Taka tam rodzina adopcyjna

Z przedświątecznego pamiętnika Księżniczkowej matki

Piątek, godzina 23.00

Księżniczka, wyrwana ze snu przez wystrzał petardy, wchodzi do salonu, w którym właśnie skończyliśmy stawiać choinkę. Podchodzi do drzewka, otwiera szeroko oczy, pokazuje na nie paluszkiem i mówi: „Woooow!”  Kilka minut później wraca grzecznie do łóżeczka, a my już wiemy, że jutrzejszy dzień będzie dla niej pełen przygód.

christmas-tree-1149619_960_720

Sobota, godzina 19.00

Przed południem ubieraliśmy choinkę. Właściwie to Księżniczka ubierała. Wieszała bombkę za bombką, aniołka za aniołkiem, dzwoneczek za dzwoneczkiem… wszystko na jednej gałęzi. A potem odkryła, że tych gałęzi jest więcej i na każdej można umieścić tyle ozdób, ile wlezie. Jeśli natomiast zrobi się za ciasno, to wystarczy coś zdjąć i przewiesić na inną gałązkę… i tak w kółko. Całkiem poważnie rozważamy z P. rozstawianie choinki co sobotę, przez cały rok. Księżniczka zajmie się przystrajaniem, a my w tym czasie zdążymy posprzątać, ugotować obiad i jeszcze wyskoczyć na paznokcie (ja) albo inne piwo (mąż). Co więcej, ubieraniu drzewka mała poświęciła tyle energii, że zaraz potem urządziła sobie trzygodzinną drzemkę.

kula.jpg

Marzenia trzeba jednak zostawić na później, bo w ferworze przedświątecznych przygotowań nasza latorośl zrzuciła z oparcia fotela szklaną kulę śnieżną (co one tam w ogóle robiły? I kula, i Księżniczka?!), która roztrzaskała się na tryliard okruszków. Obecnie sytuacja przedstawia się tak, że młoda skacze tacie po brzuchu, a ja zbieram szkło… na tryliard sposobów, bo to badziewie jest wszędzie.

Niedziela, 22.30

Gotowałyśmy dziś razem barszcz. Ściślej – ja gotowałam, zaś Księżniczka stała koło mnie na swoim podeściku, komentując moje działania poważnym „noooo” albo pełnym nadziei „mniam!”. W istocie, barszcz wyszedł przepyszny. Jeśli ktoś reflektuje, to mamy więcej.

barszcz

Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że w noc przed wigilią nigdy nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice puszczali mi wtedy pastorałki Krawczyka („Nie chcesz spać, bo dzisiaj noc niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok układały nas do snu” albo „Jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”) i pozwalali czuwać, dopóki nie padłam. Księżniczka, chociaż z bożonarodzeniowego klimatu jeszcze niewiele rozumie, chyba wdała się pod tym względem we mnie, bo dziś też nie mogliśmy jej położyć. Usnęła po 21., rozczarowana, że zasiedliśmy z małżonkiem na kanapie, zamiast robić coś ciekawszego… na przykład kolejny barszcz.

Żarty żartami, ale jest coś niesamowitego w tym, że nasz mały Bąbelek, który rok temu ledwo samodzielnie wstawał, asystuje już w przygotowaniach do Wigilii. Ta jej dziecięca radość z prozaicznych czynności, błysk w oczach na widok rozświetlonej choinki i atak śmiechu, kiedy mąż zakłada jej na głowę czapkę św. Mikołaja, udzielają się i nam. Wszystko nabiera sensu na nowo. Mimo tego, że święta już jutro, a u nas na stole zamiast sianka i opłatka leżą puzzle, ręczny odkurzacz, płócienny worek z Minnie i opakowanie mokrych chusteczek, to gwiazdkowy klimat zagościł w naszych czterech kątach na dobre i chyba szybko nas nie opuści.

angel

Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć choć kilku dni wytchnienia. Umiejętności odpuszczenia sobie i innym. Pojednania z tymi, do których najtrudniej jest wyciągnąć rękę. A nade wszystko – takiej właśnie dziecięcej radości, pozwalającej patrzeć na błyszczącą światełkami choinkę niczym na ósmy cud świata albo zachwycać się babcinymi pierogami jakby pochodziły z restauracji o pięciu gwiazdkach Michelin.

Na życzenia noworoczne jeszcze przyjdzie czas, a póki co – po prostu Wesołych Świąt. Przez wielkie „W” i jeszcze większe „Ś”.

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…

Taka tam rodzina adopcyjna

Nadmorskie przygody Małej Księżniczki

IMG_20180720_202117.jpg

Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na urlopie nad Bałtykiem. Konkretnie w Unieściu. Wpłynęło na to kilka czynników, z których głównym był fakt, że moja znajoma niedawno się tam przeprowadziła i wraz z mężem wynajmują pokoje turystom. Mieliśmy więc pewność, że nie jedziemy w ciemno. Poza tym owa znajoma ma dwoje małych dzieci, dzięki czemu wiedzieliśmy, że jest to miejsce przyjazne maluchom (czytaj: że wszędobylskość Księżniczki ani jej ewentualny płacz nie będą przeszkadzać właścicielom, a w razie potrzeby będzie kogo poprosić np. o podgrzanie mleka lub przepranie ubranka). Nie pomyliliśmy się. Warunki były naprawdę przyzwoite, zwłaszcza za tak niską cenę. Dostaliśmy niewielki pokój ze świeżo wyremontowaną łazienką i dostępem do aneksu kuchennego. Sam budynek jest świetnie usytuowany – mniej więcej w połowie drogi między jeziorem a morzem. Jedynym minusem naszej kwatery było to, że pokój znajdował się na parterze od strony północnej i niestety w deszczowe dni wilgoć była odczuwalna niemal wszędzie. Poza tym same zalety 🙂 . Gdyby ktoś chciał namiary, to proszę o wiadomość prywatną. Chętnie się podzielę.

Znając temperament naszej córy, mieliśmy sporo obaw odnośnie tego wyjazdu. Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzimy np. podczas posiłków w restauracji albo pobytów na zatłoczonej plaży. Na szczęście żaden czarny scenariusz nie doczekał się realizacji. Księżniczka przez znakomitą większość czasu była pogodna i ciekawa świata. Właściwie dała nam się we znaki tylko raz, podczas końcowego etapu drogi na urlop. Najwyraźniej znudzona jazdą w foteliku przez dobre pół godziny płakała, nijak nie dając się uspokoić.  Awantura ustała zaraz po dotarciu na miejsce i już się nie powtórzyła.

Tytułowe przygody zaczęły się drugiego dnia pobytu. Otóż mała obudziła się rano… cała w czerwone kropki. Dosłownie, od stóp do głów. Czuła się przy tym bardzo dobrze, nie gorączkowała, nie miała żadnych innych objawów. Wygląd wysypki nie pozwalał na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy to ospa, pogryzienie przez jakieś owady czy może reakcja alergiczna np. na środki, w których prana była pościel. Internetowe konsultacje ze znajomymi rodzicami kazały przypuszczać, że to pierwsze. Ponieważ rzecz miała miejsce w niedzielę, nie było mowy o dostaniu się do lekarza. Postanowiliśmy obserwować córę i poczekać do następnego dnia. Wieczorem zauważyliśmy, że kropki w większości zanikły. Kolejnego ranka pojawiły się nowe, ale było ich zdecydowanie mniej. We wtorek po wysypce nie został nawet ślad. Do tej pory nie wiemy, co ją wywołało. Najważniejsze, że przeszło.

Druga przygoda była jednocześnie zabawna i smutna. W niedzielne popołudnie sąsiedni pokój zajęło starsze małżeństwo – na oko pomiędzy 70. a 80. rokiem życia. Pan cierpiał już na demencję, której objawem było m.in. to, że nie mógł zapamiętać, w którym pokoju mieszka, przez co ciągle niechcący wchodził do naszego. Było to tym smutniejsze, że na korytarzu znajdowało się tylko troje oddalonych od siebie drzwi, z czego jedne wyjściowe… Zdrowy człowiek, choćby nie wiem jak roztargniony, po prostu nie miał możliwości się tam zgubić. Nawet nasza kilkunastomiesięczna latorośl bez problemu trafiała do właściwego pomieszczenia… Wspomniany zabawny aspekt tej historii stanowił fakt, że nasz sąsiad mimo swojej przypadłości wciąż zachowywał pogodę ducha. Kiedy wchodził do naszego pokoju i odkrywał swoją pomyłkę, mówił na przykład: „Szukam pokoju, w którym sypia ta stara, no wiecie, moja żona” albo „Cholera, tutaj też nie mieszkam?”, ewentualnie „Melduję, że żyję i idę dalej”. Z rozmowy z gospodarzami dowiedzieliśmy się później, że starsza pani na co dzień opiekuje się nie tylko mężem, ale także zupełnie już niesamodzielną i schorowaną siostrą. Kilkudniowy wypad nad morze z małżonkiem był dla niej chwilą wytchnienia od codziennych obowiązków…

Z okazji opisywania naszych nadbałtyckich perypetii pozwolę sobie na małe lokowanie produktów, ale zaznaczam, że wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany ani nie powstaje na niczyje zamówienie. Po prostu dzielę się swoim doświadczeniem, licząc, że może komuś się przyda.

Krótko przed wyjazdem sprawiliśmy Księżniczce silikonową bransoletkę z wytłoczonym jej imieniem oraz naszymi numerami telefonów, tzw. „niezgubkę”. Wybraliśmy taką, której treść nie ulegnie przypadkowemu zatarciu, zalaniu lub innemu zniszczeniu ani też nie będzie zbyt dobrze widoczna z daleka. Oczywiście pilnowaliśmy naszej pociechy na każdym kroku i niezgubka się nie przydała. Mimo tego czuliśmy się odrobinę pewniej w tłumie plażowiczów, wiedząc, że w razie czego łatwiej będzie odnaleźć małą uciekinierkę. Poniżej wklejam link do aukcji, z której zamawialiśmy opaskę. Polecam z czystym sumieniem, bowiem wykonana jest naprawdę porządnie, a wysyłka nastąpiła ekspresowo.

https://allegro.pl/oryginalna-niezgubka-opaska-info-na-reke-dziecka-i7448779951.html

Drugi product placement dotyczy miejsca. Pierwszego dnia pobytu w Unieściu trafiliśmy na obiad do smażalni Rekin przy pensjonacie Stella Spa. Wbrew nazwie lokal ma w ofercie nie tylko ryby, ale także zupy, dania mięsne, pierogi, sałatki i inne pyszności, a w sąsiedniej sali znajduje się kawiarnia z bogatym wyborem kaw i deserów. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś szuka pięciogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin, to pewnie się zawiedzie. Natomiast dla zwykłego Kowalskiego, który chce zjeść smacznie, czysto, estetycznie, do syta, w przystępnej cenie i miłej atmosferze, jest to strzał w dziesiątkę. Zdecydowaliśmy się na zestaw dnia – zupę oraz kotlet de volaille z frytkami (do wyboru też ziemniaki lub ryż) i surówką. Wielkość porcji była dla mnie zaskoczeniem, bo właściwie najadłam się samą pomidorówką, resztę wchłonęłam z łakomstwa przy wsparciu Księżniczki. Wszystko było smaczne i świeże. Można powiedzieć, że zostaliśmy „tymczasowymi stałymi klientami” tego przybytku, bo tylko dwa razy poszliśmy na obiad w inne miejsce. Nade wszystko jednak na pochwałę zasługuje obsługa zarówno smażalni, jak i kawiarni. W całości złożona była z młodych ludzi, prawdopodobnie studentów, szukających wakacyjnego zarobku. Kultury osobistej, znajomości menu i otwartości na klienta naprawdę mógłby się od nich uczyć personel niejednej luksusowej restauracji.  Przykłady można by mnożyć, podam jeden, według mnie najbardziej wymowny.  Siedząca w wózku Księżniczka upuściła smoczek na posadzkę. Zanim się ruszyłam, doskoczył do nas kelner, podniósł go i od razu zaproponował, że pójdzie wyparzyć. Dla porównania – w zeszłym roku w jednej z sopockich kawiarni baristka bardzo niechętnie podała nam odrobinę ciepłej wody do rozmieszania mleka dla małej… Tak więc szczerze polecam wspomniany wyżej lokal. Nie ma własnej strony internetowej, ale można go znaleźć na Facebooku:

https://www.facebook.com/Sma%C5%BCalnia-Rekin-Bar-Bistro-Stella-928178717321600/?ref=py_c

IMG_20180717_103340.jpg

Wracając do głównej bohaterki niniejszego tekstu, trzeba podkreślić, że była ewidentnie zadowolona z wyjazdu. Lęk przed morzem pokonała bardzo szybko i pokochała zabawy w falach – do tego stopnia, że dorobiłam się konkretnych zakwasów w rękach :). Plażowanie też jej się bardzo podobało, a jakże. Musieliśmy je jednak ograniczyć, ponieważ Księżniczka nie daje sobie założyć absolutnie żadnego nakrycia głowy, co przy bezchmurnym niebie i upale może mieć niewesołe konsekwencje. Poza tym młoda coraz pewniej chodzi, a właściwie biega… Narobiliśmy za nią naprawdę sporo kilometrów, męcząc się przy tym oczywiście bardziej niż sama zainteresowana. Mała jest też bardzo otwarta na ludzi. Objawia się to tym, że próbuje wszystkich zaczepiać (co nie oznacza, że zawsze jej na to pozwalamy).

W każdym razie jesteśmy już w domu, nawet w miarę wypoczęci i zrelaksowani. Najmłodsza domowniczka właśnie robi sobie prysznic z zestawu Duplo, czyli wszystko w normie.

A jak Wam mijają wakacje?

Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…