Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Gdzieś pomiędzy wiatrem zmian a wiatrem w oczy

W wakacje zmieniłam samochód i kolor włosów, a teraz do kompletu zmieniam branżę i województwo. Sama jeszcze nie wiem, co to dla mnie oznacza, natomiast  jestem podekscytowana jak dziecko przed pierwszą gwiazdką w wigilię. Ale po kolei…

„Ty to zmienisz pracę dopiero, gdy nowa sama cię znajdzie” – stwierdził niedawno z powątpiewaniem M. Niechcący wyszło, że miał rację, bo oferta rzeczywiście przyszła sama i to prawie dosłownie. W dodatku najpierw do P., a chwilę później do mnie… i właściwie nie było nad czym się zastanawiać.

Szkołę porzucam (przynajmniej tymczasowo, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie) z żalem, ale i pewną ulgą. Nieszczęsna – TFU! – „reforma” edukacji sprawiła, że efektywna praca po prostu przestała być możliwa. Tutaj nie działają najprostsze reguły matematyczne i  okazuje się, że dawanie z siebie 200% w podziale na dwie szkoły wynosi 2 razy po 50. Brakująca setka zostaje gdzieś w rachunkach za paliwo, bo te akurat o równe 100% wzrosły. Zresztą to jest w ogóle temat rzeka, na pewno nie na dzisiejszy post. Nie ulega wątpliwości, że będę okropnie tęsknić za uczniami i za większością kadry nauczycielskiej. Zostawiam za sobą dobry i ważny kawał swojego życia, a to raczej mało kto potrafi uczynić z lekkim sercem.

kartonoza.jpg

W każdym razie… urosło się. Nie tylko Księżniczce i cenom w sklepach, ale przede wszystkim stercie pudeł na środku salonu, karton jego mać. Do wyprowadzki zostało jeszcze kilka tygodni, więc jak tak dalej pójdzie, spokojnie zdążę zbudować taki labirynt, że Dedal będzie mógł mi buty czyścić. Chyba nie muszę mówić, kto ma z tego największą frajdę i kto bawi się w chowanego w najmniej odpowiednim momencie? Na szczęście Księżniczka – lat dwa i pół – jak dotąd nie osiągnęła najwyższego levelu w tej zabawie. I na przykład wślizguje się w szczelinę pomiędzy pudłem z dokumentami a komodą, po czym krzyczy: „Zobać, mama! Tutaj śchowałam!”. Gorzej, jeśli przed przeprowadzką zdąży załapać, o co w tym naprawdę chodzi. Wtedy to chyba pozostanie tylko wezwać Psi Patrol (po Księżniczkowemu „Si Patol”) – no wiecie, „Nie ma takiego problemu, którego nie rozwiążemy!”. Mimo tego labiryntu kartonowych piramid (zabrzmiało dostojnie niczym parafraza Horacego, a niech tam!) jeszcze wiem, gdzie co mam, co z kolei mnie samą niepomiernie dziwi.

kartonoza2

To w ogóle jest niepojęte, ile człowiek gromadzi szpargałów… chociaż, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to one chyba w większości gromadzą się same. O, na przykład pokale do piwa, z których ani razu nie korzystaliśmy. Miałam tego całą półkę w barku, a nigdy żadnego nie kupiłam. Przysięgam, że nie wiem, skąd się wzięła przynajmniej połowa z nich. Podobnie zresztą sprawa ma się z maskotkami Księżniczki i świeczkami zapachowymi, którymi mogłabym obstawić bodaj wszystkie groby na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, a pewnie jeszcze by zostały.

Gdyby mnie ktoś zatem szukał, to jeszcze przez chwilę będę tu, a potem to już głównie gdzie indziej. W świecie rzeczywistym, znaczy się, bo wirtualnie to nadal na Stożkach… i wszystko wskazuje na to, że częściej! A tymczasem wracam do pakowania. 🙂

kartonoza2

Reklamy
Takie tam różne

Wyskakując z rozpaczy*. O samobójstwach wśród młodzieży

Tydzień temu byłam na pogrzebie. Uczennica z mojej szkoły odebrała sobie życie i to w drastyczny sposób. Nie znałam jej dobrze, więc tym bardziej nie wiem, co musiało się stać w jej życiu, że zdecydowała się na taki krok. Od prawie dwudziestu lat znam za to jej ojca i myślę o nim codziennie, odkąd dowiedziałam się o tej tragedii. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co on przeżywa…

Pół roku temu rówieśniczka tej dziewczyny także próbowała popełnić samobójstwo. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili, prawie jak w (choć to może porównanie nie na miejscu) hollywoodzkim filmie. Wiem jeszcze o przynajmniej jednej osobie z równoległej klasy, która miewa myśli o odebraniu sobie życia.

Nie, to nie jest kwestia tej konkretnej placówki edukacyjnej. Prób samobójczych wśród nastolatków jest coraz więcej. Według danych Komendy Głównej Policji pomiędzy 2011 a 2016 rokiem ich roczna liczba prawie się podwoiła (248 w 2011 i 475 w 2016). Do nowszych danych nie dotarłam, ale nic nie wskazuje na to, że jest lepiej. Dwa lata temu (w zupełnie innej szkole, nawiasem mówiąc) miałam uczennicę, która kilkakrotnie targnęła się na swoje życie. Za każdym razem ratowali ją rodzice.

Coraz głośniej mówi się o tym, że psychiatria dziecięca w Polsce leży i kwiczy. Brakuje specjalistów, a i wielu spośród pracujących obecnie brakuje odpowiedniego podejścia. W szkołach nie ma psychologów, a nawet jeśli są, wykorzystuje się ich do marginalnych prac (typu przygotowanie losów na festyn) albo wlepia im zastępstwa, przez co nie mają czasu na to, czym naprawdę powinni się zajmować.

Żeby lepiej zobrazować problem, przytoczę kilka historii. Wszystkie są autentyczne i każdą znam z pierwszej ręki.

EWELINA

Krótko po powrocie z urlopu macierzyńskiego zostałam wezwana do dyrekcji. Usłyszałam, że będę prowadzić nauczanie indywidualne z jedną z uczennic. W pierwszej chwili pomyślałam, że może miała jakiś wypadek, przez który nie może chodzić do szkoły. Dopiero przełożeni uświadomili mi, że Ewelina choruje na silną depresję. Wtedy zdziwiłam się jeszcze bardziej; zanim adoptowałam Księżniczkę, uczyłam klasę Eweliny. Był to bardzo sympatyczny zespół, a sama dziewczyna dała się poznać jako kulturalna, kreatywna i błyskotliwa nastolatka. Nic na zewnątrz nie wskazywało, co przeżywa. Lubiłam ją, chyba z wzajemnością. Na pierwszym spotkaniu już w ramach zajęć indywidualnych zaczęła mi opowiadać o swojej chorobie. Zapytałam, czy długo już na nią cierpi. Spodziewałam się, że usłyszę o roku albo dwóch. „Proszę pani, od podstawówki! – powiedziała Ewelina, a mnie ścięło z nóg – „Pierwszą próbę samobójczą przeprowadziłam tuż po ukończeniu szóstej klasy” – dodała. Zanim pozbierałam szczękę z podłogi, dowiedziałam się jeszcze, że zwiedziła niemal wszystkie szpitale psychiatryczne w regionie (szesnastolatka!!!), ale nie widzi żadnej poprawy. Zapytałam o powód… i wiecie, co usłyszałam?

„pani psychiatra weszła do pokoju i kazała mi wstać, a ja nie mogłam się podnieść z łóżka. Wtedy mi powiedziała, że jestem niewychowana, bo ona do mnie specjalnie przychodzi i stoi, a ja sobie leżę. I wyszła.”

– „w szpitalu w X nie wiem, po co mnie trzymali. Psychiatra jest tam jeden i to dojeżdżający, przez cały pobyt widziałam się z nim dwa razy. Takich pacjentów jak ja miał jednocześnie pewnie ze stu. No to jak miał mi ustawić leczenie?”

– „doktor Y była bardzo miła, z nią pierwszą udało mi się szczerze porozmawiać. Chyba zna się na tym, co robi – ale powiedziała, że lekarstwa, jakich potrzebuję, są produkowane z myślą o dorosłych… i właściwie to nie ma żadnych wskazówek co do dawkowania psychotropów dla takich osób jak ja. I skutki uboczne też trudno przewidzieć.”

Nawet jeżeli Ewelina coś przekręciła albo ja coś źle zapamiętałam, to i tak faktem pozostaje, że tournee po psychiatrykach zabrało jej prawie rok życia, a nie przyniosło widocznych rezultatów. Obecnie dziewczyna bierze psychotropy, po których często bywa tak pobudzona, że trudno jej się skoncentrować nie tylko na konkretnym zadaniu, ale w ogóle na temacie zajęć.

ADAM

Przez trzy lata był moim wychowankiem. Uwielbiałam go, zresztą jak całą jego klasę (o czym już pisałam). Którejś nocy dostałam od niego wiadomość: „Proszę pani, jest mi źle. Ja się dla nikogo nie liczę”. Nawiasem mówiąc, był w tym jakiś palec Boży, bo wyjątkowo nie wyłączyłam wieczorem internetu w telefonie, a zawsze to robię. W każdym razie rozmawiałam z nim przez Messengera prawie do rana. W szkole od razu wysłałam go do pani pedagog i to dzięki współpracy z nią udało się posklejać fragmenty Adamowej układanki. Otóż mój podopieczny był środkowym dzieckiem. Starsza siostra była niesamowicie uzdolniona, z kolei młodszy brat urodził się z niepełnosprawnością. Taki stan rodzinny spowodował, że Adam w czasie największej burzy hormonalnej (bardzo zresztą intensywnie doświadczanej) wiecznie czuł się odsunięty na bok. Wszystkie laury zgarniała zawsze jego siostra, zaś większość troski i uwagi rodziców otrzymywał braciszek. Dzieciak czuł się przez to odrzucony i zagubiony. W dodatku na horyzoncie pojawiła się jeszcze nieszczęśliwa miłość, która stała się kroplą przepełniającą dzban goryczy, co w przypadku Adama oznaczało myśli (a nawet zamiary!) samobójcze. Mama i tata chłopaka przyjęli zaproszenie na rozmowę ze mną, po czym w nieskończoność odkładali termin spotkania. Długo nie rozumiałam, dlaczego; do tamtej pory byli jednymi z najlepiej współpracujących opiekunów. W końcu udało mi się dogonić matkę po jednej z wywiadówek. „Nie wiedzieliśmy z mężem, co pani powiedzieć” – wytłumaczyła się – „zawiedliśmy jako rodzice na całej linii…”. Z różnych względów nie oceniam tych państwa tak surowo, jak oni sami. Natomiast historia Adama pokazuje, że depresja dotyka także takie osoby, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Na pierwszy rzut oka był to po prostu piętnastolatek z dobrego domu, wiecznie uśmiechnięty, charyzmatyczny, dobrze się uczący, osiągający sukcesy w sporcie, lubiany przez rówieśników.

MARTYNA

Ostatnio mignął mi gdzieś na Facebooku jej profil. Z ulgą pomyślałam, że przynajmniej żyje. Cierpiała (i pewnie nadal cierpi) na schizofrenię paranoidalną, była uzależniona od narkotyków, brała dopalacze. Właściwie nie wiadomo, co było pierwsze. Słyszała w swojej głowie głosy. Często ją przerażały – wtedy wrzeszczała ile sił w płucach, sprawiając, że młodsze siostry płakały i chowały się ze strachu przed nią. Innym razem  głosy kazały jej kogoś zabić. Zdążyła wziąć nóż, wybiec z domu i wsiąść do autobusu. Tylko przytomność umysłu jej ojca pozwoliła zapobiec tragedii. Z 19 lat życia łącznie kilka spędziła w szpitalach psychiatrycznych, w tym na terapii odwykowej… a właściwie terapiach, dających przeważnie jedynie chwilowy efekt. W lepszych okresach (choć „lepszy” jest tu określeniem względnym) do Martyny docierało, jak na co dzień wygląda jej życie. Wówczas próbowała je sobie odebrać. Cztery, sześć razy, może więcej. Matce, która ją ratowała, krzyczała potem w szpitalu w twarz, że jej nienawidzi, że chciała umrzeć. Rodzice próbowali ją ubezwłasnowolnić, żeby móc kontrolować jej leczenie. Biegły psychiatra podobno nie stwierdził podstaw…

Gdzie szukać przyczyn swoistej „mody” na samobójstwa wśród młodzieży? Pokuszę się o diagnozę, oczywiście amatorską, opartą tylko na doświadczeniu wychowawczym.

  1. Zmuszanie dzieci do udziału w wyścigu szczurów, często od najmłodszych lat. Koleżanka pytała mnie ostatnio, gdzie można znaleźć oficjalny ranking przedszkoli, bo chciałaby wysłać córkę do takiego, które zapewnia najwyższy poziom nauczania. Jej córka ma niecałe trzy latka!!! Z kolei jedna z moich uczennic, lat 11, chwaliła się przed wakacjami, że w ciągu tygodnia chodzi na 10 (słownie: dziesięć) różnych zajęć dodatkowych. Tymczasem mózg dziecka potrzebuje po pierwsze odpoczywać, po drugie czasem się ponudzić, bo to właśnie nuda wyzwala kreatywność, pozwala odkrywać pasje, a co za tym idzie – poznać siebie.
  2. Brak czasu dla najbliższych. Właściwie trudno tu kogokolwiek winić. Taką mamy rzeczywistość, że zapewnienie rodzinie bytu wymaga wyrzeczeń, najczęściej związanych właśnie z obecnością w domu. Fakt niestety pozostaje faktem; rodziców często nie ma przy dzieciach wtedy, kiedy są im najbardziej potrzebni.
  3. Przebodźcowanie. Pisałam chyba kiedyś o piątoklasiście, który miał trzy telefony komórkowe. Jego mama nie mogła zrozumieć, dlaczego Karolek przynosi takie słabe oceny, a przede wszystkim, dlaczego nauczyciele mówią, że wszystkie sprawdziany oddaje po pięciu minutach, przeważnie wypełnione częściowo albo byle jak. Gdzie i kiedy ten dzieciak miał się nauczyć koncentracji, skoro z każdej strony atakowała go elektronika? Oprócz wspomnianych smartfonów w pokoju miał też dwie konsole, komputer i wiecznie włączony telewizor.
  4. Wzorce z filmów i gier. Spokojnie, nie jestem wrogiem takiej rozrywki. Problem nawet chyba nie tkwi w samych treściach, ale w braku kontroli nad tym, co dzieci przyswajają. Jeszcze ze swojej poprzedniej pracy pamiętam rodzica, który kupował maluchowi (na oko sześcio-siedmioletniemu) jakąś grę oznaczoną „PEGI 18+”. Zwróciłam delikatnie uwagę na to ograniczenie, a w odpowiedzi usłyszałam: „Paaaani, to to jest pikuś! Żeby pani widziała, w co on jeszcze w domu gra…” Opisywany tutaj argument chodzi mi dziś po głowie szczególnie, a to za sprawą Księżniczki. Otóż mała od dwóch dni bawi się z wymyślonym zwierzątkiem: głaszcze, karmi, podaje mi do rąk, zabiera na spacer. Po serii pytań z mojej strony dowiedziałam się, że owo zwierzątko jest żółwiem o imieniu Tytus. Zdziwiło mnie to, bo nie mamy w otoczeniu żadnego Tytusa, włączając w to bohaterów książeczek. Kiedy dziś usłyszałam, że Tytus chodzi po drzewach (żółw?), postanowiłam dziada zgooglować. I wiecie co? Znalazłam. Tytus (a dokładniej chyba Tiddles, tylko Księżniczka go przechrzciła) pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund w jednym odcinku „Świnki Peppy”. Nasza córka ogląda bajki tylko z nami, a ani mąż, ani ja nie zwróciliśmy uwagi na tego gada. Za to nasza dwulatka nie tylko „Tytusa” zapamiętała, ale też dzięki fantazji przeniosła tę postać do realnego świata. A teraz wyobraźmy sobie, że zamiast przygód Peppy obejrzała horror…
  5. Hejt w sieci. Wielu dorosłych jest kompletnie nieodpornych na krytykę, a cóż dopiero mówić o nastolatkach, właśnie kształtujących swoją tożsamość. Dzieci bywają zaszczute przez rówieśników, czasem nawet niezdających sobie sprawy z tego, jak bardzo kogoś krzywdzą. Wszystko dzieje się często przy milczącym przyzwoleniu rodziców albo kompletnie poza ich wiedzą, co dodatkowo sprawia, że ofiary hejtu czują się samotne i całkowicie bezradne. Inna sprawa, że wielu opiekunów nie przyjmuje do wiadomości, iż ich pociechy są agresorami w internecie…
  6. Zła kondycja psychologii i psychiatrii dziecięcej, czyli wracamy do punktu wyjścia.

 

* Początek tytułu wpisu jest parafrazą słów wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Matka Boska samobójcy tłumaczy/ nie wyskakuj tak prędko z rozpaczy”.

Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczki sposób na…

Proste rozwiązania bywają najlepsze. Poza sytuacjami, kiedy nie bywają. Tak czy siak, nasza dwulatka wydaje się mieć sposoby na wszystko. Czasem zaskakujące, o czym poniżej.

Zatem – jak w tytule.
KSIĘŻNICZKI SPOSÓB NA…

telemarketing

  1. Natrętnych telemarketerów.

Czekałam na ważny telefon. Nie aż tak ważny, jak ten z OA dwa lata temu, ale jednak istotny.  Oczywiście usłyszałam sygnał w chwili, kiedy miałam namydlone ręce. Poprosiłam więc Księżniczkę, żeby przyniosła mi telefon, a sama starałam się doprowadzić dłonie do porządku. Kilka sekund później dowiedziałam się, że moja córka potrafi nie tylko odebrać połączenie, ale jeszcze włączyć głośnik… Usłyszałam mianowicie taki dialog:
– Halo?
– … dzień dobry, czy…
– Halo halo?
– Czy mogłabym rozmawiać z Lady Makbet?
– NIE!
– bip, bip, bip.

W popłochu wybiegłam z łazienki i sprawdziłam, kogo moje dziecko tak stanowczo spławiło. Wujek Google wskazał, że telemarketerkę z jakichś chwilówek czy innych ubezpieczeń, która zresztą wydzwaniała do mnie już któryś raz. Chyba uczynię z tej sytuacji precedens 🙂

cat-1846356_960_720

  1. Schodzenie po schodach.
    • Na Zosię Samosię

Polega to na tym, że Księżniczka próbuje zejść z naszego piętra „siama, siama!” – czytaj: nie za rękę, nie trzymając się poręczy i nie będąc w żaden sposób asekurowaną. Nie zraża się nawet tym, że kilka razy już ją łapałam w locie (bo oczywiście idę tuż przed nią mimo jej zdecydowanego sprzeciwu…).

  • Na mamę
    Czyli: z torbą na zakupy w ręce, komenderując co chwilę: powolutku! lub sibciutko! – ewentualnie jedno zaraz po drugim.
  • Na kota sąsiadów

Nawet lubię tego sierściucha, chociaż jego komitywa z Księżniczką zaczyna być kłopotliwa. Na przykład dlatego, że kocur często wyleguje się na „naszych schodach”, a młoda próbuje go naśladować. Konkretnie – schodząc na czworakach, rzecz jasna głową w dół. I jednocześnie liżąc sobie łapę… tfu, rękę.

yellow-2344417_960_720

  1. Sprzątanie łazienki

Gdyby ktoś nie wiedział, jak usunąć osad z drzwiczek pralki… Perfekcyjna Pani Chaosu podpowiada: wylać na swoją osobistą gąbkę tyle mydła w płynie, ile tylko się zmieści, a potem szorować nią bęben urządzenia. Nadmiar specyfiku można później rozsmarować na szafce, podłodze, lustrze i koszulce – dokładnie w tej kolejności.

old-2701952_960_720

  1. Rozróżnianie wujków i dziadków.

Trochę to bez sensu, że tata jest jeden, dziadkowie dwaj, a wujków od groma, nie uważacie? W każdym razie do takiego wniosku doszła zapewne Księżniczka, bo pomija zupełnie formuły grzecznościowe i wali do krewnych po imieniu. Oczywiście walczymy z tą praktyką, ale trudno się pod nosem nie uśmiechnąć, kiedy mała biegnie za wujem i krzyczy: „Jajek! Pociekaj!”. Co ciekawe, babcię nasza latorośl ma jedną i tutaj problem z tytułowaniem nie istnieje. Psiapsia to psiapsia i tyle.

little-girl-570865_960_720

  1. Modę.

Niepostrzeżenie weszłyśmy (a raczej mała weszła) w etap sukienek i spódniczek, najlepiej tiulowych bądź takich, które pięknie wirują w tańcu. Ok, tego się mogłam spodziewać, tym bardziej, że już córeczki Izzy udowodniły, iż Księżniczki w spodniach nie chodzą. Nie doceniałam natomiast pragmatyzmu mojej pociechy. Najlepszym dopełnieniem balowego stroju okazują się bowiem adidasy bądź inne trampki – żadne tam balerinki czy sandały. Całkiem rozsądny wybór, bo kto to widział robić „Hopaj, siupaj, łupaj, cupaj” w szpilkach? No cóż… jeżeli nasz Kopciuszek trafi kiedyś na księcia z bajki, to gościu może się mocno zdziwić…

family-684652_960_720

  1. Rodzicielskie nerwy

Księżniczka od początku zamiast „przepraszam” mówi „sisiapam”. Jest to tak urocze, że chociaż staramy się ją poprawiać, to czasem sami to słówko przejmujemy, nawet rozmawiając ze sobą, kiedy małej nie ma w pobliżu. W każdym razie, kiedy młoda nabroi i czuje, że podniosła nam ciśnienie, przychodzi się mocno przytulić i dodaje to swoje „sisiapam”. Konia z rzędem temu, kto nie zmięknie po takich przeprosinach…

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Kim są rodzice adopcyjni?

O, jaka podobna do mamy! – zagadnęła mijana na ulicy kobieta. Jeszcze nie nauczyłam się reagować na takie komentarze, czego nie można powiedzieć o Księżniczce.

Do mamy! – powtórzyła ochoczo i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Wracałyśmy właśnie ze spaceru. Chwilę później, przed klatką schodową, natknęłyśmy się na sąsiadów z piętra niżej.

Cieeeeść! – zawołała z daleka moja latorośl i pomachała rączką.

Nie „cześć”, tylko „dzień dobry” – poprawiłam ją.

Nie przesadzaj, sąsiadka, przecież się kulturalnie przywitała… -uspokoił mnie pan J. i dodał: kulturalni rodzice, to i kulturalne dziecko.

Nie zdążyłam się całkiem rozpłynąć po tym komplemencie, bo do akcji wkroczyła jego żona. Złapała mnie za łokieć i teatralnym szeptem powiedziała:

Ona się robi taka do was podobna, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że adoptowana.

Pani J. jest przesympatyczną kobietą, traktującą Księżniczkę niemal jak jedno ze swoich wnucząt (ma ich zresztą tyle, że nie umiemy się z mężem doliczyć). Należy jednak do pokolenia uważającego przysposobienie za wstydliwy sekret, którego nie należy zdradzać nikomu, a zwłaszcza adoptowanemu dziecku. Trudno powiedzieć, za kogo uważa w takim razie rodziców ado – pewnie sama nigdy się nad tym nie zastanawiała.

taxi-3695843_960_720

Pomysł na dzisiejszy wpis zaczerpnęłam od Izzy – nie tylko dlatego, że sama dopiero co poruszyła podobną tematykę. Opowiadała mi kiedyś o dalekiej znajomej, która twierdziła, że pamięta ją w ciąży. Otóż niedawno spotkała mnie identyczna sytuacja. Pani taksówkarka (jest takie słowo?), z którą zdarza mi się czasem jeździć, zapytała o wiek mojej córeczki. Odpowiedź skomentowała w stylu: „Jejku, to już dwa latka? A pamiętam, jak jeszcze panią w ciąży woziłam…” Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że też to pamiętam. Nie dlatego, że chciałam skłamać… ani dlatego, że mam urojenia ;). Po prostu nasza rodzina rozwija się tak naturalnie, że na co dzień nie myślimy o tym, iż jej początki były niestandardowe.

I tu dochodzę do sedna sprawy: KIM SĄ RODZICE ADOPCYJNI?

MAMĄ i TATĄ. Ludźmi często po przejściach, po latach prób, starań i wyrzeczeń – ale czyż nie jest to charakterystyka również wielu rodziców biologicznych? Nie są natomiast żadnymi bohaterami, którzy dokonali nie wiadomo czego. Chyba że nazwiemy tak wszystkich zjadaczy chleba, herosów dnia codziennego, którzy łączą wychowanie dziecka z pracą, spłacaniem kredytu i innymi obowiązkami. Wtedy jestem się w stanie zgodzić z taką nomenklaturą ;). A poważnie – rozróżnienie na rodziców adopcyjnych i nieadopcyjnych miało dla nas znaczenie na etapie samej procedury i krótko po przysposobieniu, kiedy jeździliśmy z malutką po lekarzach i każdemu z nich musieliśmy od początku opowiadać część jej historii. Na pewno ten temat wróci, kiedy będziemy rozmawiać z Księżniczką o jej korzeniach. Na co dzień jednak jesteśmy zupełnie zwyczajną rodziną ze zwyczajnymi problemami.

stormtrooper-2296199_960_720.jpg

Na przykład takimi, że młoda jednym ruchem wyrwała drzwi szafki, które owszem, dało się z powrotem przykręcić, ale wyregulować to już za diabła się nie da. Albo że uwielbia udawać chorą. Wyciąga wtedy swój zestaw małego lekarza, kładzie się do łóżka i woła: „Mama (tata, psiapsia etc.) chodź, badamy Księżniczkę!” – i czeka na wszelkiej maści zabiegi niecierpliwie jak pacjent w kolejce na NFZ ;). Albo jeszcze takimi, że przedwczoraj zdrzemnęła się w samochodzie teścia przez 10 minut, wskutek czego do 22. nie dała się położyć spać, za to przez pół godziny płakała, bo podaliśmy jej nie tę podusię 😉

To są takie problemy, o których jeszcze kilka lat temu marzyłam, patrząc na kolejny negatywny test ciążowy…

Taka tam rodzina adopcyjna

Mama Muminka i pożeracz Frytek

Żyję. Naprawdę, przysięgam, żyjemy wszyscy i to nawet całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności przyrody. Milczałam nie dlatego, że Was nie lubię (gdzieżby!). Przede wszystkim pokonała mnie praca. Poza tym Księżniczka weszła w etap „Mama, chodź, pokazię”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Mamo, chodź, pokażę ci coś, a potem coś innego, a potem coś jeszcze, żebyś miała zajęcie przynajmniej do kolacji”. Czasami zamiast „pokazię” pojawia się czasownik „bawimy” – skutek ten sam. Z tego też powodu przestaję darzyć lekceważącym współczuciem Mamę Muminka, która nie miała tożsamości, póki nie wydała na świat małego trolla. Zaczynam czuć do babki szacunek, bo sama ledwo pamiętam mityczną erę przedksiężniczkową. W każdym razie, jako że nie samą zabawą matka żyje, streszczam ostatnie cztery miesiące:

  1. Księżniczka mówi. Trudno powiedzieć, kiedy to się stało, ale bez problemu można się z nią dogadać na dowolny temat. Ma zdanie w każdej kwestii, niekoniecznie tożsame z naszym.
  2. Znacie Frytkę i Kartofelcię? Nie? Zazdroszczę. Jest to Netflixowska kreskówka o sympatycznej mopsiczce Frytce i jej przytulance. Wyszło tego 10 odcinków, Księżniczka zna wszystkie na pamięć, siłą rzeczy my też… różnica polega na tym, że jej się nie znudziło. Rozważamy napisanie listu błagalnego do wytwórni o produkcję kolejnego sezonu albo zlikwidowanie istniejącego. Wszystko jedno, byle nie oglądać po raz tysięczny, jak Frytka próbuje zasnąć na hamaku w domu Pandy Amandy (ups, sorry za spoiler…). Kto w ogóle nazywa swoje dzieci Frytka i Pyrek, nawet jeśli to mopsy? A ich rodzice to Mamcia Mopsik i Papcio Mopsik…. Dogadaliby się z Muminkami.
  3. Byłyśmy niedawno na bilansie. Księżniczka ma wagę i wzrost czterolatki. Jedziemy na urlop do hotelu, w którym dzieci do lat 3 przyjmowane są gratis. Coś czuję, że będzie wesoło przy meldowaniu 😉 .
  4. Na tym samym bilansie pytałam lekarza, czy jego zdaniem warto diagnozować Księżniczkę w kierunku FAS. Zapewnił mnie, że póki co nie ma powodów. Spośród lokalnych pediatrów ma największe doświadczenie w leczeniu dzieci z rodzin zastępczych i adopcyjnych, więc mu ufam.
  5. Odpieluchowujemy małą. Jest lepiej niż myślałam. Właściwie to odpieluchowała się sama. Każdego ranka na wszelki wypadek przypomina nam, że „pieluśka nie, majtećki tak”.
  6. Myszka Minnie wciąż na topie, choć rywalizuje o palmę pierwszeństwa z My Little Pony i Kicią Kocią.
  7. Od marca do połowy czerwca Księżniczka nie była chora. A był moment, że wątpiłam w taką możliwość.
  8. Moje życie towarzyskie umarło, nie tylko to w sieci. Co nie znaczy, że jest mi z tym dobrze. Przeciwnie.
  9. W związku z powyższym lecę nadrabiać Wasze blogi. Do zobaczenia!
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Adopcyjny pączek z różowym lukrem, czyli słodkie poprawiny po tłustym czwartku

pink

Panie szkolące nas w ośrodku adopcyjnym niejednokrotnie wspominały, że na spotkania z kandydatami najchętniej zapraszają takie rodziny ado, których historia jest trudna, skomplikowana albo jedno i drugie. Celem takiej selekcji jest zapewne „postraszenie” przyszłych rodziców, a dokładniej – pokazanie im, na co się decydują i z czym być może będą musieli się zmierzyć. Nie odmawiam tej strategii słuszności; jeżeli ktoś ma się wycofać, lepiej, żeby zrobił to na etapie kursu, niż po fakcie, kiedy rzeczywistość go przerośnie.

Po otrzymaniu upragnionej kwalifikacji opuściliśmy ośrodek z poczuciem, że:

– czekamy na dziecko w wieku 0-2 lata, ale raczej możemy liczyć na starsze, niż na noworodka;

– dzieci do adopcji w ogóle nie ma, więc TEGO telefonu powinniśmy się spodziewać najwcześniej za rok, może półtora;

– otrzymamy propozycję dziecka chorego, z deficytami i mocno obciążonym wywiadem.

Dlaczego dzisiaj o tym piszę? Karolina z Naszego Bąbelkowa kilka dni temu umieściła mój blog w zestawieniu wartościowych witryn o adopcji (za co ogromnie dziękuję!). Jest to dla mnie miłe wyróżnienie, a przede wszystkim zaszczyt, że się tam znalazłam, bowiem pozostałe wspomniane przez nią blogi rodziców ado są wspaniałymi źródłami informacji, porad i wirtualnych spotkań. Poczułam się zobowiązana, żeby wrócić do tematu przysposobienia na łamach Stożków, głównie z myślą o ewentualnych nowych Czytelnikach, ale nie tylko. I pomyślałam sobie, że w rozmaitych artykułach prasowych lub na forach tematycznych bardzo często o adopcji pisze się patetycznie, smutno albo po prostu w 100% poważnie. Absolutnie nie uważam, że to źle. Sądzę natomiast, że czasem warto trochę rozluźnić atmosferę. I właśnie dlatego, mimo że tłusty czwartek był przedwczoraj i pewnie wszyscy macie już dosyć pączków, dolewam mnóóóóstwo różowego lukru do tej intenetowej beczki dziegciu.

donuts-2969490_960_720

Nastawialiśmy się zatem, że po kilkunastu miesiącach od szkolenia otrzymamy propozycję dziecka starszego niż w naszych marzeniach, mającego za sobą trudną przeszłość, a w sobie wiele bólu i nieufności do świata. Tymczasem pół roku później siedzieliśmy naprzeciwko pań z OA i słuchaliśmy o tym, że czeka na nas kilkudniowa dziewczynka. Ci z Was, którzy śledzą bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani – przede wszystkim organizacyjnie. Nie mieliśmy w domu NICZEGO dla noworodka i to jak najbardziej dosłownie. W dodatku czas gonił… Tydzień po telefonie z OA byliśmy już w komplecie: półprzytomni z emocji i zmęczenia my oraz niczego nieświadoma, zdrowa i NAPRAWDĘ NASZA Księżniczka.

Tzw. karta dziecka, zawierająca dane maluszka i jego rodziny biologicznej, oczywiście znacznie odbiegała od ideału. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale można było z niej wyczytać ryzyko zaistnienia naprawdę wielu problemów różnej natury. Na początku mieliśmy niejasne wrażenie, że trzymamy na rękach tykającą bombę o niewiadomej sile rażenia, która prędzej czy później wybuchnie. Krótko po otrzymaniu pieczy zaczęliśmy więc zalecony przez neonatologa rajd po lekarzach, którzy po kolei wykluczali rozmaite przypadłości.

smiley-3905722_960_720

Nasza tykająca bomba vel Księżniczka Mimi ma dzisiaj dwa latka. Często, patrząc na nią, musimy z P. wzajemnie się przekonywać, że jest prawdziwa. Czasem zastanawiamy się, czym sobie zasłużyliśmy na takie szczęście. Mała rozwija się prawidłowo; może nie jest kolejnym wcieleniem Einsteina, nie mówi pełnymi zdaniami i nie dorosła jeszcze do odpieluchowania, ale też nie daje nam póki co żadnych poważniejszych powodów do niepokoju. Owszem, weszła w fazę buntu dwulatka, potrafi wpaść w histerię w najmniej odpowiednim miejscu czy momencie, jednak nie odbiega w tym zakresie od rówieśników urodzonych i wychowywanych w rodzinach biologicznych.

Jest towarzyska, dość śmiała i przeważnie pogodna. Zaraża śmiechem całe otoczenie. Jej niania* powiedziała nam ostatnio, że nigdy dotąd nie widziała dziecka, które jest tak urocze i… które tyle je 🙂 . W ciągu sześciu godzin młoda wchłonęła bowiem nie tylko przygotowany przez nas prowiant, ale dodatkowo dwie kromki domowego chleba z sardynką (?!) i całego naleśnika z jabłkami.

Nasza córcia dba o najbliższych po swojemu, na przykład sprawiedliwie rozdając całuski; jeśli pójdzie cmoknąć tatę, to za chwilę przychodzi do mnie i na odwrót. Dzieli się jedzeniem, nawet jeśli oznacza to wpychanie nam do ust obślinionej bułki. Wypowiada słowo „misiu” w taki sposób, że za każdym razem się rozpływamy. Ostatnio zaczyna rozumieć pojęcie własności i bardzo konsekwentnie wylicza, co jest „tati”, co „mami” a co jej (czyli „moje” albo „Mimi”).

Chodzi spać regularnie i już od daaaawna przesypia całe noce (chociaż oczywiście od jednej i drugiej reguły zdarzają się wyjątki; jeden właśnie przed chwilą nastąpił 😉 ). Lubi chodzić do żłobka, a opiekunki mówią, że jest kochana. Ma niesamowicie bystre oko, potrafi dostrzec najdrobniejsze detale – na przykład pieska, który znajduje się… na koszulce lalki trzymanej przez dziecko na zdjęciu w ulotce reklamowej.

Garnie się do prac domowych; wyciera rozlane przez siebie picie, zbiera okruszki, wyrzuca śmieci („fufuje”) do kosza. Wstawia i rozwiesza pranie, naśladuje przygotowywanie potraw, próbuje odkurzać.

Pewnie, że czasem działa nam na nerwy – na przykład wtedy, kiedy wrzaskiem domaga się jakiejś błahostki (z punktu widzenia dorosłego oczywiście) i za nic nie daje się opanować; chwilami sprawia, że wzdychamy z rezygnacją – choćby wówczas, gdy po raz osiemnasty w ciągu poranka przynosi do układania te same puzzle; bywa i tak, że po prostu wykańcza nas fizycznie, do tego stopnia, że kładziemy się spać właściwie razem z nią.  Tylko co z tego, skoro każdy jej uśmiech wynagradza wszystko po stokroć?

Z dnia na dzień fakt przysposobienia przez nas Księżniczki traci swoją magiczną otoczkę. Przestaje być źródłem lęku, niepewności, niewiadomych, a staje się po prostu punktem startowym naszych rodzinnych perypetii.

unicorn-3964925_960_720.png

Jeszcze raz dziękując Karolinie za umieszczenie „Takich tam stożków…” w tak zaszczytnym rankingu, chcę tym wpisem podkreślić, że takie „różowe” i słodkie do bólu historie adopcyjne też się zdarzają. Może nie ma w tej baśni tęczy i jednorożców, ale za to jest Księżniczka w piżamce z ukochaną Myszką Minnie i z podusią w kształcie serca pod pachą.

*Niania wspomaga nas w sytuacjach awaryjnych, np. kiedy mała nie może jeszcze wrócić do żłobka po chorobie, a nam się skończyło zwolnienie lekarskie.