Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.

Reklamy
Takie tam różne

Rodzicielskie antynoble – ranking subiektywny

Prolog

Staram się nie osądzać innych rodziców. Z boku wiele rzeczy wygląda inaczej, niż z perspektywy pierwszoosobowej. Łatwo kogoś ocenić na podstawie chwili, jednostkowego wydarzenia, które równie dobrze może być wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności albo mieć jakąś skomplikowaną i jak najbardziej wytłumaczalną przyczynę. Dlatego niniejszy ranking antyrodziców potraktujcie proszę z przymrużeniem oka. Ma służyć rozrywce i ewentualnie przyjrzeniu się własnym metodom wychowawczym (piszę to również do siebie, bo i dla mnie znalazło się miejsce w poniższym zestawieniu), niczemu więcej :).

Miejsce V     Ojciec – ryzykant

Chojnice z Fotopolska.pl
Źródło: Fotopolska.pl

Antynobel w kategorii „ojciec roku” wędruje do pewnego pana z Chojnic. Kilka lat temu, wypoczywając przy fontannie, zobaczyłam młodego tatę, który umieścił swoje dziecko (na oko maksymalnie dwuletnie) w pozycji klęczącej na widocznym na zdjęciu cokoliku. Sam usiadł sobie na ławce nieopodal i zatopił wzrok w ekranie telefonu. Oczywiście maluch, zostawiony sam sobie, bardzo chciał dosięgnąć rączką wody… Tylko przytomność innych osób zgromadzonych przy fontannie zapobiegła nieszczęściu.

Miejsce IV      Matka – pomadka

lipstick-605298_960_720

Teraz będzie o mnie. Historia z dzisiaj. Księżniczka obudziła się bardzo wcześnie i to w kiepskim humorze. Od rana była marudna, niczym nie chciała się na dłużej zainteresować. Wreszcie dorwała torbę od wózka, którą zabieramy na spacery. Uwielbia z niej wyjmować różne przedmioty i wkładać z powrotem. Ucieszyłam się, że ma bezpieczne zajęcie i poszłam się trochę oporządzić. W tej torbie znajdują się same Księżniczkowe szpargały, typu zapasowe pieluchy, etui na butelkę, podkład do przewijania, czasem jakaś czapeczka albo chustka. Co więc mogło pójść nie tak? Chociażby to, że po ostatnim spacerze nie wyciągnęłam stamtąd swojej pomadki do ust. Pisanie dalszego ciągu właściwie mogłabym sobie odpuścić, bo wystarczy odrobina wyobraźni, żeby wiedzieć, co trzynastomiesięczne dziecko jest w stanie zrobić przez 5 minut ze szminką. Na przykład wysmarować siebie od stóp do głów – jak najbardziej dosłownie. I jeszcze podłogę, kanapę i świeżo wywieszone pranie. Szczęście w nieszczęściu, że pomadka była dosyć jasna i nietoksyczna. Mam nauczkę na przyszłość… i przy okazji pretekst, żeby odwiedzić drogerię 😉

Miejsce III       Matko święta!

Kiedy odbywałam praktyki w szkole podstawowej, podeszła do mnie mama sympatycznej piątoklasistki – takiej pyzatej, spokojnej intelektualistki. Oznajmiła mi, że Marysia spóźni się chwilkę na zbiórkę przed jutrzejszą wycieczką, bo musi rano poadorować w kościele Pana Jezusa. Przyjęłam ten fakt do wiadomości i na tym mogłaby się sprawa zakończyć, ale mama mówiła dalej. Dowiedziałam się, że Marysia jest nadpobudliwa, ma za dużo złej energii i dlatego trzeba ją wyciszać. Z tego też powodu Marysia co rano chodzi do kościoła na pierwszą mszę, a potem leży krzyżem przed ołtarzem, żeby się uspokoić. No i właśnie dlatego spóźni  się jutro na tę zbiórkę.

Żebym nie została źle zrozumiana – sama jestem wierząca. Był czas, że też chodziłam w dni powszednie na poranne msze (chociaż nie bez znaczenia był fakt, że miałam chłopaka – ministranta… 😉 ). Uważam, że każdy ma prawo do własnych praktyk religijnych, o ile nie krzywdzą drugiego człowieka… No właśnie. Tak się zastanawiam, czy zmuszanie dwunastolatki do codziennego leżenia krzyżem na zimnej posadzce to rzeczywiście dobry sposób na pozbycie się „złej energii”. Chociaż – skoro Marysia była grzeczniutka i ułożona, to najwidoczniej działało 😉

Miejsce II       Jasiu, nie kop pani, bo się spocisz

wagon-188021_960_720

To było chyba ze dwa lata temu. Jechałam pociągiem, takim bez przedziałów, z poczwórnymi siedzeniami, na egzamin. Po drodze chciałam się jeszcze pouczyć. Pod koniec trasy, kiedy wagon był już prawie pełny, dosiadła się do mnie mama z synkiem, chyba niewiele starszym, niż obecnie moja Księżniczka. Przyznam uczciwie, że nie byłam tym zachwycona, ale też nie należałam nigdy do osób, którym jakoś szczególnie przeszkadzają dzieci w przestrzeni publicznej. Pomyślałam, że trudno, najwyżej z dalszej nauki nic nie wyjdzie. Chłopczyk był zresztą całkiem sympatyczny, bardzo ciekawy świata… a jego mama najwidoczniej postawiła sobie za cel wspieranie tej ciekawości, choćby po trupach. Posadziła go sobie na kolanach, pokazując mu widoki za oknem. Kiedy po chwili malec zaczął się nudzić, usłyszałam: „Wojtusiu, a teraz pani się przesiądzie, a my sobie zobaczymy widoczki z drugiej strony”. To ja byłam tą panią, co „się przesiądzie”. I nie miałabym nic przeciwko spełnieniu tego kaprysu, gdybym została o to w jakikolwiek sposób poproszona, a nie postawiona przed faktem dokonanym, w dodatku w trzeciej osobie. Udałam więc, że nie słyszę. Kobieta jednak się nie poddała i oznajmiła synkowi rozżalonym głosem: „Bardzo mi przykro, Wojtusiu, pani ci chyba jednak nie chce ustąpić”. Właściwie nie wiedziałam, jak mam się zachować… przeprosić ją za mój brak wychowania, czy od razu zabić? Mruknęłam, że wystarczyłoby poprosić i przesiadłam się naprzeciwko. Wojtuś pooglądał widoczki z drugiej strony, po czym zapragnął wrócić na poprzednie miejsce. Wróciłam więc i ja, a chłopczyk w dowód wdzięczności zaczął mi grzebać w torebce. Jeśli miałam jeszcze jakiekolwiek nadzieje, że moja współpasażerka dostrzega istnienie świata pozawojtusiowego, to w tamtym momencie one prysły. Owszem, zareagowała na poczynania synka. Jak? „I cio tam pani ma fajnego? Chusteczki, tak? I cio jeście?” Na końcu języka miałam odpowiedź, że magazyn z ostrym porno i chętnie pozwolę Wojtusiowi pooglądać obrazki. Zamiast tego, wycedziłam tym samym językiem: „Chyba nić fajnego, wieś?” i zamknęłam torbę. Wojtuś chyba nie był za bardzo rozczarowany, bo z pełnym zaangażowaniem oddał się przeglądaniu zawartości śmietniczki. Mamie to nie przeszkadzało, śmietniczce najwyraźniej też nie. No cóż.

Miejsce I      Matka – spadochron

spadochroooon

Uczyłam kiedyś nastolatka, którego mama najchętniej usłałaby mu drogę do szkoły poduszkami, żeby broń Boże nie nabił sobie przypadkiem guza. Już w pierwszych dniach pracy z nim zauważyłam, że chłopak jest zupełnie niesamodzielny. Jeśli czegoś nie wiedział, nie potrafił zapytać; jeżeli czegoś nie pokazało mu się palcem, to nie zrobił. Miał trudności w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, sam nie wykazywał bowiem żadnej inicjatywy i liczył, że koledzy sami się nim zaopiekują i zaproszą go do swojej paczki. Na początku myślałam, że jest chorobliwie nieśmiały, ale szybko okazało się, że po prostu mama zawsze wyręczała go we wszystkim. W procesie edukacji objawiało się to tym, że negowała praktycznie każdą jego ocenę, pisząc do nauczycieli (zwykle obraźliwe) maile, których główną tezą było to, że ona najlepiej zna swoje dziecko i wie, na ile ono opanowało biologię/historię/niemiecki etc. A pedagodzy są niekompetentni, niedouczeni i wyżywają się na jej biednym synku. Prawdziwy szok przeżyłam jednak w momencie, kiedy odkryłam, że szesnastoletni chłopak nie potrafi nakryć do stołu… i nie mówię tu o organizacji przyjęcia dla królowej brytyjskiej, tylko o położeniu talerza i zwykłych sztućców obiadowych.

Epilog

Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci klockiem. Wszyscy rodzice mają na koncie mniejsze lub większe wpadki, choć niektórzy zaliczają naprawdę spektakularne. Jestem ciekawa, komu i za co Wy przyznalibyście rodzicielskiego antynobla?

Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczkowy savoir-vivre

Życzyłabym sobie, żeby moi licealiści przyswajali wiedzę w takim tempie, w jakim czyni to Księżniczka. Mam nadzieję, że to pragnienie nie dowodzi, iż jestem dobrą matką, ale za to beznadziejną nauczycielką. 😉 W każdym razie nasza córa eksploruje świat całą sobą, wlewając radość w serca rodziców i wylewając na podłogę zawartość wszystkich napotkanych naczyń.

Ostatnio w modzie są u nas szczególnie zwroty i gesty grzecznościowe. Na przykład wczoraj pociecha załapała, że kiedy coś nam podaje, odpowiadamy „dziękuję”. W związku z powyższym w przeciągu zaledwie kilkunastu minut otrzymałam 17 razy ten sam klocek, dwukrotnie pluszowego kota (przy akompaniamencie Księżniczkowego „miau”) oraz mój własny telefon. Latorośl w napięciu czekała na każde „dziękuję”, po czym naśladowała mnie, kiwając główką i mówiąc „je”. Uparcie każe nam też udawać, że telefonujemy; przykłada do naszych uszu komórki – raz prawdziwe, raz swoje zabawkowe, bez znaczenia – wołając „haa, haa”, czyli „halo”. Jest to tym ciekawsze, że ani jej tata, ani ja nie należymy do telefonicznych gaduł i widok nas rozmawiających przez smartfony wcale nie jest zjawiskiem powszednim. P. parę razy wciągnął córę w dyskusję na odległość z babcią i być może to tak jej się spodobało.

Obloczenia

Oprócz tego Księżniczka wreszcie zaczęła chodzić, choć nadal nie możemy powiedzieć, że ruszyła w pełni. Zwykle wygląda to tak, że analizuje po swojemu, jaką metodą bardziej opłaca jej się pokonać określony dystans (np. między kanapą a stolikiem) i w oparciu o sobie tylko znane, aczkolwiek na pewno skomplikowane obliczenia, decyduje się na transport dwu- lub czteronożny. Najważniejsze, że w ogóle próbuje; coraz bliższy jest dzień, w którym na dobre wystartuje w pionie. Ponieważ jej chodzenie zbiegło się w czasie z urlopem ojcowskim mojego męża, jasnym jest, komu należy przypisać ten sukces. 😉 Żałuję, że P. nie może zostać z małą przez kolejny tydzień, bo kto wie, może zaczęłaby czytać albo chociaż mówić biegle w trzech językach. A tak – muszę się zadowolić pięcioma kroczkami, zwieńczonymi spektakularnym „bam” na pupę.

Do spisu Księżniczkowych rzeczy ulubionych doszedł ostatnio plac zabaw. Mała uwielbia huśtawki i bujane koniki na sprężynach. Zjeżdżalnia też jest dobra, ale to dla niej rozrywka na jeden, góra dwa zjazdy, potem się nudzi. Nie za bardzo za to zwraca uwagę na inne dzieci, choć to może dlatego, że obok ma mamę i tatę. Poza tym rośnie jej miłość do literatury; staje się molem książkowym i to nie tylko w przenośni… fragmenty opowieści o losach niesfornego konika w ostatniej chwili wyciągnęłam jej spomiędzy zębów. Coraz częściej (i bardziej nachalnie) wkłada nam w ręce książeczki i każe czytać. Jeżeli więc przypadkiem zapomnielibyście, czym jest kwadrat, to z pamięci spieszę z odpowiedzią, że „znaczek, okno, domek, stół – jakże inne są od kół! Cztery boki, cztery rogi, oto kwadrat, malcu drogi!”. Z trójkątem i owalem mam podobnie, zresztą z podstawowymi kolorami również. Jeszcze chwila i dojdę do takiej wprawy, że będę jej recytować wierszyki bez zaglądania do książki. Niestety na niewiele się to przyda, bo mała czytelniczka jest czujna i nie da się tak łatwo nabrać.

bear-3112496_960_720

Planów na najbliższe wolne dni nie mam żadnych, poza czytaniem Księżniczce, że „Książę tańczył tylko z Kopciuszkiem”, a „Kasztan żwawo mknie po łące”. Ze spacerów pewnie i tak nic nie wyjdzie, bo wedle prognoz wszelakich ma lać, wiać i grzmieć. Jak to w majówkę. No cóż, może przynajmniej porządnie posprzątam i upiekę jakieś ciasto… Kto chętny?

Taka tam rodzina adopcyjna

Nie taka niania straszna, jak ją filmują

yes-3100993_960_720

Moja mama wypowiadała się o żłobkach wyłącznie negatywnie. Wiele razy słyszałam z jej ust, że nie rozumie, jak można oddać małe dziecko na cały dzień „do żłoba”. Dorastałam więc w przekonaniu, że taka placówka to coś złego, a zaprowadzanie tam pociech nie najlepiej świadczy o ich rodzicach. Kiedy miałam jakieś jedenaście albo dwanaście lat, moja babcia zaczęła sobie dorabiać jako niania. Opiekowała się między innymi dwu-trzyletnim chłopcem, którego ojciec ciągle wyjeżdżał w interesach, a matka była zajęta rozkręcaniem własnej firmy. Maluch związał się z nianią bardziej niż z nimi, do tego stopnia, że wpadał w histerię za każdym razem, gdy zamykały się za nią drzwi. Bez niej nie chciał jeść ani wychodzić na spacer. Z opowieści babci wyłaniał się więc znowu ponury obraz opuszczonego dziecka, przegrywającego w hierarchii z pracą swoich najbliższych. Wówczas wydawało mi się naturalne, że po porodzie będę ze swoją pociechą w domu przynajmniej do rozpoczęcia przez nią edukacji przedszkolnej.

Potem jednak dorosłam i zrozumiałam, że świat nie jest czarno-biały, zaś godzenie obowiązków rodzinnych i zawodowych to naprawdę trudna sztuka. A jeszcze później rząd postanowił zlikwidować gimnazja, co wywróciło moje zatrudnienie do góry nogami niemal dokładnie w momencie, kiedy w naszym życiu pojawiła się Księżniczka. Po pół roku okazało się, że będziemy potrzebować niani.

baby-sitter-1140863_960_720

Okropnie się tego bałam. Przeglądałam ogłoszenia w internecie, ale żadne mnie nie przekonywało: albo reklamowały się bardzo młode dziewczyny, albo starsze panie. W przypadku tych pierwszych treść oferty często sugerowała, że liczą na lekką pracę i łatwy zarobek, a nie do końca mają pojęcie, czym faktycznie jest długotrwała opieka nad niemowlakiem. Te drugie z kolei najczęściej dołączały referencje i… listę własnych wymagań, czasem niemożliwych do spełnienia, przeważnie też pisanych, łagodnie rzecz ujmując, fatalną polszczyzną. Chyba zadziałało moje skrzywienie zawodowe, ale po prostu uważam, że jeżeli ktoś poważnie szuka zatrudnienia, to choćby z szacunku dla przyszłego pracodawcy przepuści te kilka zdań przez autokorektę albo da komuś do sprawdzenia. Jednak, jako że miewam więcej szczęścia niż rozumu, niania znalazła się sama… A właściwie znalazła ją moja teściowa (nie mówiłam, że z niej świetna babka?).

W ten oto sposób poznaliśmy się z panią B., emerytowaną nauczycielką i doświadczoną opiekunką, która jesienią została nianią Księżniczki. Bilans plusów i minusów tego rozwiązania chciałam przedstawić latem, kiedy nasza współpraca dobiegnie końca, ale ponieważ temat wypłynął pod ostatnim wpisem, to zdecydowałam się zrobić to teraz.

PLUSY:

+ dziecko jest pod stałą opieką jednej osoby, dzięki czemu czuje się bezpiecznie;

+ choroba maluszka nie wymaga od rodziców brania zwolnienia lekarskiego; odpadają dylematy, czy posłać pociechę z katarem do żłobka etc.

+ rodzice mogą zdecydować, czy będą wozić córkę lub syna do opiekunki, czy też niania będzie przyjeżdżać do nich. My wybraliśmy pierwsze rozwiązanie, ale oba mają sporo zalet. Np. bardziej nieśmiały lub wycofany maluch będzie czuł się lepiej u siebie w domu, z kolei ciekawski i żywiołowy chętnie zmieni środowisko na kilka godzin dziennie. Plusem opieki u niani jest też to, że nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu, natomiast zaletę drugiej opcji stanowi fakt, że opiekunka może wyręczyć rodziców w drobnych zadaniach, choćby np. odebrać paczkę od kuriera.

+ niania dostosowuje się do oczekiwań rodziców w zakresie planu dnia maluszka, jego nawyków żywieniowych i innych przyzwyczajeń. Jest to na pewno mniejsza rewolucja niż żłobek, co wydaje mi się korzystne szczególnie w przypadku niemowlaków.

+ czas pracy niani jest elastyczny i po odpowiednim umówieniu się można go modyfikować. Dla mnie na przykład rewelacyjne jest to, że jeśli po południu odbywa się rada pedagogiczna, to nie muszę się martwić, kto i kiedy odbierze Księżniczkę. Opiekunka siedzi z nią tyle, ile trzeba.

+ doświadczona niania to skarb, taka trochę „trzecia babcia”. Nasza dała mi sporo dobrych rad odnośnie pielęgnacji i wychowywania berbecia. W dodatku spędza z dzieckiem wiele godzin, więc stanowi niejako dodatkową parę rodzicielskich oczu.

MINUSY:

finanse. To jest w ogóle temat-rzeka, bo często – zwłaszcza w mniejszych miastach – mamy do czynienia z sytuacją patową. Młoda mama po urlopie rodzicielskim wraca do pracy za najniższą krajową, a ponieważ miejsc w żłobkach jest jak na lekarstwo, musi zatrudnić nianię, która też chciałaby tę najniższą krajową zarobić. I tak naprawdę nie ma się co dziwić ani jednej, ani drugiej stronie… Opiekunka zwykle pracuje na pełen etat, w dodatku przez cały czas odpowiada za zdrowie i życie małego dziecka. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że należy jej się godne wynagrodzenie. Trudno też nie zrozumieć przeciętnych polskich rodziców, których nie stać na to, żeby połowę domowego budżetu przeznaczać na opiekunkę. A dziecko komuś powierzyć trzeba… U nas to było tak, że póki pracowałam 12 godzin w tygodniu, niani płaciliśmy mniej więcej tyle, ile wyniosłoby miejsce w prywatnym żłobku. Gorzej będzie w najbliższych miesiącach, bo macierzyński się skończył, czas pracy wzrósł, a wypłata się zmniejszyła (takie rzeczy tylko w szkolnictwie 😉 ). Do lipca jakoś musimy dać radę, a od września planujemy wysłać Księżniczkę do żłobka.

brak oficjalnej, zinstytucjonalizowanej kontroli. I tu nawet nie chodzi o to, czy nianię zatrudniamy zgodnie z prawem, czy na czarno. Ani o to, czy zamontujemy w domu tysiąc kamer. W przypadku personelu żłobkowego łatwiej jest sprawdzić jego kwalifikacje, poza tym istnieje szereg restrykcyjnych przepisów, których kadra takiej placówki musi przestrzegać. Jeśli chodzi o nianię, wystarczy wpisać w Google słowo „opiekunka” i jako pierwszy wyskakuje… tytuł horroru ;). A mówiąc całkiem poważnie, nigdy do końca nie wiemy, na kogo trafiliśmy, dlatego współpraca z nianią przynajmniej na starcie stanowi  ogromną niewiadomą i kosztuje sporo nerwów.

brak codziennego kontaktu z innymi dziećmi i związanej z tym nauki funkcjonowania w grupie. Szczerze mówiąc, dopisuję ten minus trochę na wyrost. Uważam, że moje dziecko ma jeszcze czas na Socjalizację przez wielkie „S”. Póki co interakcję z rówieśnikami zapewniają jej wyjścia na place zabaw albo spotkania z przyszywanym kuzynostwem.

W ramach podsumowania (a właściwie zamiast niego) napiszę jedynie, że z opiekunką Księżniczki „dotarłyśmy się” w ciągu pierwszych dwóch czy trzech tygodni. Chwilę zwątpienia przeżyłam tylko raz, na samym początku, kiedy w piękny, ciepły i słoneczny dzień odebrałam córcię ubraną w pięć(!) warstw odzieży, aż czerwoną od gorąca. Sprawę jednak szybko wyjaśniłyśmy i od tamtej pory nie mam większych zastrzeżeń. Cieszy mnie też, choć to trochę „poza konkursem”, że niania ma małego kundelka. Po historii z Reksiem córa zaczęła się bać psów, a bardzo chcieliśmy z niej ten lęk wykorzenić. Wygląda na to, że niechcący i w tym aspekcie opiekunka przyszła nam z pomocą.

Na pewno zdarzają się różne przypadki. Moja przyjaciółka została okradziona przez nianię zatrudnioną do synka. Inna z koleżanek opowiadała, że dziecko z wynajętą panią przez cały dzień oglądało argentyńskie telenowele. Można i tak… Na podstawie własnego doświadczenia mogę jednak polecić współpracę z nianią. Mimo tego, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi kochającej mamy, jak to się mówi w telewizji: „jestem na tak!

yes-1137274_960_720

Taka tam rodzina adopcyjna

Fortuna kołem się toczy, a potem włazi w cudze buty

No i stało się. Wróciłam do pracy na całego. Do pełnych obrotów trochę mi jeszcze brakuje, ale się rozkręcam. Najtrudniejszy był oczywiście pierwszy dzień – chodziłam po szkole i uparcie próbowałam sobie przypomnieć, co ja tam właściwie robię. Odeszłam na urlop macierzyński z dnia na dzień, z większością grona pedagogicznego (o uczniach nie mówiąc) nie zdążyłam się nawet pożegnać. A teraz w podobnym trybie trzeba było pojawić się z powrotem, od razu dołączając do edukacyjnego szaleństwa. Szybko jednak doszła do głosu moja belfrza natura – wystarczyło miłe przywitanie z kilkorgiem podopiecznych na szkolnym korytarzu i przypomniałam sobie, dlaczego wybrałam ten zawód. Z miłości do młodzieży, znaczy się… no bo przecież nie dla pieniędzy.

hajs

Jeżeli przypadkiem widzieliście w telewizji te bajońskie sumy, które podobno po podwyżce mają zarabiać nauczyciele, to błagam, wymażcie je z pamięci. Nigdy w życiu nie widziałam na pasku wypłaty (o koncie w banku nie mówiąc) kwoty nawet zbliżonej do tej, jaką według oficjalnych danych powinnam teraz otrzymywać. Żeby było zabawniej, w zeszłym roku również dostałam (szumnie zapowiadaną przez wiadomą panią minister) podwyżkę, około 60 zł brutto… w miejsce której odebrano mi dodatek w wysokości 100 złotych netto. W firmie mojego męża nazywa się taki zabieg „podniżką”. Swoją drogą jest to mistrzostwo propagandy – jak to zrobić, żeby ludziom zabrać, po czym publicznie powiedzieć, że się dało i w dodatku nie skłamać… Orwell pełną gębą.

Wózek Księżniczki

Wróciłam zatem do pracy za te wirtualne miliony miesięcznie, Księżniczkę zostawiając z nianią (zatrudnioną z polecenia i już przez nas sprawdzoną). Ze względu na czas spędzany z małą i piękną wiosnę za oknami niania poprosiła o przywiezienie jej wózka, żeby mogła wychodzić z naszą córą na spacery. W minioną niedzielę wydobyłam więc z piwnicy stary powóz pociechy (taki, wiecie, 3 w 1 o wyglądzie kombajnu, za to solidny i wygodny). Wyprałam i umyłam co trzeba, po czym przystąpiłam do pompowania kół. Tu pojawił się pierwszy problem, czyli awaria pompki. Pojęcia nie mam, jakim cudem najprostsza pompka za 19,99 z Allegro może się popsuć, ale tak się właśnie stało. Wspaniale, jego mać. Mąż w delegacji, sklepy zamknięte, dziecko płacze, a ja umorusana po łokcie latam po sąsiadach w poszukiwaniu pompki. Kochany pan Zenek spod czwórki przeszukał całą piwnicę. Znalazł trzy sztuki – samochodową, rowerową i uniwersalną. Żadna nie pasowała. Zaczęłam podejrzewać, że wentyle rzeczywiście są od kombajnu. Po dwóch godzinach się poddałam. Wpakowałam wózek do bagażnika, a następnego dnia w okienku gnałam z wywieszonym jęzorem do sklepu po odpowiedni sprzęt. Na szczęście kupiłam. Wieczorem napompowałam koła, a kolejnego ranka z dumą przytwierdziłam je do wehikułu. Satysfakcja nie trwała długo, bo przy okazji wyszło na jaw, że w jednym z kółek zepsuł się mechanizm blokujący je na osi, przez co koło spadało. A mąż nadal w delegacji… Mówi się trudno, zamówiłam nowe. W międzyczasie jakiś pan Miecio, znajomy niani, naprawił prowizorycznie tamto uszkodzone. Dobre i to. Mamy więc happy end. Straty własne wyceniłam na: 50 zł za kółko, 30 za pompkę, łącznie 3 godziny straconego czasu, złamany paznokieć i tonę niepotrzebnych nerwów. Najważniejsze jednak, że wózek jest u niani, a Księżniczka dzielnie w nim podróżuje. I właśnie tego będzie dotyczyła ostatnia część niniejszego wpisu. Jest to historia opowiedziana mi przez opiekunkę, ja ją tylko poniżej parafrazuję.

sandals-587185_960_720

Korzystając z pięknej pogody, niania zabrała moją córę na długi spacer. Po drodze odwiedziły sklep obuwniczy. Mała była grzeczniutka, rozdawała uśmiechy, och i ach. Opiekunka spokojnie pomierzyła buty, kupiła wybraną parę i udały się z Księżniczką w drogę do domu. Musicie wiedzieć, że niania mieszka na ostatnim piętrze typowego wieżowca. Klatka schodowa jest wąska, a winda startuje dopiero z wysokiego parteru. Trzeba więc z wózkiem (który razem z moim dzieckiem waży jakieś 25 kilo) wdrapać się najpierw po schodach, a potem manewrować po ciasnej przestrzeni, żeby dotrzeć pod drzwi mieszkania. Kiedy już się to udało, niania wyciągnęła Księżniczkę z wózka… razem z nowiutkim butem, który cwaniara zakosiła z półki i ukryła gdzieś w swojej karocy. Cóż było robić? Dawaj z powrotem: korytarz, winda, klatka, schody, droga do obuwniczego, zwrot „łupu”, a potem jeszcze raz w drugą stronę. Podobno zarówno obsługa, jak i ochrona sklepu były zaskoczone całą sytuacją, bo nikt nie zauważył tej zuchwałej kradzieży. 😉

gang olsena

W zeszłym tygodniu podczas codziennych zakupów z córką zdążyłam tylko sięgnąć po banany, żeby w rączkach małej znalazło się jabłko. I tak sobie myślę… Ja bez podwyżki, Księżniczka z lepkimi łapkami… Może założymy jakąś kameralną grupkę przestępczą? Jak znam życie, to byłaby to co najwyżej polska wersja gangu Olsena, ewentualnie Braci Be. Na wszelki wypadek od razu zapytam: zna ktoś jakiegoś dobrego adwokata?

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.