Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Gdzieś pomiędzy wiatrem zmian a wiatrem w oczy

W wakacje zmieniłam samochód i kolor włosów, a teraz do kompletu zmieniam branżę i województwo. Sama jeszcze nie wiem, co to dla mnie oznacza, natomiast  jestem podekscytowana jak dziecko przed pierwszą gwiazdką w wigilię. Ale po kolei…

„Ty to zmienisz pracę dopiero, gdy nowa sama cię znajdzie” – stwierdził niedawno z powątpiewaniem M. Niechcący wyszło, że miał rację, bo oferta rzeczywiście przyszła sama i to prawie dosłownie. W dodatku najpierw do P., a chwilę później do mnie… i właściwie nie było nad czym się zastanawiać.

Szkołę porzucam (przynajmniej tymczasowo, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie) z żalem, ale i pewną ulgą. Nieszczęsna – TFU! – „reforma” edukacji sprawiła, że efektywna praca po prostu przestała być możliwa. Tutaj nie działają najprostsze reguły matematyczne i  okazuje się, że dawanie z siebie 200% w podziale na dwie szkoły wynosi 2 razy po 50. Brakująca setka zostaje gdzieś w rachunkach za paliwo, bo te akurat o równe 100% wzrosły. Zresztą to jest w ogóle temat rzeka, na pewno nie na dzisiejszy post. Nie ulega wątpliwości, że będę okropnie tęsknić za uczniami i za większością kadry nauczycielskiej. Zostawiam za sobą dobry i ważny kawał swojego życia, a to raczej mało kto potrafi uczynić z lekkim sercem.

kartonoza.jpg

W każdym razie… urosło się. Nie tylko Księżniczce i cenom w sklepach, ale przede wszystkim stercie pudeł na środku salonu, karton jego mać. Do wyprowadzki zostało jeszcze kilka tygodni, więc jak tak dalej pójdzie, spokojnie zdążę zbudować taki labirynt, że Dedal będzie mógł mi buty czyścić. Chyba nie muszę mówić, kto ma z tego największą frajdę i kto bawi się w chowanego w najmniej odpowiednim momencie? Na szczęście Księżniczka – lat dwa i pół – jak dotąd nie osiągnęła najwyższego levelu w tej zabawie. I na przykład wślizguje się w szczelinę pomiędzy pudłem z dokumentami a komodą, po czym krzyczy: „Zobać, mama! Tutaj śchowałam!”. Gorzej, jeśli przed przeprowadzką zdąży załapać, o co w tym naprawdę chodzi. Wtedy to chyba pozostanie tylko wezwać Psi Patrol (po Księżniczkowemu „Si Patol”) – no wiecie, „Nie ma takiego problemu, którego nie rozwiążemy!”. Mimo tego labiryntu kartonowych piramid (zabrzmiało dostojnie niczym parafraza Horacego, a niech tam!) jeszcze wiem, gdzie co mam, co z kolei mnie samą niepomiernie dziwi.

kartonoza2

To w ogóle jest niepojęte, ile człowiek gromadzi szpargałów… chociaż, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to one chyba w większości gromadzą się same. O, na przykład pokale do piwa, z których ani razu nie korzystaliśmy. Miałam tego całą półkę w barku, a nigdy żadnego nie kupiłam. Przysięgam, że nie wiem, skąd się wzięła przynajmniej połowa z nich. Podobnie zresztą sprawa ma się z maskotkami Księżniczki i świeczkami zapachowymi, którymi mogłabym obstawić bodaj wszystkie groby na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, a pewnie jeszcze by zostały.

Gdyby mnie ktoś zatem szukał, to jeszcze przez chwilę będę tu, a potem to już głównie gdzie indziej. W świecie rzeczywistym, znaczy się, bo wirtualnie to nadal na Stożkach… i wszystko wskazuje na to, że częściej! A tymczasem wracam do pakowania. 🙂

kartonoza2

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Kim są rodzice adopcyjni?

O, jaka podobna do mamy! – zagadnęła mijana na ulicy kobieta. Jeszcze nie nauczyłam się reagować na takie komentarze, czego nie można powiedzieć o Księżniczce.

Do mamy! – powtórzyła ochoczo i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Wracałyśmy właśnie ze spaceru. Chwilę później, przed klatką schodową, natknęłyśmy się na sąsiadów z piętra niżej.

Cieeeeść! – zawołała z daleka moja latorośl i pomachała rączką.

Nie „cześć”, tylko „dzień dobry” – poprawiłam ją.

Nie przesadzaj, sąsiadka, przecież się kulturalnie przywitała… -uspokoił mnie pan J. i dodał: kulturalni rodzice, to i kulturalne dziecko.

Nie zdążyłam się całkiem rozpłynąć po tym komplemencie, bo do akcji wkroczyła jego żona. Złapała mnie za łokieć i teatralnym szeptem powiedziała:

Ona się robi taka do was podobna, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że adoptowana.

Pani J. jest przesympatyczną kobietą, traktującą Księżniczkę niemal jak jedno ze swoich wnucząt (ma ich zresztą tyle, że nie umiemy się z mężem doliczyć). Należy jednak do pokolenia uważającego przysposobienie za wstydliwy sekret, którego nie należy zdradzać nikomu, a zwłaszcza adoptowanemu dziecku. Trudno powiedzieć, za kogo uważa w takim razie rodziców ado – pewnie sama nigdy się nad tym nie zastanawiała.

taxi-3695843_960_720

Pomysł na dzisiejszy wpis zaczerpnęłam od Izzy – nie tylko dlatego, że sama dopiero co poruszyła podobną tematykę. Opowiadała mi kiedyś o dalekiej znajomej, która twierdziła, że pamięta ją w ciąży. Otóż niedawno spotkała mnie identyczna sytuacja. Pani taksówkarka (jest takie słowo?), z którą zdarza mi się czasem jeździć, zapytała o wiek mojej córeczki. Odpowiedź skomentowała w stylu: „Jejku, to już dwa latka? A pamiętam, jak jeszcze panią w ciąży woziłam…” Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że też to pamiętam. Nie dlatego, że chciałam skłamać… ani dlatego, że mam urojenia ;). Po prostu nasza rodzina rozwija się tak naturalnie, że na co dzień nie myślimy o tym, iż jej początki były niestandardowe.

I tu dochodzę do sedna sprawy: KIM SĄ RODZICE ADOPCYJNI?

MAMĄ i TATĄ. Ludźmi często po przejściach, po latach prób, starań i wyrzeczeń – ale czyż nie jest to charakterystyka również wielu rodziców biologicznych? Nie są natomiast żadnymi bohaterami, którzy dokonali nie wiadomo czego. Chyba że nazwiemy tak wszystkich zjadaczy chleba, herosów dnia codziennego, którzy łączą wychowanie dziecka z pracą, spłacaniem kredytu i innymi obowiązkami. Wtedy jestem się w stanie zgodzić z taką nomenklaturą ;). A poważnie – rozróżnienie na rodziców adopcyjnych i nieadopcyjnych miało dla nas znaczenie na etapie samej procedury i krótko po przysposobieniu, kiedy jeździliśmy z malutką po lekarzach i każdemu z nich musieliśmy od początku opowiadać część jej historii. Na pewno ten temat wróci, kiedy będziemy rozmawiać z Księżniczką o jej korzeniach. Na co dzień jednak jesteśmy zupełnie zwyczajną rodziną ze zwyczajnymi problemami.

stormtrooper-2296199_960_720.jpg

Na przykład takimi, że młoda jednym ruchem wyrwała drzwi szafki, które owszem, dało się z powrotem przykręcić, ale wyregulować to już za diabła się nie da. Albo że uwielbia udawać chorą. Wyciąga wtedy swój zestaw małego lekarza, kładzie się do łóżka i woła: „Mama (tata, psiapsia etc.) chodź, badamy Księżniczkę!” – i czeka na wszelkiej maści zabiegi niecierpliwie jak pacjent w kolejce na NFZ ;). Albo jeszcze takimi, że przedwczoraj zdrzemnęła się w samochodzie teścia przez 10 minut, wskutek czego do 22. nie dała się położyć spać, za to przez pół godziny płakała, bo podaliśmy jej nie tę podusię 😉

To są takie problemy, o których jeszcze kilka lat temu marzyłam, patrząc na kolejny negatywny test ciążowy…

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Adopcyjny pączek z różowym lukrem, czyli słodkie poprawiny po tłustym czwartku

pink

Panie szkolące nas w ośrodku adopcyjnym niejednokrotnie wspominały, że na spotkania z kandydatami najchętniej zapraszają takie rodziny ado, których historia jest trudna, skomplikowana albo jedno i drugie. Celem takiej selekcji jest zapewne „postraszenie” przyszłych rodziców, a dokładniej – pokazanie im, na co się decydują i z czym być może będą musieli się zmierzyć. Nie odmawiam tej strategii słuszności; jeżeli ktoś ma się wycofać, lepiej, żeby zrobił to na etapie kursu, niż po fakcie, kiedy rzeczywistość go przerośnie.

Po otrzymaniu upragnionej kwalifikacji opuściliśmy ośrodek z poczuciem, że:

– czekamy na dziecko w wieku 0-2 lata, ale raczej możemy liczyć na starsze, niż na noworodka;

– dzieci do adopcji w ogóle nie ma, więc TEGO telefonu powinniśmy się spodziewać najwcześniej za rok, może półtora;

– otrzymamy propozycję dziecka chorego, z deficytami i mocno obciążonym wywiadem.

Dlaczego dzisiaj o tym piszę? Karolina z Naszego Bąbelkowa kilka dni temu umieściła mój blog w zestawieniu wartościowych witryn o adopcji (za co ogromnie dziękuję!). Jest to dla mnie miłe wyróżnienie, a przede wszystkim zaszczyt, że się tam znalazłam, bowiem pozostałe wspomniane przez nią blogi rodziców ado są wspaniałymi źródłami informacji, porad i wirtualnych spotkań. Poczułam się zobowiązana, żeby wrócić do tematu przysposobienia na łamach Stożków, głównie z myślą o ewentualnych nowych Czytelnikach, ale nie tylko. I pomyślałam sobie, że w rozmaitych artykułach prasowych lub na forach tematycznych bardzo często o adopcji pisze się patetycznie, smutno albo po prostu w 100% poważnie. Absolutnie nie uważam, że to źle. Sądzę natomiast, że czasem warto trochę rozluźnić atmosferę. I właśnie dlatego, mimo że tłusty czwartek był przedwczoraj i pewnie wszyscy macie już dosyć pączków, dolewam mnóóóóstwo różowego lukru do tej intenetowej beczki dziegciu.

donuts-2969490_960_720

Nastawialiśmy się zatem, że po kilkunastu miesiącach od szkolenia otrzymamy propozycję dziecka starszego niż w naszych marzeniach, mającego za sobą trudną przeszłość, a w sobie wiele bólu i nieufności do świata. Tymczasem pół roku później siedzieliśmy naprzeciwko pań z OA i słuchaliśmy o tym, że czeka na nas kilkudniowa dziewczynka. Ci z Was, którzy śledzą bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani – przede wszystkim organizacyjnie. Nie mieliśmy w domu NICZEGO dla noworodka i to jak najbardziej dosłownie. W dodatku czas gonił… Tydzień po telefonie z OA byliśmy już w komplecie: półprzytomni z emocji i zmęczenia my oraz niczego nieświadoma, zdrowa i NAPRAWDĘ NASZA Księżniczka.

Tzw. karta dziecka, zawierająca dane maluszka i jego rodziny biologicznej, oczywiście znacznie odbiegała od ideału. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale można było z niej wyczytać ryzyko zaistnienia naprawdę wielu problemów różnej natury. Na początku mieliśmy niejasne wrażenie, że trzymamy na rękach tykającą bombę o niewiadomej sile rażenia, która prędzej czy później wybuchnie. Krótko po otrzymaniu pieczy zaczęliśmy więc zalecony przez neonatologa rajd po lekarzach, którzy po kolei wykluczali rozmaite przypadłości.

smiley-3905722_960_720

Nasza tykająca bomba vel Księżniczka Mimi ma dzisiaj dwa latka. Często, patrząc na nią, musimy z P. wzajemnie się przekonywać, że jest prawdziwa. Czasem zastanawiamy się, czym sobie zasłużyliśmy na takie szczęście. Mała rozwija się prawidłowo; może nie jest kolejnym wcieleniem Einsteina, nie mówi pełnymi zdaniami i nie dorosła jeszcze do odpieluchowania, ale też nie daje nam póki co żadnych poważniejszych powodów do niepokoju. Owszem, weszła w fazę buntu dwulatka, potrafi wpaść w histerię w najmniej odpowiednim miejscu czy momencie, jednak nie odbiega w tym zakresie od rówieśników urodzonych i wychowywanych w rodzinach biologicznych.

Jest towarzyska, dość śmiała i przeważnie pogodna. Zaraża śmiechem całe otoczenie. Jej niania* powiedziała nam ostatnio, że nigdy dotąd nie widziała dziecka, które jest tak urocze i… które tyle je 🙂 . W ciągu sześciu godzin młoda wchłonęła bowiem nie tylko przygotowany przez nas prowiant, ale dodatkowo dwie kromki domowego chleba z sardynką (?!) i całego naleśnika z jabłkami.

Nasza córcia dba o najbliższych po swojemu, na przykład sprawiedliwie rozdając całuski; jeśli pójdzie cmoknąć tatę, to za chwilę przychodzi do mnie i na odwrót. Dzieli się jedzeniem, nawet jeśli oznacza to wpychanie nam do ust obślinionej bułki. Wypowiada słowo „misiu” w taki sposób, że za każdym razem się rozpływamy. Ostatnio zaczyna rozumieć pojęcie własności i bardzo konsekwentnie wylicza, co jest „tati”, co „mami” a co jej (czyli „moje” albo „Mimi”).

Chodzi spać regularnie i już od daaaawna przesypia całe noce (chociaż oczywiście od jednej i drugiej reguły zdarzają się wyjątki; jeden właśnie przed chwilą nastąpił 😉 ). Lubi chodzić do żłobka, a opiekunki mówią, że jest kochana. Ma niesamowicie bystre oko, potrafi dostrzec najdrobniejsze detale – na przykład pieska, który znajduje się… na koszulce lalki trzymanej przez dziecko na zdjęciu w ulotce reklamowej.

Garnie się do prac domowych; wyciera rozlane przez siebie picie, zbiera okruszki, wyrzuca śmieci („fufuje”) do kosza. Wstawia i rozwiesza pranie, naśladuje przygotowywanie potraw, próbuje odkurzać.

Pewnie, że czasem działa nam na nerwy – na przykład wtedy, kiedy wrzaskiem domaga się jakiejś błahostki (z punktu widzenia dorosłego oczywiście) i za nic nie daje się opanować; chwilami sprawia, że wzdychamy z rezygnacją – choćby wówczas, gdy po raz osiemnasty w ciągu poranka przynosi do układania te same puzzle; bywa i tak, że po prostu wykańcza nas fizycznie, do tego stopnia, że kładziemy się spać właściwie razem z nią.  Tylko co z tego, skoro każdy jej uśmiech wynagradza wszystko po stokroć?

Z dnia na dzień fakt przysposobienia przez nas Księżniczki traci swoją magiczną otoczkę. Przestaje być źródłem lęku, niepewności, niewiadomych, a staje się po prostu punktem startowym naszych rodzinnych perypetii.

unicorn-3964925_960_720.png

Jeszcze raz dziękując Karolinie za umieszczenie „Takich tam stożków…” w tak zaszczytnym rankingu, chcę tym wpisem podkreślić, że takie „różowe” i słodkie do bólu historie adopcyjne też się zdarzają. Może nie ma w tej baśni tęczy i jednorożców, ale za to jest Księżniczka w piżamce z ukochaną Myszką Minnie i z podusią w kształcie serca pod pachą.

*Niania wspomaga nas w sytuacjach awaryjnych, np. kiedy mała nie może jeszcze wrócić do żłobka po chorobie, a nam się skończyło zwolnienie lekarskie.

Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Droga po szczęście

Czasem cud jest dopiero początkiem…

„Żyję, bo jestem kochany.” /A.A. Milne/

Walka z niepłodnością może przybierać różne oblicza. Różnie też się kończy: udanym in vitro, adopcją, a czasem po prostu rezygnacją i brakiem potomstwa. Wielu osobom jednak udaje się zostać rodzicami naturalnie. Tak było w przypadku Ani i Andrzeja, bohaterów mojego dzisiejszego wpisu. Za ich zgodą nie zmieniam imion. Dlaczego – wyjaśnię na końcu.

best-friends-1460730_960_720

Anię poznałam przez internet na popularnym forum związanym z niepłodnością. Polubiłam ją od razu. Jest moją rówieśniczką, a przy tym miłośniczką zwierząt, zaangażowaną w pomoc potrzebującym psiakom i nie tylko (pomagała mi również potem w sprawie Reksia). Razem z mężem zgłosili się do ośrodka adopcyjnego krótko przed nami, dlatego w początkowych etapach była dla mnie trochę przewodniczką, a trochę aniołem stróżem; dzieliła się ze mną doświadczeniami i wtajemniczała w to, czego możemy się spodziewać w OA.

Kilka miesięcy później spotkaliśmy się osobiście na szkoleniu dla kandydatów na rodziców adopcyjnych. Ania i Andrzej należą do ludzi, których po prostu nie da się nie lubić: są realistami, obdarzonymi ogromnym poczuciem humoru i jeszcze większą dozą życzliwości. Po zakończeniu kursu na posiedzenie komisji kwalifikacyjnej wchodzili przed nami. Kiedy wyszli, widzieliśmy, że coś poszło nie tak. Owszem, otrzymali kwalifikację, ale niezupełnie zgodną z ich pragnieniami i oczekiwaniami. Wiele razy myśleliśmy o nich później z P. i zastanawialiśmy się, jakie dziecko zostanie im zaproponowane przez ośrodek. Mocno kibicowaliśmy, żeby spełniły się ich marzenia.

Kiedy nasza Księżniczka miała niespełna roczek, Ania pochwaliła się, że zostanie mamą. Oboje z mężem byli bardzo szczęśliwi, a jednocześnie drżeli o zdrowie maluszka, ponieważ ciąża była zagrożona.

Ich synek przyszedł na świat w 32. tygodniu. Dzień jego narodzin był jednocześnie początkiem walki o przetrwanie i przyszłość chłopca, która w znacznej mierze trwa do dzisiaj. Krzyś wymaga drogiej rehabilitacji, żeby mógł dogonić rówieśników i normalnie funkcjonować.

Dlatego po raz pierwszy w historii „Stożków” proszę Was o wsparcie. Poniżej zamieszczam link do zrzutki. Można tam przeczytać informacje o Krzysiu z pierwszej ręki – kreślone dłonią jego zatroskanej mamy. I to jest właśnie powód, dla którego ujawniłam tożsamość Ani i Andrzeja. Są autentyczni – tak samo, jak mały Krzyś i jego potrzeby.

https://zrzutka.pl/a7w5vx

Sztuka dawania podarunku polega na tym, aby ofiarować coś, czego nie można kupić w żadnym sklepie. /również A.A. Milne/

Droga po szczęście

Wylewanie dziecka z polityczną kąpielą

Staram się nie zajmować polityką na Stożkach. Obawiam się zabłądzenia pomiędzy te  zakamarki internetu, w których ludzie skaczą sobie do gardeł, obwiniając na zmianę PiS i PO o to, że pada deszcz albo że po niedzieli następuje poniedziałek, a nie na przykład środa.

time-1485384_960_720

O niektórych kwestiach jednak nawet mnie trudno milczeć. Jedną z nich jest pomysł wydłużenia czasu na potwierdzenie zrzeczenia się dziecka po porodzie z obecnych 6 do 14 tygodni. W teorii brzmi to mądrze: przeciwdziała pochopnemu rozdzieleniu matki z noworodkiem, daje dodatkowe miesiące na znalezienie pomocy materialnej oraz innych form wsparcia. Medialna propaganda działa zwłaszcza na wyobraźnię osób niemających nic wspólnego z rodzicielstwem zastępczym ani adopcyjnym, którym się wydaje, że obecnie kobiety w trudnej sytuacji życiowej są zachęcane lub wręcz zmuszane do rezygnacji z praw rodzicielskich.

A jak to wygląda w praktyce? Zacznę od opisania rzeczywistego przypadku z mojego otoczenia; na jego podstawie będzie mi łatwiej omówić szkodliwość takiej ustawy. Karolina ma 22 lata i jest narkomanką. Niedawno sąd odebrał jej prawa do dwojga małych dzieci – trzyletniego i półtorarocznego. Podczas rozprawy nie protestowała; przeciwnie, przyznała, że nie chce walczyć z nałogiem i nie potrafi się zająć dziećmi. Przy okazji ujawniła też, że jest w trzeciej ciąży i zadeklarowała oddanie maluszka do adopcji zaraz po porodzie. Formalnie (w myśl aktualnych przepisów) będzie to mogła zrobić dopiero wtedy, kiedy bobas przyjdzie na świat, a po sześciu tygodniach i tak będzie musiała potwierdzić swoją decyzję przed sądem.

Dlaczego uważam, że wydłużenie tego czasu jest szkodliwe? Pytanie do pomysłodawców tej ustawy: jak sądzicie, co się wtedy dzieje z dzieckiem? Podpowiem: po porodzie nie zostaje z matką biologiczną, która chce się go zrzec. Trafia do domu dziecka, ewentualnie do ośrodka preadopcyjnego, rzadziej do pogotowia opiekuńczego. Jest zatem umieszczane w placówce, w której nie ma większych szans na nawiązanie stałej, bezpiecznej więzi z jednym lub dwoma opiekunami. Takie sytuacje jak nasza, czyli preadopcja noworodka, należą do wyjątków i są obarczone sporym ryzykiem. Nie wszyscy rodzice adopcyjni są gotowi przyjąć dziecko, które w każdej chwili może zostać im odebrane – tym bardziej, że w naszym kraju nie funkcjonuje żadna forma pomocy psychologicznej dla takich osób. Wracając do meritum: 6 tygodni to być może niewiele dla kobiety po porodzie, ale niezmiernie długo dla noworodka, który w tym czasie bardzo intensywnie się rozwija. Obecnie rząd chce skazać opuszczone maluszki na minimum 3,5 miesiąca pobytu w placówce, a w rzeczywistości nawet dłużej, bowiem dopiero po upływie tego czasu ruszy cała machina adopcyjna.

Może też się zdarzyć tak, że matka biologiczna nie stawi się w sądzie w wyznaczonym terminie, żeby potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się potomka. Wtedy oczywiście należy wyznaczyć nową datę posiedzenia sądu, a przede wszystkim ustalić miejsce pobytu kobiety, co czasem graniczy z niemożliwością (wiem, co mówię, bo takie ryzyko istniało również w naszej historii; na szczęście wszystko zakończyło się pozytywnie dla Księżniczki). Przez cały ten czas dziecko nadal pozostaje w placówce lub, co gorsza, jest przenoszone do innego domu dziecka czy rodziny zastępczej – czyli doświadcza kolejnej zmiany miejsca, opiekunów i rytuałów. Dla noworodka to prawdziwa rewolucja, w jak najgorszym znaczeniu tego słowa.

Jeśli wierzyć ośrodkom adopcyjnym, po wprowadzeniu programu 500+ niewiele kobiet decyduje się na zrzeczenie praw do noworodka, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre – bo oznacza, że źródłem takich decyzji nie jest bieda. Złe – gdyż perspektywa korzyści finansowej nie zawsze idzie w parze z troską o zaspokojenie potrzeb maluszka… czasem oznacza po prostu więcej pieniędzy na używki. Matki, które mimo wszystko rezygnują z opieki nad dzieckiem zaraz po porodzie, czynią to  z różnych powodów, np.:
– świadomość uzależnienia od używek i brak motywacji do podjęcia leczenia (jak u wspomnianej Karoliny);
– niedojrzałość do roli mamy albo niechęć do posiadania dziecka;
– ciąża w wyniku gwałtu lub/i kazirodztwa;
– urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego, nieakceptowanego przez współmałżonka;
– brak warunków (nie tylko materialnych!) do wychowania potomka – np. przemoc w domu, styl życia kolidujący z rodzicielstwem etc.

Większość tych kobiet podejmuje decyzję już na etapie ciąży, dlatego przywoływana często jako argument za zmianą prawa depresja poporodowa nie znajduje tu zastosowania. Inna sprawa, że w przypadku podejrzenia takiej depresji każda pacjentka powinna uzyskać specjalistyczne wsparcie, żeby uniknąć różnego rodzaju tragedii, z samobójstwem włącznie.

Ostatnio zastanawiałyśmy się z Izzy, czy istnieją jakieś statystyki, obrazujące, ile kobiet faktycznie zmienia decyzję o oddaniu dziecka do adopcji w trakcie tych ustawowych 6 tygodni. Obie słyszałyśmy o takich przypadkach, ale nie na tyle często, żeby uznać je za regułę. Mnie się wydaje, że skoro odwołanie woli zrzeczenia następuje bez żadnych kroków prawnych, to takie statystyki nie są prowadzone – poprawcie mnie proszę, jeżeli nie mam racji, bo chętnie się z nimi zapoznam, jeśli istnieją.

Jedną kwestię muszę w tym miejscu jasno zaznaczyć: uważam, że rozdzielanie biologicznej matki z jej dzieckiem zawsze jest złem. Gdyby Księżniczka mogła pozostać z tą, która ją urodziła, to chciałabym tego dla niej, nawet za cenę własnej traumy albo długiego czekania na ten właściwy telefon z OA. Tak się jednak nie stało… i właśnie dzięki obecnym przepisom ona  i wiele innych dzieci mogło bardzo szybko trafić do kochających rodzin, w których otrzymały szansę na normalne dorastanie. Biologicznym rodzicom pokrzywdzonym przez los naprawdę szczerze, z serca współczuję. Trzeba natomiast pamiętać, że w znacznej większości mówimy tu o dorosłych, którzy z założenia powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Bywa z tym różnie, a konsekwencje ponoszą niestety dzieci, które najwyraźniej mało obchodzą kolejnych rządzących.

alkoghol-2714482_960_720

Pamiętacie Marka – ojca zastępczego, który był bohaterem jednego z niedawnych wpisów?[KLIK]  Rozmawiałam z nim ostatnio właśnie na temat, który poruszam w tym tekście. Marek nakreślił mi portret rodziców biologicznych swoich (byłych i obecnych) podopiecznych. Z jego opowieści wyłania się niestety ponury obraz ludzi, którzy kompletnie nie panują nad swoim życiem: przegrywają z nałogami, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, nie potrafią w minimalnym stopniu zadbać o dom. Większość z nich deklaruje miłość do dzieci i zapowiada walkę o nie, po czym… ani razu się nie pojawia, nie dzwoni, nie interesuje się nimi… aż do kolejnej rozprawy, gdzie historia zatacza koło. Taki stan zawieszenia trwa nierzadko latami, bowiem sądy dają wiarę zapewnieniom rodziców i ofiarowują im kolejne szanse. Jak to znoszą dzieci? Część z nich bardzo tęskni i karmi się marzeniami o tym, że mama przestanie pić, tata znajdzie pracę i rodzina będzie znowu razem. Część natomiast rozpaczliwie wypatruje normalności, czeka na nową mamę, która jednak nie może się pojawić, dopóki sąd nie uwolni ich prawnie. Obie te postawy generują bunt, rozczarowanie, problemy emocjonalne i ogólnorozwojowe.
Marek uświadomił mi też, że po zmianie przepisów gminy mają dostawać jakieś gratyfikacje finansowe od rządu, jeżeli określony odsetek dzieci odebranych rodzinom biologicznym w ciągu roku do nich wróci. Według mnie ta praktyka jest ogromnie niebezpieczna, bo będzie oznaczała naciski na oddawanie dzieci rodzicom stosującym przemoc lub głęboko uzależnionym – tylko po to, żeby statystyki się zgadzały.

Aż mnie korci, żeby zastosować tutaj taki infantylny sarkazm i zaproponować wydłużenie czasu na wszelkie decyzje rodziców biologicznych aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości, ale boję się, że niechcący dostarczę inspiracji komuś na Wiejskiej…

Napiszę więc tylko, że tytułowe wylewanie dziecka z kąpielą to robienie mu krzywdy pod pozorem zapewnienia integralności rodziny, która w rzeczywistości i tak nie istnieje.