartka z jej autografem. Aby wziąć w nim udział, należy rozszyfrować zaznaczone na kolorowo królewskie neologizmy. Wszelkie pomysły mile widziane 🙂

Takie tam różne

Hejt nasz powszedni

ODSŁONA I
wieś

Pamiętam opowieści mojej babci o tym, jak z dziadkiem w młodości zjeździli rowerami pół Polski. Spali najczęściej na wsiach u rolników. W zamian za pomoc w pracach gospodarskich otrzymywali kolację, kąt do spania, a rano świeże mleko i możliwość pozrywania owoców na drogę. Tym sposobem, nie mając ani zbyt wiele pieniędzy, ani zapasów, zwiedzili wiele pięknych miejsc i przeżyli mnóstwo przygód.

Bardzo lubiłam słuchać tych historii. Być może dlatego, że tak bardzo nie przystają do dzisiejszych czasów, kiedy to synonimem luksusu jest mieszkanie na strzeżonym osiedlu, osłoniętym dodatkowo wysokim płotem przed wzrokiem wścibskich przechodniów.

ODSŁONA II
shop-2607121_960_720

Pracowałam kiedyś w sklepie zlokalizowanym w centrum handlowym. Mieliśmy mnóstwo towaru o różnej wadze i gabarytach – od łatwo gubiących się i podlegających kradzieżom drobiazgów aż po przedmioty ciężkie i zajmujące sporo miejsca. Jako pracownicy byliśmy w większości zgraną ekipą, która umiała ze sobą współpracować. I dobrze, bo roboty było mnóstwo: a to dostawa, a to korekty faktur, a to zwroty do magazynu (szukaj sobie, człowieku, po całej sali sprzedaży „gumki do mazania małej” z odpowiednim kodem kreskowym, bo akurat taką trzeba było odesłać), a to reklamacje, uciążliwy klient, układanie promocji, raportowanie, rozliczanie i tak w kółko. Niedaleko nas w tej samej galerii mieścił się elitarny butik – taki, w którym na sukienkę i torebkę mogłabym wydać całą ówczesną wypłatę, a kto wie, czy by nie zabrakło. Były w nim zatrudnione dwie albo trzy dziewczyny, które przez większą część zmiany siedziały z nosem przyklejonym do monitora i przeglądały Naszą Klasę, bo o Facebooku to jeszcze mało kto w Polsce słyszał. Klientek było najwyżej kilkanaście dziennie (u nas >10x więcej), za to niektóre z nich zostawiały tam takie kwoty, że dzienny utarg butiku spokojnie dorównywał naszemu. Czasem rozmawialiśmy z jego pracownicami i zawsze dochodziliśmy do wniosku, że jednak byśmy się nie zamienili: ani one na to nasze latanie jak w ukropie, ani my na ich pozorny spokój, pod płaszczykiem którego ukrywało się na przykład wynoszenie zużytych podpasek z przymierzalni, bo to, że klientka majętna, nie zawsze oznaczało, że kulturalna.

Zmierzam do tego, że łatwo jest oceniać po pozorach, a jeszcze łatwiej przypinać innym wygodne łatki. Wszak i wspomniane dziewczyny z butiku, i my, pracowaliśmy na tym samym stanowisku. Teoretycznie zajmowaliśmy się również tym samym, nawet w identycznej lokalizacji. A jednak trudno zestawić ze sobą specyfikę jednej i drugiej pracy…
purchase-3090818_960_720

Powyższy przykład przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pewnej dyskusji, w której przedstawiciele różnych zawodów (m.in. pielęgniarka, nauczyciel, pracownica korporacji i „pan od łopaty”, jak sam się przedstawił) spierali się, czyja praca jest trudniejsza, bardziej odpowiedzialna i wymagająca wyższych kwalifikacji. Właściwie nie wiadomo, czy po takiej lekturze śmiać się, czy płakać… Jeżeli dojdziemy kiedyś (my, społeczeństwo) do absurdalnego wniosku, że prawdziwie ważny i potrzebny jest tylko zawód np. lekarza, to za chwilę nikt nie będzie chciał nas strzyc, wozić do pracy, ratować na kąpielisku, a na końcu pochować.

ODSŁONA III
manifestation-3608918_960_720.png

Kilka tygodni temu pracownicy jednej z państwowych instytucji w moim mieście rozpoczęli akcję protestacyjną (i tym razem nie byli to nauczyciele, przysięgam!!!). Od dawna mówiło się, że w tej placówce dzieje się źle, ludzie masowo odchodzili do prywatnych firm. Wydawało się, że strajk jest tylko kwestią czasu. Jednak kiedy w końcu wybuchł, a informacja o tym pojawiła się mediach, większość (!!!) komentarzy zawierała hejt. Internauci pisali, że paniom zza biurek się w d***ch poprzewracało, że znudziło im się picie kawy na ciepłych krzesełkach. Ktoś udostępnił link do jakiegoś artykułu o rzekomych zarobkach osób tam zatrudnionych (tia, skądś to znam…), ktoś inny napisał, że sam musi tyrać za najniższą krajową, więc jakim prawem urzędnicy chcą podwyżek… i tak dalej.

Znacie ten stary, suchy dowcip o Polakach w piekle? Przytoczę go, bo stanowi idealną ilustrację ostatniego z powyższych argumentów.

fire-1311163_960_720

Otóż święty Piotr postanowił któregoś dnia zwiedzić piekło. Już u bram zapytał oprowadzającego go Lucyfera, jak diabłom udaje się zapanować nad taką rzeszą przeklętych dusz. Lucyfer odparł, że dla ułatwienia dzielą skazańców według przynależności narodowej.
W tym kotle po prawej są Niemcy – wyjaśnił – twardy, waleczny naród, więc jak widzisz, pilnuje ich cały pułk szatanów. Obok Francuzi; to z kolei tchórze, wystarczy jeden diabełek z widełkami na straży i już jest spokój.

A tamci na końcu, bez nadzoru? – zapytał św. Piotr.

To Polacy.

Polacy? – zdumiał się gość – Ale jak to? Przecież to nacja z tak bogatą historią, pełną wojen i przekrętów, a nikt ich nie pilnuje? I jeszcze wam piekła nie roznieśli?

Nie, mój drogi – zaśmiał się Lucyfer – Polacy pilnują się sami. Kiedy tylko jeden próbuje wyleźć z kotła, zaraz reszta go wciąga z powrotem. Polak nigdy nie pozwoli, żeby jego bliźni miał lepiej od innych.

Wiadomo, że dowcip wykorzystuje stereotypy i że takie postawy można znaleźć w każdym państwie. Jest to jednak coś, czego kompletnie nie pojmuję. Postawa typu „ja mam źle, to nie pozwolę, żeby innym wiodło się lepiej”.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Trzy powyższe odsłony powstały z niepokoju. Mam ponad 30 lat i po raz pierwszy naprawdę boję się sytuacji w moim kraju (a może i na świecie, kto wie). Co się z nami dzieje, że po tragicznej śmierci człowieka, zadźganego na oczach całej Polski podczas koncertu charytatywnego, wylewamy wiadro pomyj na jego żonę, dzieci, przyjaciół, zwolenników i przeciwników politycznych, a przy okazji każdego myślącego inaczej niż my? Nawet nie widzimy, że sami też już jesteśmy od tych pomyj brudni. Jak to możliwe, że kiedy jakaś grupa zawodowa domaga się godnych pensji albo uczciwych warunków zatrudnienia, to wszystkie pozostałe zaczynają udowadniać, że są lepsze, ważniejsze i bardziej potrzebne? A co najsmutniejsze, strajkujące pielęgniarki szydzą ze strajkujących policjantów, stróże prawa z protestujących nauczycieli, ci z kolei z górników i tak dalej. Kopiemy pod sobą nawzajem doły, byle głębsze i brudniejsze, kompletnie nie zastanawiając się, kto tak naprawdę w nie wpadnie i jakie będą tego konsekwencje.

Pół biedy, gdyby ta wzajemna nienawiść ograniczała się tylko do sieci, w której, jak wiadomo, łatwiej być „odważnym” (celowo w cudzysłowie). Gorzej, że słyszę ją w sklepie, kiedy facet w kolejce głośno komentuje nagłówek z wyłożonej przy kasie gazety; widzę w oczach kobiety, która z pogardliwym prychnięciem mija wolontariuszy WOŚP; czytam w wiadomościach od rodziców moich uczniów, którym nie podoba się, że Jasio bierze udział w konkursie/nie bierze udziału w konkursie/nie wygrał konkursu/wygrał konkurs/wygrał ex aequo z Marysią (właściwe podkreślić, można wszystkie) etc…

Co trzeba zrobić, żebyśmy wszyscy otrzeźwieli, zanim będzie za późno???

Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.