Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Reklamy
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”

Taka tam rodzina adopcyjna

Żłobkowe początki

slippers-3110698_640

Kapcie zostały rzucone. Księżniczka zaczęła swoją przygodę ze żłobkiem.

Rano w szatni trochę się buntuje, odrobinę marudzi, ale histerii nie ma. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że dorośli, wchodząc do pracy, też przeważnie nie są zachwyceni 😉 . W każdym razie zostaje bez większego problemu. Podobno tylko pierwszego dnia popłakiwała. Panie twierdzą, że jest kochana. Apetyt jej dopisuje (to akurat żadna nowość), ale nie za bardzo chce się dostosować do obowiązkowej drzemki. Nic dziwnego, bo w domu też coraz mniej śpi w dzień.

Gorzej, że już pojawiły się choroby. Po pierwszym tygodniu wróciła z grypą żołądkową, którą przy okazji zaraziła mnie. Objawy miała na tyle ostre, że późnym piątkowym wieczorem zawitaliśmy na SOR. Kiedy lekarz zapytał, ile razy wymiotowała, musieliśmy odpowiedzieć, że raz – od 17.00 bez przerwy. Dostaliśmy zalecenie, żeby… podać małej odgazowaną colę. Powiem Wam, że wcześniej uważałam tę metodę za wysoce wątpliwą – ot, taki zabobon. Skoro jednak z taką poradą wyjechaliśmy ze szpitala, to P. pobiegł do najbliższego sklepu nocnego po Coca-Colę. Podziałało od razu! Następnego dnia walczyliśmy już „tylko” z biegunką. Ze względu na to, że sama zachorowałam i byłam na zwolnieniu, zostawiłam Księżniczkę ze sobą w domu, żeby się trochę podkurowała. We wtorek wyglądała już na zupełnie zdrową. Pediatra potwierdził, że może wrócić do żłobka. No to wróciła, na jeden dzień. Odbierającemu ją teściowi opiekunki powiedziały, że z małej „leje się dołem” i kategorycznie zabroniły przyprowadzać ją następnego dnia (zresztą słusznie). Czyli przyszła druga fala wirusa. Mieliśmy zatem powtórkę z rozrywki, tylko w dużo łagodniejszym wydaniu. Kolejny dzień młoda spędziła z nianią, a po południu znowu odwiedziłyśmy przychodnię. Pediatra zapisał probiotyk i lek regulujący pracę jelit, sugerując przy tym, że nawracająca biegunka może mieć podłoże nerwowe. Sama nie wiem, co o tym myśleć… Z jednej strony sama zwykle ciężko przechodzę tego typu infekcje, nawet tym razem przeżyłam nawrót choroby razem z Księżniczką. Z drugiej – skoro mała w żłobku miała biegunkę, a nazajutrz u niani nie zabrudziła ani jednej pieluchy, to może być coś na rzeczy. Jest jeszcze trzecia opcja – mianowicie taka, że panie w żłobku zignorowały moją prośbę o przestrzeganie ścisłej diety u młodej ze względu na przebytą jelitówkę. Może po prostu mała zjadła coś, co podrażniło osłabiony układ pokarmowy.

……………………………………………………………………………………………………………………………………

Powyższa część wpisu powstała w połowie września. Mniej więcej od tamtej pory Księżniczka chodzi z niewielkim katarem. Lekarz powiedział, że to normalne i żeby się nie przejmować. W żłobku jej się podoba: chętnie zostaje, lubi swoje panie, odnajduje się wśród innych dzieci.

female-865110_960_720

Gorzej ze mną. Moje dłuższe milczenie na blogu nie było spowodowane brakiem weny, tylko czasu. Powiem Wam szczerze, że nie ma dnia, bym nie przeklinała tej @(@!!^!$@#@@@#!$*### reformy oświaty. Podobnie jak tysiące nauczycieli zawdzięczam jej to, że choć minął dopiero miesiąc roku szkolnego, byłam już łącznie na siedmiu radach pedagogicznych, trzech wywiadówkach, dwóch spotkaniach komisji i dwóch dyskotekach szkolnych jako opiekun. Czytaj: nie widuję swojego dziecka. Księżniczka spędza popołudnia z tatą albo z dziadkami, a ja wracam o 19.00 zmęczona i z wyrzutami sumienia, po czym całuję córkę na dobranoc i tonę w papierach. W dodatku plan lekcji mam ułożony tak, że codziennie siedzę w szkole od 8.00 (lub 7.45, jeśli zaczynam dyżurem) do prawie 16.00. Mam 11 (słownie: jedenaście) okienek, podczas których przemieszczam się z jednego końca miasta na drugi. To by było na tyle, jeśli chodzi o rzekomy 18-godzinny tydzień pracy nauczyciela, jak twierdzą niektórzy. Na otarcie łez dostałam podwyżkę – około 100 zł netto, w zamian za które odebrano mi 50 zł dodatku motywacyjnego. I chociaż naprawdę kocham pracę z młodzieżą, to ostatnio ta fraza brzmi coraz bardziej jak mantra, którą powtarzam sobie, żeby nie zwariować…

Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Buraki, cebula i reszta towarzystwa

detox-1995433_960_720

Popatrz, Księżniczko. Mama sprząta i przegląda przepisy na ciasta. To znaczy, że przyjdą goście – powiedział złośliwiec, czyli P., do naszej córy, na co rzuciłam mu mordercze spojrzenie. A potem szmatę. I dodałam, żeby sam się wziął do roboty.

Właściwie mam wrażenie, że od pół roku nie robię w domu nic poza sprzątaniem… a raczej nie robimy, bo i mój małżonek zaczyna odpoczynek po pracy od pozbierania zewsząd klocków, skarpetek, chusteczek, sznurowadeł i łyżeczek do miodu (nawet nie pytajcie). Trochę racji P. jednak miał w powyższej wypowiedzi, bo wiadomo – inaczej sprząta się dla siebie, a inaczej przed przyjęciem gości, zwłaszcza takich, którzy przychodzą do nas po raz pierwszy. Niedawno powiedziałam Gośce, iż akceptowanie stanu naszych czterech kątów sprowadza się ostatnio do tego, że jeśli można przejść przez mieszkanie, o nic się nie potykając i do niczego nie przyklejając, to znaczy, że jest czysto. Sama zresztą Gośka, którą znałam jako pedantkę, zaśmiała się w głos i odparła, iż odkąd ma dziecko, sprzątanie przed wizytą gości polega na wrzuceniu szpargałów córki i męża do najbliższej szafy, przyklepaniu nogą i zamknięciu na cztery spusty, w nadziei, że nikt tam nie zajrzy.

Od momentu adopcji właściwie ciągle ktoś nas odwiedza. Dzisiaj czekamy na F. i jej męża, którego jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać. Na szczęście z F. znamy się na tyle, że nie musimy się jakoś specjalnie spinać przed tym wydarzeniem – wiadomo, że będziemy się czuli swobodnie w swoim towarzystwie.  Ciasta nie piekę, bo Księżniczka ma od niedawna fazę na wchodzenie do piekarnika i boję się, że będzie próbowała to zrobić nawet przy temperaturze 180 stopni. Tego manewru może nie przetrwać bez uszczerbku ani mała, ani sernik czy inna szarlotka…

Tak czy inaczej, każda wizyta gości przypomina mi, chcąc nie chcąc, o kilku zasadach savoir-vivre’u, których w naszym domu absolutnie się nie przestrzega. Czyli całkiem możliwe, że dla niektórych jestem Cebulą, mój mąż Burakiem, a odwiedzający mogą być ewentualnie Selerami, wzdychającymi „A to feler…” jak u Brzechwy.

legs-59789_960_720

Po pierwsze – obowiązuje u nas zakaz chodzenia w butach, chociaż podobno proszenie gości o zdjęcie obuwia jest w złym tonie. Zresztą przyznaję, że nigdy tej reguły nie rozumiałam… Sama nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wleźć do czyjegoś mieszkania w ubłoconych buciorach albo rysować szpilkami po zadbanych panelach. A już tym bardziej, jeśli w domu jest małe dziecko.

cigar-362183_960_720

Po drugie – nie pozwalamy palić w mieszkaniu papierosów. Niby się powinno, a popielniczka dla gości świadczy o dobrym wychowaniu gospodarza. Może i tak, ale nie widzę powodów, dla których miałabym się zgadzać na to, żeby ktoś mnie podtruwał w moim własnym domu.

business-suit-690048_960_720

 

Po trzecie – kwestia stroju. Wiadomo, że są takie okazje, kiedy wypada wyglądać odświętnie. Absolutnie z tym nie dyskutuję. Chyba nie umiałabym zasiąść do kolacji wigilijnej w piżamie ani pójść w dresie na imieniny pradziadka. Natomiast, zapraszając znajomych na zwykłe towarzyskie spotkanie, przeważnie zaznaczam, żeby ubrali się przede wszystkim wygodnie. Wychodzę z założenia, że posiadówa przy kawie nie wymaga przywdziewania garsonki ani garnituru. Zwłaszcza jeśli w domu są małe dzieci lub wszędobylskie zwierzęta i łatwo o pobrudzenie się lub podarcie rajstop…

W poprzednim wpisie wspominałam, że mama bardzo się starała kontrolować moje życie towarzyskie. Jako nastolatka mogłam zapraszać gości, ale w bardzo ograniczonym zakresie. U mojego męża było podobnie, choć z zupełnie innych powodów. Być może dlatego teraz oboje lubimy wizyty znajomych, którzy zresztą chętnie nas odwiedzają…

bonding-1985863_960_720

… chociaż może nie aż tak chętnie, jak znajomi córek Olitorii, bo biedna jak raz otworzyła drzwi, to już nie może ich zamknąć. 😉 Izzy z kolei mieszka za daleko od wszystkich, żeby niechcący i niezapowiedzianie wpaść na kawę – no, chyba że jest się jej teściami, ale to inna bajka.

A jak jest u Was z odwiedzinami? Lubicie gości? Czego od nich oczekujecie?

Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…