Taka tam rodzina adopcyjna

Żłobkowe początki

slippers-3110698_640

Kapcie zostały rzucone. Księżniczka zaczęła swoją przygodę ze żłobkiem.

Rano w szatni trochę się buntuje, odrobinę marudzi, ale histerii nie ma. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że dorośli, wchodząc do pracy, też przeważnie nie są zachwyceni 😉 . W każdym razie zostaje bez większego problemu. Podobno tylko pierwszego dnia popłakiwała. Panie twierdzą, że jest kochana. Apetyt jej dopisuje (to akurat żadna nowość), ale nie za bardzo chce się dostosować do obowiązkowej drzemki. Nic dziwnego, bo w domu też coraz mniej śpi w dzień.

Gorzej, że już pojawiły się choroby. Po pierwszym tygodniu wróciła z grypą żołądkową, którą przy okazji zaraziła mnie. Objawy miała na tyle ostre, że późnym piątkowym wieczorem zawitaliśmy na SOR. Kiedy lekarz zapytał, ile razy wymiotowała, musieliśmy odpowiedzieć, że raz – od 17.00 bez przerwy. Dostaliśmy zalecenie, żeby… podać małej odgazowaną colę. Powiem Wam, że wcześniej uważałam tę metodę za wysoce wątpliwą – ot, taki zabobon. Skoro jednak z taką poradą wyjechaliśmy ze szpitala, to P. pobiegł do najbliższego sklepu nocnego po Coca-Colę. Podziałało od razu! Następnego dnia walczyliśmy już „tylko” z biegunką. Ze względu na to, że sama zachorowałam i byłam na zwolnieniu, zostawiłam Księżniczkę ze sobą w domu, żeby się trochę podkurowała. We wtorek wyglądała już na zupełnie zdrową. Pediatra potwierdził, że może wrócić do żłobka. No to wróciła, na jeden dzień. Odbierającemu ją teściowi opiekunki powiedziały, że z małej „leje się dołem” i kategorycznie zabroniły przyprowadzać ją następnego dnia (zresztą słusznie). Czyli przyszła druga fala wirusa. Mieliśmy zatem powtórkę z rozrywki, tylko w dużo łagodniejszym wydaniu. Kolejny dzień młoda spędziła z nianią, a po południu znowu odwiedziłyśmy przychodnię. Pediatra zapisał probiotyk i lek regulujący pracę jelit, sugerując przy tym, że nawracająca biegunka może mieć podłoże nerwowe. Sama nie wiem, co o tym myśleć… Z jednej strony sama zwykle ciężko przechodzę tego typu infekcje, nawet tym razem przeżyłam nawrót choroby razem z Księżniczką. Z drugiej – skoro mała w żłobku miała biegunkę, a nazajutrz u niani nie zabrudziła ani jednej pieluchy, to może być coś na rzeczy. Jest jeszcze trzecia opcja – mianowicie taka, że panie w żłobku zignorowały moją prośbę o przestrzeganie ścisłej diety u młodej ze względu na przebytą jelitówkę. Może po prostu mała zjadła coś, co podrażniło osłabiony układ pokarmowy.

……………………………………………………………………………………………………………………………………

Powyższa część wpisu powstała w połowie września. Mniej więcej od tamtej pory Księżniczka chodzi z niewielkim katarem. Lekarz powiedział, że to normalne i żeby się nie przejmować. W żłobku jej się podoba: chętnie zostaje, lubi swoje panie, odnajduje się wśród innych dzieci.

female-865110_960_720

Gorzej ze mną. Moje dłuższe milczenie na blogu nie było spowodowane brakiem weny, tylko czasu. Powiem Wam szczerze, że nie ma dnia, bym nie przeklinała tej @(@!!^!$@#@@@#!$*### reformy oświaty. Podobnie jak tysiące nauczycieli zawdzięczam jej to, że choć minął dopiero miesiąc roku szkolnego, byłam już łącznie na siedmiu radach pedagogicznych, trzech wywiadówkach, dwóch spotkaniach komisji i dwóch dyskotekach szkolnych jako opiekun. Czytaj: nie widuję swojego dziecka. Księżniczka spędza popołudnia z tatą albo z dziadkami, a ja wracam o 19.00 zmęczona i z wyrzutami sumienia, po czym całuję córkę na dobranoc i tonę w papierach. W dodatku plan lekcji mam ułożony tak, że codziennie siedzę w szkole od 8.00 (lub 7.45, jeśli zaczynam dyżurem) do prawie 16.00. Mam 11 (słownie: jedenaście) okienek, podczas których przemieszczam się z jednego końca miasta na drugi. To by było na tyle, jeśli chodzi o rzekomy 18-godzinny tydzień pracy nauczyciela, jak twierdzą niektórzy. Na otarcie łez dostałam podwyżkę – około 100 zł netto, w zamian za które odebrano mi 50 zł dodatku motywacyjnego. I chociaż naprawdę kocham pracę z młodzieżą, to ostatnio ta fraza brzmi coraz bardziej jak mantra, którą powtarzam sobie, żeby nie zwariować…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Buraki, cebula i reszta towarzystwa

detox-1995433_960_720

Popatrz, Księżniczko. Mama sprząta i przegląda przepisy na ciasta. To znaczy, że przyjdą goście – powiedział złośliwiec, czyli P., do naszej córy, na co rzuciłam mu mordercze spojrzenie. A potem szmatę. I dodałam, żeby sam się wziął do roboty.

Właściwie mam wrażenie, że od pół roku nie robię w domu nic poza sprzątaniem… a raczej nie robimy, bo i mój małżonek zaczyna odpoczynek po pracy od pozbierania zewsząd klocków, skarpetek, chusteczek, sznurowadeł i łyżeczek do miodu (nawet nie pytajcie). Trochę racji P. jednak miał w powyższej wypowiedzi, bo wiadomo – inaczej sprząta się dla siebie, a inaczej przed przyjęciem gości, zwłaszcza takich, którzy przychodzą do nas po raz pierwszy. Niedawno powiedziałam Gośce, iż akceptowanie stanu naszych czterech kątów sprowadza się ostatnio do tego, że jeśli można przejść przez mieszkanie, o nic się nie potykając i do niczego nie przyklejając, to znaczy, że jest czysto. Sama zresztą Gośka, którą znałam jako pedantkę, zaśmiała się w głos i odparła, iż odkąd ma dziecko, sprzątanie przed wizytą gości polega na wrzuceniu szpargałów córki i męża do najbliższej szafy, przyklepaniu nogą i zamknięciu na cztery spusty, w nadziei, że nikt tam nie zajrzy.

Od momentu adopcji właściwie ciągle ktoś nas odwiedza. Dzisiaj czekamy na F. i jej męża, którego jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać. Na szczęście z F. znamy się na tyle, że nie musimy się jakoś specjalnie spinać przed tym wydarzeniem – wiadomo, że będziemy się czuli swobodnie w swoim towarzystwie.  Ciasta nie piekę, bo Księżniczka ma od niedawna fazę na wchodzenie do piekarnika i boję się, że będzie próbowała to zrobić nawet przy temperaturze 180 stopni. Tego manewru może nie przetrwać bez uszczerbku ani mała, ani sernik czy inna szarlotka…

Tak czy inaczej, każda wizyta gości przypomina mi, chcąc nie chcąc, o kilku zasadach savoir-vivre’u, których w naszym domu absolutnie się nie przestrzega. Czyli całkiem możliwe, że dla niektórych jestem Cebulą, mój mąż Burakiem, a odwiedzający mogą być ewentualnie Selerami, wzdychającymi „A to feler…” jak u Brzechwy.

legs-59789_960_720

Po pierwsze – obowiązuje u nas zakaz chodzenia w butach, chociaż podobno proszenie gości o zdjęcie obuwia jest w złym tonie. Zresztą przyznaję, że nigdy tej reguły nie rozumiałam… Sama nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wleźć do czyjegoś mieszkania w ubłoconych buciorach albo rysować szpilkami po zadbanych panelach. A już tym bardziej, jeśli w domu jest małe dziecko.

cigar-362183_960_720

Po drugie – nie pozwalamy palić w mieszkaniu papierosów. Niby się powinno, a popielniczka dla gości świadczy o dobrym wychowaniu gospodarza. Może i tak, ale nie widzę powodów, dla których miałabym się zgadzać na to, żeby ktoś mnie podtruwał w moim własnym domu.

business-suit-690048_960_720

 

Po trzecie – kwestia stroju. Wiadomo, że są takie okazje, kiedy wypada wyglądać odświętnie. Absolutnie z tym nie dyskutuję. Chyba nie umiałabym zasiąść do kolacji wigilijnej w piżamie ani pójść w dresie na imieniny pradziadka. Natomiast, zapraszając znajomych na zwykłe towarzyskie spotkanie, przeważnie zaznaczam, żeby ubrali się przede wszystkim wygodnie. Wychodzę z założenia, że posiadówa przy kawie nie wymaga przywdziewania garsonki ani garnituru. Zwłaszcza jeśli w domu są małe dzieci lub wszędobylskie zwierzęta i łatwo o pobrudzenie się lub podarcie rajstop…

W poprzednim wpisie wspominałam, że mama bardzo się starała kontrolować moje życie towarzyskie. Jako nastolatka mogłam zapraszać gości, ale w bardzo ograniczonym zakresie. U mojego męża było podobnie, choć z zupełnie innych powodów. Być może dlatego teraz oboje lubimy wizyty znajomych, którzy zresztą chętnie nas odwiedzają…

bonding-1985863_960_720

… chociaż może nie aż tak chętnie, jak znajomi córek Olitorii, bo biedna jak raz otworzyła drzwi, to już nie może ich zamknąć. 😉 Izzy z kolei mieszka za daleko od wszystkich, żeby niechcący i niezapowiedzianie wpaść na kawę – no, chyba że jest się jej teściami, ale to inna bajka.

A jak jest u Was z odwiedzinami? Lubicie gości? Czego od nich oczekujecie?

Taka tam rodzina adopcyjna

Nadmorskie przygody Małej Księżniczki

IMG_20180720_202117.jpg

Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na urlopie nad Bałtykiem. Konkretnie w Unieściu. Wpłynęło na to kilka czynników, z których głównym był fakt, że moja znajoma niedawno się tam przeprowadziła i wraz z mężem wynajmują pokoje turystom. Mieliśmy więc pewność, że nie jedziemy w ciemno. Poza tym owa znajoma ma dwoje małych dzieci, dzięki czemu wiedzieliśmy, że jest to miejsce przyjazne maluchom (czytaj: że wszędobylskość Księżniczki ani jej ewentualny płacz nie będą przeszkadzać właścicielom, a w razie potrzeby będzie kogo poprosić np. o podgrzanie mleka lub przepranie ubranka). Nie pomyliliśmy się. Warunki były naprawdę przyzwoite, zwłaszcza za tak niską cenę. Dostaliśmy niewielki pokój ze świeżo wyremontowaną łazienką i dostępem do aneksu kuchennego. Sam budynek jest świetnie usytuowany – mniej więcej w połowie drogi między jeziorem a morzem. Jedynym minusem naszej kwatery było to, że pokój znajdował się na parterze od strony północnej i niestety w deszczowe dni wilgoć była odczuwalna niemal wszędzie. Poza tym same zalety 🙂 . Gdyby ktoś chciał namiary, to proszę o wiadomość prywatną. Chętnie się podzielę.

Znając temperament naszej córy, mieliśmy sporo obaw odnośnie tego wyjazdu. Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzimy np. podczas posiłków w restauracji albo pobytów na zatłoczonej plaży. Na szczęście żaden czarny scenariusz nie doczekał się realizacji. Księżniczka przez znakomitą większość czasu była pogodna i ciekawa świata. Właściwie dała nam się we znaki tylko raz, podczas końcowego etapu drogi na urlop. Najwyraźniej znudzona jazdą w foteliku przez dobre pół godziny płakała, nijak nie dając się uspokoić.  Awantura ustała zaraz po dotarciu na miejsce i już się nie powtórzyła.

Tytułowe przygody zaczęły się drugiego dnia pobytu. Otóż mała obudziła się rano… cała w czerwone kropki. Dosłownie, od stóp do głów. Czuła się przy tym bardzo dobrze, nie gorączkowała, nie miała żadnych innych objawów. Wygląd wysypki nie pozwalał na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy to ospa, pogryzienie przez jakieś owady czy może reakcja alergiczna np. na środki, w których prana była pościel. Internetowe konsultacje ze znajomymi rodzicami kazały przypuszczać, że to pierwsze. Ponieważ rzecz miała miejsce w niedzielę, nie było mowy o dostaniu się do lekarza. Postanowiliśmy obserwować córę i poczekać do następnego dnia. Wieczorem zauważyliśmy, że kropki w większości zanikły. Kolejnego ranka pojawiły się nowe, ale było ich zdecydowanie mniej. We wtorek po wysypce nie został nawet ślad. Do tej pory nie wiemy, co ją wywołało. Najważniejsze, że przeszło.

Druga przygoda była jednocześnie zabawna i smutna. W niedzielne popołudnie sąsiedni pokój zajęło starsze małżeństwo – na oko pomiędzy 70. a 80. rokiem życia. Pan cierpiał już na demencję, której objawem było m.in. to, że nie mógł zapamiętać, w którym pokoju mieszka, przez co ciągle niechcący wchodził do naszego. Było to tym smutniejsze, że na korytarzu znajdowało się tylko troje oddalonych od siebie drzwi, z czego jedne wyjściowe… Zdrowy człowiek, choćby nie wiem jak roztargniony, po prostu nie miał możliwości się tam zgubić. Nawet nasza kilkunastomiesięczna latorośl bez problemu trafiała do właściwego pomieszczenia… Wspomniany zabawny aspekt tej historii stanowił fakt, że nasz sąsiad mimo swojej przypadłości wciąż zachowywał pogodę ducha. Kiedy wchodził do naszego pokoju i odkrywał swoją pomyłkę, mówił na przykład: „Szukam pokoju, w którym sypia ta stara, no wiecie, moja żona” albo „Cholera, tutaj też nie mieszkam?”, ewentualnie „Melduję, że żyję i idę dalej”. Z rozmowy z gospodarzami dowiedzieliśmy się później, że starsza pani na co dzień opiekuje się nie tylko mężem, ale także zupełnie już niesamodzielną i schorowaną siostrą. Kilkudniowy wypad nad morze z małżonkiem był dla niej chwilą wytchnienia od codziennych obowiązków…

Z okazji opisywania naszych nadbałtyckich perypetii pozwolę sobie na małe lokowanie produktów, ale zaznaczam, że wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany ani nie powstaje na niczyje zamówienie. Po prostu dzielę się swoim doświadczeniem, licząc, że może komuś się przyda.

Krótko przed wyjazdem sprawiliśmy Księżniczce silikonową bransoletkę z wytłoczonym jej imieniem oraz naszymi numerami telefonów, tzw. „niezgubkę”. Wybraliśmy taką, której treść nie ulegnie przypadkowemu zatarciu, zalaniu lub innemu zniszczeniu ani też nie będzie zbyt dobrze widoczna z daleka. Oczywiście pilnowaliśmy naszej pociechy na każdym kroku i niezgubka się nie przydała. Mimo tego czuliśmy się odrobinę pewniej w tłumie plażowiczów, wiedząc, że w razie czego łatwiej będzie odnaleźć małą uciekinierkę. Poniżej wklejam link do aukcji, z której zamawialiśmy opaskę. Polecam z czystym sumieniem, bowiem wykonana jest naprawdę porządnie, a wysyłka nastąpiła ekspresowo.

https://allegro.pl/oryginalna-niezgubka-opaska-info-na-reke-dziecka-i7448779951.html

Drugi product placement dotyczy miejsca. Pierwszego dnia pobytu w Unieściu trafiliśmy na obiad do smażalni Rekin przy pensjonacie Stella Spa. Wbrew nazwie lokal ma w ofercie nie tylko ryby, ale także zupy, dania mięsne, pierogi, sałatki i inne pyszności, a w sąsiedniej sali znajduje się kawiarnia z bogatym wyborem kaw i deserów. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś szuka pięciogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin, to pewnie się zawiedzie. Natomiast dla zwykłego Kowalskiego, który chce zjeść smacznie, czysto, estetycznie, do syta, w przystępnej cenie i miłej atmosferze, jest to strzał w dziesiątkę. Zdecydowaliśmy się na zestaw dnia – zupę oraz kotlet de volaille z frytkami (do wyboru też ziemniaki lub ryż) i surówką. Wielkość porcji była dla mnie zaskoczeniem, bo właściwie najadłam się samą pomidorówką, resztę wchłonęłam z łakomstwa przy wsparciu Księżniczki. Wszystko było smaczne i świeże. Można powiedzieć, że zostaliśmy „tymczasowymi stałymi klientami” tego przybytku, bo tylko dwa razy poszliśmy na obiad w inne miejsce. Nade wszystko jednak na pochwałę zasługuje obsługa zarówno smażalni, jak i kawiarni. W całości złożona była z młodych ludzi, prawdopodobnie studentów, szukających wakacyjnego zarobku. Kultury osobistej, znajomości menu i otwartości na klienta naprawdę mógłby się od nich uczyć personel niejednej luksusowej restauracji.  Przykłady można by mnożyć, podam jeden, według mnie najbardziej wymowny.  Siedząca w wózku Księżniczka upuściła smoczek na posadzkę. Zanim się ruszyłam, doskoczył do nas kelner, podniósł go i od razu zaproponował, że pójdzie wyparzyć. Dla porównania – w zeszłym roku w jednej z sopockich kawiarni baristka bardzo niechętnie podała nam odrobinę ciepłej wody do rozmieszania mleka dla małej… Tak więc szczerze polecam wspomniany wyżej lokal. Nie ma własnej strony internetowej, ale można go znaleźć na Facebooku:

https://www.facebook.com/Sma%C5%BCalnia-Rekin-Bar-Bistro-Stella-928178717321600/?ref=py_c

IMG_20180717_103340.jpg

Wracając do głównej bohaterki niniejszego tekstu, trzeba podkreślić, że była ewidentnie zadowolona z wyjazdu. Lęk przed morzem pokonała bardzo szybko i pokochała zabawy w falach – do tego stopnia, że dorobiłam się konkretnych zakwasów w rękach :). Plażowanie też jej się bardzo podobało, a jakże. Musieliśmy je jednak ograniczyć, ponieważ Księżniczka nie daje sobie założyć absolutnie żadnego nakrycia głowy, co przy bezchmurnym niebie i upale może mieć niewesołe konsekwencje. Poza tym młoda coraz pewniej chodzi, a właściwie biega… Narobiliśmy za nią naprawdę sporo kilometrów, męcząc się przy tym oczywiście bardziej niż sama zainteresowana. Mała jest też bardzo otwarta na ludzi. Objawia się to tym, że próbuje wszystkich zaczepiać (co nie oznacza, że zawsze jej na to pozwalamy).

W każdym razie jesteśmy już w domu, nawet w miarę wypoczęci i zrelaksowani. Najmłodsza domowniczka właśnie robi sobie prysznic z zestawu Duplo, czyli wszystko w normie.

A jak Wam mijają wakacje?

Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…

Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna

Między młotem a pryczą. Jak punkt siedzenia zmienia punkt myślenia

Mojego przyjaciela M. długo uważałam za pirata drogowego. Do tej pory czasem mu w żartach dogryzam, że nie umie prowadzić, mimo iż w rzeczywistości jest dużo lepszym kierowcą ode mnie. Sprawa miała swój początek dawno temu, kiedy M. wkręcał mnie, że nie ma prawa jazdy, a ja, patrząc na jego drogowe wyczyny, prawie mu uwierzyłam. Jakiś czas później jechałam z delegacją moich harcerek na pewną imprezę. Ponieważ pociąg zatrzymywał się kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego, M. zaproponował odebranie nas z dworca samochodem. Zgodziłam się głównie dlatego, że druga z możliwych opcji była jeszcze gorsza 😉 . Moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem dojechaliśmy wszyscy cało, spokojnie i bezpiecznie. Musiałam jednak mieć niepokój wymalowany na twarzy, bo nasz kierowca w pewnym momencie rzucił z naganą w głosie: „czyżbyś wątpiła, że z dziećmi na pokładzie będę jechał ostrożnie?”.

auto-2546073_960_720

Dzisiejszy wpis nie jest jednak ani o M., ani o popisach za kółkiem. Jest o tęsknocie duszy.

Kiedyś popełniłam tekst o zapachach(KLIK), które przywodzą na myśl konkretne skojarzenia. Być może pamiętacie, że są dwie takie wonie, bez których nie wyobrażam sobie życia: aromat świeżo zmielonej kawy oraz letni zapach lasu. O ile pierwszy z nich dodaje energii, o tyle drugi niezmiennie roztapia moje serducho…

Wczoraj wczesnym rankiem byłyśmy z Księżniczką na długim spacerze. Kiedy weszłyśmy w mniej uczęszczaną alejkę parku, zapachniało… obozem. Jeśli ktoś z Was był w harcerstwie, to wie, o czym mówię. Ściółka wilgotna jeszcze od porannej rosy, w powietrzu wyczuwalna już duchota upalnego dnia. Żywica, igliwie, mdła woń słodkiej wody i wodorostów. Na mnie to działa jak impuls, wyzwalający coś wdrukowanego przez jakiegoś przebiegłego hipnotyzera z przeszłości: mam ochotę natychmiast rzucić wszystko (no, może poza Księżniczką) i wyjechać nad jezioro pod namiot. Kompletnie nic nie potrafię na to poradzić, mimo że jestem starą babą i wielu rzeczy już mi nie wypada. Nie wyrosłam z munduru i chyba to się już nie zmieni.

nature-3474826_960_720

Spacerując tymi ścieżkami z córką, która z zachwytem dotykała każdego nowego krzaczka i pokazywała paluszkiem każdy kamyczek, gałązkę czy listek, uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała ją kiedyś zapisać do harcerstwa, to kurczę, w naszej okolicy nie ma gdzie… Moje środowisko wymarło kilka lat po tym, jak oddałam drużynę. Bratnia organizacja w moim mieście działa bardzo prężnie pod względem struktur i bazy materialnej, ale za grosz nie ufam tamtej kadrze. Spore grono młodziutkich instruktorów stamtąd jest lub było moimi uczniami. Pomimo całej sympatii do nich, nie powierzyłabym im własnego dziecka na dłużej niż godzinę.

I teraz właśnie dochodzę do związku początku wpisu z jego głównym wątkiem. Wśród znanych mi opiekunów z (różnych) organizacji młodzieżowych nie umiem dostrzec takiego balansu pomiędzy odpowiedzialnością a zdrowym szaleństwem, jaki cechował moje pokolenie. M., mimo tego, że na co dzień wariat, o swoje zuchy troszczył się jak ojciec. Dlatego we wstępie podałam ten przykład z prowadzeniem samochodu: kiedy w grę wchodzi troska o podopiecznych, trzeba schować do kieszeni własne ego, a wyciągnąć wyobraźnię i dojrzałość, czy się tego chce, czy nie. W swojej drużynie przeżyłam (włącznie ze sobą i dwiema moimi następczyniami) pięć drużynowych. Za każdą mogłabym ręczyć, podobnie jak za wiele koleżanek i wielu kolegów z zaprzyjaźnionych środowisk.

Nie chcę narzekać na „dzisiejszą młodzież”, bo byłaby to z mojej strony niekonsekwencja i w pewnym sensie hipokryzja. Uwielbiam moich uczniów, a większość z nich uważam za bardzo obiecujących, zdolnych (w najszerszym możliwym znaczeniu tego słowa), twórczych i przesympatycznych młodych ludzi. Mam jednak wrażenie, potwierdzane nie tylko przez innych nauczycieli, ale także przez specjalistów, że kolejne pokolenia dojrzewają coraz później. W końcu normą stają się trzydziestolatkowie, mieszkający nadal z rodzicami. W swojej praktyce dostrzegam, że zachowania, które kiedyś charakteryzowały dzieci z podstawówek, dzisiaj coraz częściej pojawiają się w szkołach średnich. Pierwszy z brzegu przykład: chłopak z klasy maturalnej, zapytany, co lubi robić w wolnych chwilach, ku uciesze gawiedzi odpowiedział: „kupę!”. Kiedyś wspominałam też o osiemnastolatku, który chciał, żeby liceum nauczyło go prasować koszule. Trudno mi jakoś jednoznacznie zinterpretować to zjawisko. Nawet nie wiem, czy jest sens szukać winnych (czytaj: zły system edukacji, „bezstresowe wychowanie” w domu, głupkowata rozrywka w mediach etc.). Być może to po prostu znak czasów. A może to ja, z perspektywy kobiety w wieku 30+, zaczynam surowiej oceniać młodzieńcze wybryki…

jump-1209647_960_720

… w końcu wsadzenie podopiecznych do jednego samochodu z M., któremu nie ufałam jako kierowcy, też nie było z mojej strony zbyt rozsądne. Tylko że mnie chodzi o trochę inny rodzaj odpowiedzialności: o takie, mówiąc potocznie, życiowe ogarnięcie. O umiejętność przyjęcia konkretnej postawy i podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. O to, żeby wiedzieć, co robić, kiedy wydarzy się coś niespodziewanego…

Nie wiem jeszcze, co będzie za te kilka czy kilkanaście lat, kiedy Księżniczka zacznie rozwijać swoje pasje. Nie chcemy jej z P. ani do niczego zmuszać, ani tym bardziej zniechęcać. Pewnie, że gdzieś w sercu marzę o tym, żeby zobaczyć ją w szarym mundurku z Krzyżem Harcerskim na piersi. Raczej nie jestem jednak typem rodzica, który będzie przelewał na dziecko swoje niespełnione ambicje. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się pod żadnym względem niespełniona. Po drugie – to się nigdy dobrze nie kończy. Jeżeli będzie okazja i młodej harcowanie się spodoba, to super. Jeśli zamiast tego wybierze balet, klub karate albo lekcje fińskiego, też świetnie. I tak pewnie będę umierać z niepokoju, czy jest pod właściwą opieką…