Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Reklamy
Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Taka tam rodzina adopcyjna

Słodki smak spokoju

Siedzę wygodnie na kanapie, rozkoszuję się ulubioną kawą i zagryzam pralinkami – dokładnie tymi, których jeść nie powinnam. Jeszcze przed Nowym Rokiem ustaliliśmy z P., że przestajemy kupować do domu jakiekolwiek słodycze. Postanowiliśmy zjeść to, co nam zostało ze Świąt, po czym zrobić sobie odwyk od niezdrowego – zwłaszcza słodkiego – żarcia.

pusta bom

Udało nam się dotrzymać tego połowicznie. Faktycznie, od Bożego Narodzenia nie kupiliśmy nawet kostki cukru. W pierwszych dniach stycznia skończyły nam się gwiazdkowe zapasy. I wszystko byłoby ok, gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń, że tak sobie pozwolę zapożyczyć sformułowanie z literatury 😉 . Najpierw dorwała mnie na parkingu sąsiadka, której dałam kiedyś dwie torby ubrań po Księżniczce – na tyle dawno, że zdążyłam o tym zapomnieć. Sąsiadka jednak najwidoczniej pamiętała, bowiem postanowiła w ramach wdzięczności obdarować mnie Ptasim Mleczkiem – takim, wiecie, XXL, +25% gratis, milion pięćset sto dziewięćset dodatkowych kosteczek. Próbowałam protestować, ale skrobanie auta przy mrozie, wietrze i perspektywie spóźnienia do pracy nie jest najlepszym tłem do przesadnie długiej demonstracji wrodzonej skromności, toteż w końcu wpakowałam słodkości na tylne siedzenie, jednocześnie zapewniając sąsiadkę, że Księżniczka ciągle rośnie, więc pewnie niebawem zapukam do niej z kolejną porcją fatałaszków. Ptasie Mleczko zamierzałam postawić na stole w pokoju nauczycielskim, ale zapomniałam go zabrać z samochodu i tym sposobem znalazło się w naszym domu. Dzień później odwiedziła nas towarzyszka moich dawnych harcerskich wędrówek z kolejną bombonierą, zaś jeszcze następnego dnia, jakby się ktoś zmówił, jedna z uczennic wręczyła mi kartonik Raffaello w podziękowaniu za pomoc w wypełnianiu dokumentów na zagraniczne studia. Odmówiłam przyjęcia upominku, nie tyle nawet ze względu na dietę, ile na niezręczność sytuacji, bo w końcu nie zrobiłam dla niej niczego, co nie należałoby do moich obowiązków. Sprytna podopieczna chwilę później zaniosła to pudełeczko do pokoju nauczycielskiego i poprosiła któregoś z kolegów, żeby mi je przekazał. Zjadłam jedno, resztę zostawiłam na stole, dumna, że robię jednocześnie coś dla innych i dla siebie. Myślałam, że to już koniec tej słodkiej passy, ale nie. W sobotę rano przyjechali teściowie, zostawiając nam kawał ciasta („Bo kupiłam w tej pysznej cukierni koło was, to macie, co wam będę żałować”) i torbę pralinek („Nie wiem, skąd je mam, zjedzcie sobie”). Po południu odwiedziła nas jeszcze J. ze swoją mamą i kolejną bombonierą.

Ta ostatnia nadal stoi zamknięta, póki co dobierała się do niej wyłącznie Księżniczka. Mnie się „niechcący” sięgnęło do tej torby od teściowej, no i zajadam do kawy, tłumacząc samej sobie, że  chwila warta jest tej grzesznej celebracji. I tu dochodzę do meritum. Pamiętacie mój wpis o wizycie w przychodni na NFZ? Dzisiaj byliśmy na kontroli, polegającej głównie na omówieniu wyników ostatnich badań. Księżniczka jest zdrowa!!!

Nasza córcia, jak większość adoptowanych dzieci, miała tzw. obciążony wywiad. Wśród kilku niepokojących informacji najbardziej spędzała nam sen z powiek ta o chorobie jej mamy biologicznej, którą mogła niestety przekazać także dziecku. Lekarzy również to zaalarmowało, dlatego od razu dostaliśmy pilne skierowanie to odpowiedniej poradni. Co oznacza „pilne” według Narodowej Fabryki Zwątpienia, pisałam ostatnio. W każdym razie dzisiaj, po 10 miesiącach niepewności, otrzymaliśmy wreszcie potwierdzenie, że Księżniczka jest wolna od tego paskudztwa! (Tzn. choroby, nie eNeFZetu, ale dobre i to). Musicie przyznać, że jest to powód do świętowania. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym (prawie jak w tej cholernie irytującej reklamie Hepaslimin) jest to, że – poza jedną kontrolną wizytą za rok – nie będziemy musieli już jeździć do tej obskurnej przychodni. Nie wiem, kto i z jakim założeniem projektował jej budynek, ale według mnie nadaje się bardziej na biuro pobliskiego cmentarza (swoją drogą bardzo wymowna lokalizacja)… a na pewno nie na siedzibę zespołu poradni, w którym zagęszczenie pacjentów na metr kwadratowy bije na głowę Chiny, Indie, Biedronkę przed Sylwestrem i szczecińską komunikację miejską w godzinach szczytu. Dopełnienie tego uroczego obrazu stanowi jedna (koedukacyjna, a jakże) toaleta na całą przychodnię oraz spory kącik zabaw dla dzieci, wypełniony różnej maści zabawkami, z których brud sam już odpada. Chociaż na co dzień bywam dosyć wyluzowana w kwestii sterylności – w tym sensie, że np. nie wyparzam smoczka za każdym razem, kiedy wypadnie małej z buzi ani nie dezynfekuję dziecka, kiedy przypadkiem dorwie kota sąsiadów (kota też nie odkażam, żeby nie było) – to nie potrafię sobie wyobrazić Księżniczki bawiącej się albo, co gorsza, biorącej do ust obsmarkane przez innych pacjentów maskotki… Brr!!!

potw

W każdym razie jesteśmy już w domu – zdrowi, bezpieczni i szczęśliwi.

Komu pralinkę?

pralinki

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

Pastorałka dla Księżniczki

baby-2980940_960_720

Gdy śnieg sypie za oknami,

świat układa się do snu,

w domu brzmiącym kolędami

mam w ramionach Boży cud…

 

Tyle lat oczekiwania,

adwent, co dekadę trwał

pośród lęków i wahania…

Jednak Bóg nam Ciebie dał!

 

Jak w stajence przed wiekami

rzecz się stała niemożliwa,

tak Ty dzisiaj jesteś z nami

taka bliska i prawdziwa!

 

Słowo w ciało się zmieniło,

pośród ludzi zamieszkało,

chociaż wielu nie wierzyło

i nadzieję odbierało.

 

Mimo tego cud zagościł

w naszych zwykłych, skromnych progach

i wciąż uczy nas miłości,

pochodzącej wprost od Boga.

 

Córciu nasza, Aniołeczku,

zaśnij słodko w swym łóżeczku,

a my z tatą, wciąż wzruszeni,

wyszepczemy przytuleni:

 

Niech Cię do snu ukołysze

kolęd dźwięk, które świat nuci;

w tę cudowną nocną ciszę

niech Ci nic snu nie zakłóci.

 

sleeping child

Taka tam rodzina adopcyjna

Kto komu dodaje skrzydeł przed Świętami?

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie (Adam Mickiewicz)

Tam sięgaj, gdzie wzrost dosięga, łam, czego rodzic nie złapie (Księżniczka)

Pisząc „Odę do młodości”, nasz wieszcz narodowy miał 22 lata i chyba nie był jeszcze ojcem, a przynajmniej nie oficjalnie. Podejrzewam, że mimo tego w jego otoczeniu znajdowały się jakieś dzieci, bowiem fragmenty tego przełomowego utworu wypisz-wymaluj prezentują codzienność niemowlaka (bądź z niemowlakiem). Spójrzcie tylko na taki dwuwers:

„Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory”

Ową bryłą może być stolik kawowy, śmietnik na pieluchy tudzież trzykilowy worek ziemniaków. Słowem – wszystko, co da się przesunąć. Księżniczka literalnie pcha te przedmioty nowymi tory, zamieniając często także przód z tyłem albo pion z poziomem i dzielnie (inna rzecz, że mało skutecznie) walcząc z prawami grawitacji.

O, albo na ten fragment:

„W krajach ludzkości jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha.”

U Księżniczki te żywioły chęci często uaktywniają się właśnie wtedy, kiedy w naszej sypialni jeszcze noc głucha. Na przykład przedwczoraj o piątej rano wstała w łóżeczku, oparła się o barierkę niczym o balustradę balkonu i zaczęła… śpiewać. Nie wiem co, nie znałam tego kawałka… być może własną wersję „Ody do młodości”. No i niestety, w takich sytuacjach to już „nie ma zmiłuj”, jej miłość zionie takim ogniem, że nasz zaspany świat ducha musi wyjść z zamętu i okazać małej przynajmniej minimum zainteresowania.

W związku z tym, że Księżniczka opanowała do perfekcji sztukę raczkowania i wstawania, a także wspinania się na wszystko (choć to akurat w stopniu średnio zaawansowanym), musieliśmy obniżyć jej łóżeczko do najniższego poziomu. Lada chwila przyjdzie czas na wymontowanie trzech ruchomych szczebelków, a wtedy to już tylko witaj, jutrzenko swobody!

christmas-2994875_960_720

No dobra, a teraz poważnie. Ciasteczka upieczone, prezenty zapakowane, zakupy zrobione, sprzątanie w toku (a przynajmniej tak sobie wmawiam dla lepszego samopoczucia). Za chwilę zaczniemy z P. ubierać choinkę, co jest tym zabawniejsze, że jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie ją postawimy… ani tym bardziej jak ustrzeżemy przed naszym dziewięciomiesięcznym terminatorem. Rozważaliśmy powieszenie jej za oknem (choinki, nie terminatora), tak aby była widoczna tylko przez szybę, postawienie na balkonie u sąsiada naprzeciwko, namalowanie drzewka na ścianie zmywalną farbą albo przyczepienie kilku gałązek pod sufitem. Ponieważ jednak żadna z opcji i tak nie jest w stanie uchronić mieszkania przed destrukcyjną siłą raczkującego bobasa, P. zrezygnowany przytachał przed chwilą z piwnicy nasz sztuczny świerk.

Zmykam zatem go dekorować, natomiast Wam, Kochani, życzę, co następuje:

Żeby przy Waszych wigilijnych stołach zasiedli ci, którzy są najbliżsi Waszym sercom;

Żeby ciotka tym razem nie zalała obrusu barszczem, teściowa nie skrytykowała pierogów, a ojciec wyjątkowo nie mówił o polityce… a nawet, jeśli coś z tego nastąpi, życzę, abyście umieli skwitować to ze szczerym i beztroskim uśmiechem;

Żeby pod choinką czekały na Was prezenty dane z serca, choćby miały to być skarpety w renifery (tak sobie teraz myślę, dlaczego nikt nigdy mi takich nie kupił?);

Żeby w Waszych rodzinach ani w te Święta, ani w nadchodzącym 2018 roku nie zabrakło miłości, wyrozumiałości, wzajemnego szacunku, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Kochani!

Ps1. Izzy, Ahaja, J. – dziękuję za wspaniałe niespodzianki. Jesteście niesamowite!!!

Ps2. Rzucam się w wir przedświątecznych przygotowań, więc pewnie na kilka dni zamilknę. Zakładam, że Wy podobnie. Gdybyście jednak znaleźli chwilę oddechu pomiędzy karpiem a pasterką, to zapraszam już w wigilię do lektury króciutkiego, chociaż bardzo osobistego wpisu.