Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…

Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Taka tam rodzina adopcyjna

Rozmowa z alter ego i co wynikło z tego

friendship-2156174_960_720

Amicus alter ego” – głosi łacińska sentencja. Przyjaciel w niektórych przypadkach całkiem dosłownie bywa „drugim ja”. F. i ja znamy się od podstawówki. Nasze losy splatały się w tak pokręcony sposób, że można byłoby napisać o tym książkę. Może zabrzmię jak nawiedzona, ale nierzadko odnoszę wrażenie, iż łączy nas jakaś niewidzialna nić, która nieraz powodowała, że np. potrafiłyśmy się identycznie ubrać albo napisać takie same wypracowania ani razu się ze sobą nie konsultując. Na bal ósmych klas przyszłyśmy w bliźniaczo podobnych sukienkach i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że F. swoją szyła na miarę, a ja kupiłam moją w lokalnym butiku. Być może z powyższych powodów nauczyciele notorycznie nas mylili, mimo że reprezentujemy odmienne typy urody. Miałyśmy jednolity gust, wspólnych przyjaciół, a nawet… chłopaka (na szczęście nie w tym samym czasie! 😉 Żeby było zabawniej, każda z nas poznała go w zupełnie innych okolicznościach i w innej części Polski). Podczas ostatniej wizyty u mnie w domu (lata świetlne temu niestety) F. parsknęła śmiechem już przy wejściu, wskazując na stojące w przedpokoju moje nowe sandały. Przyszła w identycznych…

Obecnie F. mieszka za granicą ze swoim mężem. Nie miałam okazji poznać go osobiście, ale kiedy o nim opowiada, to jakby opisywała mojego P., tyle jest między nimi podobieństw. Niedawno pochwaliła się, że oczekują potomka. Zaczęła opowiadać o ciążowych dolegliwościach i właściwie tym przypomniała mi, że nie urodziłam mojej latorośli.

Od adopcji minął rok i dwa miesiące. Księżniczka jest naszą córką tak samo, jak ja jestem córką moich rodziców. Na co dzień nie myślę o tym, że kto inny powołał ją na świat. Owszem, temat przysposobienia stale gości w naszym życiu, często wypływa choćby tutaj, na blogu, ale pozostaje jakby trochę obok rodzinnej zwyczajności.

Makbetka Junior rośnie w zastraszającym tempie i wspaniale się rozwija. Nieustannie zaskakuje nas nowymi umiejętnościami. Na Boże Narodzenie i roczek dostała dwa kubki 360 stopni. Kilkakrotnie próbowaliśmy ją nauczyć korzystania z nich – bezskutecznie. Już myśleliśmy, że to po prostu wynalazek nie dla niej. Tymczasem kilka dni temu wzięła ze stolika mój kubek z wodą i zwyczajnie się z niego napiła. Co prawda połowa zawartości wylądowała na jej sukience, ale od czegoś trzeba zacząć 🙂 . Chwilę później nalałam jej wodę do jednego ze wspomnianych kubków 360 i od tamtej pory mała swobodnie z niego pije. Próbuje również sama się czesać (przeważnie odwrotną stroną grzebienia) i zakładać buty (swoje, moje i P., czasem jednocześnie). Mówi nadal głównie po swojemu, ale coraz więcej rozumie i komunikuje – np. przynosząc swoją podusię, pukając dłonią w kuchenny blat albo wkładając nam do ręki butelkę na mleko.

Wraz z samodzielnością wzrasta też jej upór. Podczas spacerów nie chce chodzić za rączkę, a my jeszcze nie wymyśliliśmy, jak ją tego nauczyć. Nie daje sobie założyć żadnego nakrycia głowy, co w czasie obecnych upałów nieco komplikuje przebywanie na świeżym powietrzu. Bardzo często próbuje dźwigać zbyt ciężkie i nieporęczne dla siebie przedmioty (np. pudło zabawek albo poduszkę oparciową z narożnika) i okropnie się złości, kiedy nie daje rady. W ogóle twarda z niej sztuka. Kilka dni temu przewróciła się na placu zabaw i to tak niefortunnie, że wykonała przewrót w przód , zdzierając sobie przy tym skórę z nosa i policzka. W pierwszej chwili rozejrzała się zaskoczona, po czym natychmiast wstała i ruszyła przed siebie. Parę minut wcześniej starszy od niej chłopiec wjechał na hulajnodze w kolczaste krzaki*, co skończyło się wielką (i rzecz jasna zrozumiałą) histerią. Jego rodzice, zobaczywszy upadek Księżniczki, zapewne chcąc synka jakoś pocieszyć, powiedzieli: „Zobacz, dziewczynka też się przewróciła i będzie płakać”. Tymczasem rzeczona dziewczynka podniosła się, spojrzała na nich, wyszczerzyła fsystkie dziesięć zębów w uśmiechu i dziarskim krokiem powędrowała w stronę konika na sprężynie.

Ostatnio pozbawiła mnie śniadania, wyciągając z torby zakupów reklamówkę z pieczywem i częstując się świeżutką, chrupiącą bułą. Była przy tym tak szczęśliwa i tak dumna z siebie, że pomimo burczenia w brzuchu mnie też udzielił się świetny nastrój.

sand-2548132_960_720

Rośnie nam więc łobuziara w królewskiej koronie, która zapewne będzie wymagać tyle samo miłości, ile konsekwencji. Jeżeli i tutaj zadziała zasada podobieństwa między F. i mną, to za niecałe 2 lata również ona będzie miała do czynienia z podobnym małym rozrabiaką, czego jej z serca życzę.

*Geniusza, który kazał obsadzić plac zabaw dla maluchów  krzaczorami pełnymi kolców, wrzuciłabym w te zarośla klejnotami w dół.

Droga po szczęście

Wylewanie dziecka z polityczną kąpielą

Staram się nie zajmować polityką na Stożkach. Obawiam się zabłądzenia pomiędzy te  zakamarki internetu, w których ludzie skaczą sobie do gardeł, obwiniając na zmianę PiS i PO o to, że pada deszcz albo że po niedzieli następuje poniedziałek, a nie na przykład środa.

time-1485384_960_720

O niektórych kwestiach jednak nawet mnie trudno milczeć. Jedną z nich jest pomysł wydłużenia czasu na potwierdzenie zrzeczenia się dziecka po porodzie z obecnych 6 do 14 tygodni. W teorii brzmi to mądrze: przeciwdziała pochopnemu rozdzieleniu matki z noworodkiem, daje dodatkowe miesiące na znalezienie pomocy materialnej oraz innych form wsparcia. Medialna propaganda działa zwłaszcza na wyobraźnię osób niemających nic wspólnego z rodzicielstwem zastępczym ani adopcyjnym, którym się wydaje, że obecnie kobiety w trudnej sytuacji życiowej są zachęcane lub wręcz zmuszane do rezygnacji z praw rodzicielskich.

A jak to wygląda w praktyce? Zacznę od opisania rzeczywistego przypadku z mojego otoczenia; na jego podstawie będzie mi łatwiej omówić szkodliwość takiej ustawy. Karolina ma 22 lata i jest narkomanką. Niedawno sąd odebrał jej prawa do dwojga małych dzieci – trzyletniego i półtorarocznego. Podczas rozprawy nie protestowała; przeciwnie, przyznała, że nie chce walczyć z nałogiem i nie potrafi się zająć dziećmi. Przy okazji ujawniła też, że jest w trzeciej ciąży i zadeklarowała oddanie maluszka do adopcji zaraz po porodzie. Formalnie (w myśl aktualnych przepisów) będzie to mogła zrobić dopiero wtedy, kiedy bobas przyjdzie na świat, a po sześciu tygodniach i tak będzie musiała potwierdzić swoją decyzję przed sądem.

Dlaczego uważam, że wydłużenie tego czasu jest szkodliwe? Pytanie do pomysłodawców tej ustawy: jak sądzicie, co się wtedy dzieje z dzieckiem? Podpowiem: po porodzie nie zostaje z matką biologiczną, która chce się go zrzec. Trafia do domu dziecka, ewentualnie do ośrodka preadopcyjnego, rzadziej do pogotowia opiekuńczego. Jest zatem umieszczane w placówce, w której nie ma większych szans na nawiązanie stałej, bezpiecznej więzi z jednym lub dwoma opiekunami. Takie sytuacje jak nasza, czyli preadopcja noworodka, należą do wyjątków i są obarczone sporym ryzykiem. Nie wszyscy rodzice adopcyjni są gotowi przyjąć dziecko, które w każdej chwili może zostać im odebrane – tym bardziej, że w naszym kraju nie funkcjonuje żadna forma pomocy psychologicznej dla takich osób. Wracając do meritum: 6 tygodni to być może niewiele dla kobiety po porodzie, ale niezmiernie długo dla noworodka, który w tym czasie bardzo intensywnie się rozwija. Obecnie rząd chce skazać opuszczone maluszki na minimum 3,5 miesiąca pobytu w placówce, a w rzeczywistości nawet dłużej, bowiem dopiero po upływie tego czasu ruszy cała machina adopcyjna.

Może też się zdarzyć tak, że matka biologiczna nie stawi się w sądzie w wyznaczonym terminie, żeby potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się potomka. Wtedy oczywiście należy wyznaczyć nową datę posiedzenia sądu, a przede wszystkim ustalić miejsce pobytu kobiety, co czasem graniczy z niemożliwością (wiem, co mówię, bo takie ryzyko istniało również w naszej historii; na szczęście wszystko zakończyło się pozytywnie dla Księżniczki). Przez cały ten czas dziecko nadal pozostaje w placówce lub, co gorsza, jest przenoszone do innego domu dziecka czy rodziny zastępczej – czyli doświadcza kolejnej zmiany miejsca, opiekunów i rytuałów. Dla noworodka to prawdziwa rewolucja, w jak najgorszym znaczeniu tego słowa.

Jeśli wierzyć ośrodkom adopcyjnym, po wprowadzeniu programu 500+ niewiele kobiet decyduje się na zrzeczenie praw do noworodka, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre – bo oznacza, że źródłem takich decyzji nie jest bieda. Złe – gdyż perspektywa korzyści finansowej nie zawsze idzie w parze z troską o zaspokojenie potrzeb maluszka… czasem oznacza po prostu więcej pieniędzy na używki. Matki, które mimo wszystko rezygnują z opieki nad dzieckiem zaraz po porodzie, czynią to  z różnych powodów, np.:
– świadomość uzależnienia od używek i brak motywacji do podjęcia leczenia (jak u wspomnianej Karoliny);
– niedojrzałość do roli mamy albo niechęć do posiadania dziecka;
– ciąża w wyniku gwałtu lub/i kazirodztwa;
– urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego, nieakceptowanego przez współmałżonka;
– brak warunków (nie tylko materialnych!) do wychowania potomka – np. przemoc w domu, styl życia kolidujący z rodzicielstwem etc.

Większość tych kobiet podejmuje decyzję już na etapie ciąży, dlatego przywoływana często jako argument za zmianą prawa depresja poporodowa nie znajduje tu zastosowania. Inna sprawa, że w przypadku podejrzenia takiej depresji każda pacjentka powinna uzyskać specjalistyczne wsparcie, żeby uniknąć różnego rodzaju tragedii, z samobójstwem włącznie.

Ostatnio zastanawiałyśmy się z Izzy, czy istnieją jakieś statystyki, obrazujące, ile kobiet faktycznie zmienia decyzję o oddaniu dziecka do adopcji w trakcie tych ustawowych 6 tygodni. Obie słyszałyśmy o takich przypadkach, ale nie na tyle często, żeby uznać je za regułę. Mnie się wydaje, że skoro odwołanie woli zrzeczenia następuje bez żadnych kroków prawnych, to takie statystyki nie są prowadzone – poprawcie mnie proszę, jeżeli nie mam racji, bo chętnie się z nimi zapoznam, jeśli istnieją.

Jedną kwestię muszę w tym miejscu jasno zaznaczyć: uważam, że rozdzielanie biologicznej matki z jej dzieckiem zawsze jest złem. Gdyby Księżniczka mogła pozostać z tą, która ją urodziła, to chciałabym tego dla niej, nawet za cenę własnej traumy albo długiego czekania na ten właściwy telefon z OA. Tak się jednak nie stało… i właśnie dzięki obecnym przepisom ona  i wiele innych dzieci mogło bardzo szybko trafić do kochających rodzin, w których otrzymały szansę na normalne dorastanie. Biologicznym rodzicom pokrzywdzonym przez los naprawdę szczerze, z serca współczuję. Trzeba natomiast pamiętać, że w znacznej większości mówimy tu o dorosłych, którzy z założenia powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Bywa z tym różnie, a konsekwencje ponoszą niestety dzieci, które najwyraźniej mało obchodzą kolejnych rządzących.

alkoghol-2714482_960_720

Pamiętacie Marka – ojca zastępczego, który był bohaterem jednego z niedawnych wpisów?[KLIK]  Rozmawiałam z nim ostatnio właśnie na temat, który poruszam w tym tekście. Marek nakreślił mi portret rodziców biologicznych swoich (byłych i obecnych) podopiecznych. Z jego opowieści wyłania się niestety ponury obraz ludzi, którzy kompletnie nie panują nad swoim życiem: przegrywają z nałogami, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, nie potrafią w minimalnym stopniu zadbać o dom. Większość z nich deklaruje miłość do dzieci i zapowiada walkę o nie, po czym… ani razu się nie pojawia, nie dzwoni, nie interesuje się nimi… aż do kolejnej rozprawy, gdzie historia zatacza koło. Taki stan zawieszenia trwa nierzadko latami, bowiem sądy dają wiarę zapewnieniom rodziców i ofiarowują im kolejne szanse. Jak to znoszą dzieci? Część z nich bardzo tęskni i karmi się marzeniami o tym, że mama przestanie pić, tata znajdzie pracę i rodzina będzie znowu razem. Część natomiast rozpaczliwie wypatruje normalności, czeka na nową mamę, która jednak nie może się pojawić, dopóki sąd nie uwolni ich prawnie. Obie te postawy generują bunt, rozczarowanie, problemy emocjonalne i ogólnorozwojowe.
Marek uświadomił mi też, że po zmianie przepisów gminy mają dostawać jakieś gratyfikacje finansowe od rządu, jeżeli określony odsetek dzieci odebranych rodzinom biologicznym w ciągu roku do nich wróci. Według mnie ta praktyka jest ogromnie niebezpieczna, bo będzie oznaczała naciski na oddawanie dzieci rodzicom stosującym przemoc lub głęboko uzależnionym – tylko po to, żeby statystyki się zgadzały.

Aż mnie korci, żeby zastosować tutaj taki infantylny sarkazm i zaproponować wydłużenie czasu na wszelkie decyzje rodziców biologicznych aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości, ale boję się, że niechcący dostarczę inspiracji komuś na Wiejskiej…

Napiszę więc tylko, że tytułowe wylewanie dziecka z kąpielą to robienie mu krzywdy pod pozorem zapewnienia integralności rodziny, która w rzeczywistości i tak nie istnieje.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.