Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kwiatki, herbatki, czekoladki – czyli o upominkach dla nauczycieli na koniec roku szkolnego

Temat końcoworocznych prezentów wzbudza emocje nie tylko u rodziców uczniów, ale także u nauczycieli. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy podarowanie bukietu kwiatów wychowawczyni to za dużo, czy może za mało? Z mojej strony biurka odpowiedź wydaje się prosta: uważam, że za każdym razem decyzja należy wyłącznie do ucznia i jego opiekunów.

Czy zatem należy (lub wypada) obdarować nauczyciela upominkiem na koniec roku?

Moim zdaniem NIE. Nauczanie jest naszą pracą, za którą otrzymujemy jakieś tam wynagrodzenie. Znakomita większość pedagogów nie oczekuje żadnych materialnych dowodów wdzięczności, a tymi, którzy się takowych domagają, sama chętnie mocno bym wstrząsnęła. Co roku zresztą powtarzam moim wychowankom, żeby mi niczego nie kupowali. O tym, co z tego wynika, napiszę na końcu.

A co w przypadku, gdy uczeń zżył się z nauczycielem i chce mu jakoś podziękować albo podarować coś na pamiątkę?

Jeśli chce, to niech to zrobi. Myślę, że wystarczyłoby zwykłe, niewymuszone „dziękuję”, ale jeżeli wychowanek czuje potrzebę dołączenia symbolicznego (!!!) upominku, to nie widzę w tym niczego niewłaściwego. My też jesteśmy ludźmi i lubimy dostawać prezenty, co absolutnie nie znaczy, że ich oczekujemy. Szczerze mówiąc, dla mnie największą wartość mają podarunki wykonane samodzielnie przez uczniów. Moja poprzednia klasa (cudowna, idealna, najlepsza, jakiej życzę każdemu pedagogowi) zrobiła mi na zakończenie szkoły album ze swoimi zdjęciami, pod którymi każdy z podopiecznych dopisał kilka słów od siebie. Beczałam jak bóbr, przeglądając jego zawartość i do tej pory zdarza mi się do niego wracać.

Czy kwiatek dla nauczyciela jest formą łapówki?

Wolne żarty. Po pierwsze – zwyczajowo upominki wręcza się na koniec roku, kiedy stopnie są dawno wystawione, a świadectwa wydrukowane. Po drugie – na ostateczną ocenę uczeń pracuje przez cały rok (a nawet kilka lat). Nie wyobrażam sobie zafałszowania wyników osiąganych przez podopiecznego z powodu różyczki albo czekolady. Młodzież czasem w żartach pyta, czy przyjmuję koperty. Z reguły odpowiadam w podobnym tonie, że jeżeli miałabym ryzykować utratę dobrego imienia i prawa do wykonywania ukochanego zawodu, to koperta musiałaby być naprawdę wyjątkowo gruba ;). I jeszcze po trzecie: faktem jest, że większość pomocy dydaktycznych (typu pisaki, kartki samoprzylepne, szary papier, repetytoria, dekoracje na różne akademie itd., a nierzadko także nagrody w konkursach) kupujemy z własnych pieniędzy. Wydajemy na to setki złotych rocznie. Jeżeli więc ktoś mówi, że przyjęcie kwiatka za dychę równa się nielegalnej korzyści materialnej, to przepraszam, ale ogarnia mnie pusty śmiech.

Co zrobić, kiedy wychowawca domaga się od klasy drogiego prezentu, np. w postaci sprzętu AGD lub weekendu w SPA?

Takie przypadki znam wyłącznie z internetu i mam nadzieję, że są to jedynie miejskie legendy. Jeżeli natomiast podobna sytuacja miałaby miejsce w rzeczywistości, należy niezwłocznie poinformować o tym dyrekcję. Odpowiedzialny dyrektor podejmie odpowiednie kroki, żeby przywołać materialistę do porządku. Jest i druga strona medalu. Czasami rodzice na siłę wciskają nauczycielom ekskluzywne prezenty. Błagam, nie róbcie tego! To szalenie krępujące i bywa, że przypomina bardziej jałmużnę niż podziękowanie. Dwa razy byłam postawiona w takiej sytuacji i do tej pory jest mi z tym głupio. Najgorzej, że trudno jest właściwie zareagować na taki podarunek: z jednej strony poczucie przyzwoitości każe odmówić, z drugiej trudno to zrobić, kiedy naprzeciwko ma się trzydzieści par oczu swoich wychowanków, którzy czekają w napięciu z nadzieją, że prezent spodoba się ich pani…

Najcenniejsze upominki, jakie dostałam od uczniów…

…to wcale nie te najdroższe. Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy z nich:

1. Wspomniany wyżej album ze zdjęciami i podziękowaniami od wychowanków.

35735963_2246270518749023_2449159664084975616_n35747326_2246270428749032_3673274413446332416_n35924536_2246270495415692_50913272471224320_n

  1. Uczyłam przez trzy lata pewną klasę licealną, w której na ostatnie kilka miesięcy objęłam wychowawstwo. Na zakończenie szkoły dostałam pudełko z listami od każdego ucznia. Niektóre były bardzo osobiste, inne dowcipne, a jeszcze inne zawierały życzenia dla mnie. Poniżej wklejam zdjęcie jednego z nich. Wybrałam taki, który nie zawiera żadnych zwierzeń ani innych wrażliwych treści.

List1

 

3. Pewien zabawny drobiazg. Kiedy po raz pierwszy dostałam klasę wychowawczą, zaproponowałam jej uczniom zrzutkę na czajnik elektryczny do naszej sali, żebyśmy w zimne dni mogli się napić ciepłej herbaty podczas długiej przerwy albo lekcji wychowawczej. Pomysł spodobał się moim wychowankom na tyle, że po nabyciu czajnika chcieli mnie jeszcze namówić na kupno kuchenki mikrofalowej. Oczywiście nie mogłam na to przystać. Odmawiając, zażartowałam ironicznie, że skoro już mają taki rozmach, to mogą się jeszcze zrzucić na nowy samochód dla wychowawczyni. Długo nie musiałam czekać na reakcję: z okazji Dnia Edukacji Narodowej otrzymałam model fiata 126p z doczepioną karteczką o treści: „Czy teraz już możemy kupić tę mikrofalę?” 😉

35734885_2246102598765815_4985711750750928896_n

……………………………………………………………………………………………………………………………

EDIT:
Już po napisaniu tego tekstu brałam udział w dwóch zdarzeniach, które dobrze ilustrują wszystko to, co zawarłam powyżej.

SYTUACJA PIERWSZA: stałam się mimowolnym świadkiem rozmowy grupy uczniów, którzy w piątek będą żegnać swoją wychowawczynię. Debatowali nad wyborem prezentu dla niej, a konkretnie nad kwotą, którą chcą na ten cel przeznaczyć. Każda kolejna suma proponowana przez skarbnika wydawała im się za duża, a ostatnie zdanie tej dyskusji brzmiało: „Dobra, kupmy jej cokolwiek, byle za mniej niż stówę, a za resztę klasowych zamówimy sobie pizzę”. Nie wiem, jakie ta klasa ma relacje z wychowawcą, ale będąc na miejscu tej nauczycielki, wolałabym nic nie dostać, niż otrzymać wymuszone „cokolwiek”, kupione za pieniądze, które młodzież chętniej przeznaczyłaby na inny cel.

SYTUACJA DRUGA: odwiedziło mnie dzisiaj w trakcie lekcji dwóch uczniów z poprzedniej klasy (tej od albumu). Wręczyli mi różę i bombonierkę, dziękując za trzy lata współpracy. Zdziwiona przypomniałam im, że przecież dziękowali rok temu, kiedy kończyli szkołę. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie oznacza, iż nie mogą zrobić tego jeszcze raz. Szczerze? Chrzanić tę różę i bombonierkę. Samo to, że przyszli i na głos, przy obcej młodzieży, z którą akurat miałam zajęcia, wypowiedzieli tyle miłych słów pod moim adresem, ma o wiele większe znaczenie niż wszystkie kwiaty i słodycze świata razem wzięte.

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

O Księżniczce, co roczek skończyła

Zaczęłam w ostatnich dniach dwa wpisy i to na zupełnie odmienne tematy. Żadnego nie dokończyłam. Dosłownie jakby się wszyscy uwzięli. Znane powiedzenie mówi, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, wystarczy opowiedzieć Mu o swoich planach. Nie lubię tego porzekadła, ale tym razem wyjątkowo pasuje.

Zapro

Imprezy roczkowe Księżniczki zaplanowaliśmy z naprawdę sporym wyprzedzeniem i wydawało nam się, że wzięliśmy  pod uwagę wszystkie możliwe zmienne. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie stanęło na tym, że urządzimy dwa kameralne przyjęcia u nas w domu: pierwszego dnia dla przyjaciół, drugiego dla rodziny. Dużo wcześniej załatwiłam sobie wolny weekend, mąż zrezygnował z wyjazdu firmowego, co więc mogło pójść nie tak? Ano mogło. I poszło.

Najpierw okazało się, że jedyny wolny termin u okulisty dziecięcego jest akurat dwa dni przed uroczystością – no cóż, zdarza się, dwie godziny mnie nie zbawią, jakoś się ze wszystkim wyrobię. Tylko potem doszła jeszcze tego samego dnia rada pedagogiczna, a dzień wcześniej spędziłyśmy z Księżniczką popołudnie u pediatry na kontroli po chorobie. Oprócz tego zadzwoniła córka znajomej z prośbą o pilne korepetycje, bo ma ważny sprawdzian, a grozi jej jedynka na koniec klasy maturalnej. Może naoglądałam się za dużo reklamy Grześków, bądź co bądź dziecku nie odmówię. I tak oto mój tydzień roboczy, zaplanowany na porządki i gotowanie, skurczył się do dwóch dni.

W międzyczasie teściowa otrzymała skierowanie do sanatorium – akurat na czas urodzin wnuczki i Święta Wielkanocne. Kiedy zapytała o możliwość przesunięcia wyjazdu, dowiedziała się, że najbliższy dostępny turnus jest w 2021. Tym sposobem odpadł nam nie tylko ważny gość, ale też nieoceniona pomoc w opiece nad Księżniczką, kiedy my z P. krzątalibyśmy się przy podawaniu do stołu. Niedługo później wykruszyły się też kolejne cztery osoby i przez chwilę myśleliśmy, że imprezy w ogóle nie dojdą do skutku.

Na szczęście limit pecha wreszcie się wyczerpał… No, prawie, bo dzień przed pierwszym przyjęciem mała zrobiła sobie szramę na samym środku czoła. Jak? To jest niestety zagadka. Siedziała z tatą na kanapie, w pewnej chwili podniosła głowę i już miała ranę. Do teraz wygląda jak Balladyna, ewentualnie Harry Potter. Ze swoją gęstą, potarganą czupryną i tą krwawą krechą nad nosem o wiele bardziej przypomina weterana wojennego niż Księżniczkę. No cóż, przynajmniej teść jest dumny (wiecie, to ten dziadek od „czołgania przez pełzanie”).

Z braku zestawu moro założyliśmy jej biało-złotą sukienkę z falbankami i jeszcze przed pierwszą imprezą pojechaliśmy na sesję zdjęciową, podczas której nasza pociecha ochoczo rzucała plastikowymi (uff…)  pisankami i konsumowała papierowe pompony. Ona w ogóle najchętniej jadłaby wszystko, co papierowe. Ostatnio podczas przewijania znalazłam w jej pieluszce paragon… (Izzy, chciałaś kupę na blogu, to proszę bardzo 😉 !)

Po południu natomiast przyjmowaliśmy gości. Może zabrzmi to tandetnie i patetycznie, ale  mamy naprawdę wspaniałych Przyjaciół. Księżniczka otrzymała tyle uwagi i troski, że sama w pewnej chwili przestałam nadążać za tym, u kogo aktualnie jest na rękach albo kto ją właśnie zabawia. I tu od razu podkreślam, że wszyscy obecni to ukochane ciocie i wujkowie naszej małej, do których sama się garnie i których uwielbia. Nie oznacza to jednak wcale, że do każdej osoby z naszego otoczenia odnosi się z taką ufnością – ale o tym za chwilę. K. i M. zrobili nam niespodziankę, bowiem przyjechali z obiema córkami, dzięki czemu mogliśmy poznać ich najmłodszą, zaledwie dwumiesięczną latorośl. Patrzyłam na to maleństwo, śpiące słodko w foteliku albo machające nieporadnie rączkami i zastanawiałam się, jak to właściwie możliwe, że nasza pociecha rok temu wyglądała tak samo.

Pamiętam to i nie pamiętam zarazem… tuliłam przecież w ramionach tę kruszynkę, zwaną wówczas przez mojego męża Orzeszkiem, dbając o podtrzymywanie jej główki i odbicie po karmieniu. Oboje z mocniejszym biciem serca czekaliśmy na jej pierwsze świadome spojrzenie, zauważaliśmy pierwszy uśmiech albo samodzielne przewrócenie się na boczek. Tego się rzecz jasna nie da zapomnieć! Tylko że dzisiaj ten Orzeszek zdejmuje mi książki z regału i samodzielnie je przegląda (ostatnio gustuje w ilustrowanej biografii Karola Wojtyły, na którą przerzuciła się po „Podstawie programowej kształcenia ogólnego”), a na pytanie, kto zrobił bałagan w kuchni, odpowiada „MAMA!”… Jesteśmy dumni z każdego jej drobnego sukcesu, każdej zdobytej umiejętności, a jednocześnie żałujemy, że ten rok minął tak strasznie szybko…

Kolejnego dnia gościliśmy najbliższą rodzinę. Mimo moich początkowych obaw, związanych choćby z nieobecnością teściowej albo z podeszłym wiekiem naszych krewnych, było naprawdę bardzo sympatycznie. Księżniczka spędziła większość czasu na rękach i kolanach jednego z dziadków, który dzięki niej z góry zaliczył trening kardio na następny rok, a z imprezy wyszedł w przepoconej koszuli i obsmarkanej marynarce, za to szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Jako rekompensatę dostał michę kotletów, wiaderko sałatki i pudełko słodkości. Mam nadzieję, że wszystkiego nie wyrzuci, bo jakoś wyjątkowo odniosłam wrażenie, że roczkowe menu, chociaż bardzo proste i klasyczne, nie za bardzo przypadło do gustu ani jednym, ani drugim gościom. A może tylko tak mi się wydawało. Nikt nie krytykował głośno niczego poza… talerzami. Po raz pierwszy w takiej sytuacji skorzystałam bowiem z jednorazowych naczyń. Przyczynił się do tego fakt organizowania dzień po dniu przyjęć planowanych dla łącznie 24 osób oraz… brak zmywarki. Przeklinam moment, w którym uznałam, że nie będzie nam potrzebna, ale mówi się trudno. O ile M. zapytał żartem, czy przypadkiem nie zapomniałam o ekologii (co w ustach przyjaciela z lat harcerskich brzmiało całkiem logicznie i naturalnie), o tyle ciotka C. (tak, ta od makowca i łyżki do butów) była zdegustowana, że wyprawiam dziecku urodziny turystycznie. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że ten przysłówek może mieć zabarwienie pejoratywne, a jednak… P. natychmiast pospieszył z ripostą, że jeżeli ciotka zgłasza się na ochotnika do zmywania, to chętnie wymieni zastawę na tradycyjną. Nie doczekał się odpowiedzi, a sama zainteresowana turystycznie zjadła turystycznym plastikowym widelcem z turystycznego papierowego talerza.

sdr

Nie umiem określić, na czym konkretnie polega ten fenomen ciotki C. Wystarczyło, że teść przekazał na chwilę Księżniczkę w jej ręce, a mała zaczęła wrzeszczeć jak obdzierana ze skóry. Przypominam, że to to samo dziecko, które dzień wcześniej ochoczo pozowało do zdjęć w ramionach K., drapało po szyi moją Siostrę  i z płaczem domagało się przytulenia przez chrzestną. Ba, to jest nawet to samo dziecko, które drugiego dnia imprezy witało wszystkich z uśmiechem i zaczepiało na różne sposoby. Sekunda u ciotki C. zaowocowała natomiast pięcioma minutami uspokajania przez tatę. Wiedziałam, że zwierzęta instynktownie wyczuwają dobrych (i niedobrych) ludzi, ale nie przypuszczałam, że małe dziewczynki też mają tę cenną umiejętność. No nic. Na zakończenie tego wątku dodam tylko, że dziadek męża przyniósł ze sobą łyżkę do butów i celowo ją u nas zostawił (w domyśle: żeby się C. nie czepiała).

W każdym razie jesteśmy już po roczkowych szaleństwach. Zostały po nich jeszcze tylko balony, rozstawiony stół i cała góra uroczych upominków, spośród których Księżniczka tradycyjnie najbardziej upodobała sobie puste koperty i torebki po prezentach. Wybaczcie ten przydługi wpis, chciałam po prostu szczegółowo wytłumaczyć, gdzie byłam, kiedy mnie nie było na Stożkach. Zapewne wieszałam dekoracje albo piekłam tort… ewentualnie zmywałam, bo garnków jednorazowych nigdzie nie znalazłam. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym weekendowego szaleństwa jest to, że mieszkanie mam już właściwie posprzątane na Wielkanoc. A jak Wam idą przygotowania?

Ci, bez których nie jestem sobą

O przydziałach na pomidory i o tym, jak miłość rujnuje dzieciństwo

Na potrzeby poniższego wpisu zdecydowałam się nadać pseudonimy dwóm „literkom”, które niektórzy Czytelnicy już znają z dawniejszych postów. Sądzę, że same „literki” nie pozwoliłyby odpowiednio wybrzmieć niektórym sentencjom, jakie pojawią się poniżej. Zatem: E. zostanie tymczasowo Jagodą (od jej harcerskiego imienia),
C. będzie figurować jako Mandaryna (nie mylić z pewną wokalistką… C., wybacz!!!)

Dopiero względnie niedawno odkryłam, że pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje” ma trzecią zwrotkę. Brzmi ona tak:

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
Że na zawsze łączą nas:
Wspólne troski i radości życia,
Serc harcerskich zjednoczone bicia
I ta przyjaźń najszczersza, prawdziwa
Którą Bóg połączył nas.

Słucham jej właśnie w nieco unowocześnionym wydaniu. Zamykam oczy i natychmiast z łatwością przenoszę się… w las. Jest chłodny letni wieczór, ognisko powoli dogasa. Mam na sobie szary mundur z granatowym sznurem drużynowej, a na karku jakieś 19 lat. Zapach drzew łączy się z wonią dymu z płonących gałęzi. Stoję w kręgu, wśród ludzi takich jak ja. Może po prawej mam moją Siostrę, a po lewej jedną ze swych późniejszych następczyń? A może G., który za kilka lat zagra na organach na moim ślubie albo M., który urwał się z pobliskiej kolonii zuchowej na krótkie odwiedziny? Nie to jest w tej chwili ważne. Istotniejsze, że właśnie ktoś intonuje „Pieśń pożegnalną”, po niej przekażemy sobie iskrę przyjaźni, a niedługo później tę leśną ciszę przetnie płynąca z oddali melodia „Idzie noc”, grana na trąbce przez druha P., komendanta jednego z podobozów. Jak zawsze charakterystycznie zafałszuje, dzięki czemu nikt nie będzie miał wątpliwości co do osoby trębacza. Za moment moje harcerki pójdą spać, a ja zejdę na odprawę kadry, żeby podsumować dzień i zaplanować następny. Lubię siebie w tamtej chwili. Wiem, kim jestem, co tam robię, czego chcę.

ognisko

Piosenka się skończyła, ale nie otwieram jeszcze oczu. Cofam się w czasie o kolejne cztery lata. Siedzimy we cztery – najbardziej zgrany zastęp świata, a przynajmniej tak nam się wtedy wydaje –  na wydeptanej trawie i zastanawiamy się, co za cymbał załatwił nam na obóz te kanciaste namioty z podłogą. „Oficerskie”, psia kość, ale tylko z nazwy. Jakiż to był szatański wynalazek! Przez tę gumowaną podłogę nie dało się zbudować porządnej pionierki, bo niczego nie można było wkopać. Postawiona naprędce półka zawaliła się po tygodniu, skazując nas na mniejszy lub większy (częściej większy) chaos w naszym zielonym m4. O pryczach z tych samych względów mogliśmy wszyscy zapomnieć, a zamiast kanadyjek czy innych łóżek polowych dostaliśmy takie grube, gąbczaste materace. Po kilku deszczowych dniach wszystko w tych namiotach gniło, bo wilgoć nie miała jak wsiąkać w podłoże. Wsiąkała więc w materace (pod którymi, oprócz pleśni, Jagoda znalazła któregoś razu jakieś zapomniane zapasy z domu – żadna z nas nie wiedziała, jak się tam znalazły). W czasie upału natomiast nie dało się w tym ustrojstwie oddychać, bo nie istniała możliwość wietrzenia. Namiot miał tylko jedno wyjście, a podłoga nie przepuszczała powietrza od ziemi.

616619101_2_1000x700_namiot-n6-dodaj-zdjecia_rev001
źródło: OLX

Szybko porzucamy jednak temat otaczającej nas infrastruktury (przynajmniej do czasu, gdy D. znajdzie pod damskim prysznicem żywą żmiję…) i uciekamy myślami do oddalonej o 200 km miejscowości, w której obozowały nasze zaprzyjaźnione męskie drużyny. „Zaprzyjaźnione” to właściwie eufemizm, bo oprócz Jagody każda z nas miała tam swoją „miłość życia”. Do dziś wspominam te historie z pewną nostalgią. W każdym razie cierpiałyśmy wtedy straszliwie, że musiałyśmy pojechać na obóz razem z młodszą częścią naszego środowiska, zamiast tam, dokąd rwały się serca. Owe uczuciowe perypetie miały oczywiście swój ciąg dalszy, choć żadna nie związała się na stałe z ówczesnym obiektem westchnień.

tomatoes-1993695_1280

Jakiś czas później, podczas dłużącej się podróży dokądś tam, siedziałyśmy z Siostrą jak zwykle na tyłach autokaru, tym razem jednak obok Sz., byłego chłopaka Mandaryny. I w pewnej chwili, właściwie niepytany, nasz towarzysz westchnął głęboko, po czym wyznał śmiertelnie poważnym tonem: „Miałem szczęśliwe dzieciństwo. A potem poznałem Mandarynę.” Ta fraza błyskawicznie stała się pewnego rodzaju mottem naszego zastępu, powtarzanym do teraz przy okazji różnych (i zdecydowanie za rzadkich) przyjacielskich spotkań. Mandaryna zazwyczaj od razu dodaje: „Jeny, jak ja go kochałam!” – a stąd już prosta droga do odtwarzania rozmaitych wspomnień, czasami wielokrotnie powtarzanych, a czasem wygrzebywanych z najgłębszych zakamarków pamięci. Miałyśmy też inne hasła, jak choćby „przydział się skończył”, którego geneza była dość… osobliwa. Otóż któregoś razu wpadłyśmy wszystkie do Siostry i spustoszyłyśmy jej kuchenne zapasy, przez co obawiała się, że dla jej braci zabraknie posiłku; zabrała nam więc chleb i dżem sprzed nosa, oznajmiając półżartem, że przydział się skończył. To powiedzonko również na dobre weszło nam w krew, używałyśmy go za każdym razem, kiedy czegoś nam brakowało. Tym sposobem „przydział się skończył” było odpowiedzią na deficyt gwoździ podczas obozowej pionierki, trudności finansowe drużyny, a nawet filozoficzne rozważania na temat uczuciowych niepowodzeń. O, albo jeszcze „mieć z kimś pomidora” oznaczało tyle, co całować się. Mandaryna grała na gitarze i potrafiła (zapewne nadal potrafi) pięknie śpiewać, posiadałyśmy zatem także repertuar ulubionych piosenek, będących nierzadko przeróbkami znanych harcerskich utworów. Na przykład:

Znów pewnie ci włożą
Kaftanik przez głowę,
I znowu karetka
Powiezie cię w dal,
Psychiatra obejrzy,
Postawi diagnozę,
Pasami do łóżka
Cię przycisną tak…

Z tym domem wariatów to w ogóle musiało być coś na rzeczy, bo wspomniany druh P., ten od fałszowania na trąbce, wymyślił cały dział tzw. „sprawności psychiatrycznych”, które (oczywiście nieoficjalnie) zdobywali jego harcerze. Pamiętam między innymi, jak pewien młody bydgoszczanin wbiegł do naszego obozu przebrany za krasnoludka (czapkę miał z worka na śpiwór, a płaszcz ze sztormiaka swojego drużynowego) z szyszką w zębach i saperką w rękach; tu niestety moja pamięć zawodzi, bo nie potrafię sobie przypomnieć, co miał za zadanie zrobić… zapewne albo zatańczyć na środku placu apelowego, albo zdobyć jakiś przedmiot należący do komendantki. W każdym razie obecność takich oszołomów współtworzyła niepowtarzalną atmosferę tych obozów.

Co się zaś tyczy historii naszych wzajemnych zastępowych relacji, którą opisywałam rok temu (KLIK), to jest ona dla mnie nadal nierozwiązaną zagadką. Nadawałyśmy na tak różnych falach, że teoretycznie nie miałyśmy prawa się zaprzyjaźnić:

Jagoda – najstarsza i najbardziej rozsądna, wiecznie trafiała ze mną do jakiejś kostnicy (serio! Chyba każda nasza wyprawa we dwie kończyła się gdzieś w pobliżu zwłok). Siostra – wrażliwa i zakręcona,  a jednocześnie nasz zastępowy architekt, budowlaniec i mechanik. Ja – najbardziej zachowawcza i beznadziejnie romantyczna, ale też najbardziej wygadana. I wreszcie Mandaryna – najmłodsza, najpiękniejsza i najbardziej śmiała z naszej czwórki; nigdy nie istniały dla niej tematy tabu ani przeszkody nie do pokonania.

A jednak trzymałyśmy się razem, dopóki Jagoda nie wyjechała za granicę. Potem kontakty uległy rozluźnieniu, ale nie wygasły.

Dzisiaj potrafimy się nie widzieć przez długie miesiące (albo i lata), a zachowujemy się tak, jak gdyby minęło zaledwie kilka dni. Mandaryna dowiodła tego po raz kolejny podczas niedawnych odwiedzin u Księżniczki, kiedy okazało się, że bez problemu łączymy przeróżne wątki naszych życiorysów, pozornie zupełnie od siebie odległe.

Dla mnie jest w tym jakaś magia, chociaż zapewne psychologia ma na to zjawisko dziesiątki specjalistycznych nazw i kryjących się za nimi teorii. Jednak to tę właśnie magię, razem z trzaskiem płonących w ognisku gałęzi, szumem drzew i chóralnymi dźwiękami pieśni harcerskich, wspominam podczas tegorocznego Dnia Myśli Braterskiej.

Powyższy wpis ma dwie dedykacje. Pierwsza – to życzenia dla wszystkich, którzy czują harcerskiego ducha, aby nie tracili w sobie tych iskier sprzed lat – czyli pozostali wewnątrz młodymi, wiernymi zasadom (i sobie!) druhami czy druhnami, wierzącymi,  że mogą zmienić świat. Druga – specjalna – dla Mandaryny. Niech nadchodzący przełom w Twoim życiu będzie tym właściwym i wymarzonym, a jednocześnie pozwoli Ci, Kochana,  pozostać sobą i pamiętać o latach spędzonych w szarym mundurze… chociaż jestem o to jakoś dziwnie spokojna. 🙂

Ci, bez których nie jestem sobą

Tańce przytulańce i trupy z szafy, ale przynajmniej grającej

Miało nie być o Walentynkach, ale będzie. To nie moja wina, przysięgam!!! Wszystko przez Księżniczkę. Otóż nasze dziecko jest coraz bardziej muzykalne, tańczy (a raczej kręci pupcią i robi półprzysiady) do każdej zasłyszanej melodii. Puszczamy jej więc przeróżne utwory, próbując znaleźć balans pomiędzy ich rytmicznością i „skocznością”, a naszym gustem muzycznym – ergo „Miłość w Zakopanem” nie wchodzi w grę, ale już Shakira i Lady Gaga rozbrzmiewają ostatnio w naszym domu dosyć często, chociaż sami wolimy klimaty rockowe. W każdym razie włączyłam wczoraj Księżniczce jedną ze swoich youtubowych playlist, zawierającą moje ulubione (głównie polskie) utwory. Razem z nimi wróciły wspomnienia, zatem poczułam się sprowokowana, aby o nich z dzisiejszej okazji napisać.

Zanim to zrobię, podzielę się z Wami jeszcze jednym spostrzeżeniem, pośrednio związanym z tematem. Niedawno opisywałam w komentarzu u Izzy wynik pewnego… eksperymentu, któremu poddała moją grupę na studiach wykładowczyni psychologii. Mianowicie kazała nam narysować ludzką postać tej samej płci, co autor rysunku; więcej wskazówek nie podała. Naszkicowałam na kartce sylwetkę młodej dziewczyny w krótkiej spódniczce i włosach ostrzyżonych „na pazia”. Pani profesor przeanalizowała moją pracę, po czym orzekła, że nie myślę jeszcze poważnie o mężczyznach i nie szukam stałego związku. Ciekawa teoria, zważywszy, że od blisko trzech lat byłam zaręczona, a dwa czy trzy miesiące po tym „teście” wychodziłam za mąż za P. Oczywiście poinformowałam o tym panią psycholog, dodając, że z narzeczonym jesteśmy parą od liceum. Kobieta spojrzała na mnie zza okularów, podumała chwilę, po czym orzekła, że takie małżeństwa (cokolwiek znaczył ten zaimek) mają szansę powodzenia, o ile nie pojawią się w nich dzieci. Tak sobie myślę, że mój rozwój plastyczny naprawdę musiał się zatrzymać w podstawówce, skoro wykładowczyni uznała mnie za aż tak niedojrzałą na podstawie tego jednego rysunku… W każdym razie dzisiaj nie tylko jestem od dekady szczęśliwą mężatką, ale dodatkowo mój małżonek ma w domu jeszcze jedną, niespełna roczną „walentynkę”. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mieli się rozstać, a już na pewno nie przez Księżniczkę. I może dlatego właśnie warto ten Dzień Zakochanych świętować nawet pomimo jego komercyjnego i kiczowatego charakteru.

DJ Stożek Entertainment przedstawia zatem sentymentalno – symboliczną playlistę państwa Makbet (w porządku chronologicznym):

  1. „Pocałuj mnie, jakbyś to robił pierwszy raz”dancing-2972960_960_720

Ekhm. To jest krępujący moment w naszej wspólnej biografii. Kiedyś pisałam już o tym, że z P. znamy się od dziewiątego roku życia. Jako że chodziliśmy do jednej podstawówki, to zdarzyło nam się być razem na szkolnej dyskotece – organizowanej w (jak na tamte czasy) modnym klubie, co dzisiaj chyba nieczęsto się zdarza. P. poprosił mnie do tańca – mieliśmy po 10 lat, więc raczej było to takie skakanie obok siebie, niż tańczenie razem. W pewnym momencie podeszła do nas jakaś starsza dziewczyna (nie mam pojęcia, kto to był! Uczennica starszej klasy? Czyjaś siostra? Diabeł wcielony?) i kazała nam się przytulić… chociaż „kazała” to wybitnie złe słowo, ona nas po prostu ze sobą splotła. No i tańczyliśmy w ten sposób dalej w rytm przeboju I&I, mimo własnego wstydu i kpiących spojrzeń równolatków… Chociaż na pierwszy pocałunek musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, to refren tego utworu skutecznie utkwił w mojej pamięci. Dopiero niedawno odkryłam, jak beznadziejny tekst ma ta piosenka.  🙂

2. „If you believe in love tonight…”

MUUUSIC
P. pożyczył mi kiedyś płytę Sashy, podobno należącą do jego mamy. Było to tuż po tym, jak odnowiliśmy kontakt po kilkuletniej przerwie. Nie prosiłam o ten krążek ani też nie byłam jakąś specjalną fanką owego wykonawcy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało, że P. zaproponował mi akurat tamten album. Faktem pozostaje natomiast, że dzięki temu mieliśmy pretekst do kolejnego spotkania. A samej płyty słuchało się całkiem przyjemnie.

  1.  „Rozumiem, już rozumiem swój błąd…”

iphone-500291_960_720

Słuchaliście kiedyś Varius Manx? (E., jeśli to czytasz, to wiedz, że w tej chwili ciepło o Tobie myślę 😉 ) Przebój tej grupy – „Ruchome piaski” – przyczynił się do przełomu w moich relacjach z P. Byliśmy w drugiej klasie liceum i przechodziliśmy dosyć dziwny etap znajomości; byliśmy dla siebie kimś więcej, niż przyjaciółmi, ale zdecydowanie nie był to związek. Trochę się zresztą mijaliśmy, bo kiedy ja w końcu wyleczyłam się z poprzedniej miłości, P. akurat znalazł dziewczynę – tak więc jakoś nie mogliśmy się zejść. Pod koniec września pojechałam na szkolny biwak. Któregoś ranka do mojego domku wpadł w odwiedziny B. – kumpel z klasy, z którym znałam się od przedszkola i który kolegował się również z moim P. Ponieważ sam był wtedy ślepo zakochany, rozmowa szybko zeszła na tematy damsko – męskie. I tak mi, skubany, wiercił dziurę w brzuchu, że zaczęłam na nowo analizować swoje uczucia do P. Jakoś tak się złożyło, że B. miał również przy sobie płytę z polskimi balladami, a na niej właśnie „Ruchome piaski”. Nie mogę sobie przypomnieć, czy puścił ją już podczas tej rozmowy, czy też usłyszałam powyższą piosenkę przy innej okazji tego dnia – bądź co bądź dopatrzyłam się w jej słowach… siebie. I przyszło mi do głowy, że być może tracę szansę na miłość życia. Dzisiaj, przez pryzmat czasu, patrzę oczywiście z pewnym pobłażaniem na tę nastoletnią siebie, ale trudno odmówić racji tamtym spostrzeżeniom. Pierwszym, co zrobiłam po powrocie z biwaku, był telefon do P. Niespełna miesiąc później zostaliśmy parą…

  1. „Wielka miłość, wielka siła…”

wedding-2954579_960_720.jpg

Kiedyś, jeszcze jako nastolatka, marzyłam, abyśmy z moim przyszłym mężem mieli „naszą piosenkę” niczym bohaterowie amerykańskich filmów. No i mamy! P. przez wiele lat pisał do mnie listy. W jednym z nich, na początku naszego związku, zacytował tekst utworu Krajewskiego, który mi zadedykował. I chyba od tamtego momentu „Czekasz na tę jedną chwilę” aka „Wielka miłość” towarzyszy nam w różnych okolicznościach. Był to również nasz pierwszy taniec na weselu, chociaż zespół próbował nas przekonać do wyboru innego, bardziej oryginalnego kawałka. Zgadzam się, że utwór jest oklepany, ale co z tego, skoro NASZ?

  1. „Zamigotał świat tysiącem barw!”

 

concert-2527495_960_720Po „Wielkiej miłości” przybyło jeszcze mnóstwo kawałków, które na stałe wpisały się w historię naszego małżeństwa.  Ich pochodzenie wiąże się ze wspólnymi wyjazdami, koncertami albo romantycznymi wieczorami we dwoje. Jednak takim naprawdę przełomowym stał się dopiero utwór wspomnianego już Variusa. Słowa jego refrenu były pierwszymi, które zabrzmiały mi w głowie po decyzji o adopcji naszej Księżniczki. Tak się w istocie stało – świat zamigotał tysiącem barw i wita nas nimi każdego dnia.

Tymczasem kończę imprezę i idę spać. Walentynki obchodziliśmy w weekend, a dziś pora w końcu zregenerować siły po ostatnich zawodowych wyzwaniach, które m.in. zmusiły mnie do jazdy samochodem o 4 rano po nieprzespanej prawie całej dobie, ale o tym może kiedy indziej. 🙂

A jak Wam minęło Święto Zakochanych?

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!