Takie tam różne, Uncategorized

Dziadostwo i inne koligacje

Dziadkowie

Za kilka dni babcia i dziadkowie Księżniczki będą obchodzić swoje pierwsze święto w tej roli. Na szczęście do wszystkich mamy blisko. Sama bardzo źle wspominam z dzieciństwa przedszkolne akademie z powyższej okazji. Rodzice moich rodziców mieszkali kilkaset kilometrów od nas, przez co nigdy nie miałam komu wręczyć laurki. Uśmiechnięte koleżanki mówiły wierszyki dla dziadków i wskakiwały babciom na kolana, a mnie było przykro… dzieci w takiej sytuacji było kilkoro.  Nawet dzisiaj, już z punktu widzenia pedagoga, uważam urządzanie takich uroczystości za nie do końca rozsądne. Są przecież maluchy, które w ogóle nie mają dziadków (a czasem nikogo poza rodziną zastępczą). Myślę, że czują się wtedy podwójnie opuszczone.

Ponieważ Dni Babci i Dziadka są z zasady dniami radosnymi, nie chcę, aby mój dzisiejszy wpis był smutny. Porzucam zatem przykre wspomnienia i wracam do meritum, czyli do tego, kim są dziadkowie w życiu wnucząt. (Swoją drogą, zachodzi tu pewna słowotwórcza ciekawostka, nie uważacie? Jeżeli brat i siostra stanowią rodzeństwo, wujek z ciotką to wujostwo, ich dzieci to kuzynostwo, a żona plus mąż równa się małżeństwo, to dlaczego dziadostwo kojarzy się zupełnie z czymś innym?) Usilnie próbujemy wymyślić dla naszych rodziców jakieś ciekawe upominki w imieniu Księżniczki. Sprawa nie jest prosta, bowiem trudno znaleźć coś, czego jeszcze nie mają, a co jednocześnie nie jest kiczowate ani oklepane. I właśnie rozważania z zakresu prezentologii stosowanej naprowadziły mnie na charakterystykę rodzajów babć i dziadków. Nie ukrywam, iż każdy z tych typów oparty jest na osobistych (bliższych lub dalszych, że tak to określę) doświadczeniach.

  1. DZIADEK – ARTYSTA

Artysta1

Namalował portret wnuczki, zanim jeszcze przyszła na świat, co (w jego mniemaniu) czyni go wieszczem wśród artystów. O samej zainteresowanej mówi, że jest prawie tak piękna, jak na jego obrazie, co oczywiście stanowi najwyższy komplement. Jak na twórcę przystało, żyje w alternatywnej rzeczywistości. Właściwie nie za bardzo wie, co można robić z takim niemowlęciem poza namalowaniem go. Tę właściwość Dziadka-Artysty warto wykorzystać, kupując mu nowe pędzle albo komplet farb i od razu zamawiając kolejną podobiznę wyczekanej wnuczki.

  1. BABCIA-BOGU-MIŁA

Babciaw

Imię ma tutaj charakter wyłącznie symboliczny, po prostu moim zdaniem brzmi lepiej niż „babcia-moher”. Na wieść o tym, że będzie miała wnuka, pyta, czy był spłodzony po Bożemu i czy aby nie w Wielkim Poście. Uzyskawszy satysfakcjonującą (inna rzecz, czy zgodną ze stanem faktycznym) odpowiedź, wymyśla mu imię, koniecznie biblijne i wyłącznie z Nowego Testamentu, żeby, broń Panie Boże, nikt go nie pomylił z Żydem. Następnie dzwoni do zaprzyjaźnionego (a jakże) proboszcza z pytaniem, czy dziecko można ochrzcić już w łonie matki. Odmowę traktuje jak herezję, w związku z czym obdzwania jeszcze ośmiu innych kapłanów, włącznie z misjonarzem z Zimbabwe i stuletnim arcybiskupem. Niczego z żadnym z nich nie załatwia, co wyraźnie psuje jej humor, ale tylko na chwilę. Szybko bowiem przypomina sobie, że nienarodzone maluszki dosyć szybko zaczynają słyszeć, więc przynosi przyszłym rodzicom w prezencie swoje radio, rzecz jasna nastawione na odbiór jedynej słusznej rozgłośni. Jak będą wyglądały jej relacje z wnukiem? Na pewno dopilnuje, by przystąpił do wszystkich sakramentów i zorganizuje mu udział w każdym możliwym turnusie parafialnych półkolonii. Co jej kupić na Dzień Babci? Kalendarz z papieżem już pewnie ma, więc dobrym pomysłem będzie np. oprawione zdjęcie wnusia, grającego aniołka w szkolnych jasełkach. Gorzej, jeżeli wnusiowi przypadła rola Heroda…

  1. DZIADEK-PIOTRUŚ PAN

PiotruśPan

Typ wiecznego chłopca, który dzieciństwo wnuka traktuje jak przedłużenie własnego. Chętnie buduje z dziedzicem zamki z lego, organizuje wyścigi resoraków, a nawet gra w przygodówkę na Playstation. Trudności (nie do przeskoczenia!!!) zaczynają się w momencie, kiedy malucha trzeba przewinąć, ubrać albo podać mu do jedzenia coś innego niż obiadek ze słoiczka. Piotruś Pan zawsze deklaruje gotowość zaopiekowania się wnukiem pod nieobecność jego rodziców, ale lepiej dla bezpieczeństwa pozwalać na to tylko wtedy, kiedy w bezpośrednim pobliżu znajduje się babcia. Dla tego rodzaju dziadka łatwo jest wybrać prezent. Ucieszy się z każdego zabawnego gadżetu, na przykład koszulki lub kubka ze śmiesznym napisem.

  1. BABCIA-DOBRA WRÓŻKA

wróżka

Wychodzi z założenia, że wnuki są po to, by je rozpieszczać. Od pierwszych dni malucha pomaga w pielęgnacji i zasypuje prezentami. Starsze dziecko chętnie zabiera do kina, na łyżwy albo na zakupy. Jedyną wadą Dobrej Wróżki (aczkolwiek przeważnie niedostrzegalną dla wnuków) jest to, że często WIE LEPIEJ niż rodzice, co jest dobre dla ich pociechy. Takiej babci można podarować np. voucher do salonu urody, aby choć przez chwilę zrobiła coś dla siebie, zamiast dla innych.

  1. DZIADEK-ERUDYTA

Erudyta

Posiada imponujący zasób wiedzy z wielu dziedzin. Nałogowo czyta książki i prasę specjalistyczną, a reszta rodziny nie może zrozumieć, dlaczego dotąd nie wziął udziału w „Jednym z dziesięciu” albo „Milionerach”. On sam twierdzi, że skoro zna odpowiedzi na wszystkie pytania, to nie widzi w tym zabawy.  Wnuki od pierwszych dni życia zapoznaje z klasyką światowej literatury, a zaraz po chrzcinach robi im wykład z podstaw oszczędzania i inwestowania otrzymanej gotówki. Erudycie można kupić książkę lub grę logiczną, w której będzie mógł rywalizować z najmłodszym pokoleniem.

  1. BABCIA-TRADYCJONALISTKA

tradycjonalistka.jpg

Wychowała pięcioro dzieci za komuny, kiedy nie było niczego – no i proszę, wszystkie wyrosły na porządnych ludzi. Nie to, co teraz… Pampersy, mokre chusteczki, fiszerprajsy i inne fanaberie, które do niczego dobrego nie prowadzą. Babcia-Tradycjonalistka przywiezie wygrzebany  z piwnicznych czeluści stos ubranek noszonych kolejno przez wszystkie jej dzieci oraz pudło zabawek sprzed czterdziestu lat, ale o co chodzi, przecież jeszcze posłużą. Właściwie nie wiem, co kupić takiej babci… Może jakiś poradnik w stylu „Jak wychować wnuki w XXI wieku”?

  1. DZIADEK-KAPRAL

Kapral

Lubi porządek… ale wyłącznie idealny. Co prawda niestraszne mu żadne pole minowe, ale kiedy przewija wnuczkę, zapina pieluszkę przy użyciu linijki i poziomnicy, żeby było równo. Ku uciesze małej cierpliwie odkłada po niej zabawki na swoje miejsce, co powoduje efekt perpetuum mobile – wiecie, o czym mówię. 😉 Jest do bólu punktualny. Jeżeli powie mu się, że dziecku trzeba dać jeść o piątej po południu, to równo o 16:59:59’ będzie stał na baczność przed podgrzewaczem do butelek, meldując gotowość do nakarmienia szeregowej najmłodszej rangą wiekiem. Kapralowi można kupić prosty w stylu zegarek albo organizer.

  1. BABCIA INCOGNITO

incognito

Jest młoda duchem, zadbana, sprawna, pełna energii. Chodzi w jeansach, szpilkach i dopasowanych bluzkach. Zrobi przy maluchach wszystko, byleby tylko nikt nie nazywał jej babcią. Podczas wspólnych wyjść pozwala wnukom mówić sobie po imieniu, w końcu „Wiola” brzmi o wiele przyjemniej niż „babunia”, a przy tym nie konotuje zmarszczek, nietrzymania moczu i wszystkich innych wątpliwych radości kojarzonych z podeszłym wiekiem. Prezenty zawierające słowo „babcia” także zdecydowanie odpadają, ale za to strzałem w dziesiątkę okażą się kosmetyki (byle nie żadne „50+”!) albo karta upominkowa do odzieżowej sieciówki.

A jak Wy planujecie świętować Dzień Babci i Dzień Dziadka?

Reklamy
Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Droga po szczęście

Rozdzielanie rodzeństw przy adopcji

Marka, a później jego żonę Ewę, poznałam kilka lat temu w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z przysposobieniem. Kontaktujemy się przeważnie służbowo, ale ponieważ oboje prowadzą rodzinę zastępczą, często dyskutujemy na wspólne nam tematy. Obecnie przebywa u nich w pieczy czworo dzieci, z których troje to przyrodnie rodzeństwo. Niedawno Marek opowiedział mi o ich niewesołej sytuacji.

Paweł ma 8 lat, Marta 6, a Weronika niecałe 5. Wszyscy są dotknięci jakimś spektrum FAS. Młodsza z sióstr cierpi pełnoobjawową formę tego syndromu, chłopiec teoretycznie mieści się w normie intelektualnej, ale nie potrafi zrozumieć ani tym bardziej zachowywać podstawowych norm społecznych (Marek przytoczył m.in. sytuację, w której Pawełek bez skrępowania sięgnął po portfel badającej go pani psycholog i wyciągnął z niego pieniądze, które następnie próbował schować sobie do kieszeni). Najmniej poszkodowana jest Marta, która co prawda wolno myśli i pracuje, przez co najpewniej będzie miała trudności w nauce, ale poza tym rozwija się prawidłowo i ma największe z całej trójki szanse na całkowicie samodzielne życie w przyszłości. Dzieci mają jedną matkę, ale różnych ojców… kobieta tak często zmienia partnerów, że równie dobrze sama może nie wiedzieć, z kim ma którą z pociech. Maluchy zostały jej odebrane po którejś z kolei libacji alkoholowej, ale rodzina ma też na koncie przemoc oraz różnego typu zaniedbania. Ewa i Marek robią wszystko, żeby, mówiąc potocznie, „wyprowadzić te dzieciaki na prostą”. Niedawno byli w tym celu u znanej w Polsce specjalistki od FAS (Ci z Was, którzy orientują się w temacie, bez problemu odgadną jej nazwisko). Ku zdziwieniu obojga, pani doktor jasno zasugerowała, że Marta powinna trafić do adopcji. Rodzice zastępczy nie zgodzili się z tym werdyktem, powołując się przede wszystkim na istniejącą więź między rodzeństwem. Specjalistka natomiast argumentowała, że dla Marty przysposobienie może być szansą na bezpieczne, normalne dorastanie; rodzeństwo od dawna jest już w ogólnopolskiej bazie dzieci wolnych prawnie i z dnia na dzień maleją szanse na to, że w kraju znajdzie się dla nich rodzina adopcyjna… z kolei sytuacja adopcji zagranicznych, jaka jest za obecnej władzy, każdy widzi.

Ani Marek, ani Ewa nie zmienili zdania, ale na pewno wizyta u pani doktor zasiała w nich ziarno niepewności.

Lady, a co, jeżeli ta lekarka ma rację? – zapytał mnie retorycznie (właśnie odkryłam, że tak się da) na zakończenie ostatniej rozmowy.

Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji to bardzo, bardzo złożony problem. Dowodzi tego chociażby liczba ludzi, którzy za pośrednictwem mediów społecznościowych poszukują utraconych w ten sposób braci i sióstr. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza osobom, które na co dzień nie mają do czynienia z żadną formą rodzicielstwa zastępczego, separacja dzieci od siebie wydaje się bezmyślnym okrucieństwem. Takie nastroje podsycają jeszcze programy telewizyjne, pokazujące najczęściej skrajne i łzawe historie…

rodz

…dlatego bardzo często, kiedy słyszymy gdzieś hasło „rozdzielono rodzeństwo”, z oczywistych względów mamy przed oczami stereotypowy obrazek: dwoje lub troje uroczych dzieci w zbliżonym wieku, wychowujących się razem od narodzin, nagle traci jedno lub oboje rodziców, po czym jest zabieranych przez bezdusznych urzędników do domu dziecka, skąd każde trafia do innej rodziny zastępczej lub adopcyjnej. I ani sąd, ani żadna inna instytucja nie liczy się z tym, że te dzieci już raz straciły wszystko i właściwie mają miały teraz tylko siebie… Trudno się nie zgodzić, że takie postępowanie jest rodzajem barbarzyństwa.

Problem w tym, iż rzeczywistość jest przeważnie o wiele bardziej skomplikowana.

Sytuacja pierwsza. Bezdzietne małżeństwo przysposabia trzymiesięcznego chłopca – jedynaka, spłodzonego gdzieś na imprezie przez pijaną nastolatkę. Dwa lata później okazuje się, że matka biologiczna urodziła kolejnego synka, który również trafia do adopcji. Ośrodki adopcyjne w pierwszej kolejności proponują adopcję „nowego” dziecka rodzinie, w której przebywa jego rodzeństwo. Małżonkowie liczyli się z taką ewentualnością, więc zgadzają się i od tej pory żyją we czwórkę. Po kolejnych kilkunastu miesiącach biologiczna matka chłopców rodzi bliźniaki. Nasi bohaterowie zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji – zarabiają przyzwoicie, ale nie luksusowo, mają trzypokojowe mieszkanie, które jakoś nie chce być z gumy… sumienie nie pozwala im jednak rozdzielać rodzeństwa, przysposabiają więc również i tę dwójkę. Pytanie brzmi, co zrobić w momencie, kiedy u matki biologicznej pojawią się kolejne dzieci? Jeżeli łącznie będzie ich ośmioro albo więcej? Czy można wymagać od rodziców adopcyjnych, aby zapewnili (dobro)byt dziesięciorgu osobom, jeżeli nie wymagało się tego od biologicznych?

Sytuacja druga. Parze alkoholików urodziła się córka. Rodzice, zajęci codziennymi libacjami, podrzucali małą różnym babkom i ciotkom. U jednej z nich została na dwa lata, po których trafiła do rodziny zastępczej, a następnie do adopcji. W międzyczasie matka biologiczna rozstała się z dotychczasowym konkubentem, znalazła nowego partnera i urodziła mu kolejną córkę, która po roku została zabrana rodzicom w wyniku interwencji policji. Czy obie siostry muszą trafić do jednej rodziny adopcyjnej, skoro się nie znają i nie ma pomiędzy nimi żadnej więzi?

Sytuacja trzecia. Po kilkuletniej bitwie o odebranie praw rodzicom biologicznym, stosującym przemoc fizyczną (w tym seksualną) i psychiczną, dwaj chłopcy w wieku 8 i 9 lat zostają przeznaczeni do adopcji. Problem w tym, że bracia nienawidzą się nawzajem do tego stopnia, iż nie są w stanie przebywać razem w jednym pomieszczeniu. W dodatku obaj cierpią na RAD i wymagają stałej opieki psychologa, psychiatry i seksuologa. Czy można w imię wyższego dobra zmuszać zarówno ich, jak i potencjalnych rodziców adopcyjnych, do wspólnego zamieszkania?

Sytuacja czwarta, ostatnia. W pieczy zastępczej przebywa troje rodzeństwa: zdrowa dziewczynka oraz jej dwóch braci, upośledzonych fizycznie i intelektualnie w stopniu znacznym. Szanse na znalezienie rodziców dla całej trójki są mniej niż nikłe. Czy należałoby szukać rodziny dla dziewczynki, dając jej szansę na kochający dom i normalne życie, czy niejako „skazać” ją na dożywotnie tułanie się po „bidulach” i opiekę nad braćmi, której nawet jej dorośli rodzice nie potrafili sprostać?

Z takimi przypadkami, jak powyższe, na co dzień pracują PCPR-y, ośrodki adopcyjne i sądy rodzinne. O ile zgadzam się z Ewą i Markiem, że nie należy niszczyć więzi pomiędzy przebywającym u nich rodzeństwem, o tyle w sprawie przedstawionych niżej przykładów nie byłabym już tak zdecydowana. Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji na pewno jest złem… ale myślę, iż czasami koniecznym.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca

Zgodnie z oczekiwaniami tegoroczna wigilia na pewno była niezapomniana, głównie w znaczeniu pozytywnym. Nie tylko dlatego, że to pierwsza z Księżniczką. Powodów było o wiele więcej. Zatem – po kolei.

Kilka minut przed „godziną zero” zjawił się mój tata, który w naszym mieszkaniu czuje się bardzo swobodnie, co 24 grudnia stanowiło tyleż błogosławieństwo, ile przekleństwo. Z jednej strony super, że sam sobie chowa buty do szafki, robi herbatę czy rozsiada się na kanapie; z drugiej, kiedy wszystko już jest gotowe na tip-top i pięknie nakryte, ojciec kręcący się po naszej malutkiej kuchni z ogromnym, pełnym earl greya kubkiem z napisem „THE BOSS” i przestawiający po swojemu krzesła przy stole… jak by to powiedzieć… nie jest najlepszym lekarstwem na przedwigilijną nerwówkę ;).

Teściowie przybyli równo z resztą gości i od razu rzucili się na wnuczkę, dzięki czemu mogliśmy z P. spokojnie podać do stołu.  Wspólne życzenia składał mój mąż jako głowa domu. Bardzo go lubię w tej roli. Przebiegu samej wieczerzy chyba nie ma co streszczać; minęła tradycyjnie i w przemiłej atmosferze. Nikt nikomu nie dogadywał ani nie kłócił się o politykę (czego się obawiałam, bo wśród zebranych znajdowali się zarówno zagorzali zwolennicy, jak i przeciwnicy obecnej władzy), za to wszyscy zachwycali się smakiem potraw. Nawet ciotka C. (ta od wymówek i sałatki jarzynowej), wzruszona, podziękowała, że wyciągnęliśmy ją z domu i może być w ten wieczór z nami.

„Fajerwerki” zaczęły się później, wraz z wniesieniem na stół ciasta. Ponieważ, jak już wiecie, większość naszych gości stanowili ludzie starsi, których (bądź co bądź) taka impreza bardzo męczyła, to, aby nie przedłużać, zbiegły nam się jednocześnie trzy rzeczy do zrobienia: podanie deseru, rozdanie prezentów i karmienie Księżniczki, która bardzo głośno i wyraźnie zaczęła manifestować głód (oraz, co tu ukrywać, znużenie).  Na jej wrzask każdy z obecnych zareagował po swojemu. P. poszedł przygotować mleko, teściowie próbowali małą rozbawić (z dokładnie odwrotnym skutkiem), pradziadkowie współczuli, że maluszek płacze, mój ojciec wzruszył ramionami, bo to przecież normalne, iż niemowlę robi awanturę o jedzenie. Ja nie zrobiłam nic, gdyż uznałam, że dwoje dziadków nachylających się nad bujakiem w zupełności wystarczy. Księżniczce żadna krzywda się przecież nie działa, zaś „amu” było już w drodze. A ciotka C.? Ciotka C. wyraziła niezadowolenie, że boli ją głowa od hałasu, zresztą kto to widział, żeby tak się drzeć. No ale nic to, sytuację opanowaliśmy. Dziecię zostało nakarmione i przebrane, a chwilę później zaniesione do łóżeczka na drzemkę. Ciotce jednak najwyraźniej ból głowy dał się we znaki, bowiem, zlustrowawszy wzrokiem talerze z ciastem, wypomniała nam brak makowca. „Lady, jak to nie piekłaś? Święta bez makowca, to nie święta”. Puściłam tę uwagę mimo uszu, chociaż miałam na końcu języka ripostę, że ciotka jako jedyna z gości nie przyniosła absolutnie niczego na wspólny stół. Wypominanie jej tego byłoby małostkowe i nie na miejscu, natomiast przyznaję, pomyślałam, że mogła chociaż kupić ten cholerny makowiec, jeśli tak jej był potrzebny do szczęścia. Nawiasem mówiąc, nie piekłam, bo za nim nie przepadam, a i nikt inny nie był tym ciastem zainteresowany, kiedy ustalaliśmy menu. Postawiliśmy sernik, piernik, tort węgierski i kruche ciasteczka. Moim zdaniem wystarczająco.

                                        Schody

Ze względu na nasze raczkujące tornado prezenty ustawialiśmy nie pod choinką, a na schodach. Podawaliśmy je gościom po kolei, co wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Jako pierwszy trafił w moje ręce akurat podarunek dla Księżniczki, która zresztą drzemała wówczas w swoim pokoju. Powiedziałam więc, że paczuszka jest dla małej (J., to była ta od Ciebie!) i że otworzymy ją, kiedy adresatka już wstanie. I wtedy nastąpiła kulminacja, kwintesencja i eksplozja usposobienia ciotki C. „No chyba przesadzacie!” – stwierdziła obrażona – „Księżniczka w ogóle nie powinna dostać prezentu, bo jest niegrzeczna!” Jako pierwszy zaoponował mój teść, który przecież miał jeszcze świeżo w pamięci naszą przeprawę z przychodnią specjalistyczną i godny podziwu spokój malutkiej. Gdzieniegdzie podniosły się głosy protestu, natomiast ciotka, niezjednana, oznajmiła: „Jest niegrzeczna, bo krzyczała i nie dała zjeść w spokoju”. Tia. Krzyczała dwa razy. Pierwszy, kiedy prześliczna wieczorowa sukienka (Ahaja, uściski!!!) przeszkadzała jej w raczkowaniu, drugi, kiedy zgłodniała. Zastanawiam się, czy dzieci, a później wnuki ciotki C.  potrafiły w tym wieku siedzieć przez trzy godziny wśród tylu ludzi w jednym miejscu i w całkowitym milczeniu… Jeżeli tak, to sama nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Niestety, ciotka musiała jakoś pogodzić się z faktem, że najwięcej prezentów było właśnie dla Księżniczki, co nas akurat wcale nie zdziwiło. Na sam koniec wysłuchaliśmy jeszcze piętnastominutowego (z zegarkiem w ręku!) wykładu na temat tego, że nie dysponujemy w domu łyżką do butów, a powinniśmy.

Przez moment po wyjściu gości byłam zła, ale chyba mogę zrzucić winę za ten stan na zmęczenie. W gruncie rzeczy jest mi ciotki żal. Wśród rodziny krążą o niej legendy, które znałam od bardzo dawna, ale nie miałam okazji przekonać się na własnej skórze o jej specyficznym podejściu do życia, a zwłaszcza do bliźniego. Mam wrażenie, że ona nie jest do końca świadoma tego, iż zraża do siebie innych. Nie sądzę, aby robiła to z premedytacją. Taki po prostu ma charakter. Chętnie zaproszę ją na wigilię również w przyszłym roku. Upiekę nawet ten makowiec i kupię łyżkę do butów, niech ma. Tylko tak sobie gdybam, że mnie jest łatwo, bo nie obcuję z ciotką na co dzień.  Nie jest moją siostrą, matką ani teściową…

Mojej mamie też zresztą daleko było do ideału, chociaż na pewno nie chciała dla mnie źle. W tych naprawdę złych momentach tata próbował jej tłumaczyć, że jeżeli nie zmieni swojego postępowania, to zostanie sama na starość; że pewnego dnia zamknę za sobą drzwi i już nie wrócę. Nie wiem, czy byłabym do tego zdolna, chociaż przyznaję, że i takie myśli krążyły mi po głowie. W każdym razie przypuszczam, że taki właśnie los spotkał ciotkę C. Jej dzieci wyjechały za granicę i bardzo rzadko ją odwiedzają. Nawet podczas pobytu w rodzinnym mieście wpadają najwyżej na przysłowiową kawkę i uciekają do znajomych albo dalszych krewnych. Faktem jest więc, że ciotka nie ma na miejscu nikogo, na kogo mogłaby liczyć. Dlatego zaprosiliśmy ją na wigilię… i być może dlatego ciotka C. stała się gwiazdą wieczoru.

 

Taka tam rodzina adopcyjna

Pastorałka dla Księżniczki

baby-2980940_960_720

Gdy śnieg sypie za oknami,

świat układa się do snu,

w domu brzmiącym kolędami

mam w ramionach Boży cud…

 

Tyle lat oczekiwania,

adwent, co dekadę trwał

pośród lęków i wahania…

Jednak Bóg nam Ciebie dał!

 

Jak w stajence przed wiekami

rzecz się stała niemożliwa,

tak Ty dzisiaj jesteś z nami

taka bliska i prawdziwa!

 

Słowo w ciało się zmieniło,

pośród ludzi zamieszkało,

chociaż wielu nie wierzyło

i nadzieję odbierało.

 

Mimo tego cud zagościł

w naszych zwykłych, skromnych progach

i wciąż uczy nas miłości,

pochodzącej wprost od Boga.

 

Córciu nasza, Aniołeczku,

zaśnij słodko w swym łóżeczku,

a my z tatą, wciąż wzruszeni,

wyszepczemy przytuleni:

 

Niech Cię do snu ukołysze

kolęd dźwięk, które świat nuci;

w tę cudowną nocną ciszę

niech Ci nic snu nie zakłóci.

 

sleeping child