Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

(PO)ADOPCYJNA MITOLOGIA

Jeszcze przed przysposobieniem Księżniczki popełniłam wpis na temat okołoadopcyjnych stereotypów. Teraz nadszedł czas na drugą część, tym razem dotyczącą życia z adoptowanym dzieckiem.

  1. PO ADOPCJI NIE JEST SIĘ RODZICEM, TYLKO OPIEKUNEM PRAWNYM

Prawny

Takie zdanie usłyszałam od rejestratorki w przychodni podczas wypełniania karty pacjenta. Na szczęście miałam przy sobie akt urodzenia małej, z którego jasno wynika, kto jest kim. W rzeczywistości po adopcji (zwłaszcza pełnej) powstaje według prawa identyczna relacja pomiędzy dzieckiem przysposobionym a jego rodziną, jak w przypadku pokrewieństwa biologicznego. Formalnie Księżniczka nie ma zatem żadnych rodziców poza nami.

  1. RODZINA ADOPCYJNA PODLEGA STAŁEJ KONTROLI RÓŻNYCH INSTYTUCJI PAŃSTWOWYCH

control-427510_960_720

Zdecydowanie mit – z tych samych powodów, co wyżej. Prawo pod tym względem nie rozróżnia rodzin biologicznych i adopcyjnych. Zdarzyło mi się, usłyszeć, że to źle, „bo przecież w telewizji mówią, co to się w tych rodzinach adopcyjnych dzieje”. Tu mamy do czynienia z kolejnym mitem, bardzo trudnym do obalenia. Niestety przemoc i zaniedbania zdarzają się w każdym typie rodzin. Być może te ze strony rodziców adopcyjnych poruszają szczególnie, bo przecież teoretycznie powinni oni być lepiej przygotowani do swojej roli i sprawdzeni pod każdym względem. Dodatkowo rozmiar tragedii potęguje świadomość, że pokrzywdzone dzieci już raz przeszły przez piekło, a teraz system zafundował im kolejne. Nie staram się bronić sprawców, wręcz przeciwnie, bowiem ich postępowanie rykoszetem odbija się na opinii normalnych, tych najzwyczajniejszych pod słońcem rodzin adopcyjnych. Mam na myśli, że przemoc w rodzinach biologicznych wydaje się czymś nagannym, ale mimo wszystko jakoś społecznie akceptowanym, natomiast ta w domach dzieci przysposobionych wywołuje niechęć do adopcji w ogóle i powoduje powstawanie właśnie tego rodzaju stereotypów.

  1. RODZICE ADOPCYJNI REGULARNIE OTRZYMUJĄ PIENIĄDZE OD PAŃSTWA

pieniądze.jpg

Rodziny adopcyjne są ciągle mylone z zastępczymi, być może stąd przekonanie, że przysposobienie jest równoznaczne z dodatkowym dochodem. O tym, jak silnie zakorzeniony jest ten mit, miałam okazję już kilka razy się przekonać. Znajomi pytali nawet nie „czy”, ale „ile” dostajemy miesięcznie na Księżniczkę. Otóż – okrągłe zero, bowiem nawet na 500+ się nie łapiemy ;). Jak pisałam wyżej, prawo nie rozróżnia pod tym względem rodzin adopcyjnych i biologicznych.

  1. ADOPCJĘ NAJLEPIEJ UTRZYMAĆ W TAJEMNICY PRZED OTOCZENIEM… I PRZED SAMYM DZIECKIEM

tajność

Co do pierwszej części – aby wcielić taką myśl w życie, musielibyśmy mieszkać na pustyni albo bezludnej wyspie. Oczywiste, że nie chwalę się każdemu, iż nie urodziłam mojej córki, ale też nie staram się jakoś specjalnie tego faktu ukryć. Jaki miałby być tego cel? Chyba jedynie narażenie siebie na śmieszność, kiedy okazałoby się, że rozmówca już dawno zna prawdę. Jeżeli chodzi o okłamywanie swojego dziecka, to w ogóle sobie tego nie wyobrażam. Ono jest żywym człowiekiem, nie maskotką. Ma prawo do pełnej wiedzy o sobie, ma też prawo do rodziców, którym zawsze będzie mogło ufać. Koniec, kropka.

  1. RODZINA ADOPCYJNA MUSI UTRZYMYWAĆ KONTAKT Z BIOLOGICZNĄ

girl-1897828_960_720

Przeciwieństwo poprzedniego punktu – i oczywiście mit. Nie musi. Adopcja w Polsce jest objęta tajemnicą, co oznacza, że rodzina pochodzenia nie zna nowych danych ani adresu dziecka. Dopiero gdy osiągnie ono pełnoletniość, może wystąpić do właściwego urzędu o udostępnienie mu danych sprzed przysposobienia i w ten sposób odnaleźć swoich biologicznych krewnych. Tyle w kwestii prawa. Znam natomiast przypadki, w których rodzice adopcyjni zdecydowali się wcześniej pomóc dziecku w poszukiwaniach jego korzeni. Myślę, że każdą z tych sytuacji należy rozpatrywać osobno, jednak faktem jest, że stare dane dziecka zostają po adopcji utajnione, zaś nowe nie zostają udostępnione rodzinie biologicznej.

  1. ADOPTOWANE DZIECKO UPODABNIA SIĘ DO SWOICH NOWYCH RODZICÓW

mom-20666_960_720

Nie jestem pewna, czy to tak do końca jest mit. Przede wszystkim dziecko wychowywane w konkretnej rodzinie (czy to biologicznej, czy adopcyjnej) w sposób naturalny przejmuje gestykulację, mimikę lub choćby styl wypowiedzi swoich opiekunów, dzięki czemu ewentualny brak wizualnego podobieństwa jest mniej zauważalny.  Wiem też, że niektóre ośrodki adopcyjne starają się dobrać rodziców do dziecka także pod względem aparycji (choć zapewne nie jest to kryterium decydujące). Nie mam pojęcia, czy w naszym przypadku tak było, ale Księżniczka wyglądem bardzo do nas pasuje. Kolor włosów ma zbliżony do mojego, oczu z kolei do P. Nie umiem powiedzieć, czy mieszkanie pod jednym dachem wpływa na fizyczne upodabnianie się do siebie, ale nie wykluczałabym takiej możliwości.  Pikuś Incognito popełnił kiedyś ciekawy wpis na ten temat (klik).

A z jakimi poglądami Wy się zetknęliście?

Taka tam rodzina adopcyjna

Krótka notka o tym, dlaczego czasem lepiej nie odbierać domofonu

Motto dzisiejszej notki:

„To nie jest bałagan, tylko bardzo skomplikowany porządek” /Kubuś Puchatek/

Napisałam całkiem przemyślany post o prawdach i mitach dotyczących życia po adopcji dziecka. Planowałam go dziś wieczorem dopracować i zamieścić, ale najpierw muszę Wam coś opowiedzieć.

Miałam ostatnio sporo pracy, takiej czysto zawodowej.  Nie chciałam, żeby Księżniczka to odczuła, więc absolutnie cały wolny czas poświęcałam jej – zaniedbując blogi (Wasze i mój własny) oraz domowe porządki niezaliczające się do niezbędnych. Dodatkowo wczoraj, kiedy mała już poszła spać, do późnych godzin piekłam babeczki dla męża do firmy, zmywanie zostawiając sobie na dzisiaj. Wróciłam więc z zajęć, zjadłam w biegu cokolwiek, popiłam szybką kawą i poszłam się przebrać w domowe ubranie. Księżniczka w tym czasie ściągnęła z półki paczkę zielonej herbaty i rozerwała dwie torebki, wysypując na podłogę ich zawartość, wyglądającą w tej formie co najmniej dwuznacznie. Westchnęłam, zakasałam rękawy i wzięłam się do sprzątania… a raczej planowałam się wziąć, bo zanim cokolwiek zrobiłam, zadzwonił domofon. Stawiałam, że to świadkowie Jehowy, ale rzeczywistość okazała się zaskakująca.

door-1590024_960_720

– Dzień dobry, inspekcja sanitarna, proszę otworzyć.

– SŁUCHAM??? – zapytałam, wietrząc jakiś idiotyczny dowcip albo jeszcze głupsze nieporozumienie.

– Czy to Lady Makbet?

– Tak.

– Dzień dobry, inspekcja sanitarna, proszę otworzyć, chcemy porozmawiać.

Przez głowę przemknęło mi milion myśli, spośród których ta, że to sąsiad z bloku naprzeciwko doniósł na mój rozgardiasz w kuchni, bo szpecił mu widok z balkonu, była chyba najmniej absurdalna. Rozejrzałam się błyskawicznie po mieszkaniu, spojrzałam na kubek po kawie, stojący na stole zaraz obok Księżniczkowego kapcia (nie pytajcie…), a potem na zielony herbaciany susz, zdobiący kuchenną podłogę i doszłam do wniosku, że teraz to na pewno odbiorą mi dziecko. Zastanawiałam się nawet, czy nie ukryć młodej w jakiejś szafie, ale w bezpośrednim pobliżu miałam tylko pralkę, w dodatku z przezroczystym bębnem, więc bez sensu.

Tymczasem panie wizytatorki (też chodzą parami, jednak mają coś ze świadków Jehowy) wdrapały się po schodach i, nawet nie czekając, aż je wpuszczę do mieszkania, ryknęły na całą klatkę:

– Ze szpitala w X wpłynęło do wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej (tak to się nazywa?) zawiadomienie, że pod tym adresem przebywa dziecko, mogące być nosicielem choroby zakaźnej.

Niesamowicie spodobało mi się słowo „przebywa”. No pewnie. Wszak przeciętne dziesięciomiesięczne niemowlę od poniedziałku do piątku studiuje w Londynie, weekendy spędza z przyjaciółmi w modnych klubach, a u ojca i matki jedynie czasem łaskawie „przebywa”. Zaprosiłam babki do środka, jednocześnie przepraszając za bałagan i starając się zasłonić sobą zielony susz na podłodze. Odsunęłam ze stołu wspomniany kubek, kapcie, inhalator, pilot do telewizora i jeszcze kilka rzeczy, które najwyraźniej ktoś celowo tam podrzucił i wskazałam im miejsca. Urzędniczkom, nie rzeczom. Znaczy rzeczom też, ale wcześniej… eee… nieważne.  W międzyczasie dowiedziałam się, że tak wygląda rutynowe postępowanie w podobnych przypadkach i dlatego muszą przeprowadzić wywiad środowiskowy.

– Niech mi pani powie, jak do tego doszło? – zapytała starsza z wizytatorek.

– „Do tego” czyli do czego? (Że na talerzu po kanapce leży fioletowy gryzak w kształcie psa, czy że mam spodnie umazane rozgniecionym biszkoptem? – dodałam w myślach)

Chcemy wiedzieć, kiedy i gdzie pani córka się zaraziła.

Z dalszej części dialogu wynikło w końcu, co następuje: zaraz po narodzinach, jako dziecko z obciążonym wywiadem, Księżniczka została przebadana na wszystko, co możliwe, włącznie z HIV, HCV, kiłą i rzeżączką. Ponieważ niektóre wyniki były niejednoznaczne (głównie ze względu na wiek malutkiej), szpital, w którym przyszła na świat, powiadomił sanepid, że dziecko może być nosicielem takich a takich chorób. Do tego momentu wszystko jest zrozumiałe. Gdyby jednak nie było żadnego „ALE”, to w ogóle bym o tym wydarzeniu nie wspominała. Otóż sukcesywnie, jeżdżąc po różnych placówkach rozsianych po województwie, WSZYSTKIE te choroby wykluczyliśmy. Absolutnie wszystkie. Ba, część nawet w tym samym szpitalu. Większość już w pierwszych tygodniach życia małej. O tym fakcie, jak widać, sanepid nie został powiadomiony, bo i po co.

Role się zatem odwróciły i zdziwienie przeszło na panie wizytatorki. Spisały informacje z ostatniego zaświadczenia lekarskiego Księżniczki, przeprosiły za nieporozumienie i sobie poszły. Zostałam ja – z niczego nieświadomą córeczką i bałaganem do posprzątania.

Jeśli ochłonę do jutra, to wrzucę wspomniany wpis o mitach poadopcyjnych.

PS. Chciałam znaleźć w internecie jakieś poglądowe zdjęcie bałaganu. Przejrzałam fotki na pixabay.com i stwierdziłam, że jednak u mnie nie wyglądało tak źle. 😉

Taka tam rodzina adopcyjna

Słodki smak spokoju

Siedzę wygodnie na kanapie, rozkoszuję się ulubioną kawą i zagryzam pralinkami – dokładnie tymi, których jeść nie powinnam. Jeszcze przed Nowym Rokiem ustaliliśmy z P., że przestajemy kupować do domu jakiekolwiek słodycze. Postanowiliśmy zjeść to, co nam zostało ze Świąt, po czym zrobić sobie odwyk od niezdrowego – zwłaszcza słodkiego – żarcia.

pusta bom

Udało nam się dotrzymać tego połowicznie. Faktycznie, od Bożego Narodzenia nie kupiliśmy nawet kostki cukru. W pierwszych dniach stycznia skończyły nam się gwiazdkowe zapasy. I wszystko byłoby ok, gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń, że tak sobie pozwolę zapożyczyć sformułowanie z literatury 😉 . Najpierw dorwała mnie na parkingu sąsiadka, której dałam kiedyś dwie torby ubrań po Księżniczce – na tyle dawno, że zdążyłam o tym zapomnieć. Sąsiadka jednak najwidoczniej pamiętała, bowiem postanowiła w ramach wdzięczności obdarować mnie Ptasim Mleczkiem – takim, wiecie, XXL, +25% gratis, milion pięćset sto dziewięćset dodatkowych kosteczek. Próbowałam protestować, ale skrobanie auta przy mrozie, wietrze i perspektywie spóźnienia do pracy nie jest najlepszym tłem do przesadnie długiej demonstracji wrodzonej skromności, toteż w końcu wpakowałam słodkości na tylne siedzenie, jednocześnie zapewniając sąsiadkę, że Księżniczka ciągle rośnie, więc pewnie niebawem zapukam do niej z kolejną porcją fatałaszków. Ptasie Mleczko zamierzałam postawić na stole w pokoju nauczycielskim, ale zapomniałam go zabrać z samochodu i tym sposobem znalazło się w naszym domu. Dzień później odwiedziła nas towarzyszka moich dawnych harcerskich wędrówek z kolejną bombonierą, zaś jeszcze następnego dnia, jakby się ktoś zmówił, jedna z uczennic wręczyła mi kartonik Raffaello w podziękowaniu za pomoc w wypełnianiu dokumentów na zagraniczne studia. Odmówiłam przyjęcia upominku, nie tyle nawet ze względu na dietę, ile na niezręczność sytuacji, bo w końcu nie zrobiłam dla niej niczego, co nie należałoby do moich obowiązków. Sprytna podopieczna chwilę później zaniosła to pudełeczko do pokoju nauczycielskiego i poprosiła któregoś z kolegów, żeby mi je przekazał. Zjadłam jedno, resztę zostawiłam na stole, dumna, że robię jednocześnie coś dla innych i dla siebie. Myślałam, że to już koniec tej słodkiej passy, ale nie. W sobotę rano przyjechali teściowie, zostawiając nam kawał ciasta („Bo kupiłam w tej pysznej cukierni koło was, to macie, co wam będę żałować”) i torbę pralinek („Nie wiem, skąd je mam, zjedzcie sobie”). Po południu odwiedziła nas jeszcze J. ze swoją mamą i kolejną bombonierą.

Ta ostatnia nadal stoi zamknięta, póki co dobierała się do niej wyłącznie Księżniczka. Mnie się „niechcący” sięgnęło do tej torby od teściowej, no i zajadam do kawy, tłumacząc samej sobie, że  chwila warta jest tej grzesznej celebracji. I tu dochodzę do meritum. Pamiętacie mój wpis o wizycie w przychodni na NFZ? Dzisiaj byliśmy na kontroli, polegającej głównie na omówieniu wyników ostatnich badań. Księżniczka jest zdrowa!!!

Nasza córcia, jak większość adoptowanych dzieci, miała tzw. obciążony wywiad. Wśród kilku niepokojących informacji najbardziej spędzała nam sen z powiek ta o chorobie jej mamy biologicznej, którą mogła niestety przekazać także dziecku. Lekarzy również to zaalarmowało, dlatego od razu dostaliśmy pilne skierowanie to odpowiedniej poradni. Co oznacza „pilne” według Narodowej Fabryki Zwątpienia, pisałam ostatnio. W każdym razie dzisiaj, po 10 miesiącach niepewności, otrzymaliśmy wreszcie potwierdzenie, że Księżniczka jest wolna od tego paskudztwa! (Tzn. choroby, nie eNeFZetu, ale dobre i to). Musicie przyznać, że jest to powód do świętowania. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym (prawie jak w tej cholernie irytującej reklamie Hepaslimin) jest to, że – poza jedną kontrolną wizytą za rok – nie będziemy musieli już jeździć do tej obskurnej przychodni. Nie wiem, kto i z jakim założeniem projektował jej budynek, ale według mnie nadaje się bardziej na biuro pobliskiego cmentarza (swoją drogą bardzo wymowna lokalizacja)… a na pewno nie na siedzibę zespołu poradni, w którym zagęszczenie pacjentów na metr kwadratowy bije na głowę Chiny, Indie, Biedronkę przed Sylwestrem i szczecińską komunikację miejską w godzinach szczytu. Dopełnienie tego uroczego obrazu stanowi jedna (koedukacyjna, a jakże) toaleta na całą przychodnię oraz spory kącik zabaw dla dzieci, wypełniony różnej maści zabawkami, z których brud sam już odpada. Chociaż na co dzień bywam dosyć wyluzowana w kwestii sterylności – w tym sensie, że np. nie wyparzam smoczka za każdym razem, kiedy wypadnie małej z buzi ani nie dezynfekuję dziecka, kiedy przypadkiem dorwie kota sąsiadów (kota też nie odkażam, żeby nie było) – to nie potrafię sobie wyobrazić Księżniczki bawiącej się albo, co gorsza, biorącej do ust obsmarkane przez innych pacjentów maskotki… Brr!!!

potw

W każdym razie jesteśmy już w domu – zdrowi, bezpieczni i szczęśliwi.

Komu pralinkę?

pralinki

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca

Zgodnie z oczekiwaniami tegoroczna wigilia na pewno była niezapomniana, głównie w znaczeniu pozytywnym. Nie tylko dlatego, że to pierwsza z Księżniczką. Powodów było o wiele więcej. Zatem – po kolei.

Kilka minut przed „godziną zero” zjawił się mój tata, który w naszym mieszkaniu czuje się bardzo swobodnie, co 24 grudnia stanowiło tyleż błogosławieństwo, ile przekleństwo. Z jednej strony super, że sam sobie chowa buty do szafki, robi herbatę czy rozsiada się na kanapie; z drugiej, kiedy wszystko już jest gotowe na tip-top i pięknie nakryte, ojciec kręcący się po naszej malutkiej kuchni z ogromnym, pełnym earl greya kubkiem z napisem „THE BOSS” i przestawiający po swojemu krzesła przy stole… jak by to powiedzieć… nie jest najlepszym lekarstwem na przedwigilijną nerwówkę ;).

Teściowie przybyli równo z resztą gości i od razu rzucili się na wnuczkę, dzięki czemu mogliśmy z P. spokojnie podać do stołu.  Wspólne życzenia składał mój mąż jako głowa domu. Bardzo go lubię w tej roli. Przebiegu samej wieczerzy chyba nie ma co streszczać; minęła tradycyjnie i w przemiłej atmosferze. Nikt nikomu nie dogadywał ani nie kłócił się o politykę (czego się obawiałam, bo wśród zebranych znajdowali się zarówno zagorzali zwolennicy, jak i przeciwnicy obecnej władzy), za to wszyscy zachwycali się smakiem potraw. Nawet ciotka C. (ta od wymówek i sałatki jarzynowej), wzruszona, podziękowała, że wyciągnęliśmy ją z domu i może być w ten wieczór z nami.

„Fajerwerki” zaczęły się później, wraz z wniesieniem na stół ciasta. Ponieważ, jak już wiecie, większość naszych gości stanowili ludzie starsi, których (bądź co bądź) taka impreza bardzo męczyła, to, aby nie przedłużać, zbiegły nam się jednocześnie trzy rzeczy do zrobienia: podanie deseru, rozdanie prezentów i karmienie Księżniczki, która bardzo głośno i wyraźnie zaczęła manifestować głód (oraz, co tu ukrywać, znużenie).  Na jej wrzask każdy z obecnych zareagował po swojemu. P. poszedł przygotować mleko, teściowie próbowali małą rozbawić (z dokładnie odwrotnym skutkiem), pradziadkowie współczuli, że maluszek płacze, mój ojciec wzruszył ramionami, bo to przecież normalne, iż niemowlę robi awanturę o jedzenie. Ja nie zrobiłam nic, gdyż uznałam, że dwoje dziadków nachylających się nad bujakiem w zupełności wystarczy. Księżniczce żadna krzywda się przecież nie działa, zaś „amu” było już w drodze. A ciotka C.? Ciotka C. wyraziła niezadowolenie, że boli ją głowa od hałasu, zresztą kto to widział, żeby tak się drzeć. No ale nic to, sytuację opanowaliśmy. Dziecię zostało nakarmione i przebrane, a chwilę później zaniesione do łóżeczka na drzemkę. Ciotce jednak najwyraźniej ból głowy dał się we znaki, bowiem, zlustrowawszy wzrokiem talerze z ciastem, wypomniała nam brak makowca. „Lady, jak to nie piekłaś? Święta bez makowca, to nie święta”. Puściłam tę uwagę mimo uszu, chociaż miałam na końcu języka ripostę, że ciotka jako jedyna z gości nie przyniosła absolutnie niczego na wspólny stół. Wypominanie jej tego byłoby małostkowe i nie na miejscu, natomiast przyznaję, pomyślałam, że mogła chociaż kupić ten cholerny makowiec, jeśli tak jej był potrzebny do szczęścia. Nawiasem mówiąc, nie piekłam, bo za nim nie przepadam, a i nikt inny nie był tym ciastem zainteresowany, kiedy ustalaliśmy menu. Postawiliśmy sernik, piernik, tort węgierski i kruche ciasteczka. Moim zdaniem wystarczająco.

                                        Schody

Ze względu na nasze raczkujące tornado prezenty ustawialiśmy nie pod choinką, a na schodach. Podawaliśmy je gościom po kolei, co wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Jako pierwszy trafił w moje ręce akurat podarunek dla Księżniczki, która zresztą drzemała wówczas w swoim pokoju. Powiedziałam więc, że paczuszka jest dla małej (J., to była ta od Ciebie!) i że otworzymy ją, kiedy adresatka już wstanie. I wtedy nastąpiła kulminacja, kwintesencja i eksplozja usposobienia ciotki C. „No chyba przesadzacie!” – stwierdziła obrażona – „Księżniczka w ogóle nie powinna dostać prezentu, bo jest niegrzeczna!” Jako pierwszy zaoponował mój teść, który przecież miał jeszcze świeżo w pamięci naszą przeprawę z przychodnią specjalistyczną i godny podziwu spokój malutkiej. Gdzieniegdzie podniosły się głosy protestu, natomiast ciotka, niezjednana, oznajmiła: „Jest niegrzeczna, bo krzyczała i nie dała zjeść w spokoju”. Tia. Krzyczała dwa razy. Pierwszy, kiedy prześliczna wieczorowa sukienka (Ahaja, uściski!!!) przeszkadzała jej w raczkowaniu, drugi, kiedy zgłodniała. Zastanawiam się, czy dzieci, a później wnuki ciotki C.  potrafiły w tym wieku siedzieć przez trzy godziny wśród tylu ludzi w jednym miejscu i w całkowitym milczeniu… Jeżeli tak, to sama nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Niestety, ciotka musiała jakoś pogodzić się z faktem, że najwięcej prezentów było właśnie dla Księżniczki, co nas akurat wcale nie zdziwiło. Na sam koniec wysłuchaliśmy jeszcze piętnastominutowego (z zegarkiem w ręku!) wykładu na temat tego, że nie dysponujemy w domu łyżką do butów, a powinniśmy.

Przez moment po wyjściu gości byłam zła, ale chyba mogę zrzucić winę za ten stan na zmęczenie. W gruncie rzeczy jest mi ciotki żal. Wśród rodziny krążą o niej legendy, które znałam od bardzo dawna, ale nie miałam okazji przekonać się na własnej skórze o jej specyficznym podejściu do życia, a zwłaszcza do bliźniego. Mam wrażenie, że ona nie jest do końca świadoma tego, iż zraża do siebie innych. Nie sądzę, aby robiła to z premedytacją. Taki po prostu ma charakter. Chętnie zaproszę ją na wigilię również w przyszłym roku. Upiekę nawet ten makowiec i kupię łyżkę do butów, niech ma. Tylko tak sobie gdybam, że mnie jest łatwo, bo nie obcuję z ciotką na co dzień.  Nie jest moją siostrą, matką ani teściową…

Mojej mamie też zresztą daleko było do ideału, chociaż na pewno nie chciała dla mnie źle. W tych naprawdę złych momentach tata próbował jej tłumaczyć, że jeżeli nie zmieni swojego postępowania, to zostanie sama na starość; że pewnego dnia zamknę za sobą drzwi i już nie wrócę. Nie wiem, czy byłabym do tego zdolna, chociaż przyznaję, że i takie myśli krążyły mi po głowie. W każdym razie przypuszczam, że taki właśnie los spotkał ciotkę C. Jej dzieci wyjechały za granicę i bardzo rzadko ją odwiedzają. Nawet podczas pobytu w rodzinnym mieście wpadają najwyżej na przysłowiową kawkę i uciekają do znajomych albo dalszych krewnych. Faktem jest więc, że ciotka nie ma na miejscu nikogo, na kogo mogłaby liczyć. Dlatego zaprosiliśmy ją na wigilię… i być może dlatego ciotka C. stała się gwiazdą wieczoru.