Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Reklamy
Taka tam ja..., Takie tam różne

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka 😉 ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

Takie tam różne

Smycz nasza powszednia

Już jestem! Dłuższe nieco milczenie było spowodowane koniecznością pisania innych, mniej przyjemnych rzeczy, ale o tym kiedy indziej.

Wpadł mi ostatnio w ręce zeszłoroczny tomik poetycki Marcina Świetlickiego. Znalazłam w nim taką perełkę:
„Spałem    źle.    W    tym    kraju,    w    którym    cała    populacja    nabożnie    kontempluje    przenośne telefony.    Już    niedługo    niemowlęta    będą    nimi    obdarowywane    z    okazji    chrztu.    Spałem źle.    W    tym    kraju,    w    którym    mrok    rozświetlają    błękitne    poświaty    z    ekranów.    Już    nie rozmawiają.    Wpatrują    się    w    zdjęcia    kotków.    Tylko    tyle    mają.    Źle    spałem.”

Przypomniało mi to taką sytuację sprzed kilku lat: niedziela, parę minut po 23. Z rozkosznego zasypiania wyrywa mnie dźwięk telefonu. Nie znam numeru, więc nie odbieram. Za chwilę jednak dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Coraz bardziej rozbudzona zaczynam myśleć trzeźwiej… Może coś złego spotkało któregoś z uczniów? Wiele się nie pomyliłam. Kiedy za trzecim razem odebrałam, w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
Dzień dobry! (o dwudziestej, kurde, trzeciej!) Tutaj Iksińska Grażyna, mama Adasia z pani klasy. Kojarzy pani Adasia?

Nie, skądże. Po co miałabym rozpoznawać własnych wychowanków?

Tak, oczywiście, Adasia – dukam zaspanym głosem – czy coś się stało?

Stało? Nie, dlaczego? Dzwonię do pani, bo chciałam zapytać, co Adaś ma przynieść na jutro na plastykę.

Nerwowo rozglądam się po sypialni w poszukiwaniu czegoś, co upewni mnie, że nie śnię. Oczywiście nie ma to sensu, bo w pokoju jest ciemno jak wiecie gdzie.

Przepraszam, ale ja nie uczę plastyki…

– No tak, ale jest pani wychowawcą czy nie? Chyba wie pani takie rzeczy?

– Przykro mi, nie wiem. Młodzież ma plastykę raz w tygodniu, Adaś był przecież w szkole… jeśli nie zapamiętał z lekcji, to zawsze mógł zapytać kolegów. Nawet w weekend, w końcu cała klasa ma Facebooka.

– No widzi pani, ale to wychowawca powinien dbać, żeby uczeń był przygotowany. Proszę, żeby zadzwoniła pani do nauczyciela plastyki i zapytała, co Adaś ma na jutro przynieść.

Już się rozpędziłam, żeby w niedzielę przed północą wydzwaniać do koleżanki, która w dodatku ma małe dziecko i musi rano dojechać 30 km do pracy, z pytaniem o taką pierdołę… Nawet nie jestem pewna, czy w ogóle miałam jej numer telefonu. Swoją drogą nie wiem, co miałoby to dać, skoro nieszczęsna plastyka była w poniedziałek o ósmej rano. Skąd pani Iksińska wzięłaby w ciągu nocy na przykład pomarańczową krepę albo złotą farbę w sprayu. Nieważne zresztą, bowiem grzecznie acz stanowczo odmówiłam.

Podobnych sytuacji zdarzyło mi się w karierze znacznie więcej, ale ta z mamą Adasia była chyba najbardziej ekstremalna. Chociaż może niekoniecznie, bo był jeszcze taki tatuś, który wydzwaniał do mnie w trakcie lekcji, po czym telefonował do dyrekcji ze skargą, że nie odbieram.

Piszę o tym dzisiaj, bo doszłam w życiu do momentu, kiedy marzy mi się choć tymczasowe odcięcie od świata, a w szczególności wszelkich jego elektronicznych dobrodziejstw. Telefony komórkowe zdecydowanie ułatwiają życie, czasem nawet ratują, ale równocześnie stanowią coraz bardziej uwierającą smycz. Ta wieczna potrzeba (a raczej konieczność) bycia w kontakcie  sprawia, że zacierają się granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne. I dlatego takie mamy Adasiów nie widzą niczego niewłaściwego w zawracaniu komuś du… głowy w taki sposób, jak wyżej.

Odwrotu już nie ma, wszyscy jesteśmy przypięci do tej technologicznej smyczy. Mój mąż w swojej poprzedniej pracy musiał być pod telefonem 24 na dobę. Odbierał połączenia służbowe nawet w podróży poślubnej i na pogrzebie babci. Miałam ochotę go zamordować (a w tym drugim przypadku pochować jego Blackberry razem z denatką), ale pewnie na jego miejscu postępowałabym tak samo.

Młodzież jest jednak w jeszcze bardziej przykrej i niepokojącej sytuacji. Dzieciaki mają coraz większe problemy z integracją, nie potrafią rozmawiać. Na przerwach siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekrany smartfonów. Pół biedy, jeżeli wzajemnie coś sobie na nich pokazują, choćby i te wspomniane przez Świetlickiego koty. Gorzej, jeśli każdy skupia się na własnym. Moja macierzysta szkoła próbowała niedawno wprowadzić zakaz używania komórek przez cały czas trwania zajęć. Rodzice się nie zgodzili, więc jest jak jest.

Nachodzi mnie w tym momencie pewna refleksja, całkowicie poważna. Ostatnio głośno było o samobójczej śmierci nastolatka, któremu rówieśnicy dokuczali ze względu na (wyimaginowany czy nie) homoseksualizm. W medialnych dyskusjach za tę tragedię na przemian oskarżano rodziców (bo nie potrafili dostrzec cierpienia syna oraz zapewnić mu wsparcia) i szkołę (za ignorancję i lenistwo nauczycieli, którzy nie chcieli widzieć, że chłopiec był gnębiony). Zapewne sporo prawdy jest i w jednych, i w drugich zarzutach. Mnie jednak zastanawia, czy przypadkiem nie pominięto sedna problemu. Myśląc o przemocy wśród młodzieży, my, dorośli, często mamy jej stereotypowy obraz, rodem z amerykańskich filmów o licealistach: grupka osiłków znęca się nad słabszymi, wyłudzając pieniądze albo wymuszając określone zachowania. Tymczasem współczesne prześladowania wśród nieletnich coraz częściej przenoszą się do sieci. W szkołach, w których pracuję, na korytarzach – poza pojedynczymi przypadkami – nie ma bójek, przepychanek, kłótni. Dzieciaki załatwiają sprawy między sobą tam, gdzie nie można ich kontrolować – w świecie wirtualnym. Oczywiście nie mam pewności, że tak było też w sytuacji wspomnianego chłopaka… ale myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

Tuż przed odejściem na urlop macierzyński zajmowałam się sprawą cyberprzemocy w roczniku mojej klasy. Ze względu na dobro poszkodowanej nie mogę napisać nawet anonimowo, o co chodziło, ale zdradzę Wam, że zarówno ja, jak i pedagog oraz dyrekcja byliśmy w szoku, iż tak młodym ludziom tak okrutne i obrzydliwe rzeczy mogą w ogóle przyjść do głowy. Na szczęście pokrzywdzona dziewczynka miała do mnie na tyle zaufania, że od razu zgłosiła mi problem. Otrzymała też ogromne wsparcie ze strony rodziców, którzy zresztą modelowo wręcz współpracowali ze szkołą przy wyjaśnianiu tej sprawy. Strach pomyśleć, jak potoczyłaby się historia, gdyby ofiara przemocy nikomu o niej nie powiedziała…?

Zdaję sobie sprawę, iż na złoty środek jest już za późno. Nie da się funkcjonować bez komórki i Internetu. Sama łapię się na tym, że zapomnienie telefonu z domu jest dla  mnie jak zgubienie inhalatora przez astmatyka. Dochodzi do tego jeszcze n-te prawo Murphy’ego: zawsze najważniejsze wiadomości i połączenia przychodzą wtedy, kiedy akurat nie można ich odebrać. Marzę jednak o tym, że skoro smyczy nie da się zerwać, to może można by ją chociaż jakoś poluzować? Macie jakiś pomysł, jak to zrobić?

A tymczasem kończę, bo telefon dzwoni… Czyżby znowu niecierpiące zwłoki zaproszenie na superpokaz supergarnków?

Takie tam różne

O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. 😉 Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…