Taka tam rodzina adopcyjna

Czasu i pieniędzy ciągle mało…

board-106588_960_720

… chociaż właściwie głównie czasu. Gdyby było go więcej, to i okazja do dodatkowego zarobku by się pojawiła. Okazuje się, że ofert pracy w moim zawodzie jest nadmiar, ale niestety do wymarzonych im daleko. Ciągle dostaję propozycje podłapania kilku godzin w jakiejś szkole. Gdybym chciała, uzbierałabym w ten sposób dwa etaty. Tylko co z tego, skoro trzeba jeździć po całym powiecie i to po kilka razy dziennie. Gdzie tu czas na nawiązanie więzi z uczniami i rzetelne przygotowanie się do zajęć? O obowiązkowych posiedzeniach rady pedagogicznej, wywiadówkach i szkoleniach w każdej placówce nawet nie mówię. Zostaję więc tam, gdzie byłam, a i tak nie wiem, jak wszystko pogodzę. Tym bardziej, że Księżniczka od poniedziałku idzie do żłobka.

people-1082911_960_720

Przedwczoraj byliśmy na dniu adaptacyjnym (z którego z wywieszonym jęzorem pędziłam na trzecią w ciągu tygodnia radę – żegnajcie, wakacje, witaj, prozo życia!). Placówka jest bardzo zadbana i świetnie wyposażona. Opiekunki w większości starsze, co chyba dobrze wróży. Małej się podobało, tyle tylko, że za nic nie chciała robić tego, co inne dzieci. Po co marnować czas na siedzenie w kółeczku i klaskanie w rytm piosenki, skoro można przejrzeć zawartość szafek i sprawdzić, który leżaczek jest najwygodniejszy?

Obiecałam sobie, że nie będę problemowym rodzicem. Zbyt dobrze wiem, jak trudno rozmawia się z takimi, dla których świetnym powodem do awantury jest na przykład to, że Jasio siedział przy stoliku od ściany, a nie od okna (lub na odwrót). Mój plan chyba jednak spalił na panewce. Najpewniej trafiłam na czarną listę matek po tym, jak odmówiłam oddania pielęgniarce wykazu szczepień dziecka. I nie dlatego, że są w nim jakieś nieprawidłowości. Chyba wszyscy rodzice adopcyjni znają ten problem: karta szczepień i książeczka zdrowia są zakładane zaraz przy porodzie, w związku z czym widnieją w nich pierwotne dane, włącznie z nazwiskiem i adresem matki biologicznej. Jest to luka prawna, dlatego że nie można tych dokumentów tak po prostu przepisać ani wyrobić nowych. A ponieważ adopcja zgodnie z prawem jest tajna, nie mam obowiązku ujawniać starych danych dziecka osobom postronnym. I nie mam też ochoty tego robić – bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie biurka czy okienka. Świat jest przecież bardzo mały… No więc powiedziałam tej pielęgniarce, najgrzeczniej jak umiałam, że owszem, mogę pokazać tabelkę ze szczepieniami do wglądu, ale nie ma mowy, żebym spuściła ją z oka choćby na sekundę. Wyjaśniłam też, z jakiego powodu. Może wyszłam na „maDkę wariaDkę”, ale akurat prywatności Księżniczki będę bronić jak Rejtan niepodległości. Zwłaszcza po tym, jak pani w MOPS-ie chciała zrobić zdjęcie postanowienia sądu o przysposobieniu, w dodatku prywatną komórką.

tablet-2508961_960_720

Co do wspomnianego czasu, coraz z nim u mnie gorzej. Rok szkolny jeszcze się nie zaczął, a ja już nie wiem, w co włożyć ręce (zawodowo, rodzinnie i jakkolwiek). Księżniczka za to doskonale wie, w co rąk nie wkładać – i właśnie tam je pcha. Zaczynamy mieć uzasadnione obawy, że jedynym miejscem w domu, w którym można coś przed nią schować, jest pawlacz nad lodówką (o szerokości i głębokości tejże, więc za wiele tam nie wciśniemy). Ostatnio moim kluczem od pracowniczej toalety otworzyła szafę w swoim pokoju. Założę się o butelkę mleka, że lada dzień znajdzie tam przejście do Narnii. Tym bardziej prawdopodobne, że szafa jest już w wieku emerytalnym i niejedno pamięta.

szafa

W razie gdybym przepadła na dłużej, przekażcie proszę P., żeby zaczął poszukiwania od Księżniczkowej szafy. A jeśli nie będzie mnie w Narnii, to najpewniej utknęłam w pracy…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Nadmorskie przygody Małej Księżniczki

IMG_20180720_202117.jpg

Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na urlopie nad Bałtykiem. Konkretnie w Unieściu. Wpłynęło na to kilka czynników, z których głównym był fakt, że moja znajoma niedawno się tam przeprowadziła i wraz z mężem wynajmują pokoje turystom. Mieliśmy więc pewność, że nie jedziemy w ciemno. Poza tym owa znajoma ma dwoje małych dzieci, dzięki czemu wiedzieliśmy, że jest to miejsce przyjazne maluchom (czytaj: że wszędobylskość Księżniczki ani jej ewentualny płacz nie będą przeszkadzać właścicielom, a w razie potrzeby będzie kogo poprosić np. o podgrzanie mleka lub przepranie ubranka). Nie pomyliliśmy się. Warunki były naprawdę przyzwoite, zwłaszcza za tak niską cenę. Dostaliśmy niewielki pokój ze świeżo wyremontowaną łazienką i dostępem do aneksu kuchennego. Sam budynek jest świetnie usytuowany – mniej więcej w połowie drogi między jeziorem a morzem. Jedynym minusem naszej kwatery było to, że pokój znajdował się na parterze od strony północnej i niestety w deszczowe dni wilgoć była odczuwalna niemal wszędzie. Poza tym same zalety 🙂 . Gdyby ktoś chciał namiary, to proszę o wiadomość prywatną. Chętnie się podzielę.

Znając temperament naszej córy, mieliśmy sporo obaw odnośnie tego wyjazdu. Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzimy np. podczas posiłków w restauracji albo pobytów na zatłoczonej plaży. Na szczęście żaden czarny scenariusz nie doczekał się realizacji. Księżniczka przez znakomitą większość czasu była pogodna i ciekawa świata. Właściwie dała nam się we znaki tylko raz, podczas końcowego etapu drogi na urlop. Najwyraźniej znudzona jazdą w foteliku przez dobre pół godziny płakała, nijak nie dając się uspokoić.  Awantura ustała zaraz po dotarciu na miejsce i już się nie powtórzyła.

Tytułowe przygody zaczęły się drugiego dnia pobytu. Otóż mała obudziła się rano… cała w czerwone kropki. Dosłownie, od stóp do głów. Czuła się przy tym bardzo dobrze, nie gorączkowała, nie miała żadnych innych objawów. Wygląd wysypki nie pozwalał na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy to ospa, pogryzienie przez jakieś owady czy może reakcja alergiczna np. na środki, w których prana była pościel. Internetowe konsultacje ze znajomymi rodzicami kazały przypuszczać, że to pierwsze. Ponieważ rzecz miała miejsce w niedzielę, nie było mowy o dostaniu się do lekarza. Postanowiliśmy obserwować córę i poczekać do następnego dnia. Wieczorem zauważyliśmy, że kropki w większości zanikły. Kolejnego ranka pojawiły się nowe, ale było ich zdecydowanie mniej. We wtorek po wysypce nie został nawet ślad. Do tej pory nie wiemy, co ją wywołało. Najważniejsze, że przeszło.

Druga przygoda była jednocześnie zabawna i smutna. W niedzielne popołudnie sąsiedni pokój zajęło starsze małżeństwo – na oko pomiędzy 70. a 80. rokiem życia. Pan cierpiał już na demencję, której objawem było m.in. to, że nie mógł zapamiętać, w którym pokoju mieszka, przez co ciągle niechcący wchodził do naszego. Było to tym smutniejsze, że na korytarzu znajdowało się tylko troje oddalonych od siebie drzwi, z czego jedne wyjściowe… Zdrowy człowiek, choćby nie wiem jak roztargniony, po prostu nie miał możliwości się tam zgubić. Nawet nasza kilkunastomiesięczna latorośl bez problemu trafiała do właściwego pomieszczenia… Wspomniany zabawny aspekt tej historii stanowił fakt, że nasz sąsiad mimo swojej przypadłości wciąż zachowywał pogodę ducha. Kiedy wchodził do naszego pokoju i odkrywał swoją pomyłkę, mówił na przykład: „Szukam pokoju, w którym sypia ta stara, no wiecie, moja żona” albo „Cholera, tutaj też nie mieszkam?”, ewentualnie „Melduję, że żyję i idę dalej”. Z rozmowy z gospodarzami dowiedzieliśmy się później, że starsza pani na co dzień opiekuje się nie tylko mężem, ale także zupełnie już niesamodzielną i schorowaną siostrą. Kilkudniowy wypad nad morze z małżonkiem był dla niej chwilą wytchnienia od codziennych obowiązków…

Z okazji opisywania naszych nadbałtyckich perypetii pozwolę sobie na małe lokowanie produktów, ale zaznaczam, że wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany ani nie powstaje na niczyje zamówienie. Po prostu dzielę się swoim doświadczeniem, licząc, że może komuś się przyda.

Krótko przed wyjazdem sprawiliśmy Księżniczce silikonową bransoletkę z wytłoczonym jej imieniem oraz naszymi numerami telefonów, tzw. „niezgubkę”. Wybraliśmy taką, której treść nie ulegnie przypadkowemu zatarciu, zalaniu lub innemu zniszczeniu ani też nie będzie zbyt dobrze widoczna z daleka. Oczywiście pilnowaliśmy naszej pociechy na każdym kroku i niezgubka się nie przydała. Mimo tego czuliśmy się odrobinę pewniej w tłumie plażowiczów, wiedząc, że w razie czego łatwiej będzie odnaleźć małą uciekinierkę. Poniżej wklejam link do aukcji, z której zamawialiśmy opaskę. Polecam z czystym sumieniem, bowiem wykonana jest naprawdę porządnie, a wysyłka nastąpiła ekspresowo.

https://allegro.pl/oryginalna-niezgubka-opaska-info-na-reke-dziecka-i7448779951.html

Drugi product placement dotyczy miejsca. Pierwszego dnia pobytu w Unieściu trafiliśmy na obiad do smażalni Rekin przy pensjonacie Stella Spa. Wbrew nazwie lokal ma w ofercie nie tylko ryby, ale także zupy, dania mięsne, pierogi, sałatki i inne pyszności, a w sąsiedniej sali znajduje się kawiarnia z bogatym wyborem kaw i deserów. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś szuka pięciogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin, to pewnie się zawiedzie. Natomiast dla zwykłego Kowalskiego, który chce zjeść smacznie, czysto, estetycznie, do syta, w przystępnej cenie i miłej atmosferze, jest to strzał w dziesiątkę. Zdecydowaliśmy się na zestaw dnia – zupę oraz kotlet de volaille z frytkami (do wyboru też ziemniaki lub ryż) i surówką. Wielkość porcji była dla mnie zaskoczeniem, bo właściwie najadłam się samą pomidorówką, resztę wchłonęłam z łakomstwa przy wsparciu Księżniczki. Wszystko było smaczne i świeże. Można powiedzieć, że zostaliśmy „tymczasowymi stałymi klientami” tego przybytku, bo tylko dwa razy poszliśmy na obiad w inne miejsce. Nade wszystko jednak na pochwałę zasługuje obsługa zarówno smażalni, jak i kawiarni. W całości złożona była z młodych ludzi, prawdopodobnie studentów, szukających wakacyjnego zarobku. Kultury osobistej, znajomości menu i otwartości na klienta naprawdę mógłby się od nich uczyć personel niejednej luksusowej restauracji.  Przykłady można by mnożyć, podam jeden, według mnie najbardziej wymowny.  Siedząca w wózku Księżniczka upuściła smoczek na posadzkę. Zanim się ruszyłam, doskoczył do nas kelner, podniósł go i od razu zaproponował, że pójdzie wyparzyć. Dla porównania – w zeszłym roku w jednej z sopockich kawiarni baristka bardzo niechętnie podała nam odrobinę ciepłej wody do rozmieszania mleka dla małej… Tak więc szczerze polecam wspomniany wyżej lokal. Nie ma własnej strony internetowej, ale można go znaleźć na Facebooku:

https://www.facebook.com/Sma%C5%BCalnia-Rekin-Bar-Bistro-Stella-928178717321600/?ref=py_c

IMG_20180717_103340.jpg

Wracając do głównej bohaterki niniejszego tekstu, trzeba podkreślić, że była ewidentnie zadowolona z wyjazdu. Lęk przed morzem pokonała bardzo szybko i pokochała zabawy w falach – do tego stopnia, że dorobiłam się konkretnych zakwasów w rękach :). Plażowanie też jej się bardzo podobało, a jakże. Musieliśmy je jednak ograniczyć, ponieważ Księżniczka nie daje sobie założyć absolutnie żadnego nakrycia głowy, co przy bezchmurnym niebie i upale może mieć niewesołe konsekwencje. Poza tym młoda coraz pewniej chodzi, a właściwie biega… Narobiliśmy za nią naprawdę sporo kilometrów, męcząc się przy tym oczywiście bardziej niż sama zainteresowana. Mała jest też bardzo otwarta na ludzi. Objawia się to tym, że próbuje wszystkich zaczepiać (co nie oznacza, że zawsze jej na to pozwalamy).

W każdym razie jesteśmy już w domu, nawet w miarę wypoczęci i zrelaksowani. Najmłodsza domowniczka właśnie robi sobie prysznic z zestawu Duplo, czyli wszystko w normie.

A jak Wam mijają wakacje?

Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…

Taka tam rodzina adopcyjna

Z maluchem w szpitalu

Tegoroczny Dzień Matki był bardzo daleki od wymarzonego. Dlaczego – to wynika już z tytułu wpisu, ale szczegóły za moment. Najpierw lojalnie uprzedzam, że będzie o krwi i innych wydzielinach, więc jeśli ktoś jest wrażliwy na takie tematy, to śmiało może sobie odpuścić lekturę. Tworzę ten wpis szczególnie z myślą o młodych mamach, które takie „przyjemności” mają jeszcze przed sobą – bo wbrew pozorom nie taki szpital straszny, jak go malują.

W środę po południu Księżniczka straciła apetyt. Początkowo się tym nie przejęliśmy, bo upał był koszmarny i nam też nie za bardzo chciało się jeść. Kiedy jednak zwymiotowała całe wieczorne mleko, a chwilę później… yyy… (szukam w głowie eufemizmu, żeby nie napisać „obsrała się po pachy” i nie znajduję)… yyy… no więc… kiedy chwilę później „dwójka” wyszła jej wszystkimi otworami ubranek, było już wiadomo, że coś jest nie tak. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili podejrzewaliśmy nianię o nakarmienie małej truskawkami niewiadomego pochodzenia. Sądziliśmy, że Księżniczce coś, jak to się potocznie mówi, „stanęło na żołądku”. Noc jednak minęła spokojnie, toteż rano zawiozłam córę do opiekunki z zaleceniem ścisłej diety i przykazaniem, żeby zadzwoniła po mnie, jeżeli tylko zaobserwuje coś niepokojącego.  Nic takiego nie nastąpiło. Odebrałam małą odrobinę senną i dowiedziałam się, że nadal nie chciała jeść. W domu od razu usnęła i mieliśmy nadzieję, że po drzemce będzie jej lepiej. Niestety, kiedy się obudziła, nie miała nawet siły wstać ani pić. Decyzja była oczywista – jedziemy na SOR.

hospital-1636334_960_720

Miałam wątpliwą przyjemność być w tym miejscu kilka razy w życiu, po raz ostatni z umierającą mamą. Wspomnienia i skojarzenia miałam jak najgorsze – przede wszystkim wielogodzinne kolejki i przedmiotowe traktowanie pacjenta. Kiedyś sama trafiłam tam na lekarza pijanego w sztok, który w dodatku przepisał mi wykluczające się nawzajem lekarstwa… ale mniejsza o to. Tym razem z każdą chwilą spędzoną w powyższym przybytku coraz szerzej otwieraliśmy oczy ze zdumienia i to jak najbardziej pozytywnego.

Rejestratorka wypełniła kartę i pokierowała nas pod gabinet, do którego ze względu na małe dziecko zostaliśmy wezwani bez kolejki. I to nie tak, że wtranżoliliśmy się przed nosem jakiejś babci, kwitnącej w poczekalni od świtu. Po prostu przyszła druga lekarka, żeby zbadać Księżniczkę. Po szybkiej konsultacji z pediatrą skierowała nas do dziecięcej izby przyjęć, skąd trafiliśmy prosto na oddział niemowlęcy. Cała procedura od przekroczenia progu szpitala do znalezienia się w sali chorych trwała mniej niż godzinę.

hospital-207692_960_720

Drugim szokiem były warunki na oddziale. Dostałyśmy z malutką osobną salę, wyposażoną w WC, wanienkę dla dziecka z prysznicem, umywalkę, przewijak, kilka szafek oraz telewizor (płatny, jak to w takich miejscach bywa). Oprócz łóżeczka niemowlęcego stało tam też normalne łóżko szpitalne dla dorosłego opiekuna. Słyszałam i czytałam już wiele historii o rodzicach koczujących na korytarzach albo śpiących na gołej podłodze, więc tym bardziej byłam mile zaskoczona.

Trzecią niespodziankę stanowiła kuchnia, znajdująca się tuż za naszą salą. Oprócz lodówki i czajnika mogłam korzystać też z kuchenki mikrofalowej, kuchni elektrycznej i podstawowych naczyń. Nie wiem, może to jest już standard w polskich szpitalach, ale z odwiedzin  u mojego taty na kardiologii kilka lat temu pamiętam tylko brudną chłodziarkę i ledwo zipiący czajnik marki czajnik 😉 .

Kaczki.jpg

I wreszcie personel. Trafiliśmy na bardzo życzliwe pielęgniarki, takie z doświadczeniem i podejściem do dzieci. Na lekarzy też nie możemy narzekać. Co najważniejsze – na bieżąco informowali nas o wynikach badań i dalszym postępowaniu. Dzięki temu bardzo szybko dowiedziałam się, że Księżniczka złapała gdzieś rotawirusa i stąd taka reakcja organizmu.

Spędziłyśmy w szpitalu cztery dni (choć właściwie mogłabym napisać „spędziliśmy”, bo P. towarzyszył nam przez długie godziny). Najgorsza była sobota, kiedy po piątkowej poprawie nastąpił wyraźny regres. Niewiele jest chyba bardziej łamiących serce widoków dla matki niż własne dziecko na przemian śpiące i płaczące z bólu i osłabienia, podłączone do kroplówki i wycieńczone chorobą. Na szczęście w niedzielę było dużo lepiej i wieczór spędziliśmy już razem w domu.

Personel

Księżniczkę czeka jeszcze kilka dni dochodzenia do siebie i to nie tylko fizycznego. Po torturach w stylu zakładania i zdejmowania wenflonu, pobierania krwi, podłączania kroplówki czy wpychania patyczka do gardła, zaczęła najpierw reagować płaczem na widok wchodzących do sali pielęgniarek i lekarzy, a potem w ogóle na każdą osobę pojawiającą się w drzwiach i niebędącą rodzicem. Najwyraźniej przeniosła ten lęk poza szpital, bo dzisiaj zaczęła krzyczeć, kiedy zobaczyła w progu zatroskaną nianię, a potem kuriera z paczką… (nawiasem mówiąc, Olitorio Kochana, Ty coś za często odwiedzasz pocztę… zaczynam podejrzewać, że pracuje tam jakiś wyjątkowo przystojny urzędnik 😉 ).

Sam pobyt w szpitalu z maluszkiem rzecz jasna do przyjemnych nie należy. Wróciłam wykończona (o Księżniczce nie mówiąc), choć przecież teoretycznie przez ponad trzy doby nic nie robiłam. Mimo wszystko naprawdę bałam się, że ta wizyta będzie nas więcej kosztowała. Mam nadzieję, że nie będzie nam dane szybko powtórzyć tego doświadczenia, ale gdyby co (tfu, odpukać), to przynajmniej wiem, że będziemy pod dobrą opieką.

Lekarz

Jedynym zauważalnym (choć niewielkim i niezależnym od nikogo) problemem było to, że Księżniczka wygląda na więcej lat, niż ma. Nawet na ulotce przepisanego leku jej waga widnieje w nawiasie obok wieku 2-3 lata, podczas gdy mała skończyła dopiero 14 miesięcy. Nazwałam to problemem, ponieważ każdą zmianę personelu musiałam na wejściu informować, z jakim maluchem mają do czynienia. W przeciwnym razie spodziewano się, że pacjentka będzie już biegać,  odpowiadać na proste pytania i przynajmniej trochę rozumieć swoje położenie.

Tak na marginesie – to wspomniane bieganie idzie jej wyjątkowo opornie. Owszem, potrafi już przejść samodzielnie całą długość mieszkania, ale i tak częściej porusza się na czworakach. Uparte z niej stworzenie… ale nic to. Byleby wróciła do pełni sił, z resztą sobie poradzimy.

A jak Wam minął Dzień Matki?

Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczkowy savoir-vivre

Życzyłabym sobie, żeby moi licealiści przyswajali wiedzę w takim tempie, w jakim czyni to Księżniczka. Mam nadzieję, że to pragnienie nie dowodzi, iż jestem dobrą matką, ale za to beznadziejną nauczycielką. 😉 W każdym razie nasza córa eksploruje świat całą sobą, wlewając radość w serca rodziców i wylewając na podłogę zawartość wszystkich napotkanych naczyń.

Ostatnio w modzie są u nas szczególnie zwroty i gesty grzecznościowe. Na przykład wczoraj pociecha załapała, że kiedy coś nam podaje, odpowiadamy „dziękuję”. W związku z powyższym w przeciągu zaledwie kilkunastu minut otrzymałam 17 razy ten sam klocek, dwukrotnie pluszowego kota (przy akompaniamencie Księżniczkowego „miau”) oraz mój własny telefon. Latorośl w napięciu czekała na każde „dziękuję”, po czym naśladowała mnie, kiwając główką i mówiąc „je”. Uparcie każe nam też udawać, że telefonujemy; przykłada do naszych uszu komórki – raz prawdziwe, raz swoje zabawkowe, bez znaczenia – wołając „haa, haa”, czyli „halo”. Jest to tym ciekawsze, że ani jej tata, ani ja nie należymy do telefonicznych gaduł i widok nas rozmawiających przez smartfony wcale nie jest zjawiskiem powszednim. P. parę razy wciągnął córę w dyskusję na odległość z babcią i być może to tak jej się spodobało.

Obloczenia

Oprócz tego Księżniczka wreszcie zaczęła chodzić, choć nadal nie możemy powiedzieć, że ruszyła w pełni. Zwykle wygląda to tak, że analizuje po swojemu, jaką metodą bardziej opłaca jej się pokonać określony dystans (np. między kanapą a stolikiem) i w oparciu o sobie tylko znane, aczkolwiek na pewno skomplikowane obliczenia, decyduje się na transport dwu- lub czteronożny. Najważniejsze, że w ogóle próbuje; coraz bliższy jest dzień, w którym na dobre wystartuje w pionie. Ponieważ jej chodzenie zbiegło się w czasie z urlopem ojcowskim mojego męża, jasnym jest, komu należy przypisać ten sukces. 😉 Żałuję, że P. nie może zostać z małą przez kolejny tydzień, bo kto wie, może zaczęłaby czytać albo chociaż mówić biegle w trzech językach. A tak – muszę się zadowolić pięcioma kroczkami, zwieńczonymi spektakularnym „bam” na pupę.

Do spisu Księżniczkowych rzeczy ulubionych doszedł ostatnio plac zabaw. Mała uwielbia huśtawki i bujane koniki na sprężynach. Zjeżdżalnia też jest dobra, ale to dla niej rozrywka na jeden, góra dwa zjazdy, potem się nudzi. Nie za bardzo za to zwraca uwagę na inne dzieci, choć to może dlatego, że obok ma mamę i tatę. Poza tym rośnie jej miłość do literatury; staje się molem książkowym i to nie tylko w przenośni… fragmenty opowieści o losach niesfornego konika w ostatniej chwili wyciągnęłam jej spomiędzy zębów. Coraz częściej (i bardziej nachalnie) wkłada nam w ręce książeczki i każe czytać. Jeżeli więc przypadkiem zapomnielibyście, czym jest kwadrat, to z pamięci spieszę z odpowiedzią, że „znaczek, okno, domek, stół – jakże inne są od kół! Cztery boki, cztery rogi, oto kwadrat, malcu drogi!”. Z trójkątem i owalem mam podobnie, zresztą z podstawowymi kolorami również. Jeszcze chwila i dojdę do takiej wprawy, że będę jej recytować wierszyki bez zaglądania do książki. Niestety na niewiele się to przyda, bo mała czytelniczka jest czujna i nie da się tak łatwo nabrać.

bear-3112496_960_720

Planów na najbliższe wolne dni nie mam żadnych, poza czytaniem Księżniczce, że „Książę tańczył tylko z Kopciuszkiem”, a „Kasztan żwawo mknie po łące”. Ze spacerów pewnie i tak nic nie wyjdzie, bo wedle prognoz wszelakich ma lać, wiać i grzmieć. Jak to w majówkę. No cóż, może przynajmniej porządnie posprzątam i upiekę jakieś ciasto… Kto chętny?

Taka tam rodzina adopcyjna

Nie taka niania straszna, jak ją filmują

yes-3100993_960_720

Moja mama wypowiadała się o żłobkach wyłącznie negatywnie. Wiele razy słyszałam z jej ust, że nie rozumie, jak można oddać małe dziecko na cały dzień „do żłoba”. Dorastałam więc w przekonaniu, że taka placówka to coś złego, a zaprowadzanie tam pociech nie najlepiej świadczy o ich rodzicach. Kiedy miałam jakieś jedenaście albo dwanaście lat, moja babcia zaczęła sobie dorabiać jako niania. Opiekowała się między innymi dwu-trzyletnim chłopcem, którego ojciec ciągle wyjeżdżał w interesach, a matka była zajęta rozkręcaniem własnej firmy. Maluch związał się z nianią bardziej niż z nimi, do tego stopnia, że wpadał w histerię za każdym razem, gdy zamykały się za nią drzwi. Bez niej nie chciał jeść ani wychodzić na spacer. Z opowieści babci wyłaniał się więc znowu ponury obraz opuszczonego dziecka, przegrywającego w hierarchii z pracą swoich najbliższych. Wówczas wydawało mi się naturalne, że po porodzie będę ze swoją pociechą w domu przynajmniej do rozpoczęcia przez nią edukacji przedszkolnej.

Potem jednak dorosłam i zrozumiałam, że świat nie jest czarno-biały, zaś godzenie obowiązków rodzinnych i zawodowych to naprawdę trudna sztuka. A jeszcze później rząd postanowił zlikwidować gimnazja, co wywróciło moje zatrudnienie do góry nogami niemal dokładnie w momencie, kiedy w naszym życiu pojawiła się Księżniczka. Po pół roku okazało się, że będziemy potrzebować niani.

baby-sitter-1140863_960_720

Okropnie się tego bałam. Przeglądałam ogłoszenia w internecie, ale żadne mnie nie przekonywało: albo reklamowały się bardzo młode dziewczyny, albo starsze panie. W przypadku tych pierwszych treść oferty często sugerowała, że liczą na lekką pracę i łatwy zarobek, a nie do końca mają pojęcie, czym faktycznie jest długotrwała opieka nad niemowlakiem. Te drugie z kolei najczęściej dołączały referencje i… listę własnych wymagań, czasem niemożliwych do spełnienia, przeważnie też pisanych, łagodnie rzecz ujmując, fatalną polszczyzną. Chyba zadziałało moje skrzywienie zawodowe, ale po prostu uważam, że jeżeli ktoś poważnie szuka zatrudnienia, to choćby z szacunku dla przyszłego pracodawcy przepuści te kilka zdań przez autokorektę albo da komuś do sprawdzenia. Jednak, jako że miewam więcej szczęścia niż rozumu, niania znalazła się sama… A właściwie znalazła ją moja teściowa (nie mówiłam, że z niej świetna babka?).

W ten oto sposób poznaliśmy się z panią B., emerytowaną nauczycielką i doświadczoną opiekunką, która jesienią została nianią Księżniczki. Bilans plusów i minusów tego rozwiązania chciałam przedstawić latem, kiedy nasza współpraca dobiegnie końca, ale ponieważ temat wypłynął pod ostatnim wpisem, to zdecydowałam się zrobić to teraz.

PLUSY:

+ dziecko jest pod stałą opieką jednej osoby, dzięki czemu czuje się bezpiecznie;

+ choroba maluszka nie wymaga od rodziców brania zwolnienia lekarskiego; odpadają dylematy, czy posłać pociechę z katarem do żłobka etc.

+ rodzice mogą zdecydować, czy będą wozić córkę lub syna do opiekunki, czy też niania będzie przyjeżdżać do nich. My wybraliśmy pierwsze rozwiązanie, ale oba mają sporo zalet. Np. bardziej nieśmiały lub wycofany maluch będzie czuł się lepiej u siebie w domu, z kolei ciekawski i żywiołowy chętnie zmieni środowisko na kilka godzin dziennie. Plusem opieki u niani jest też to, że nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu, natomiast zaletę drugiej opcji stanowi fakt, że opiekunka może wyręczyć rodziców w drobnych zadaniach, choćby np. odebrać paczkę od kuriera.

+ niania dostosowuje się do oczekiwań rodziców w zakresie planu dnia maluszka, jego nawyków żywieniowych i innych przyzwyczajeń. Jest to na pewno mniejsza rewolucja niż żłobek, co wydaje mi się korzystne szczególnie w przypadku niemowlaków.

+ czas pracy niani jest elastyczny i po odpowiednim umówieniu się można go modyfikować. Dla mnie na przykład rewelacyjne jest to, że jeśli po południu odbywa się rada pedagogiczna, to nie muszę się martwić, kto i kiedy odbierze Księżniczkę. Opiekunka siedzi z nią tyle, ile trzeba.

+ doświadczona niania to skarb, taka trochę „trzecia babcia”. Nasza dała mi sporo dobrych rad odnośnie pielęgnacji i wychowywania berbecia. W dodatku spędza z dzieckiem wiele godzin, więc stanowi niejako dodatkową parę rodzicielskich oczu.

MINUSY:

finanse. To jest w ogóle temat-rzeka, bo często – zwłaszcza w mniejszych miastach – mamy do czynienia z sytuacją patową. Młoda mama po urlopie rodzicielskim wraca do pracy za najniższą krajową, a ponieważ miejsc w żłobkach jest jak na lekarstwo, musi zatrudnić nianię, która też chciałaby tę najniższą krajową zarobić. I tak naprawdę nie ma się co dziwić ani jednej, ani drugiej stronie… Opiekunka zwykle pracuje na pełen etat, w dodatku przez cały czas odpowiada za zdrowie i życie małego dziecka. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że należy jej się godne wynagrodzenie. Trudno też nie zrozumieć przeciętnych polskich rodziców, których nie stać na to, żeby połowę domowego budżetu przeznaczać na opiekunkę. A dziecko komuś powierzyć trzeba… U nas to było tak, że póki pracowałam 12 godzin w tygodniu, niani płaciliśmy mniej więcej tyle, ile wyniosłoby miejsce w prywatnym żłobku. Gorzej będzie w najbliższych miesiącach, bo macierzyński się skończył, czas pracy wzrósł, a wypłata się zmniejszyła (takie rzeczy tylko w szkolnictwie 😉 ). Do lipca jakoś musimy dać radę, a od września planujemy wysłać Księżniczkę do żłobka.

brak oficjalnej, zinstytucjonalizowanej kontroli. I tu nawet nie chodzi o to, czy nianię zatrudniamy zgodnie z prawem, czy na czarno. Ani o to, czy zamontujemy w domu tysiąc kamer. W przypadku personelu żłobkowego łatwiej jest sprawdzić jego kwalifikacje, poza tym istnieje szereg restrykcyjnych przepisów, których kadra takiej placówki musi przestrzegać. Jeśli chodzi o nianię, wystarczy wpisać w Google słowo „opiekunka” i jako pierwszy wyskakuje… tytuł horroru ;). A mówiąc całkiem poważnie, nigdy do końca nie wiemy, na kogo trafiliśmy, dlatego współpraca z nianią przynajmniej na starcie stanowi  ogromną niewiadomą i kosztuje sporo nerwów.

brak codziennego kontaktu z innymi dziećmi i związanej z tym nauki funkcjonowania w grupie. Szczerze mówiąc, dopisuję ten minus trochę na wyrost. Uważam, że moje dziecko ma jeszcze czas na Socjalizację przez wielkie „S”. Póki co interakcję z rówieśnikami zapewniają jej wyjścia na place zabaw albo spotkania z przyszywanym kuzynostwem.

W ramach podsumowania (a właściwie zamiast niego) napiszę jedynie, że z opiekunką Księżniczki „dotarłyśmy się” w ciągu pierwszych dwóch czy trzech tygodni. Chwilę zwątpienia przeżyłam tylko raz, na samym początku, kiedy w piękny, ciepły i słoneczny dzień odebrałam córcię ubraną w pięć(!) warstw odzieży, aż czerwoną od gorąca. Sprawę jednak szybko wyjaśniłyśmy i od tamtej pory nie mam większych zastrzeżeń. Cieszy mnie też, choć to trochę „poza konkursem”, że niania ma małego kundelka. Po historii z Reksiem córa zaczęła się bać psów, a bardzo chcieliśmy z niej ten lęk wykorzenić. Wygląda na to, że niechcący i w tym aspekcie opiekunka przyszła nam z pomocą.

Na pewno zdarzają się różne przypadki. Moja przyjaciółka została okradziona przez nianię zatrudnioną do synka. Inna z koleżanek opowiadała, że dziecko z wynajętą panią przez cały dzień oglądało argentyńskie telenowele. Można i tak… Na podstawie własnego doświadczenia mogę jednak polecić współpracę z nianią. Mimo tego, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi kochającej mamy, jak to się mówi w telewizji: „jestem na tak!

yes-1137274_960_720