Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Kim są rodzice adopcyjni?

O, jaka podobna do mamy! – zagadnęła mijana na ulicy kobieta. Jeszcze nie nauczyłam się reagować na takie komentarze, czego nie można powiedzieć o Księżniczce.

Do mamy! – powtórzyła ochoczo i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Wracałyśmy właśnie ze spaceru. Chwilę później, przed klatką schodową, natknęłyśmy się na sąsiadów z piętra niżej.

Cieeeeść! – zawołała z daleka moja latorośl i pomachała rączką.

Nie „cześć”, tylko „dzień dobry” – poprawiłam ją.

Nie przesadzaj, sąsiadka, przecież się kulturalnie przywitała… -uspokoił mnie pan J. i dodał: kulturalni rodzice, to i kulturalne dziecko.

Nie zdążyłam się całkiem rozpłynąć po tym komplemencie, bo do akcji wkroczyła jego żona. Złapała mnie za łokieć i teatralnym szeptem powiedziała:

Ona się robi taka do was podobna, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że adoptowana.

Pani J. jest przesympatyczną kobietą, traktującą Księżniczkę niemal jak jedno ze swoich wnucząt (ma ich zresztą tyle, że nie umiemy się z mężem doliczyć). Należy jednak do pokolenia uważającego przysposobienie za wstydliwy sekret, którego nie należy zdradzać nikomu, a zwłaszcza adoptowanemu dziecku. Trudno powiedzieć, za kogo uważa w takim razie rodziców ado – pewnie sama nigdy się nad tym nie zastanawiała.

taxi-3695843_960_720

Pomysł na dzisiejszy wpis zaczerpnęłam od Izzy – nie tylko dlatego, że sama dopiero co poruszyła podobną tematykę. Opowiadała mi kiedyś o dalekiej znajomej, która twierdziła, że pamięta ją w ciąży. Otóż niedawno spotkała mnie identyczna sytuacja. Pani taksówkarka (jest takie słowo?), z którą zdarza mi się czasem jeździć, zapytała o wiek mojej córeczki. Odpowiedź skomentowała w stylu: „Jejku, to już dwa latka? A pamiętam, jak jeszcze panią w ciąży woziłam…” Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że też to pamiętam. Nie dlatego, że chciałam skłamać… ani dlatego, że mam urojenia ;). Po prostu nasza rodzina rozwija się tak naturalnie, że na co dzień nie myślimy o tym, iż jej początki były niestandardowe.

I tu dochodzę do sedna sprawy: KIM SĄ RODZICE ADOPCYJNI?

MAMĄ i TATĄ. Ludźmi często po przejściach, po latach prób, starań i wyrzeczeń – ale czyż nie jest to charakterystyka również wielu rodziców biologicznych? Nie są natomiast żadnymi bohaterami, którzy dokonali nie wiadomo czego. Chyba że nazwiemy tak wszystkich zjadaczy chleba, herosów dnia codziennego, którzy łączą wychowanie dziecka z pracą, spłacaniem kredytu i innymi obowiązkami. Wtedy jestem się w stanie zgodzić z taką nomenklaturą ;). A poważnie – rozróżnienie na rodziców adopcyjnych i nieadopcyjnych miało dla nas znaczenie na etapie samej procedury i krótko po przysposobieniu, kiedy jeździliśmy z malutką po lekarzach i każdemu z nich musieliśmy od początku opowiadać część jej historii. Na pewno ten temat wróci, kiedy będziemy rozmawiać z Księżniczką o jej korzeniach. Na co dzień jednak jesteśmy zupełnie zwyczajną rodziną ze zwyczajnymi problemami.

stormtrooper-2296199_960_720.jpg

Na przykład takimi, że młoda jednym ruchem wyrwała drzwi szafki, które owszem, dało się z powrotem przykręcić, ale wyregulować to już za diabła się nie da. Albo że uwielbia udawać chorą. Wyciąga wtedy swój zestaw małego lekarza, kładzie się do łóżka i woła: „Mama (tata, psiapsia etc.) chodź, badamy Księżniczkę!” – i czeka na wszelkiej maści zabiegi niecierpliwie jak pacjent w kolejce na NFZ ;). Albo jeszcze takimi, że przedwczoraj zdrzemnęła się w samochodzie teścia przez 10 minut, wskutek czego do 22. nie dała się położyć spać, za to przez pół godziny płakała, bo podaliśmy jej nie tę podusię 😉

To są takie problemy, o których jeszcze kilka lat temu marzyłam, patrząc na kolejny negatywny test ciążowy…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Dworska rutyna, czyli dzień z życia Księżniczki Mimi

Portale plotkarskie huczą od nagłówków o tym, że księżną Meghan przytłacza monotonia przypisana roli żony królewskiego potomka. Co się za nimi kryje – nie wiem, bo nie czytałam. Od wybranki Harrego o wiele bardziej interesuje mnie inna Księżniczka, której to szara codzienność na pewno do niczego nie zniechęca.

buckingham-palace-978830_960_720

Następczyni tronu wstaje skoro świt, a w zimie nawet wcześniej. Procesowi temu towarzyszy dwoje jej nieodłącznych dworzan – OKU i PUBU. Tego pierwszego już prawie się pozbyliśmy, czas zresztą najwyższy, bo nasza potomkini jest już u progu trzeciego roku życia… ostatnio niestety nastąpił regres i bez OKU nie da się ani zacząć dnia, ani tym bardziej go zakończyć. PUBU z kolei przyjechała kiedyś w paczce i natychmiast zdobyła serce małej Księżniczki.

Po mlecznym śniadanku i porannej toalecie przychodzi czas na KOKĘ, a następnie wyprawa do żłobka. Mimi każe służbie zakładać sobie po kolei sialik, ciapę i buti, cierpliwie pozwala przyodziać się w kurtkę oraz rękawiczki, a potem bez protestu wędruje do innych dzieci. Po drodze zazwyczaj głośno komentuje żłobkową gazetkę, na której obecnie znajduje się rodzinka BABAŁów (wskazując na największego z nich, krzyknęła ostatnio „tata!” – do dziś nie wiem, czy mówić o tym mężowi…). Jej zachwyt budzi też inny element wystroju, mianowicie JAĆKI. Mogłaby na nie patrzeć bez końca, gdziekolwiek się z nimi nie zetknie.

Odbieraniu ze żłobka także towarzyszy pewien rytuał. Księżniczka robi obchód po szatni, nazywając obrazki na szafkach innych dzieci: pieski, kotki, króliczki i kilka gatunków ZIZIZI. Następnie ubiera się i schodzi do królewskiej limuzyny (hue, hue, hue…), po drodze dostając mały kawałek BUŁI. Jeśli pogoda pozwala, powrót na rodzinne włości jest poprzedzony spacerem, podczas którego trzeba uważać na BUM-BUM i TITIT. Zdarza się, że w przechadzce towarzyszy nam PSIAPSIA, co jest możliwe po uprzednim zrobieniu AJO.

sandburg-1639994_960_720

Po powrocie na pokoje Mimi oddaje się zabawie. W ruch idą klocki Duplo lub drewniane, misie, lalki, książeczki, kolorowanki, znikopis, piłku albo KOKU. Jeśli zdobienie ojcowskiej bluzy naklejkami z filmów Disneya bądź wykonywanie operacji CIA-CIA na drewnianych smakołykach okazuje się zbyt męczące, Księżniczka robi przerwę na BAJ, przekąszając BAMAMem. Nie zawsze umie jeszcze zadbać, żeby podczas igraszek nic jej nie PAŁO. Bywa i tak, że któraś z zabawek niby przypadkiem się zawieruszy. Wtedy należy zrobić hoku-poku, czyli przykryć sobie tylko znane miejsce kuchennym ręcznikiem, wypowiedzieć zaklęcie, poczarować rączkami, podnieść ściereczkę i obwieścić sukces, krzycząc na całe gardło, że JEEEEŚ!

Wieczory w życiu Księżniczki także są całkiem zwyczajne. Mimi sprząta po sobie, nawet jeśli ten proces ogranicza się do znajdowania różnych FUFUJów i odnoszenia ich tam, gdzie FUFUJe odnosić należy. Tym sposobem nadchodzi czas na kąpiel, założenie piżamki i kolację – przeważnie w postaci mleka, nawet jeśli zainteresowanej marzy się KAŁA i SIACHO.

noble-789501_960_720

W tym miejscu muszę się pochwalić, bo od jakiegoś czasu nasza królewska latorośl zasypia dosłownie w kilka minut, nie wymagając od nas żadnych dodatkowych zabiegów… oczywiście poza dostarczeniem OKU i PUBU.

Jak widać, rutyna na królewskim dworze potrafi być wyczerpująca, ale nic nie wskazuje, żeby była równoznaczna z nudą.

Na zakończenie tego sprawozdania Księżniczka Mimi ogłasza konkurs, w którym do wygrania może być na przykład kartka z jej autografem. Aby wziąć w nim udział, należy rozszyfrować zaznaczone na kolorowo królewskie neologizmy. Wszelkie pomysły mile widziane 🙂

Taka tam rodzina adopcyjna

Z przedświątecznego pamiętnika Księżniczkowej matki

Piątek, godzina 23.00

Księżniczka, wyrwana ze snu przez wystrzał petardy, wchodzi do salonu, w którym właśnie skończyliśmy stawiać choinkę. Podchodzi do drzewka, otwiera szeroko oczy, pokazuje na nie paluszkiem i mówi: „Woooow!”  Kilka minut później wraca grzecznie do łóżeczka, a my już wiemy, że jutrzejszy dzień będzie dla niej pełen przygód.

christmas-tree-1149619_960_720

Sobota, godzina 19.00

Przed południem ubieraliśmy choinkę. Właściwie to Księżniczka ubierała. Wieszała bombkę za bombką, aniołka za aniołkiem, dzwoneczek za dzwoneczkiem… wszystko na jednej gałęzi. A potem odkryła, że tych gałęzi jest więcej i na każdej można umieścić tyle ozdób, ile wlezie. Jeśli natomiast zrobi się za ciasno, to wystarczy coś zdjąć i przewiesić na inną gałązkę… i tak w kółko. Całkiem poważnie rozważamy z P. rozstawianie choinki co sobotę, przez cały rok. Księżniczka zajmie się przystrajaniem, a my w tym czasie zdążymy posprzątać, ugotować obiad i jeszcze wyskoczyć na paznokcie (ja) albo inne piwo (mąż). Co więcej, ubieraniu drzewka mała poświęciła tyle energii, że zaraz potem urządziła sobie trzygodzinną drzemkę.

kula.jpg

Marzenia trzeba jednak zostawić na później, bo w ferworze przedświątecznych przygotowań nasza latorośl zrzuciła z oparcia fotela szklaną kulę śnieżną (co one tam w ogóle robiły? I kula, i Księżniczka?!), która roztrzaskała się na tryliard okruszków. Obecnie sytuacja przedstawia się tak, że młoda skacze tacie po brzuchu, a ja zbieram szkło… na tryliard sposobów, bo to badziewie jest wszędzie.

Niedziela, 22.30

Gotowałyśmy dziś razem barszcz. Ściślej – ja gotowałam, zaś Księżniczka stała koło mnie na swoim podeściku, komentując moje działania poważnym „noooo” albo pełnym nadziei „mniam!”. W istocie, barszcz wyszedł przepyszny. Jeśli ktoś reflektuje, to mamy więcej.

barszcz

Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że w noc przed wigilią nigdy nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice puszczali mi wtedy pastorałki Krawczyka („Nie chcesz spać, bo dzisiaj noc niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok układały nas do snu” albo „Jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”) i pozwalali czuwać, dopóki nie padłam. Księżniczka, chociaż z bożonarodzeniowego klimatu jeszcze niewiele rozumie, chyba wdała się pod tym względem we mnie, bo dziś też nie mogliśmy jej położyć. Usnęła po 21., rozczarowana, że zasiedliśmy z małżonkiem na kanapie, zamiast robić coś ciekawszego… na przykład kolejny barszcz.

Żarty żartami, ale jest coś niesamowitego w tym, że nasz mały Bąbelek, który rok temu ledwo samodzielnie wstawał, asystuje już w przygotowaniach do Wigilii. Ta jej dziecięca radość z prozaicznych czynności, błysk w oczach na widok rozświetlonej choinki i atak śmiechu, kiedy mąż zakłada jej na głowę czapkę św. Mikołaja, udzielają się i nam. Wszystko nabiera sensu na nowo. Mimo tego, że święta już jutro, a u nas na stole zamiast sianka i opłatka leżą puzzle, ręczny odkurzacz, płócienny worek z Minnie i opakowanie mokrych chusteczek, to gwiazdkowy klimat zagościł w naszych czterech kątach na dobre i chyba szybko nas nie opuści.

angel

Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć choć kilku dni wytchnienia. Umiejętności odpuszczenia sobie i innym. Pojednania z tymi, do których najtrudniej jest wyciągnąć rękę. A nade wszystko – takiej właśnie dziecięcej radości, pozwalającej patrzeć na błyszczącą światełkami choinkę niczym na ósmy cud świata albo zachwycać się babcinymi pierogami jakby pochodziły z restauracji o pięciu gwiazdkach Michelin.

Na życzenia noworoczne jeszcze przyjdzie czas, a póki co – po prostu Wesołych Świąt. Przez wielkie „W” i jeszcze większe „Ś”.

Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…