Taka tam rodzina adopcyjna

Święty Mikołaj na sygnale, czyli ostrożnie z marzeniami

Jeżeli pamiętacie jeszcze ostatni wpis, Księżniczka prosiła w nim Mikołaja o pączka. Po dłuższych namowach zdecydowała się poszerzyć tę imponującą listę o dużego lizaka i karetkę – co akurat nie dziwi, biorąc pod uwagę jej zamiłowanie do leczenia pluszaków. Ustaliliśmy więc z mężem, że któregoś dnia przed mikołajkami on odbierze małą z przedszkola, a ja pojadę zdobyć zabawkowy ambulans. Jak się okazało, plan został wykonany z solidną nadwyżką.

ambulance-1874764_960_720.jpg

Zgodnie z założeniem kupiłam karetkę, oczami wyobraźni widząc, jak Księżniczka ucieszy się w mikołajkowy poranek. I na tym historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie to, co zdarzyło się wieczorem. Tuż przed pójściem spać mała przytuliła się do mnie, mówiąc, że jest jej zimno. Zdziwiłam się, bo miała na sobie polarową piżamę, a mieszkanie mamy ciepłe. Po chwili jednak poszła do swojego pokoju, z którego wróciła owinięta w kołdrę. Odruchowo sprawdziłam czoło – chłodne. Poprosiłam więc, żeby położyła mi się na kolanach, to ją rozgrzeję. Ledwo to zrobiła, z nosa zaczęła jej lecieć krew. Był to już drugi krwotok w ciągu doby, ale poprzedni trwał bardzo krótko. Tym razem walczyliśmy przez prawie godzinę. Początkowo krew leciała takim strumieniem, że nie nadążaliśmy z podkładaniem czegokolwiek do tamowania. Po dłuższym czasie Księżniczka zaczęła mówić, że kręci jej się w głowie, że musi się położyć. W końcu P. zadzwonił pod numer alarmowy. Byliśmy przygotowani, że dyspozytor pokieruje nas do jakiejś placówki, świadczącej nocną opiekę medyczną. Tymczasem to, co się zdarzyło, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Połączono nas bezpośrednio z załogą karetki, a kiedy Pan Ratownik (przez wielkie „P” i „R”) usłyszał, że dziecko ma dwa latka, a my nie znamy miasta – zadeklarował, że przyjedzie. Ekipa z pogotowia znalazła się u nas w 5 minut. Oczywiście zadziałało prawo Murphy’ego i Księżniczka przestała krwawić kilkadziesiąt sekund przed przybyciem medyków. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że nasiałam paniki, być może opóźniając interwencję w jakiejś poważniejszej sprawie, ale Panowie Ratownicy zapewnili nas, że takich objawów nie wolno lekceważyć, a dziecko musi zostać zbadane w szpitalu.

Rzecz jasna pacjentka, o którą się rozchodzi, od samego wejścia Panów Ratowników była przeszczęśliwa. Bez problemu dała się zbadać, po czym wypytała dokładnie, po co im taka duża torba i co w niej mają. W największy zachwyt wpadła jednak wtedy, kiedy po wyjściu z klatki schodowej zobaczyła prawdziwą karetkę na sygnałach świetlnych, która w dodatku czekała właśnie na nią. Nasz prezent mikołajkowy zdecydowanie zbladł przy przejażdżce ambulansem.

Na SORze spędziłyśmy pięć godzin. Wyszłyśmy niestety bez konkretów, za to z zaleceniem, żeby w przypadku powtórki bez wahania wzywać pogotowie…

Medycznych skutków tej nocnej akcji jeszcze nie znamy, podobnie jak przyczyn krwotoku. Nie sposób za to zauważyć innych następstw.

Po pierwsze – Księżniczka postanowiła, że zostanie ratownikiem medycznym.

Po drugie – bawiąc się w leczenie zabawek, zaczyna od założenia rękawiczek („tak jak Pan Latownik”) – czyli pierwszy krok w udzielaniu pierwszej pomocy już opanowała 😉

Po trzecie – mikołajkowy prezent w postaci karetki okazał się strzałem w dziesiątkę.

Po czwarte – tu musi nastąpić dłuższy opis. Krótko po mikołajkach odwiedziła nas chrzestna Księżniczki. Wybraliśmy się wszyscy razem na świąteczny pokaz organizowany przez pewne muzeum, postanawiając od razu zwiedzić choć jego część. Tak się złożyło, że fragment ekspozycji dotyczył II wojny światowej. Ze względu na małą chcieliśmy pominąć ten etap zwiedzania. Pewnie by nam się to udało, gdyby wzrok młodej nie padł na figurę sanitariuszki opatrującej rannego żołnierza. To nic, że facet (na szczęście tylko manekin) miał zmasakrowaną twarz. Księżniczki nie dało się od tego oderwać. Z przejęciem opowiadała, że pan jest chory, „ma ała” i „ma klew”, że go boli, ale że pani pielęgniarka ma w torbie lekarstwa, wyleczy go i będzie zdrowy. Przed wyjściem trzy razy jeszcze chciała wracać do tego miejsca, zaś dwa dni później stwierdziła, że ona też będzie pielęgniarką.

Po piąte – ulubioną zabawą stało się przyjmowanie pluszaków do szpitala. Póki co rekordzistą jest konik, który zjadł za dużo siana, przez co bolą go uszy (?!), brzuszek, gardło i ząbki. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że konik jest w rzeczywistości gumowym „skoczkiem” o sporych gabarytach, a Księżniczka próbuje nosić go na rękach lub wymóc to na nas. Drugim w kolejności pechowcem jest „Kłaczątek”, czyli pluszowy łabędź (Olitoria, wiesz, o czym mowa). On z kolei ciągle w coś uderza, dlatego bolą go niemal wszystkie części pluszowego ciała. Zabawkowe zwierzątka wypełniają całą poczekalnię, urządzoną pomiędzy stolikiem a szafą – co wskazuje, że nasza dwuletnia pani doktor najpewniej przyjmuje na NFZ. Pół biedy zresztą, gdyby tylko pokój Księżniczki zamieniał się w szpital. Okazuje się bowiem, że najlepszym miejscem do hospitalizowania maskotek jest nasze małżeńskie łóżko. Dziś wieczorem odkryłam pod kołdrą nie tylko dwa pluszowe psy, pandę i borsuka (też pluszowego na szczęście), ale jeszcze plastikowy stetoskop, garnek (?) i foremkę do ciastoliny (???). Zastanawiałam się, czy to nie elementy jakiejś eksperymentalnej terapii, ale wolę nie drążyć.

Przechwytywanie222.JPG

Tegoroczne Boże Narodzenie będzie inne, niż pierwotnie zakładaliśmy. Wywiało nas daleko od rodziny, a okoliczności sprawiły, że do końca roku nie za bardzo mamy jak się stąd ruszyć. Spędzimy więc Święta tylko we troje… byle nie w szpitalu 😉

A jak u Was przebiega okres przedświątecznej gorączki? Szaleństwo zakupów? Pierogi upchnięte na każdym wolnym kawałku przestrzeni? „Last Christmas” z Youtube’a w zapętleniu? A może dajecie sobie spokój i zaszywacie się gdzieś w Bieszczadach?

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Ziebla, pseckol i inne nowiny

– Księżniczko, co byś chciała dostać na Boże Narodzenie?
-yyy… choinkę!
– Choinka na pewno będzie, a pod nią wkłada się prezenty. Co byś chciała dostać w prezencie pod choinkę?
Pączka!

donut-2544153_640.png

Nie wiem: cieszyć się, że nie pójdę z torbami, czy martwić, że tylko jedzenie jej w głowie?
Zmartwienie wcale nie byłoby zresztą bezzasadne, bo nawet wychowawczyni z nowego przedszkola powiedziała nam ostatnio, że pierwsze słowa Księżniczki po przebudzeniu z drzemki brzmią zwykle: „Co będzie na podwieczorek?”

Obiecałam relację z nowego, więc oto i ona. Nasza latorośl błyskawicznie odnalazła się w przedszkolu – właściwie jeszcze zanim do niego poszła. Dzień wcześniej pojechaliśmy sprawdzić, gdzie dokładnie ta placówka się znajduje i jak wygląda z zewnątrz. Mała dojrzała budynek jeszcze przez szybę autobusu, po czym wybiegła z niego, krzycząc: „Mój pseckol!!!”. Tyle w temacie aklimatyzacji.

school-bus-147778_640.png

Dodatkowym plusem jest to, że rano wychodzimy wszyscy troje (a właściwie czworo, jeśli doliczyć Zieblę*) i razem jedziemy autobusem, co dla Księżniczki jest podwójną atrakcją. Przed przeprowadzką sama odwoziłam ją samochodem do żłobka, więc teraz towarzystwo taty w połączeniu z przejażdżką komunikacją miejską same w sobie stanowią rozrywkę.

Jeśli chodzi o nas, to chyba jest dobrze. P. ma mnóstwo roboty, co przekłada się na dłuższą obecność w biurze lub wieczorne stukanie w klawisze. Nie jest to jednak nic, czego byśmy się nie spodziewali, zwłaszcza w początkowym okresie.

Co do mnie – póki co jestem zachwycona nową pracą, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie zawsze będzie tak różowo. Nie bez powodu mówi się, że w każdym miejscu zatrudnienia najlepsze są pierwsze i ostatnie dni ;). W każdym razie robię to, co lubię i do czego chyba się nadaję – a przynajmniej taką mam nadzieję. Na pewno za to złapałam bakcyla i coraz bardziej daję się pochłaniać nowej branży.

Rysy na szkle oczywiście też są, a jakże. W zeszłym tygodniu straciłam babcię. Chociaż wiek osiągnęła już słuszny i teoretycznie spodziewaliśmy się, że jej organizm nagle może odmówić posłuszeństwa, to jednak na śmierć bliskiej osoby nigdy nie jest się do końca gotowym. Nie tak wyobrażałam sobie pierwszą po przeprowadzce wizytę w rodzinnym mieście…

Mam też niejasne wrażenie, że jest kilka osób, które niezbyt dobrze nam życzą. Koleżanka z byłej pracy zapytała mnie wprost: „jak to możliwe, że tobie tak wszystko spadło z nieba?”. Nie wiem jak Wam, mnie z nieba spadł (przynajmniej ostatnio) jedynie deszcz na świeżo ułożone włosy, kiedy któregoś popołudnia czekałam przez godzinę na autobus na peryferiach miasta. Piszę o tym profilaktycznie, gdyby ktoś chciał zrobić laleczkę voodoo z moją podobizną i powbijać trochę szpilek, to służę facjatą.

doll-161405_640.png

Z mniejszych problemów także by się coś znalazło. Na przykład akustyka w budynku, w którym obecnie mieszkamy. Słychać każdy ruch sąsiadów zza wszystkich ścian. Podejrzewam, że choćby nosili filcowe kapcie, porozumiewali się na migi, a telewizję oglądali wyłącznie w słuchawkach, to i tak mogłabym odwzorować ich plan dnia.  Zastanawiam się, co jest gorsze: czy to, że ci spod siódemki oglądają tylko TVP Info, czy fakt, że rozchodzenie się dźwięku działa wszak w obie strony i również każde nasze słowo jest słyszalne dla sąsiadów…

*Ziebla – a właściwie Zebra lub Zeberka – od kilku miesięcy ulubiona maskotka Księżniczki, sprezentowana jej kiedyś przez chrzestnego. Mała prawie się z nią nie rozstaje i w przeuroczy sposób pokazuje jej świat: „Zobać, Ziebla, kwiatki, widziś?” – itd. Coś czuję, że Ziebla zostanie stałą bywalczynią „Stożków”. 😉 Następnym razem wstawię jej zdjęcie.

Droga po szczęście, Takie tam różne

Notatnik przeprowadzkowy Lady M.

Ja umyłam głowę – zakomunikowała Księżniczka, zasypiając przy mnie – a ty nie umyłaś. No i trudno, będziesz brzydka.

Mimo znużenia wyraziła ten osąd tak dobitnie, że skojarzyła mi się z jurorem jakiegoś Must Be The Model czy innego Gwiazdy Zostają na Lodzie. Wpisuje się to zresztą w trend, zgodnie z którym każdy może być ekspertem, niezależnie od posiadanej wiedzy czy doświadczenia w danej dziedzinie. Skoro więc na przykład, nie mając dzieci, można zostać specjalistą od wychowania, to ja się dzisiaj mianuję autorytetem od przeprowadzek, jako że mam jedną tuż za sobą – to nic, że pierwszą od dwunastu lat. 😉

Kobieta, Dziewczyna, Ludzie, Kobiet, Ręka, Uwaga

Subiektywny Poradniko-Notatnik Przeprowadzkowy Lady Makbet:

  1. Jeżeli wahasz się pomiędzy wyrzuceniem a zatrzymaniem jakiejś rzeczy – wyrzuć. I tak zabierzesz wszystkiego za dużo. (Rada otrzymana od Żuczka – trafność 10/10)
  2. Istnieje ryzyko, że jeśli spuścisz z oka duży pusty karton, to chwilę później zastaniesz swoje dziecko skaczące do niego na główkę z łazienkowego podestu.
  3. Jeśli złapiesz się na pakowaniu kartonu w inny karton, to najprawdopodobniej potrzebujesz odpoczynku.
  4. Kartonów, taśmy klejącej, czasu na pakowanie i odłożonych pieniędzy masz za mało. Słowo.
    package-2072221_960_720
  5. Opisywanie pudeł hasłami w stylu: „ostrożnie, szkło”, „nie rzucać” lub „tą stroną do góry” może i wydaje się profesjonalne, ale jest kompletnie bez sensu. Panowie z firmy przeprowadzkowej nie mają czasu tego czytać, o stosowaniu nie mówiąc. Jak w starym dowcipie – tyle roboty, że nie ma kiedy taczki załadować. Czy tam kartonu.
  6. Możesz być nawet mistrzem świata w Tetrisie i mieć doktorat z logistyki, a i tak zostanie Ci na końcu jakaś fikuśna karafka po babci, zegar w kształcie kota albo inne akcesoria do odkurzacza, które za Chiny nie wejdą do żadnego pudła.
  7. Dzień przed przeprowadzką to idealny czas, żeby ZUS albo Urząd Skarbowy upomniał się o jakiś dokument sprzed czterech pokoleń, który spakowałaś/eś nie wiadomo gdzie na samym początku procedury. A nawet, jeśli wiadomo gdzie, to zapewne jest to najgłębiej schowany karton w całym domu.
  8. Liczba otrzymanych prezentów pożegnalnych jest wprost proporcjonalna do tego, co już zdążyłaś/eś spakować i odwrotnie proporcjonalna do pozostałego miejsca w kartonach.
    office-4480212_960_720.jpg
  9. Pożegnania są trudniejsze, niż się wydaje.
  10. Po wywiezieniu rzeczy warto jest odkurzyć mieszkanie. Pamiętaj jednak, że pożyczenie odkurzacza od sąsiadki zajmuje godzinę, a oddawanie go drugą. Plusy: wypijesz dwie kawy, zjesz pączka i serniczek, przy okazji dowiadując się, że szwagier Waldka ciągle pije, syn Moniki kupił mieszkanie, a Kowalskiej wycięli woreczek. Nie przejmuj się, nawet mąż sąsiadki nie wie, kim są Waldek, Monika i Kowalska. Minusy: jesteś na diecie i masz plan dnia napięty jak plandeka na żuku, a tymczasem… zjesz pączka i serniczek, przy okazji dowiadując się, że szwagier Waldka ciągle pije, syn Moniki kupił mieszkanie, a Kowalskiej wycięli woreczek.
  11. Na pewno i tak czegoś zapomnisz. Najprawdopodobniej tego, co zostawiłaś/eś na samym wierzchu właśnie po to, żeby na 100% to zabrać.

W każdym razie jesteśmy przeprowadzeni. Księżniczka z powodzeniem aklimatyzuje się w przedszkolu, ja właśnie zaczęłam nową pracę. Pierwsza relacja z „nowego” już niebawem.  🙂

Taka tam rodzina adopcyjna

Kamila, czyli co to znaczy być adoptowanym

child-1439468_960_720

Kamila została moją uczennicą w piątej klasie. Od początku trochę odstawała od reszty zespołu, przy czym owo „trochę” jest tu słowem kluczem, bo niełatwo było od razu uchwycić, na czym polega jej inność. Dopiero po czasie dało się zauważyć, że chociaż jest bardzo inteligentna, uczy się poniżej swoich możliwości; na lekcjach przystępowała do wykonywania zadań, ale jej myśli prędko odpływały gdzieś daleko. Mówiła, że nie może się skupić, przy czym nie przejawiała typowych cech dziecka nadpobudliwego. Wyglądało to raczej tak, jakby bujała w obłokach albo zwyczajnie nie była zainteresowana lekcją. Wypowiadała się za to językiem charakterystycznym raczej dla dorosłych, niż dla nastolatków (przykłady będą poniżej). Okazało się też, że jest kłótliwa, prowokuje inne dzieci do niewłaściwych zachowań, po czym kreuje się na ofiarę, a nie inicjatorkę konfliktu. Coraz częściej rówieśnicy donosili, że zmyśla lub zwyczajnie kłamie. Kiedy pojawiły się pierwsze oceny, dziewczynka próbowała „zastraszać mnie” rodzicami, np. moja mama żąda, aby pani natychmiast sprawdziła mi tę poprawę albo mój tata jest oburzony, że tak nisko oceniła pani moje wypracowanie.

human-3616407_960_720

Skonsultowałam się zatem z wychowawczynią tej klasy, żeby dowiedzieć się o Kamili czegoś więcej. Otrzymałam informację, że rodzice są znanymi w okolicy przedsiębiorcami (czego zdążyłam się już domyślić po nazwisku) i nie za bardzo mają czas, żeby zajmować się szkolnymi problemami jedenastolatki, dlatego dziewczynka trochę wychowuje się sama, a trochę pomaga jej w tym starszy, dorosły już brat. Takie wyjaśnienie mi jednak nie wystarczyło. Czułam, że problem Kamy tkwi gdzieś głębiej.

secrets-2022148_960_720.jpg

Podczas dyskusji na jednej z lekcji pojawił się temat adopcji. Nie pamiętam już, jaka była jego geneza – grunt, że go podjęłam. Kiedyś wspominałam na „Stożkach”, że nie poruszam tego problemu sama z siebie, ale jeżeli nadarzy się okazja, to próbuję uświadamiać podopiecznym, czym jest ten proces. W każdym razie w pewnym momencie Kamila zaczęła histerycznie płakać, pomimo tego, że nikt nie powiedział niczego szczególnego. Chyba każdy dorosły, a zwłaszcza rodzic adopcyjny, domyśliłby się, w czym rzecz. Po dzwonku na przerwę zapytałam dziewczynkę, czy chce porozmawiać. Odmówiła, więc nie naciskałam… co nie znaczy, że przestałam się nią przejmować. Przeciwnie.

Kilka dni temu jeden z chłopców, źle zrozumiawszy fragment tekstu z podręcznika, powiedział, że jeśli ktoś nie może mieć dziecka, to idzie do domu dziecka i sobie kupuje. Wzięłam głęboki oddech i policzyłam do trzech, żeby nie zrobić czegoś, co poskutkuje odebraniem prawa do wykonywania zawodu 😉 , a potem zaczęłam tłumaczyć, że to nie do końca tak działa. Próbowałam opisać w skrócie (i zrozumiale dla szóstoklasistów), jak w naszym kraju przebiega ta procedura. Kamila przepłakała cały mój wywód, mimo że ze względu na nią starałam się jak najdelikatniej dobierać słowa.

Poprosiłam ją o pozostanie po lekcji. Przyznałam, że widzę, iż temat adopcji jest jej bliski i zapytałam, czy czymś ją uraziłam. Zaprzeczyła… a chwilę później opowiedziała mi coś, co dało mi do myślenia przede wszystkim jako matce adopcyjnej. Publikuję skrót naszej konwersacji (z drobnymi zmianami, nie przeinaczającymi jej sensu, ale utrudniającymi ewentualną identyfikację dziewczynki) również z myślą o rodzicach ado, którzy czytają ten blog.

secret-2725302_960_720

Jestem dzieckiem adoptowanym – zaczęła, patrząc załzawionymi oczami gdzieś w przestrzeń za oknem – i to strasznie boli. Wiem o wszystkim od początku, ale to niczego nie ułatwia. Żyję ze świadomością, że mam gdzieś jeszcze innych rodziców, ale nic o nich nie wiem… jedynie tyle, że tamta mama ma na imię Aleksandra i że urodziłam się w Poznaniu. Przez trzy lata byłam w domu dziecka, ale nic nie pamiętam – tylko moment, jak stamtąd odchodziłam. Dostałam nawet jakąś pamiątkę na pożegnanie, ale tam nie ma nic o moich rodzicach… tamtych, co mnie urodzili. Kiedyś przeszukałam w domu wszystkie teczki, jednak nie znalazłam żadnych dokumentów dotyczących mojego pochodzenia.

– I to cię najbardziej boli? – zapytałam.

To, że nic o sobie nie wiem. Że moja historia nie ma początku. Że może oni mnie nie chcieli, a może ktoś im mnie zabrał? A jeśli tamta mama była niepełnoletnia? Kiedyś słyszałam, że jeśli dziewczyna urodzi dziecko w wieku na przykład 15 lat, to ono trafia do domu dziecka… Może i ze mną tak było? Może chciała mnie odzyskać i już nie znalazła?

Kama, a czy ty rozmawiałaś o swoich obawach z rodzicami? Skoro nie ukrywają przed tobą faktu adopcji, to może pomogliby ci rozwiać wątpliwości?

Spojrzała na mnie, jakbym zaproponowała jej lot na Księżyc w jedną stronę.

Nie chcę ich tym męczyć ani sprawiać im przykrości. Myślę, że ich też ten temat boli… chociaż czasem mam wrażenie, że jest im obojętny… albo że się wstydzą.

Wstydzą?

– Nigdy nikomu ani w poprzedniej szkole, ani w tej, nie powiedzieli, że jestem adoptowana. Nawet moja wychowawczyni nie wie. No to chyba się tego wstydzą…

– Myślę, że po prostu chcą ciebie chronić… na przykład przed takimi komentarzami, jak dzisiejszy Kacpra [ten o kupieniu sobie dziecka]. Twoi rodzice na pewno cię kochają, chcą pokazać światu, że jesteście pełną, kochającą się rodziną, bez wchodzenia w detale. Przecież nie trzeba każdemu mówić wszystkiego o sobie.

– No tak, ale oni nie dźwigają tego w sobie tak jak ja

girl-2179466_960_720

Wyściskałam Kamilę, pokazałam jej na kilku znanych przykładach, że adopcja nie musi być tematem tabu (w sensie, że nie jest powodem do wstydu) i poradziłam, żeby mimo wszystko porozmawiała z rodzicami. Niestety ze względu na zmianę pracy pewnie nigdy się nie dowiem, jaki będzie finał tej historii. Mam nadzieję, że taki, jakiego jej życzę… i jakiego życzyłabym Księżniczce.

Pisałam na początku, że Kama czasem zmyśla, ma też skłonności do nadinterpretacji. Nie mam stuprocentowej pewności, że wszystko, co mi powiedziała, jest prawdą. Wierzę jednak, że takie były jej intencje. Z oczywistych przyczyn brakuje tutaj też głosu rodziców dziewczynki – może ich obraz sytuacji byłby zgoła odmienny… W każdym razie ta rozmowa była emocjonalnie trudna także dla mnie – mamy dwuipółletniej adoptowanej Księżniczki. Pokazała mi, jak różnie może wyglądać zachowanie rodzica z perspektywy dziecka oraz jego własnej. Coś, co dla jednej strony jest próbą pokazania integralności rodziny, dla drugiej jest maskowaniem problemu; co dla jednej jest dowodem troski, dla drugiej ograniczaniem lub lekceważeniem… i tak dalej. Dlatego tak ważny jest czas na szczerą rozmowę, która na pewno wszystkich problemów nie rozwiąże, ale może przynajmniej pomoże się porozumieć.

Zastanawiam się też, na ile zachowanie dziewczyny oraz jej szkolne problemy są powiązane z jej przeszłością, ale to w ogóle osobny temat.

Jestem wdzięczna Kamili za to, że się przede mną otworzyła. I że uświadomiła mi, po jak kruchym lodzie stąpamy każdego dnia…

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Gdzieś pomiędzy wiatrem zmian a wiatrem w oczy

W wakacje zmieniłam samochód i kolor włosów, a teraz do kompletu zmieniam branżę i województwo. Sama jeszcze nie wiem, co to dla mnie oznacza, natomiast  jestem podekscytowana jak dziecko przed pierwszą gwiazdką w wigilię. Ale po kolei…

„Ty to zmienisz pracę dopiero, gdy nowa sama cię znajdzie” – stwierdził niedawno z powątpiewaniem M. Niechcący wyszło, że miał rację, bo oferta rzeczywiście przyszła sama i to prawie dosłownie. W dodatku najpierw do P., a chwilę później do mnie… i właściwie nie było nad czym się zastanawiać.

Szkołę porzucam (przynajmniej tymczasowo, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie) z żalem, ale i pewną ulgą. Nieszczęsna – TFU! – „reforma” edukacji sprawiła, że efektywna praca po prostu przestała być możliwa. Tutaj nie działają najprostsze reguły matematyczne i  okazuje się, że dawanie z siebie 200% w podziale na dwie szkoły wynosi 2 razy po 50. Brakująca setka zostaje gdzieś w rachunkach za paliwo, bo te akurat o równe 100% wzrosły. Zresztą to jest w ogóle temat rzeka, na pewno nie na dzisiejszy post. Nie ulega wątpliwości, że będę okropnie tęsknić za uczniami i za większością kadry nauczycielskiej. Zostawiam za sobą dobry i ważny kawał swojego życia, a to raczej mało kto potrafi uczynić z lekkim sercem.

kartonoza.jpg

W każdym razie… urosło się. Nie tylko Księżniczce i cenom w sklepach, ale przede wszystkim stercie pudeł na środku salonu, karton jego mać. Do wyprowadzki zostało jeszcze kilka tygodni, więc jak tak dalej pójdzie, spokojnie zdążę zbudować taki labirynt, że Dedal będzie mógł mi buty czyścić. Chyba nie muszę mówić, kto ma z tego największą frajdę i kto bawi się w chowanego w najmniej odpowiednim momencie? Na szczęście Księżniczka – lat dwa i pół – jak dotąd nie osiągnęła najwyższego levelu w tej zabawie. I na przykład wślizguje się w szczelinę pomiędzy pudłem z dokumentami a komodą, po czym krzyczy: „Zobać, mama! Tutaj śchowałam!”. Gorzej, jeśli przed przeprowadzką zdąży załapać, o co w tym naprawdę chodzi. Wtedy to chyba pozostanie tylko wezwać Psi Patrol (po Księżniczkowemu „Si Patol”) – no wiecie, „Nie ma takiego problemu, którego nie rozwiążemy!”. Mimo tego labiryntu kartonowych piramid (zabrzmiało dostojnie niczym parafraza Horacego, a niech tam!) jeszcze wiem, gdzie co mam, co z kolei mnie samą niepomiernie dziwi.

kartonoza2

To w ogóle jest niepojęte, ile człowiek gromadzi szpargałów… chociaż, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to one chyba w większości gromadzą się same. O, na przykład pokale do piwa, z których ani razu nie korzystaliśmy. Miałam tego całą półkę w barku, a nigdy żadnego nie kupiłam. Przysięgam, że nie wiem, skąd się wzięła przynajmniej połowa z nich. Podobnie zresztą sprawa ma się z maskotkami Księżniczki i świeczkami zapachowymi, którymi mogłabym obstawić bodaj wszystkie groby na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, a pewnie jeszcze by zostały.

Gdyby mnie ktoś zatem szukał, to jeszcze przez chwilę będę tu, a potem to już głównie gdzie indziej. W świecie rzeczywistym, znaczy się, bo wirtualnie to nadal na Stożkach… i wszystko wskazuje na to, że częściej! A tymczasem wracam do pakowania. 🙂

kartonoza2

Takie tam różne

Wyskakując z rozpaczy*. O samobójstwach wśród młodzieży

Tydzień temu byłam na pogrzebie. Uczennica z mojej szkoły odebrała sobie życie i to w drastyczny sposób. Nie znałam jej dobrze, więc tym bardziej nie wiem, co musiało się stać w jej życiu, że zdecydowała się na taki krok. Od prawie dwudziestu lat znam za to jej ojca i myślę o nim codziennie, odkąd dowiedziałam się o tej tragedii. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co on przeżywa…

Pół roku temu rówieśniczka tej dziewczyny także próbowała popełnić samobójstwo. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili, prawie jak w (choć to może porównanie nie na miejscu) hollywoodzkim filmie. Wiem jeszcze o przynajmniej jednej osobie z równoległej klasy, która miewa myśli o odebraniu sobie życia.

Nie, to nie jest kwestia tej konkretnej placówki edukacyjnej. Prób samobójczych wśród nastolatków jest coraz więcej. Według danych Komendy Głównej Policji pomiędzy 2011 a 2016 rokiem ich roczna liczba prawie się podwoiła (248 w 2011 i 475 w 2016). Do nowszych danych nie dotarłam, ale nic nie wskazuje na to, że jest lepiej. Dwa lata temu (w zupełnie innej szkole, nawiasem mówiąc) miałam uczennicę, która kilkakrotnie targnęła się na swoje życie. Za każdym razem ratowali ją rodzice.

Coraz głośniej mówi się o tym, że psychiatria dziecięca w Polsce leży i kwiczy. Brakuje specjalistów, a i wielu spośród pracujących obecnie brakuje odpowiedniego podejścia. W szkołach nie ma psychologów, a nawet jeśli są, wykorzystuje się ich do marginalnych prac (typu przygotowanie losów na festyn) albo wlepia im zastępstwa, przez co nie mają czasu na to, czym naprawdę powinni się zajmować.

Żeby lepiej zobrazować problem, przytoczę kilka historii. Wszystkie są autentyczne i każdą znam z pierwszej ręki.

EWELINA

Krótko po powrocie z urlopu macierzyńskiego zostałam wezwana do dyrekcji. Usłyszałam, że będę prowadzić nauczanie indywidualne z jedną z uczennic. W pierwszej chwili pomyślałam, że może miała jakiś wypadek, przez który nie może chodzić do szkoły. Dopiero przełożeni uświadomili mi, że Ewelina choruje na silną depresję. Wtedy zdziwiłam się jeszcze bardziej; zanim adoptowałam Księżniczkę, uczyłam klasę Eweliny. Był to bardzo sympatyczny zespół, a sama dziewczyna dała się poznać jako kulturalna, kreatywna i błyskotliwa nastolatka. Nic na zewnątrz nie wskazywało, co przeżywa. Lubiłam ją, chyba z wzajemnością. Na pierwszym spotkaniu już w ramach zajęć indywidualnych zaczęła mi opowiadać o swojej chorobie. Zapytałam, czy długo już na nią cierpi. Spodziewałam się, że usłyszę o roku albo dwóch. „Proszę pani, od podstawówki! – powiedziała Ewelina, a mnie ścięło z nóg – „Pierwszą próbę samobójczą przeprowadziłam tuż po ukończeniu szóstej klasy” – dodała. Zanim pozbierałam szczękę z podłogi, dowiedziałam się jeszcze, że zwiedziła niemal wszystkie szpitale psychiatryczne w regionie (szesnastolatka!!!), ale nie widzi żadnej poprawy. Zapytałam o powód… i wiecie, co usłyszałam?

„pani psychiatra weszła do pokoju i kazała mi wstać, a ja nie mogłam się podnieść z łóżka. Wtedy mi powiedziała, że jestem niewychowana, bo ona do mnie specjalnie przychodzi i stoi, a ja sobie leżę. I wyszła.”

– „w szpitalu w X nie wiem, po co mnie trzymali. Psychiatra jest tam jeden i to dojeżdżający, przez cały pobyt widziałam się z nim dwa razy. Takich pacjentów jak ja miał jednocześnie pewnie ze stu. No to jak miał mi ustawić leczenie?”

– „doktor Y była bardzo miła, z nią pierwszą udało mi się szczerze porozmawiać. Chyba zna się na tym, co robi – ale powiedziała, że lekarstwa, jakich potrzebuję, są produkowane z myślą o dorosłych… i właściwie to nie ma żadnych wskazówek co do dawkowania psychotropów dla takich osób jak ja. I skutki uboczne też trudno przewidzieć.”

Nawet jeżeli Ewelina coś przekręciła albo ja coś źle zapamiętałam, to i tak faktem pozostaje, że tournee po psychiatrykach zabrało jej prawie rok życia, a nie przyniosło widocznych rezultatów. Obecnie dziewczyna bierze psychotropy, po których często bywa tak pobudzona, że trudno jej się skoncentrować nie tylko na konkretnym zadaniu, ale w ogóle na temacie zajęć.

ADAM

Przez trzy lata był moim wychowankiem. Uwielbiałam go, zresztą jak całą jego klasę (o czym już pisałam). Którejś nocy dostałam od niego wiadomość: „Proszę pani, jest mi źle. Ja się dla nikogo nie liczę”. Nawiasem mówiąc, był w tym jakiś palec Boży, bo wyjątkowo nie wyłączyłam wieczorem internetu w telefonie, a zawsze to robię. W każdym razie rozmawiałam z nim przez Messengera prawie do rana. W szkole od razu wysłałam go do pani pedagog i to dzięki współpracy z nią udało się posklejać fragmenty Adamowej układanki. Otóż mój podopieczny był środkowym dzieckiem. Starsza siostra była niesamowicie uzdolniona, z kolei młodszy brat urodził się z niepełnosprawnością. Taki stan rodzinny spowodował, że Adam w czasie największej burzy hormonalnej (bardzo zresztą intensywnie doświadczanej) wiecznie czuł się odsunięty na bok. Wszystkie laury zgarniała zawsze jego siostra, zaś większość troski i uwagi rodziców otrzymywał braciszek. Dzieciak czuł się przez to odrzucony i zagubiony. W dodatku na horyzoncie pojawiła się jeszcze nieszczęśliwa miłość, która stała się kroplą przepełniającą dzban goryczy, co w przypadku Adama oznaczało myśli (a nawet zamiary!) samobójcze. Mama i tata chłopaka przyjęli zaproszenie na rozmowę ze mną, po czym w nieskończoność odkładali termin spotkania. Długo nie rozumiałam, dlaczego; do tamtej pory byli jednymi z najlepiej współpracujących opiekunów. W końcu udało mi się dogonić matkę po jednej z wywiadówek. „Nie wiedzieliśmy z mężem, co pani powiedzieć” – wytłumaczyła się – „zawiedliśmy jako rodzice na całej linii…”. Z różnych względów nie oceniam tych państwa tak surowo, jak oni sami. Natomiast historia Adama pokazuje, że depresja dotyka także takie osoby, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Na pierwszy rzut oka był to po prostu piętnastolatek z dobrego domu, wiecznie uśmiechnięty, charyzmatyczny, dobrze się uczący, osiągający sukcesy w sporcie, lubiany przez rówieśników.

MARTYNA

Ostatnio mignął mi gdzieś na Facebooku jej profil. Z ulgą pomyślałam, że przynajmniej żyje. Cierpiała (i pewnie nadal cierpi) na schizofrenię paranoidalną, była uzależniona od narkotyków, brała dopalacze. Właściwie nie wiadomo, co było pierwsze. Słyszała w swojej głowie głosy. Często ją przerażały – wtedy wrzeszczała ile sił w płucach, sprawiając, że młodsze siostry płakały i chowały się ze strachu przed nią. Innym razem  głosy kazały jej kogoś zabić. Zdążyła wziąć nóż, wybiec z domu i wsiąść do autobusu. Tylko przytomność umysłu jej ojca pozwoliła zapobiec tragedii. Z 19 lat życia łącznie kilka spędziła w szpitalach psychiatrycznych, w tym na terapii odwykowej… a właściwie terapiach, dających przeważnie jedynie chwilowy efekt. W lepszych okresach (choć „lepszy” jest tu określeniem względnym) do Martyny docierało, jak na co dzień wygląda jej życie. Wówczas próbowała je sobie odebrać. Cztery, sześć razy, może więcej. Matce, która ją ratowała, krzyczała potem w szpitalu w twarz, że jej nienawidzi, że chciała umrzeć. Rodzice próbowali ją ubezwłasnowolnić, żeby móc kontrolować jej leczenie. Biegły psychiatra podobno nie stwierdził podstaw…

Gdzie szukać przyczyn swoistej „mody” na samobójstwa wśród młodzieży? Pokuszę się o diagnozę, oczywiście amatorską, opartą tylko na doświadczeniu wychowawczym.

  1. Zmuszanie dzieci do udziału w wyścigu szczurów, często od najmłodszych lat. Koleżanka pytała mnie ostatnio, gdzie można znaleźć oficjalny ranking przedszkoli, bo chciałaby wysłać córkę do takiego, które zapewnia najwyższy poziom nauczania. Jej córka ma niecałe trzy latka!!! Z kolei jedna z moich uczennic, lat 11, chwaliła się przed wakacjami, że w ciągu tygodnia chodzi na 10 (słownie: dziesięć) różnych zajęć dodatkowych. Tymczasem mózg dziecka potrzebuje po pierwsze odpoczywać, po drugie czasem się ponudzić, bo to właśnie nuda wyzwala kreatywność, pozwala odkrywać pasje, a co za tym idzie – poznać siebie.
  2. Brak czasu dla najbliższych. Właściwie trudno tu kogokolwiek winić. Taką mamy rzeczywistość, że zapewnienie rodzinie bytu wymaga wyrzeczeń, najczęściej związanych właśnie z obecnością w domu. Fakt niestety pozostaje faktem; rodziców często nie ma przy dzieciach wtedy, kiedy są im najbardziej potrzebni.
  3. Przebodźcowanie. Pisałam chyba kiedyś o piątoklasiście, który miał trzy telefony komórkowe. Jego mama nie mogła zrozumieć, dlaczego Karolek przynosi takie słabe oceny, a przede wszystkim, dlaczego nauczyciele mówią, że wszystkie sprawdziany oddaje po pięciu minutach, przeważnie wypełnione częściowo albo byle jak. Gdzie i kiedy ten dzieciak miał się nauczyć koncentracji, skoro z każdej strony atakowała go elektronika? Oprócz wspomnianych smartfonów w pokoju miał też dwie konsole, komputer i wiecznie włączony telewizor.
  4. Wzorce z filmów i gier. Spokojnie, nie jestem wrogiem takiej rozrywki. Problem nawet chyba nie tkwi w samych treściach, ale w braku kontroli nad tym, co dzieci przyswajają. Jeszcze ze swojej poprzedniej pracy pamiętam rodzica, który kupował maluchowi (na oko sześcio-siedmioletniemu) jakąś grę oznaczoną „PEGI 18+”. Zwróciłam delikatnie uwagę na to ograniczenie, a w odpowiedzi usłyszałam: „Paaaani, to to jest pikuś! Żeby pani widziała, w co on jeszcze w domu gra…” Opisywany tutaj argument chodzi mi dziś po głowie szczególnie, a to za sprawą Księżniczki. Otóż mała od dwóch dni bawi się z wymyślonym zwierzątkiem: głaszcze, karmi, podaje mi do rąk, zabiera na spacer. Po serii pytań z mojej strony dowiedziałam się, że owo zwierzątko jest żółwiem o imieniu Tytus. Zdziwiło mnie to, bo nie mamy w otoczeniu żadnego Tytusa, włączając w to bohaterów książeczek. Kiedy dziś usłyszałam, że Tytus chodzi po drzewach (żółw?), postanowiłam dziada zgooglować. I wiecie co? Znalazłam. Tytus (a dokładniej chyba Tiddles, tylko Księżniczka go przechrzciła) pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund w jednym odcinku „Świnki Peppy”. Nasza córka ogląda bajki tylko z nami, a ani mąż, ani ja nie zwróciliśmy uwagi na tego gada. Za to nasza dwulatka nie tylko „Tytusa” zapamiętała, ale też dzięki fantazji przeniosła tę postać do realnego świata. A teraz wyobraźmy sobie, że zamiast przygód Peppy obejrzała horror…
  5. Hejt w sieci. Wielu dorosłych jest kompletnie nieodpornych na krytykę, a cóż dopiero mówić o nastolatkach, właśnie kształtujących swoją tożsamość. Dzieci bywają zaszczute przez rówieśników, czasem nawet niezdających sobie sprawy z tego, jak bardzo kogoś krzywdzą. Wszystko dzieje się często przy milczącym przyzwoleniu rodziców albo kompletnie poza ich wiedzą, co dodatkowo sprawia, że ofiary hejtu czują się samotne i całkowicie bezradne. Inna sprawa, że wielu opiekunów nie przyjmuje do wiadomości, iż ich pociechy są agresorami w internecie…
  6. Zła kondycja psychologii i psychiatrii dziecięcej, czyli wracamy do punktu wyjścia.

 

* Początek tytułu wpisu jest parafrazą słów wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Matka Boska samobójcy tłumaczy/ nie wyskakuj tak prędko z rozpaczy”.