Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Kim są rodzice adopcyjni?

O, jaka podobna do mamy! – zagadnęła mijana na ulicy kobieta. Jeszcze nie nauczyłam się reagować na takie komentarze, czego nie można powiedzieć o Księżniczce.

Do mamy! – powtórzyła ochoczo i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Wracałyśmy właśnie ze spaceru. Chwilę później, przed klatką schodową, natknęłyśmy się na sąsiadów z piętra niżej.

Cieeeeść! – zawołała z daleka moja latorośl i pomachała rączką.

Nie „cześć”, tylko „dzień dobry” – poprawiłam ją.

Nie przesadzaj, sąsiadka, przecież się kulturalnie przywitała… -uspokoił mnie pan J. i dodał: kulturalni rodzice, to i kulturalne dziecko.

Nie zdążyłam się całkiem rozpłynąć po tym komplemencie, bo do akcji wkroczyła jego żona. Złapała mnie za łokieć i teatralnym szeptem powiedziała:

Ona się robi taka do was podobna, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że adoptowana.

Pani J. jest przesympatyczną kobietą, traktującą Księżniczkę niemal jak jedno ze swoich wnucząt (ma ich zresztą tyle, że nie umiemy się z mężem doliczyć). Należy jednak do pokolenia uważającego przysposobienie za wstydliwy sekret, którego nie należy zdradzać nikomu, a zwłaszcza adoptowanemu dziecku. Trudno powiedzieć, za kogo uważa w takim razie rodziców ado – pewnie sama nigdy się nad tym nie zastanawiała.

taxi-3695843_960_720

Pomysł na dzisiejszy wpis zaczerpnęłam od Izzy – nie tylko dlatego, że sama dopiero co poruszyła podobną tematykę. Opowiadała mi kiedyś o dalekiej znajomej, która twierdziła, że pamięta ją w ciąży. Otóż niedawno spotkała mnie identyczna sytuacja. Pani taksówkarka (jest takie słowo?), z którą zdarza mi się czasem jeździć, zapytała o wiek mojej córeczki. Odpowiedź skomentowała w stylu: „Jejku, to już dwa latka? A pamiętam, jak jeszcze panią w ciąży woziłam…” Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że też to pamiętam. Nie dlatego, że chciałam skłamać… ani dlatego, że mam urojenia ;). Po prostu nasza rodzina rozwija się tak naturalnie, że na co dzień nie myślimy o tym, iż jej początki były niestandardowe.

I tu dochodzę do sedna sprawy: KIM SĄ RODZICE ADOPCYJNI?

MAMĄ i TATĄ. Ludźmi często po przejściach, po latach prób, starań i wyrzeczeń – ale czyż nie jest to charakterystyka również wielu rodziców biologicznych? Nie są natomiast żadnymi bohaterami, którzy dokonali nie wiadomo czego. Chyba że nazwiemy tak wszystkich zjadaczy chleba, herosów dnia codziennego, którzy łączą wychowanie dziecka z pracą, spłacaniem kredytu i innymi obowiązkami. Wtedy jestem się w stanie zgodzić z taką nomenklaturą ;). A poważnie – rozróżnienie na rodziców adopcyjnych i nieadopcyjnych miało dla nas znaczenie na etapie samej procedury i krótko po przysposobieniu, kiedy jeździliśmy z malutką po lekarzach i każdemu z nich musieliśmy od początku opowiadać część jej historii. Na pewno ten temat wróci, kiedy będziemy rozmawiać z Księżniczką o jej korzeniach. Na co dzień jednak jesteśmy zupełnie zwyczajną rodziną ze zwyczajnymi problemami.

stormtrooper-2296199_960_720.jpg

Na przykład takimi, że młoda jednym ruchem wyrwała drzwi szafki, które owszem, dało się z powrotem przykręcić, ale wyregulować to już za diabła się nie da. Albo że uwielbia udawać chorą. Wyciąga wtedy swój zestaw małego lekarza, kładzie się do łóżka i woła: „Mama (tata, psiapsia etc.) chodź, badamy Księżniczkę!” – i czeka na wszelkiej maści zabiegi niecierpliwie jak pacjent w kolejce na NFZ ;). Albo jeszcze takimi, że przedwczoraj zdrzemnęła się w samochodzie teścia przez 10 minut, wskutek czego do 22. nie dała się położyć spać, za to przez pół godziny płakała, bo podaliśmy jej nie tę podusię 😉

To są takie problemy, o których jeszcze kilka lat temu marzyłam, patrząc na kolejny negatywny test ciążowy…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Mama Muminka i pożeracz Frytek

Żyję. Naprawdę, przysięgam, żyjemy wszyscy i to nawet całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności przyrody. Milczałam nie dlatego, że Was nie lubię (gdzieżby!). Przede wszystkim pokonała mnie praca. Poza tym Księżniczka weszła w etap „Mama, chodź, pokazię”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Mamo, chodź, pokażę ci coś, a potem coś innego, a potem coś jeszcze, żebyś miała zajęcie przynajmniej do kolacji”. Czasami zamiast „pokazię” pojawia się czasownik „bawimy” – skutek ten sam. Z tego też powodu przestaję darzyć lekceważącym współczuciem Mamę Muminka, która nie miała tożsamości, póki nie wydała na świat małego trolla. Zaczynam czuć do babki szacunek, bo sama ledwo pamiętam mityczną erę przedksiężniczkową. W każdym razie, jako że nie samą zabawą matka żyje, streszczam ostatnie cztery miesiące:

  1. Księżniczka mówi. Trudno powiedzieć, kiedy to się stało, ale bez problemu można się z nią dogadać na dowolny temat. Ma zdanie w każdej kwestii, niekoniecznie tożsame z naszym.
  2. Znacie Frytkę i Kartofelcię? Nie? Zazdroszczę. Jest to Netflixowska kreskówka o sympatycznej mopsiczce Frytce i jej przytulance. Wyszło tego 10 odcinków, Księżniczka zna wszystkie na pamięć, siłą rzeczy my też… różnica polega na tym, że jej się nie znudziło. Rozważamy napisanie listu błagalnego do wytwórni o produkcję kolejnego sezonu albo zlikwidowanie istniejącego. Wszystko jedno, byle nie oglądać po raz tysięczny, jak Frytka próbuje zasnąć na hamaku w domu Pandy Amandy (ups, sorry za spoiler…). Kto w ogóle nazywa swoje dzieci Frytka i Pyrek, nawet jeśli to mopsy? A ich rodzice to Mamcia Mopsik i Papcio Mopsik…. Dogadaliby się z Muminkami.
  3. Byłyśmy niedawno na bilansie. Księżniczka ma wagę i wzrost czterolatki. Jedziemy na urlop do hotelu, w którym dzieci do lat 3 przyjmowane są gratis. Coś czuję, że będzie wesoło przy meldowaniu 😉 .
  4. Na tym samym bilansie pytałam lekarza, czy jego zdaniem warto diagnozować Księżniczkę w kierunku FAS. Zapewnił mnie, że póki co nie ma powodów. Spośród lokalnych pediatrów ma największe doświadczenie w leczeniu dzieci z rodzin zastępczych i adopcyjnych, więc mu ufam.
  5. Odpieluchowujemy małą. Jest lepiej niż myślałam. Właściwie to odpieluchowała się sama. Każdego ranka na wszelki wypadek przypomina nam, że „pieluśka nie, majtećki tak”.
  6. Myszka Minnie wciąż na topie, choć rywalizuje o palmę pierwszeństwa z My Little Pony i Kicią Kocią.
  7. Od marca do połowy czerwca Księżniczka nie była chora. A był moment, że wątpiłam w taką możliwość.
  8. Moje życie towarzyskie umarło, nie tylko to w sieci. Co nie znaczy, że jest mi z tym dobrze. Przeciwnie.
  9. W związku z powyższym lecę nadrabiać Wasze blogi. Do zobaczenia!
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Adopcyjny pączek z różowym lukrem, czyli słodkie poprawiny po tłustym czwartku

pink

Panie szkolące nas w ośrodku adopcyjnym niejednokrotnie wspominały, że na spotkania z kandydatami najchętniej zapraszają takie rodziny ado, których historia jest trudna, skomplikowana albo jedno i drugie. Celem takiej selekcji jest zapewne „postraszenie” przyszłych rodziców, a dokładniej – pokazanie im, na co się decydują i z czym być może będą musieli się zmierzyć. Nie odmawiam tej strategii słuszności; jeżeli ktoś ma się wycofać, lepiej, żeby zrobił to na etapie kursu, niż po fakcie, kiedy rzeczywistość go przerośnie.

Po otrzymaniu upragnionej kwalifikacji opuściliśmy ośrodek z poczuciem, że:

– czekamy na dziecko w wieku 0-2 lata, ale raczej możemy liczyć na starsze, niż na noworodka;

– dzieci do adopcji w ogóle nie ma, więc TEGO telefonu powinniśmy się spodziewać najwcześniej za rok, może półtora;

– otrzymamy propozycję dziecka chorego, z deficytami i mocno obciążonym wywiadem.

Dlaczego dzisiaj o tym piszę? Karolina z Naszego Bąbelkowa kilka dni temu umieściła mój blog w zestawieniu wartościowych witryn o adopcji (za co ogromnie dziękuję!). Jest to dla mnie miłe wyróżnienie, a przede wszystkim zaszczyt, że się tam znalazłam, bowiem pozostałe wspomniane przez nią blogi rodziców ado są wspaniałymi źródłami informacji, porad i wirtualnych spotkań. Poczułam się zobowiązana, żeby wrócić do tematu przysposobienia na łamach Stożków, głównie z myślą o ewentualnych nowych Czytelnikach, ale nie tylko. I pomyślałam sobie, że w rozmaitych artykułach prasowych lub na forach tematycznych bardzo często o adopcji pisze się patetycznie, smutno albo po prostu w 100% poważnie. Absolutnie nie uważam, że to źle. Sądzę natomiast, że czasem warto trochę rozluźnić atmosferę. I właśnie dlatego, mimo że tłusty czwartek był przedwczoraj i pewnie wszyscy macie już dosyć pączków, dolewam mnóóóóstwo różowego lukru do tej intenetowej beczki dziegciu.

donuts-2969490_960_720

Nastawialiśmy się zatem, że po kilkunastu miesiącach od szkolenia otrzymamy propozycję dziecka starszego niż w naszych marzeniach, mającego za sobą trudną przeszłość, a w sobie wiele bólu i nieufności do świata. Tymczasem pół roku później siedzieliśmy naprzeciwko pań z OA i słuchaliśmy o tym, że czeka na nas kilkudniowa dziewczynka. Ci z Was, którzy śledzą bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani – przede wszystkim organizacyjnie. Nie mieliśmy w domu NICZEGO dla noworodka i to jak najbardziej dosłownie. W dodatku czas gonił… Tydzień po telefonie z OA byliśmy już w komplecie: półprzytomni z emocji i zmęczenia my oraz niczego nieświadoma, zdrowa i NAPRAWDĘ NASZA Księżniczka.

Tzw. karta dziecka, zawierająca dane maluszka i jego rodziny biologicznej, oczywiście znacznie odbiegała od ideału. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale można było z niej wyczytać ryzyko zaistnienia naprawdę wielu problemów różnej natury. Na początku mieliśmy niejasne wrażenie, że trzymamy na rękach tykającą bombę o niewiadomej sile rażenia, która prędzej czy później wybuchnie. Krótko po otrzymaniu pieczy zaczęliśmy więc zalecony przez neonatologa rajd po lekarzach, którzy po kolei wykluczali rozmaite przypadłości.

smiley-3905722_960_720

Nasza tykająca bomba vel Księżniczka Mimi ma dzisiaj dwa latka. Często, patrząc na nią, musimy z P. wzajemnie się przekonywać, że jest prawdziwa. Czasem zastanawiamy się, czym sobie zasłużyliśmy na takie szczęście. Mała rozwija się prawidłowo; może nie jest kolejnym wcieleniem Einsteina, nie mówi pełnymi zdaniami i nie dorosła jeszcze do odpieluchowania, ale też nie daje nam póki co żadnych poważniejszych powodów do niepokoju. Owszem, weszła w fazę buntu dwulatka, potrafi wpaść w histerię w najmniej odpowiednim miejscu czy momencie, jednak nie odbiega w tym zakresie od rówieśników urodzonych i wychowywanych w rodzinach biologicznych.

Jest towarzyska, dość śmiała i przeważnie pogodna. Zaraża śmiechem całe otoczenie. Jej niania* powiedziała nam ostatnio, że nigdy dotąd nie widziała dziecka, które jest tak urocze i… które tyle je 🙂 . W ciągu sześciu godzin młoda wchłonęła bowiem nie tylko przygotowany przez nas prowiant, ale dodatkowo dwie kromki domowego chleba z sardynką (?!) i całego naleśnika z jabłkami.

Nasza córcia dba o najbliższych po swojemu, na przykład sprawiedliwie rozdając całuski; jeśli pójdzie cmoknąć tatę, to za chwilę przychodzi do mnie i na odwrót. Dzieli się jedzeniem, nawet jeśli oznacza to wpychanie nam do ust obślinionej bułki. Wypowiada słowo „misiu” w taki sposób, że za każdym razem się rozpływamy. Ostatnio zaczyna rozumieć pojęcie własności i bardzo konsekwentnie wylicza, co jest „tati”, co „mami” a co jej (czyli „moje” albo „Mimi”).

Chodzi spać regularnie i już od daaaawna przesypia całe noce (chociaż oczywiście od jednej i drugiej reguły zdarzają się wyjątki; jeden właśnie przed chwilą nastąpił 😉 ). Lubi chodzić do żłobka, a opiekunki mówią, że jest kochana. Ma niesamowicie bystre oko, potrafi dostrzec najdrobniejsze detale – na przykład pieska, który znajduje się… na koszulce lalki trzymanej przez dziecko na zdjęciu w ulotce reklamowej.

Garnie się do prac domowych; wyciera rozlane przez siebie picie, zbiera okruszki, wyrzuca śmieci („fufuje”) do kosza. Wstawia i rozwiesza pranie, naśladuje przygotowywanie potraw, próbuje odkurzać.

Pewnie, że czasem działa nam na nerwy – na przykład wtedy, kiedy wrzaskiem domaga się jakiejś błahostki (z punktu widzenia dorosłego oczywiście) i za nic nie daje się opanować; chwilami sprawia, że wzdychamy z rezygnacją – choćby wówczas, gdy po raz osiemnasty w ciągu poranka przynosi do układania te same puzzle; bywa i tak, że po prostu wykańcza nas fizycznie, do tego stopnia, że kładziemy się spać właściwie razem z nią.  Tylko co z tego, skoro każdy jej uśmiech wynagradza wszystko po stokroć?

Z dnia na dzień fakt przysposobienia przez nas Księżniczki traci swoją magiczną otoczkę. Przestaje być źródłem lęku, niepewności, niewiadomych, a staje się po prostu punktem startowym naszych rodzinnych perypetii.

unicorn-3964925_960_720.png

Jeszcze raz dziękując Karolinie za umieszczenie „Takich tam stożków…” w tak zaszczytnym rankingu, chcę tym wpisem podkreślić, że takie „różowe” i słodkie do bólu historie adopcyjne też się zdarzają. Może nie ma w tej baśni tęczy i jednorożców, ale za to jest Księżniczka w piżamce z ukochaną Myszką Minnie i z podusią w kształcie serca pod pachą.

*Niania wspomaga nas w sytuacjach awaryjnych, np. kiedy mała nie może jeszcze wrócić do żłobka po chorobie, a nam się skończyło zwolnienie lekarskie.

Taka tam ja...

13 faktów, które zamieszczam, bo Olitorii się nie odmawia :)

Dziękuję blogowej Koleżance z tamaluga.wordpress.com za nominację-prowokację. Obawiam się niestety, że moje życie jest poukładane niczym ulubione puzzle Księżniczki* i przewidywalne jak 1567 odcinek „Na Wspólnej”. Trudno w nim znaleźć coś, co mogłoby zaskoczyć czytelników Stożków, a tym bardziej osoby, które znają mnie także poza ekranem. Te kilkanaście faktów to jednak nie tak wiele, może coś się znajdzie. Postaram się uporządkować je chronologicznie.

cute-3162219_960_720.jpg

  1. Jako dziewięcioletnia dziewczynka miałam chomika, którego ze względu na silną alergię musiałam oddać. Okropnie to przeżyłam.
  2. Od dziewiątego do dwudziestego pierwszego roku życia pisałam wiersze. Znalazłoby się nawet kilka takich, których dziś się nie wstydzę.
  3. W wieku 12 lat wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem raka mózgu. Ostatecznie nowotwór wykluczono, ale nigdy się nie dowiedziałam, co właściwie z moim mózgiem jest nie tak.
  4. W bardzo wczesnej młodości pragnęłam zostać prawnikiem, a potem weterynarzem. Nauczycielskiego bakcyla złapałam na dobre w początkach liceum.
  5. Na pierwsze prawdziwe wagary poszłam dopiero na drugim roku studiów.
  6. Dwukrotnie w życiu zostałam zaproszona na randkę przez zupełnie obcych mężczyzn (nie licząc „kierowników” spod Biedronki i budowlańców). Za każdym razem byłam tak przerażona, że miałam ochotę uciekać albo zapaść się pod ziemię.
  7. Dziesięć lat temu dostałam pracę w dziale telemarketingu pewnej znanej firmy. Nie podjęłam jej, bo proponowane warunki zatrudnienia urągały ludzkiej godności.
  8. Panicznie boję się szerszeni. Bardziej niż jakichkolwiek innych stworzeń. I nie mam pojęcia, jaka jest geneza tego lęku.

baking-3010450_960_720

9. Nie potrafię upiec biszkoptu. Zaliczyłam już chyba wszystkie możliwe rodzaje wpadek w tym zakresie i niczego się dzięki nim nie nauczyłam.

10. Nie cierpię grzybów. Żadnych, w żadnej postaci. Wyczuję je za to w każdej potrawie, choćby w śladowych ilościach.

11. Miałam kiedyś stalkera, który wydzwaniał do mnie i wypisywał obrzydliwe rzeczy. Podejrzewałam jednego z uczniów, ale ten trop się nie potwierdził. Nie udało mi się ustalić, kto to był.

12. Uwielbiam język hiszpański i bardzo bym chciała się go nauczyć. To jedno z moich najbardziej realnych do spełnienia marzeń.

13. Nie cierpię zarządzać cudzymi (np. klasowymi) pieniędzmi. Zawsze się boję, że coś zgubię, pomylę albo ktoś mnie okradnie. Wolę odpowiadać za czyjeś życie i zdrowie niż finanse.

 

Do wyzwania nominuję Dziubasową i Litermatkę – chyba że coś przeoczyłam i ktoś już to zrobił przede mną 🙂

*Czyli kompletne, znane na pamięć i łatwe do odtworzenia z zamkniętymi oczami.

Ci, bez których nie jestem sobą

Kto się lubi, ten wie, dlaczego nie wolno kopać druhny

Poprzednio z okazji Dnia Myśli Braterskiej popełniałam wpisy na temat moich harcerskich przyjaciółek. Ponieważ przyroda lubi równowagę, przyszedł czas na tekst o płci męskiej.

Zanim związałam się na dobre z moim mężem, dwa razy byłam poważnie zakochana. Obu tych wybranków znałam z harcerstwa, zaś obie historie wspominam dziś z rozrzewnieniem, chociaż wiodła do tego długa droga. Tym razem jednak moim byłym-niedoszłym dam spokój, a skupię się na zupełnie innych relacjach.

church

Był chłodny wrześniowy wieczór. Miałam dziewiętnaście lat i wraz z moją drużyną przyjechałam tego dnia na jesienny zlot. Siedziałyśmy właśnie w kościele na czuwaniu, a ja coraz bardziej marzłam, bo nie założyłam niczego na mundur. Co zrobiłam wtedy z bluzą? Zostawiłam w szkole, w której stacjonowałyśmy? Oddałam którejś podopiecznej? Nie pamiętam. W każdym razie ziąb dawał się we znaki. W pewnej chwili poczułam szturchnięcie. Pochodziło od siedzącego obok mnie M.

Załóż, jak ci zimno – mruknął, wskazując ruchem głowy na leżącą między nami kurtkę.

– A ty? – odpowiedziałam szeptem, patrząc na niego podejrzliwie. On też miał na sobie tylko mundur, w dodatku z podwiniętymi rękawami.

Pokręcił głową. Dopiero w tamtej chwili zauważyłam, że na jego ramieniu spał w najlepsze jeden z najmłodszych zuchów. Wkrótce spostrzegł to też nasz przełożony i kazał M. obudzić malucha. Ku mojemu zaskoczeniu spotkał się z kategoryczną odmową. To chyba wtedy powiedziałam M., że będzie kiedyś dobrym ojcem, co zresztą chętnie do dziś wspomina. Nabożeństwo skończyło się bardzo późno. Wracaliśmy do szkoły zmęczeni: moje druhenki, ja, gromada zuchowa M. i on sam ze wspomnianym (już nieco rozbudzonym) śpiochem niesionym na barana. Dzieciakowi najwyraźniej spodobał się taki sposób transportu, bo zaczął dokazywać, kopiąc mnie po plecach.

– No co ty, nie kop druhny! – upomniał go stanowczo drużynowy .– A wiesz, dlaczego tak nie wolno?

– Bo dziewczyn się nie bije! – pospieszyła z odpowiedzią jedna z moich zastępowych.

Nie – zaprzeczył M. – Nie wolno kopać druhny, bo druhna ma na sobie moją kurtkę.

Kurtyna.

teacup-2325722_960_720

– Nie lubię M. – wyznał mi półtora roku później Jacek, popijając miętową herbatę z jakiegoś sfatygowanego kubka.

– Przecież wy się nawet nie znacie… – powiedziałam ostrożnie, zastanawiając się, czy coś mnie nie ominęło. Świat jest w końcu bardzo mały, zwłaszcza jeśli jest się harcerzem.

– Ale jestem o niego zazdrosny.

Parsknęłam śmiechem, chociaż było to ewidentnie nie na miejscu, zwłaszcza przy takim wrażliwcu jak Jacek.

– Chłopie, czy tobie się coś nie pomieszało? Za rok wychodzę za mąż, od początku naszej znajomości macham ci przed nosem pierścionkiem zaręczynowym, a ty mi tu wyskakujesz z zazdrością o kumpla, od którego dzieli mnie 300 kilometrów? Przecież to bez sensu.

– Widzisz… – wpatrywał się w ten kubek z herbatą, jakby zamierzał za chwilę wywróżyć mi przyszłość z fusów – bo z P. to ja nie mam szans. Wy jesteście dla siebie stworzeni, w tej sferze nie mam prawa nawet marzyć. Ale M. to co innego… uważasz go za swojego przyjaciela, a z tym chyba mogę konkurować.

Jacka poznałam na obozie harcerskim, bo gdzieżby indziej. Podobno przypominałam jego byłą dziewczynę. Jeszcze zanim się do mnie po raz pierwszy odezwał, został pouczony przez naszą wspólną znajomą, iż mam narzeczonego. Często w naszych rozmowach podkreślał, że o tym wie, a ja w swojej wrodzonej naiwności wierzyłam, że to wystarczy. O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się dopiero niespełna rok później, właśnie podczas tej rozmowy nad kubkiem miętowej herbaty. Jeszcze tego samego dnia z jakiegoś błahego powodu strzeliłam typowego babskiego focha, bardziej w sumie na pokaz, niż ze względu na rzeczywistą urazę. Nie sądziłam, że Jacek się tym przejmie. Tymczasem skutek był taki, że wracałam do domu z wielkim bukietem białych róż i kombinowałam, jak się z tego wytłumaczyć czekającemu na mnie P.

Ostatni raz było mi dane spotkać Jacka kilka lat temu, w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z harcerstwem. Jechaliśmy razem autobusem, mieliśmy nawet wysiadać w tym samym miejscu. Na przedostatnim przystanku mój towarzysz nagle poderwał się, cmoknął mnie w policzek i wyskoczył z pojazdu, nawet się nie oglądając. Chwilę później dostałam sms: „Przepraszam, nie umiałbym się z tobą pożegnać”. No i masz babo Jacek.

casal-1612464_960_720

Na przeciwnym biegunie do Jacka-romantyka uplasował się za to Remek. Z tą różnicą, że z nim akurat nigdy nie łączyły mnie żadne relacje poza zwykłym koleżeństwem i to nie przesadnie bliskim. Remek był typem podrywacza, o dziwo całkiem skutecznego. Czasem z przyjaciółkami zachodziłyśmy w głowę, jakim cudem ktokolwiek może się nabierać na jego niestworzone historie, szyte tak grubymi nićmi, że nic w nich nie trzymało się kupy. Mimo tego na każdym obozie, zlocie czy innym wyjeździe znajdował sobie nową dziewczynę (albo i dziewczyny). Problem polegał na tym, że on sam z roku na rok robił się starszy, a jego kolejne wybranki niekoniecznie. Pamiętam, jak drużynowy dogryzł mu kiedyś, że już się boi o swoją przyszłą córkę. Podczas jednego z obozów Remek doczekał się nawet psychofanki, która rozpowiadała wszystkim, że weźmie z nim ślub i urodzi mu mnóstwo dzieci. Potrafiła wykrzykiwać jego imię podczas siedzenia na latrynie, w nadziei, że usłyszy… Oboźny zgrupowania przy pierwszej lepszej okazji zasznurował ich dla żartu razem w namiocie. Podobno nasz Casanova uciekał stamtąd jak oparzony. Czasem się zastanawiam, jak potoczyły się jego losy. Ostatni raz spotkaliśmy go chyba wspólnie z M. jakieś –naście lat temu. Remek chwalił się, że jest DJ-em w klubie w centrum miasta i chętnie by z nami pogadał, ale właśnie spieszy się rozkręcać imprezę. M. stwierdził, że nie przepuści takiej okazji i pojechaliśmy za nim. Okazało się, że kręci faktycznie, ale pizzę na zapleczu.

788004_Harcerski_z_wiencem_glogowym_54

Dziś w szkole widziałam kilka harcerek, z okazji Dnia Myśli Braterskiej ubranych w mundury.

Aga, masz przekręcony krzyż! – rzuciłam  z uśmiechem.

To od zakochania, pani profesor! – zameldowała licealistka, stając na baczność.

Roześmiałam się, wspominając nasze harcerskie krzyże, czasem celowo wbrew regulaminowi noszone pod skosem na znak, że ktoś jest zakochany. Czyli jest jeszcze nadzieja, że kolejne pokolenia skautów będą kontynuowały moje opowieści…

Wszystkiego harcerskiego w Dniu Myśli Braterskiej!

Taka tam rodzina adopcyjna

Dworska rutyna, czyli dzień z życia Księżniczki Mimi

Portale plotkarskie huczą od nagłówków o tym, że księżną Meghan przytłacza monotonia przypisana roli żony królewskiego potomka. Co się za nimi kryje – nie wiem, bo nie czytałam. Od wybranki Harrego o wiele bardziej interesuje mnie inna Księżniczka, której to szara codzienność na pewno do niczego nie zniechęca.

buckingham-palace-978830_960_720

Następczyni tronu wstaje skoro świt, a w zimie nawet wcześniej. Procesowi temu towarzyszy dwoje jej nieodłącznych dworzan – OKU i PUBU. Tego pierwszego już prawie się pozbyliśmy, czas zresztą najwyższy, bo nasza potomkini jest już u progu trzeciego roku życia… ostatnio niestety nastąpił regres i bez OKU nie da się ani zacząć dnia, ani tym bardziej go zakończyć. PUBU z kolei przyjechała kiedyś w paczce i natychmiast zdobyła serce małej Księżniczki.

Po mlecznym śniadanku i porannej toalecie przychodzi czas na KOKĘ, a następnie wyprawa do żłobka. Mimi każe służbie zakładać sobie po kolei sialik, ciapę i buti, cierpliwie pozwala przyodziać się w kurtkę oraz rękawiczki, a potem bez protestu wędruje do innych dzieci. Po drodze zazwyczaj głośno komentuje żłobkową gazetkę, na której obecnie znajduje się rodzinka BABAŁów (wskazując na największego z nich, krzyknęła ostatnio „tata!” – do dziś nie wiem, czy mówić o tym mężowi…). Jej zachwyt budzi też inny element wystroju, mianowicie JAĆKI. Mogłaby na nie patrzeć bez końca, gdziekolwiek się z nimi nie zetknie.

Odbieraniu ze żłobka także towarzyszy pewien rytuał. Księżniczka robi obchód po szatni, nazywając obrazki na szafkach innych dzieci: pieski, kotki, króliczki i kilka gatunków ZIZIZI. Następnie ubiera się i schodzi do królewskiej limuzyny (hue, hue, hue…), po drodze dostając mały kawałek BUŁI. Jeśli pogoda pozwala, powrót na rodzinne włości jest poprzedzony spacerem, podczas którego trzeba uważać na BUM-BUM i TITIT. Zdarza się, że w przechadzce towarzyszy nam PSIAPSIA, co jest możliwe po uprzednim zrobieniu AJO.

sandburg-1639994_960_720

Po powrocie na pokoje Mimi oddaje się zabawie. W ruch idą klocki Duplo lub drewniane, misie, lalki, książeczki, kolorowanki, znikopis, piłku albo KOKU. Jeśli zdobienie ojcowskiej bluzy naklejkami z filmów Disneya bądź wykonywanie operacji CIA-CIA na drewnianych smakołykach okazuje się zbyt męczące, Księżniczka robi przerwę na BAJ, przekąszając BAMAMem. Nie zawsze umie jeszcze zadbać, żeby podczas igraszek nic jej nie PAŁO. Bywa i tak, że któraś z zabawek niby przypadkiem się zawieruszy. Wtedy należy zrobić hoku-poku, czyli przykryć sobie tylko znane miejsce kuchennym ręcznikiem, wypowiedzieć zaklęcie, poczarować rączkami, podnieść ściereczkę i obwieścić sukces, krzycząc na całe gardło, że JEEEEŚ!

Wieczory w życiu Księżniczki także są całkiem zwyczajne. Mimi sprząta po sobie, nawet jeśli ten proces ogranicza się do znajdowania różnych FUFUJów i odnoszenia ich tam, gdzie FUFUJe odnosić należy. Tym sposobem nadchodzi czas na kąpiel, założenie piżamki i kolację – przeważnie w postaci mleka, nawet jeśli zainteresowanej marzy się KAŁA i SIACHO.

noble-789501_960_720

W tym miejscu muszę się pochwalić, bo od jakiegoś czasu nasza królewska latorośl zasypia dosłownie w kilka minut, nie wymagając od nas żadnych dodatkowych zabiegów… oczywiście poza dostarczeniem OKU i PUBU.

Jak widać, rutyna na królewskim dworze potrafi być wyczerpująca, ale nic nie wskazuje, żeby była równoznaczna z nudą.

Na zakończenie tego sprawozdania Księżniczka Mimi ogłasza konkurs, w którym do wygrania może być na przykład kartka z jej autografem. Aby wziąć w nim udział, należy rozszyfrować zaznaczone na kolorowo królewskie neologizmy. Wszelkie pomysły mile widziane 🙂