Taka tam rodzina adopcyjna

Nie taka niania straszna, jak ją filmują

yes-3100993_960_720

Moja mama wypowiadała się o żłobkach wyłącznie negatywnie. Wiele razy słyszałam z jej ust, że nie rozumie, jak można oddać małe dziecko na cały dzień „do żłoba”. Dorastałam więc w przekonaniu, że taka placówka to coś złego, a zaprowadzanie tam pociech nie najlepiej świadczy o ich rodzicach. Kiedy miałam jakieś jedenaście albo dwanaście lat, moja babcia zaczęła sobie dorabiać jako niania. Opiekowała się między innymi dwu-trzyletnim chłopcem, którego ojciec ciągle wyjeżdżał w interesach, a matka była zajęta rozkręcaniem własnej firmy. Maluch związał się z nianią bardziej niż z nimi, do tego stopnia, że wpadał w histerię za każdym razem, gdy zamykały się za nią drzwi. Bez niej nie chciał jeść ani wychodzić na spacer. Z opowieści babci wyłaniał się więc znowu ponury obraz opuszczonego dziecka, przegrywającego w hierarchii z pracą swoich najbliższych. Wówczas wydawało mi się naturalne, że po porodzie będę ze swoją pociechą w domu przynajmniej do rozpoczęcia przez nią edukacji przedszkolnej.

Potem jednak dorosłam i zrozumiałam, że świat nie jest czarno-biały, zaś godzenie obowiązków rodzinnych i zawodowych to naprawdę trudna sztuka. A jeszcze później rząd postanowił zlikwidować gimnazja, co wywróciło moje zatrudnienie do góry nogami niemal dokładnie w momencie, kiedy w naszym życiu pojawiła się Księżniczka. Po pół roku okazało się, że będziemy potrzebować niani.

baby-sitter-1140863_960_720

Okropnie się tego bałam. Przeglądałam ogłoszenia w internecie, ale żadne mnie nie przekonywało: albo reklamowały się bardzo młode dziewczyny, albo starsze panie. W przypadku tych pierwszych treść oferty często sugerowała, że liczą na lekką pracę i łatwy zarobek, a nie do końca mają pojęcie, czym faktycznie jest długotrwała opieka nad niemowlakiem. Te drugie z kolei najczęściej dołączały referencje i… listę własnych wymagań, czasem niemożliwych do spełnienia, przeważnie też pisanych, łagodnie rzecz ujmując, fatalną polszczyzną. Chyba zadziałało moje skrzywienie zawodowe, ale po prostu uważam, że jeżeli ktoś poważnie szuka zatrudnienia, to choćby z szacunku dla przyszłego pracodawcy przepuści te kilka zdań przez autokorektę albo da komuś do sprawdzenia. Jednak, jako że miewam więcej szczęścia niż rozumu, niania znalazła się sama… A właściwie znalazła ją moja teściowa (nie mówiłam, że z niej świetna babka?).

W ten oto sposób poznaliśmy się z panią B., emerytowaną nauczycielką i doświadczoną opiekunką, która jesienią została nianią Księżniczki. Bilans plusów i minusów tego rozwiązania chciałam przedstawić latem, kiedy nasza współpraca dobiegnie końca, ale ponieważ temat wypłynął pod ostatnim wpisem, to zdecydowałam się zrobić to teraz.

PLUSY:

+ dziecko jest pod stałą opieką jednej osoby, dzięki czemu czuje się bezpiecznie;

+ choroba maluszka nie wymaga od rodziców brania zwolnienia lekarskiego; odpadają dylematy, czy posłać pociechę z katarem do żłobka etc.

+ rodzice mogą zdecydować, czy będą wozić córkę lub syna do opiekunki, czy też niania będzie przyjeżdżać do nich. My wybraliśmy pierwsze rozwiązanie, ale oba mają sporo zalet. Np. bardziej nieśmiały lub wycofany maluch będzie czuł się lepiej u siebie w domu, z kolei ciekawski i żywiołowy chętnie zmieni środowisko na kilka godzin dziennie. Plusem opieki u niani jest też to, że nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu, natomiast zaletę drugiej opcji stanowi fakt, że opiekunka może wyręczyć rodziców w drobnych zadaniach, choćby np. odebrać paczkę od kuriera.

+ niania dostosowuje się do oczekiwań rodziców w zakresie planu dnia maluszka, jego nawyków żywieniowych i innych przyzwyczajeń. Jest to na pewno mniejsza rewolucja niż żłobek, co wydaje mi się korzystne szczególnie w przypadku niemowlaków.

+ czas pracy niani jest elastyczny i po odpowiednim umówieniu się można go modyfikować. Dla mnie na przykład rewelacyjne jest to, że jeśli po południu odbywa się rada pedagogiczna, to nie muszę się martwić, kto i kiedy odbierze Księżniczkę. Opiekunka siedzi z nią tyle, ile trzeba.

+ doświadczona niania to skarb, taka trochę „trzecia babcia”. Nasza dała mi sporo dobrych rad odnośnie pielęgnacji i wychowywania berbecia. W dodatku spędza z dzieckiem wiele godzin, więc stanowi niejako dodatkową parę rodzicielskich oczu.

MINUSY:

finanse. To jest w ogóle temat-rzeka, bo często – zwłaszcza w mniejszych miastach – mamy do czynienia z sytuacją patową. Młoda mama po urlopie rodzicielskim wraca do pracy za najniższą krajową, a ponieważ miejsc w żłobkach jest jak na lekarstwo, musi zatrudnić nianię, która też chciałaby tę najniższą krajową zarobić. I tak naprawdę nie ma się co dziwić ani jednej, ani drugiej stronie… Opiekunka zwykle pracuje na pełen etat, w dodatku przez cały czas odpowiada za zdrowie i życie małego dziecka. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że należy jej się godne wynagrodzenie. Trudno też nie zrozumieć przeciętnych polskich rodziców, których nie stać na to, żeby połowę domowego budżetu przeznaczać na opiekunkę. A dziecko komuś powierzyć trzeba… U nas to było tak, że póki pracowałam 12 godzin w tygodniu, niani płaciliśmy mniej więcej tyle, ile wyniosłoby miejsce w prywatnym żłobku. Gorzej będzie w najbliższych miesiącach, bo macierzyński się skończył, czas pracy wzrósł, a wypłata się zmniejszyła (takie rzeczy tylko w szkolnictwie 😉 ). Do lipca jakoś musimy dać radę, a od września planujemy wysłać Księżniczkę do żłobka.

brak oficjalnej, zinstytucjonalizowanej kontroli. I tu nawet nie chodzi o to, czy nianię zatrudniamy zgodnie z prawem, czy na czarno. Ani o to, czy zamontujemy w domu tysiąc kamer. W przypadku personelu żłobkowego łatwiej jest sprawdzić jego kwalifikacje, poza tym istnieje szereg restrykcyjnych przepisów, których kadra takiej placówki musi przestrzegać. Jeśli chodzi o nianię, wystarczy wpisać w Google słowo „opiekunka” i jako pierwszy wyskakuje… tytuł horroru ;). A mówiąc całkiem poważnie, nigdy do końca nie wiemy, na kogo trafiliśmy, dlatego współpraca z nianią przynajmniej na starcie stanowi  ogromną niewiadomą i kosztuje sporo nerwów.

brak codziennego kontaktu z innymi dziećmi i związanej z tym nauki funkcjonowania w grupie. Szczerze mówiąc, dopisuję ten minus trochę na wyrost. Uważam, że moje dziecko ma jeszcze czas na Socjalizację przez wielkie „S”. Póki co interakcję z rówieśnikami zapewniają jej wyjścia na place zabaw albo spotkania z przyszywanym kuzynostwem.

W ramach podsumowania (a właściwie zamiast niego) napiszę jedynie, że z opiekunką Księżniczki „dotarłyśmy się” w ciągu pierwszych dwóch czy trzech tygodni. Chwilę zwątpienia przeżyłam tylko raz, na samym początku, kiedy w piękny, ciepły i słoneczny dzień odebrałam córcię ubraną w pięć(!) warstw odzieży, aż czerwoną od gorąca. Sprawę jednak szybko wyjaśniłyśmy i od tamtej pory nie mam większych zastrzeżeń. Cieszy mnie też, choć to trochę „poza konkursem”, że niania ma małego kundelka. Po historii z Reksiem córa zaczęła się bać psów, a bardzo chcieliśmy z niej ten lęk wykorzenić. Wygląda na to, że niechcący i w tym aspekcie opiekunka przyszła nam z pomocą.

Na pewno zdarzają się różne przypadki. Moja przyjaciółka została okradziona przez nianię zatrudnioną do synka. Inna z koleżanek opowiadała, że dziecko z wynajętą panią przez cały dzień oglądało argentyńskie telenowele. Można i tak… Na podstawie własnego doświadczenia mogę jednak polecić współpracę z nianią. Mimo tego, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi kochającej mamy, jak to się mówi w telewizji: „jestem na tak!

yes-1137274_960_720

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Fortuna kołem się toczy, a potem włazi w cudze buty

No i stało się. Wróciłam do pracy na całego. Do pełnych obrotów trochę mi jeszcze brakuje, ale się rozkręcam. Najtrudniejszy był oczywiście pierwszy dzień – chodziłam po szkole i uparcie próbowałam sobie przypomnieć, co ja tam właściwie robię. Odeszłam na urlop macierzyński z dnia na dzień, z większością grona pedagogicznego (o uczniach nie mówiąc) nie zdążyłam się nawet pożegnać. A teraz w podobnym trybie trzeba było pojawić się z powrotem, od razu dołączając do edukacyjnego szaleństwa. Szybko jednak doszła do głosu moja belfrza natura – wystarczyło miłe przywitanie z kilkorgiem podopiecznych na szkolnym korytarzu i przypomniałam sobie, dlaczego wybrałam ten zawód. Z miłości do młodzieży, znaczy się… no bo przecież nie dla pieniędzy.

hajs

Jeżeli przypadkiem widzieliście w telewizji te bajońskie sumy, które podobno po podwyżce mają zarabiać nauczyciele, to błagam, wymażcie je z pamięci. Nigdy w życiu nie widziałam na pasku wypłaty (o koncie w banku nie mówiąc) kwoty nawet zbliżonej do tej, jaką według oficjalnych danych powinnam teraz otrzymywać. Żeby było zabawniej, w zeszłym roku również dostałam (szumnie zapowiadaną przez wiadomą panią minister) podwyżkę, około 60 zł brutto… w miejsce której odebrano mi dodatek w wysokości 100 złotych netto. W firmie mojego męża nazywa się taki zabieg „podniżką”. Swoją drogą jest to mistrzostwo propagandy – jak to zrobić, żeby ludziom zabrać, po czym publicznie powiedzieć, że się dało i w dodatku nie skłamać… Orwell pełną gębą.

Wózek Księżniczki

Wróciłam zatem do pracy za te wirtualne miliony miesięcznie, Księżniczkę zostawiając z nianią (zatrudnioną z polecenia i już przez nas sprawdzoną). Ze względu na czas spędzany z małą i piękną wiosnę za oknami niania poprosiła o przywiezienie jej wózka, żeby mogła wychodzić z naszą córą na spacery. W minioną niedzielę wydobyłam więc z piwnicy stary powóz pociechy (taki, wiecie, 3 w 1 o wyglądzie kombajnu, za to solidny i wygodny). Wyprałam i umyłam co trzeba, po czym przystąpiłam do pompowania kół. Tu pojawił się pierwszy problem, czyli awaria pompki. Pojęcia nie mam, jakim cudem najprostsza pompka za 19,99 z Allegro może się popsuć, ale tak się właśnie stało. Wspaniale, jego mać. Mąż w delegacji, sklepy zamknięte, dziecko płacze, a ja umorusana po łokcie latam po sąsiadach w poszukiwaniu pompki. Kochany pan Zenek spod czwórki przeszukał całą piwnicę. Znalazł trzy sztuki – samochodową, rowerową i uniwersalną. Żadna nie pasowała. Zaczęłam podejrzewać, że wentyle rzeczywiście są od kombajnu. Po dwóch godzinach się poddałam. Wpakowałam wózek do bagażnika, a następnego dnia w okienku gnałam z wywieszonym jęzorem do sklepu po odpowiedni sprzęt. Na szczęście kupiłam. Wieczorem napompowałam koła, a kolejnego ranka z dumą przytwierdziłam je do wehikułu. Satysfakcja nie trwała długo, bo przy okazji wyszło na jaw, że w jednym z kółek zepsuł się mechanizm blokujący je na osi, przez co koło spadało. A mąż nadal w delegacji… Mówi się trudno, zamówiłam nowe. W międzyczasie jakiś pan Miecio, znajomy niani, naprawił prowizorycznie tamto uszkodzone. Dobre i to. Mamy więc happy end. Straty własne wyceniłam na: 50 zł za kółko, 30 za pompkę, łącznie 3 godziny straconego czasu, złamany paznokieć i tonę niepotrzebnych nerwów. Najważniejsze jednak, że wózek jest u niani, a Księżniczka dzielnie w nim podróżuje. I właśnie tego będzie dotyczyła ostatnia część niniejszego wpisu. Jest to historia opowiedziana mi przez opiekunkę, ja ją tylko poniżej parafrazuję.

sandals-587185_960_720

Korzystając z pięknej pogody, niania zabrała moją córę na długi spacer. Po drodze odwiedziły sklep obuwniczy. Mała była grzeczniutka, rozdawała uśmiechy, och i ach. Opiekunka spokojnie pomierzyła buty, kupiła wybraną parę i udały się z Księżniczką w drogę do domu. Musicie wiedzieć, że niania mieszka na ostatnim piętrze typowego wieżowca. Klatka schodowa jest wąska, a winda startuje dopiero z wysokiego parteru. Trzeba więc z wózkiem (który razem z moim dzieckiem waży jakieś 25 kilo) wdrapać się najpierw po schodach, a potem manewrować po ciasnej przestrzeni, żeby dotrzeć pod drzwi mieszkania. Kiedy już się to udało, niania wyciągnęła Księżniczkę z wózka… razem z nowiutkim butem, który cwaniara zakosiła z półki i ukryła gdzieś w swojej karocy. Cóż było robić? Dawaj z powrotem: korytarz, winda, klatka, schody, droga do obuwniczego, zwrot „łupu”, a potem jeszcze raz w drugą stronę. Podobno zarówno obsługa, jak i ochrona sklepu były zaskoczone całą sytuacją, bo nikt nie zauważył tej zuchwałej kradzieży. 😉

gang olsena

W zeszłym tygodniu podczas codziennych zakupów z córką zdążyłam tylko sięgnąć po banany, żeby w rączkach małej znalazło się jabłko. I tak sobie myślę… Ja bez podwyżki, Księżniczka z lepkimi łapkami… Może założymy jakąś kameralną grupkę przestępczą? Jak znam życie, to byłaby to co najwyżej polska wersja gangu Olsena, ewentualnie Braci Be. Na wszelki wypadek od razu zapytam: zna ktoś jakiegoś dobrego adwokata?

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.

Taka tam rodzina adopcyjna

Skarpetka z napisem love

Dobrze, że zdecydowaliśmy się na tę całą adopcję. To była najlepsza decyzja w życiu mamy i moim – powiedział P. do Księżniczki, jedną ręką wycierając jej nos, drugą machając pluszowym królikiem, trzecią podtrzymując małą, żeby nie spadła z jego kolan, a czwartą odkładając telefon poza pole widzenia naszej latorośli.

Księżniczka w odpowiedzi przyfasoliła mu w czoło różową skarpetką w serduszka, którą w czasie powyższych zabiegów ojca z satysfakcją ściągnęła z lewej stopy. Prawa skarpetka zaginęła w akcji jakiś kwadrans wcześniej.

I to by było właściwie na tyle, jeżeli chodzi o naszą Wielką Sobotę. Rano P. poszedł ze święconką – sam, bowiem córcia wciąż jest mocno przeziębiona, a zimny wiatr dodatkowo nie sprzyjał spacerom. Zostałyśmy więc w domu i robiłyśmy sernik. Po południu ogarnęliśmy trochę mieszkanie… Poza tym wczoraj upiekłam mazurek, jutro przygotuję jeszcze białą kiełbasę w piwie i karkówkę na obiad. To z grubsza wszystko. Wygląda na to, że Wielkanoc spędzimy tylko we troje, więc staramy się przede wszystkim świętować, zamiast po raz kolejny szorować czystą już armaturę.

cleaning-service-3194504_960_720

W ogóle nie wiem, czy zauważyliście, ale w tym roku wyjątkowo „modny” stał się temat (nie)sprzątania przed świętami. Na blogach można przeczytać albo o tym, jak to domownicy padają na twarz od porządków i ze zmęczenia myją okna żurkiem zamiast płynem, albo odwrotnie – całe cykle porad, jak olać (najlepiej tymże żurkiem) pucowanie chałupy, żeby teściowa nie zauważyła (lub co jej powiedzieć, jeżeli jednak zauważy). O ironio, ja też właśnie powyższą kwestię poruszam (sprzątania, nie teściowej…). Tak jakby nie było przed Wielkanocą bardziej palących spraw niż wytrzepanie wszystkich dywanów. Dziwne, bo przecież dla wierzących dzień Zmartwychwstania Pańskiego jest najważniejszym świętem w roku, więc powinno się go przeżywać przede wszystkim duchowo. Dla ateistów Wielkanoc albo nie ma znaczenia, albo jest miłą tradycją, okazją do spędzenia czasu z bliskimi. Dla jednych i drugich są w tych dniach istotniejsze rzeczy do zrobienia niż pucowanie i pichcenie. Coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy na święta (którekolwiek) wyjeżdżają daleko od domu i w nosie mają pranie firanek.

fence-2733591_640

Wracając jeszcze na moment do meritum, muszę przyznać, że po pojawieniu się Księżniczki całkowicie zmieniły nam się priorytety. Zauważam to na co dzień w pracy, ale jeszcze bardziej widzę ten proces właśnie w okolicach świąt. Nagle okazuje się, że prasowanie obrusa może poczekać, aż po raz osiemnasty policzymy wszystkie dziewięć pasków na grzbiecie tygrysa w książeczce, zaś walające się po mieszkaniu malutkie skarpetki (obecnie w liczbie sześciu, ale sytuacja jest dynamiczna) nie rzucają się w oczy aż tak bardzo. Mój mąż ma rację, że adopcja córeczki była najlepszą decyzją w naszym wspólnym życiu. W ten właśnie sposób dotarłam do życzeń:

Kochani Czytelnicy, życzę Wam, żebyście spędzili Wielkanoc po swojemu – wszystko jedno, czy oznacza to pieczenie bab, mazurków, serników i schabów, wyjazd na Karaiby czy leniwe oglądanie „Mody na sukces” przez bite trzy dni. Żebyście wypoczęli i nabrali sił na spotkanie kolejnych życiowych wyzwań. Aby pogoda się poprawiła i wreszcie nadeszła wiosna – ciepła, słoneczna i kwitnąca tysiącami kolorów.

Niech Zmartwychwstały Zbawiciel obdarza Was wszelkimi łaskami, jeżeli tylko tego chcecie.

Wesołego Alleluja!

sheep-3264732_960_720

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

O Księżniczce, co roczek skończyła

Zaczęłam w ostatnich dniach dwa wpisy i to na zupełnie odmienne tematy. Żadnego nie dokończyłam. Dosłownie jakby się wszyscy uwzięli. Znane powiedzenie mówi, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, wystarczy opowiedzieć Mu o swoich planach. Nie lubię tego porzekadła, ale tym razem wyjątkowo pasuje.

Zapro

Imprezy roczkowe Księżniczki zaplanowaliśmy z naprawdę sporym wyprzedzeniem i wydawało nam się, że wzięliśmy  pod uwagę wszystkie możliwe zmienne. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie stanęło na tym, że urządzimy dwa kameralne przyjęcia u nas w domu: pierwszego dnia dla przyjaciół, drugiego dla rodziny. Dużo wcześniej załatwiłam sobie wolny weekend, mąż zrezygnował z wyjazdu firmowego, co więc mogło pójść nie tak? Ano mogło. I poszło.

Najpierw okazało się, że jedyny wolny termin u okulisty dziecięcego jest akurat dwa dni przed uroczystością – no cóż, zdarza się, dwie godziny mnie nie zbawią, jakoś się ze wszystkim wyrobię. Tylko potem doszła jeszcze tego samego dnia rada pedagogiczna, a dzień wcześniej spędziłyśmy z Księżniczką popołudnie u pediatry na kontroli po chorobie. Oprócz tego zadzwoniła córka znajomej z prośbą o pilne korepetycje, bo ma ważny sprawdzian, a grozi jej jedynka na koniec klasy maturalnej. Może naoglądałam się za dużo reklamy Grześków, bądź co bądź dziecku nie odmówię. I tak oto mój tydzień roboczy, zaplanowany na porządki i gotowanie, skurczył się do dwóch dni.

W międzyczasie teściowa otrzymała skierowanie do sanatorium – akurat na czas urodzin wnuczki i Święta Wielkanocne. Kiedy zapytała o możliwość przesunięcia wyjazdu, dowiedziała się, że najbliższy dostępny turnus jest w 2021. Tym sposobem odpadł nam nie tylko ważny gość, ale też nieoceniona pomoc w opiece nad Księżniczką, kiedy my z P. krzątalibyśmy się przy podawaniu do stołu. Niedługo później wykruszyły się też kolejne cztery osoby i przez chwilę myśleliśmy, że imprezy w ogóle nie dojdą do skutku.

Na szczęście limit pecha wreszcie się wyczerpał… No, prawie, bo dzień przed pierwszym przyjęciem mała zrobiła sobie szramę na samym środku czoła. Jak? To jest niestety zagadka. Siedziała z tatą na kanapie, w pewnej chwili podniosła głowę i już miała ranę. Do teraz wygląda jak Balladyna, ewentualnie Harry Potter. Ze swoją gęstą, potarganą czupryną i tą krwawą krechą nad nosem o wiele bardziej przypomina weterana wojennego niż Księżniczkę. No cóż, przynajmniej teść jest dumny (wiecie, to ten dziadek od „czołgania przez pełzanie”).

Z braku zestawu moro założyliśmy jej biało-złotą sukienkę z falbankami i jeszcze przed pierwszą imprezą pojechaliśmy na sesję zdjęciową, podczas której nasza pociecha ochoczo rzucała plastikowymi (uff…)  pisankami i konsumowała papierowe pompony. Ona w ogóle najchętniej jadłaby wszystko, co papierowe. Ostatnio podczas przewijania znalazłam w jej pieluszce paragon… (Izzy, chciałaś kupę na blogu, to proszę bardzo 😉 !)

Po południu natomiast przyjmowaliśmy gości. Może zabrzmi to tandetnie i patetycznie, ale  mamy naprawdę wspaniałych Przyjaciół. Księżniczka otrzymała tyle uwagi i troski, że sama w pewnej chwili przestałam nadążać za tym, u kogo aktualnie jest na rękach albo kto ją właśnie zabawia. I tu od razu podkreślam, że wszyscy obecni to ukochane ciocie i wujkowie naszej małej, do których sama się garnie i których uwielbia. Nie oznacza to jednak wcale, że do każdej osoby z naszego otoczenia odnosi się z taką ufnością – ale o tym za chwilę. K. i M. zrobili nam niespodziankę, bowiem przyjechali z obiema córkami, dzięki czemu mogliśmy poznać ich najmłodszą, zaledwie dwumiesięczną latorośl. Patrzyłam na to maleństwo, śpiące słodko w foteliku albo machające nieporadnie rączkami i zastanawiałam się, jak to właściwie możliwe, że nasza pociecha rok temu wyglądała tak samo.

Pamiętam to i nie pamiętam zarazem… tuliłam przecież w ramionach tę kruszynkę, zwaną wówczas przez mojego męża Orzeszkiem, dbając o podtrzymywanie jej główki i odbicie po karmieniu. Oboje z mocniejszym biciem serca czekaliśmy na jej pierwsze świadome spojrzenie, zauważaliśmy pierwszy uśmiech albo samodzielne przewrócenie się na boczek. Tego się rzecz jasna nie da zapomnieć! Tylko że dzisiaj ten Orzeszek zdejmuje mi książki z regału i samodzielnie je przegląda (ostatnio gustuje w ilustrowanej biografii Karola Wojtyły, na którą przerzuciła się po „Podstawie programowej kształcenia ogólnego”), a na pytanie, kto zrobił bałagan w kuchni, odpowiada „MAMA!”… Jesteśmy dumni z każdego jej drobnego sukcesu, każdej zdobytej umiejętności, a jednocześnie żałujemy, że ten rok minął tak strasznie szybko…

Kolejnego dnia gościliśmy najbliższą rodzinę. Mimo moich początkowych obaw, związanych choćby z nieobecnością teściowej albo z podeszłym wiekiem naszych krewnych, było naprawdę bardzo sympatycznie. Księżniczka spędziła większość czasu na rękach i kolanach jednego z dziadków, który dzięki niej z góry zaliczył trening kardio na następny rok, a z imprezy wyszedł w przepoconej koszuli i obsmarkanej marynarce, za to szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Jako rekompensatę dostał michę kotletów, wiaderko sałatki i pudełko słodkości. Mam nadzieję, że wszystkiego nie wyrzuci, bo jakoś wyjątkowo odniosłam wrażenie, że roczkowe menu, chociaż bardzo proste i klasyczne, nie za bardzo przypadło do gustu ani jednym, ani drugim gościom. A może tylko tak mi się wydawało. Nikt nie krytykował głośno niczego poza… talerzami. Po raz pierwszy w takiej sytuacji skorzystałam bowiem z jednorazowych naczyń. Przyczynił się do tego fakt organizowania dzień po dniu przyjęć planowanych dla łącznie 24 osób oraz… brak zmywarki. Przeklinam moment, w którym uznałam, że nie będzie nam potrzebna, ale mówi się trudno. O ile M. zapytał żartem, czy przypadkiem nie zapomniałam o ekologii (co w ustach przyjaciela z lat harcerskich brzmiało całkiem logicznie i naturalnie), o tyle ciotka C. (tak, ta od makowca i łyżki do butów) była zdegustowana, że wyprawiam dziecku urodziny turystycznie. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że ten przysłówek może mieć zabarwienie pejoratywne, a jednak… P. natychmiast pospieszył z ripostą, że jeżeli ciotka zgłasza się na ochotnika do zmywania, to chętnie wymieni zastawę na tradycyjną. Nie doczekał się odpowiedzi, a sama zainteresowana turystycznie zjadła turystycznym plastikowym widelcem z turystycznego papierowego talerza.

sdr

Nie umiem określić, na czym konkretnie polega ten fenomen ciotki C. Wystarczyło, że teść przekazał na chwilę Księżniczkę w jej ręce, a mała zaczęła wrzeszczeć jak obdzierana ze skóry. Przypominam, że to to samo dziecko, które dzień wcześniej ochoczo pozowało do zdjęć w ramionach K., drapało po szyi moją Siostrę  i z płaczem domagało się przytulenia przez chrzestną. Ba, to jest nawet to samo dziecko, które drugiego dnia imprezy witało wszystkich z uśmiechem i zaczepiało na różne sposoby. Sekunda u ciotki C. zaowocowała natomiast pięcioma minutami uspokajania przez tatę. Wiedziałam, że zwierzęta instynktownie wyczuwają dobrych (i niedobrych) ludzi, ale nie przypuszczałam, że małe dziewczynki też mają tę cenną umiejętność. No nic. Na zakończenie tego wątku dodam tylko, że dziadek męża przyniósł ze sobą łyżkę do butów i celowo ją u nas zostawił (w domyśle: żeby się C. nie czepiała).

W każdym razie jesteśmy już po roczkowych szaleństwach. Zostały po nich jeszcze tylko balony, rozstawiony stół i cała góra uroczych upominków, spośród których Księżniczka tradycyjnie najbardziej upodobała sobie puste koperty i torebki po prezentach. Wybaczcie ten przydługi wpis, chciałam po prostu szczegółowo wytłumaczyć, gdzie byłam, kiedy mnie nie było na Stożkach. Zapewne wieszałam dekoracje albo piekłam tort… ewentualnie zmywałam, bo garnków jednorazowych nigdzie nie znalazłam. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym weekendowego szaleństwa jest to, że mieszkanie mam już właściwie posprzątane na Wielkanoc. A jak Wam idą przygotowania?

Taka tam rodzina adopcyjna

Biedronka nie ma ogonka, chyba że do kasy

Benjamin Franklin miał powiedzieć, że na świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Dziś, prawie 300 lat później, dodałabym do tej listy jeszcze kolejki w Biedronce i przedwiosenne przeziębienie.

To ostatnie dopadło najpierw P., chociaż z nim obeszło się najłagodniej. W Dzień Kobiet rozchorowałam się ja, a pod koniec weekendu Księżniczka. Nie ma nic gorszego dla rodzica niż niedomagające dziecko, w tym przypadku kaszlące jak stary gruźlik i smarkające niczym automat do lodów włoskich, w dzień słaniające się na nogach, a w nocy niemogące spać.

Obecny tydzień rozpoczęłam zatem w trybie ZOMBIE (Zabójcze Otępienie Matki Bobasa Imitujące Encefalopatię). Sama jeszcze nie czułam się całkiem dobrze, a bezsenność i osłabienie Księżniczki dodatkowo opóźniały rekonwalescencję. Nie zdążyłam wypić porannej kawy, śniadanie zjadłam w biegu, a włosy ogarnęłam na szybko suchym szamponem, który moim zdaniem nie służy absolutnie do niczego poza udawaniem, że coś się ze sobą zrobiło. Kupiłam go kiedyś w Rossmannie w jakiejś „niezwykle korzystnej” promocji i teraz czasem wmawiam własnemu odbiciu w lustrze, że on działa. Założyłam na siebie cokolwiek w miarę pasującego i wybyłam załatwiać codzienne sprawy.

woman-586185_960_720

Po południu zaczęło padać. Nie jakoś bardzo mocno, ale wystarczająco, żeby moje włosy nie przypominały już kompletnie niczego poza sierścią wystraszonego dzikiego zwierzątka. Z taką, że tak to nazwę, fryzurą i w przemoczonych butach (dlaczego na polskich osiedlach woda w ogóle nie wsiąka w podłoże?) wstąpiłam do Biedronki, w dodatku nie „mojej”, tylko takiej, w której zwykle nie bywam. Chodziłam więc jak błędna owca, jedną ręką pchając wózek z pociągającą nosem córką, a drugą dźwigając zapełniającą się torbę. W takim właśnie stanie wpadłam na dawną koleżankę mojego męża, z którą – no cóż – nie za bardzo się lubimy. Dlaczego ja nigdy nie mogę spotykać ładnych znajomych mego ślubnego wtedy, kiedy prezentuję się dobrze, jestem zdrowa i mam dobry humor? I dlaczego one zawsze wyglądają przy takich okazjach jak z okładki „Vogue”? I wreszcie – dlaczego w każdej Biedronce makaron leży gdzie indziej?

lego-1044891_960_720

W minioną sobotę wybraliśmy się z P. na Duże (tak, przez wielkie „D”) zakupy do Biedry, też nie „naszej”, tylko największej w okolicy. Tak się złożyło, że roczek Księżniczki organizujemy w domu i potrzebowaliśmy zrobić zaopatrzenie, a akurat tego dnia teściowa miała czas, żeby zaopiekować się małą. Oczywiście zbiegło się to nie tylko z moim przeziębieniem, ale także z wigilią Pierwszej Niedzieli Bez Handlu. Spodziewaliśmy się dantejskich scen: parkingu zawalonego aż po rogatki miasta, ludzi wywożących całymi przyczepami niezbędne zapasy mąki, cukru, papieru toaletowego, ściereczek z mikrofibry i zestawów do malowania pisanek za 2,99, czy wreszcie ogołoconych doszczętnie półek. Tymczasem spotkało nas pozytywne zaskoczenie. Okazało się, że nie tylko było gdzie postawić samochód, ale też nie napotkaliśmy przeszkód w poruszaniu się po sklepie. Spośród mijanych klientów to chyba my mieliśmy najbardziej wyładowany wózek i to na nas inni patrzyli z politowaniem, sądząc zapewne, że apokaliptyczna perspektywa wolnej niedzieli przygnała nas po kilo sera żółtego, cztery kartony mleka albo trzy paczki kuskusu. W każdym razie z niewiadomych przyczyn każda Biedronka w tej naszej mikropolii ma swoją własną topografię. Tam, gdzie w jednej jest nabiał, w innej piekarnia. Żywność dla dzieci znaleźliśmy obok lakierów do paznokci, podczas gdy w Biedrze koło nas ma osobny regał koło lodówek… I tak dalej. Podobno to taki chwyt marketingowy, żeby konsument przemierzył jak najwięcej alejek i nabrał jak najwięcej towaru. My owszem, nabieraliśmy, ale głównie zniecierpliwienia – no bo ile czasu można szukać rodzynek?

W każdym razie zakupy zrobione, czuję się już lepiej, a Księżniczka powoli dochodzi do siebie. Niedługo imprezy roczkowe, chwilę później Wielkanoc, a tuż po niej będę w końcu musiała na dobre wrócić do pracy. Im dłużej o tym myślę, tym gorzej śpię, ale to podobno normalne w takich okolicznościach.

A co u Was?