Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczkowy savoir-vivre

Życzyłabym sobie, żeby moi licealiści przyswajali wiedzę w takim tempie, w jakim czyni to Księżniczka. Mam nadzieję, że to pragnienie nie dowodzi, iż jestem dobrą matką, ale za to beznadziejną nauczycielką. 😉 W każdym razie nasza córa eksploruje świat całą sobą, wlewając radość w serca rodziców i wylewając na podłogę zawartość wszystkich napotkanych naczyń.

Ostatnio w modzie są u nas szczególnie zwroty i gesty grzecznościowe. Na przykład wczoraj pociecha załapała, że kiedy coś nam podaje, odpowiadamy „dziękuję”. W związku z powyższym w przeciągu zaledwie kilkunastu minut otrzymałam 17 razy ten sam klocek, dwukrotnie pluszowego kota (przy akompaniamencie Księżniczkowego „miau”) oraz mój własny telefon. Latorośl w napięciu czekała na każde „dziękuję”, po czym naśladowała mnie, kiwając główką i mówiąc „je”. Uparcie każe nam też udawać, że telefonujemy; przykłada do naszych uszu komórki – raz prawdziwe, raz swoje zabawkowe, bez znaczenia – wołając „haa, haa”, czyli „halo”. Jest to tym ciekawsze, że ani jej tata, ani ja nie należymy do telefonicznych gaduł i widok nas rozmawiających przez smartfony wcale nie jest zjawiskiem powszednim. P. parę razy wciągnął córę w dyskusję na odległość z babcią i być może to tak jej się spodobało.

Obloczenia

Oprócz tego Księżniczka wreszcie zaczęła chodzić, choć nadal nie możemy powiedzieć, że ruszyła w pełni. Zwykle wygląda to tak, że analizuje po swojemu, jaką metodą bardziej opłaca jej się pokonać określony dystans (np. między kanapą a stolikiem) i w oparciu o sobie tylko znane, aczkolwiek na pewno skomplikowane obliczenia, decyduje się na transport dwu- lub czteronożny. Najważniejsze, że w ogóle próbuje; coraz bliższy jest dzień, w którym na dobre wystartuje w pionie. Ponieważ jej chodzenie zbiegło się w czasie z urlopem ojcowskim mojego męża, jasnym jest, komu należy przypisać ten sukces. 😉 Żałuję, że P. nie może zostać z małą przez kolejny tydzień, bo kto wie, może zaczęłaby czytać albo chociaż mówić biegle w trzech językach. A tak – muszę się zadowolić pięcioma kroczkami, zwieńczonymi spektakularnym „bam” na pupę.

Do spisu Księżniczkowych rzeczy ulubionych doszedł ostatnio plac zabaw. Mała uwielbia huśtawki i bujane koniki na sprężynach. Zjeżdżalnia też jest dobra, ale to dla niej rozrywka na jeden, góra dwa zjazdy, potem się nudzi. Nie za bardzo za to zwraca uwagę na inne dzieci, choć to może dlatego, że obok ma mamę i tatę. Poza tym rośnie jej miłość do literatury; staje się molem książkowym i to nie tylko w przenośni… fragmenty opowieści o losach niesfornego konika w ostatniej chwili wyciągnęłam jej spomiędzy zębów. Coraz częściej (i bardziej nachalnie) wkłada nam w ręce książeczki i każe czytać. Jeżeli więc przypadkiem zapomnielibyście, czym jest kwadrat, to z pamięci spieszę z odpowiedzią, że „znaczek, okno, domek, stół – jakże inne są od kół! Cztery boki, cztery rogi, oto kwadrat, malcu drogi!”. Z trójkątem i owalem mam podobnie, zresztą z podstawowymi kolorami również. Jeszcze chwila i dojdę do takiej wprawy, że będę jej recytować wierszyki bez zaglądania do książki. Niestety na niewiele się to przyda, bo mała czytelniczka jest czujna i nie da się tak łatwo nabrać.

bear-3112496_960_720

Planów na najbliższe wolne dni nie mam żadnych, poza czytaniem Księżniczce, że „Książę tańczył tylko z Kopciuszkiem”, a „Kasztan żwawo mknie po łące”. Ze spacerów pewnie i tak nic nie wyjdzie, bo wedle prognoz wszelakich ma lać, wiać i grzmieć. Jak to w majówkę. No cóż, może przynajmniej porządnie posprzątam i upiekę jakieś ciasto… Kto chętny?

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Nie taka niania straszna, jak ją filmują

yes-3100993_960_720

Moja mama wypowiadała się o żłobkach wyłącznie negatywnie. Wiele razy słyszałam z jej ust, że nie rozumie, jak można oddać małe dziecko na cały dzień „do żłoba”. Dorastałam więc w przekonaniu, że taka placówka to coś złego, a zaprowadzanie tam pociech nie najlepiej świadczy o ich rodzicach. Kiedy miałam jakieś jedenaście albo dwanaście lat, moja babcia zaczęła sobie dorabiać jako niania. Opiekowała się między innymi dwu-trzyletnim chłopcem, którego ojciec ciągle wyjeżdżał w interesach, a matka była zajęta rozkręcaniem własnej firmy. Maluch związał się z nianią bardziej niż z nimi, do tego stopnia, że wpadał w histerię za każdym razem, gdy zamykały się za nią drzwi. Bez niej nie chciał jeść ani wychodzić na spacer. Z opowieści babci wyłaniał się więc znowu ponury obraz opuszczonego dziecka, przegrywającego w hierarchii z pracą swoich najbliższych. Wówczas wydawało mi się naturalne, że po porodzie będę ze swoją pociechą w domu przynajmniej do rozpoczęcia przez nią edukacji przedszkolnej.

Potem jednak dorosłam i zrozumiałam, że świat nie jest czarno-biały, zaś godzenie obowiązków rodzinnych i zawodowych to naprawdę trudna sztuka. A jeszcze później rząd postanowił zlikwidować gimnazja, co wywróciło moje zatrudnienie do góry nogami niemal dokładnie w momencie, kiedy w naszym życiu pojawiła się Księżniczka. Po pół roku okazało się, że będziemy potrzebować niani.

baby-sitter-1140863_960_720

Okropnie się tego bałam. Przeglądałam ogłoszenia w internecie, ale żadne mnie nie przekonywało: albo reklamowały się bardzo młode dziewczyny, albo starsze panie. W przypadku tych pierwszych treść oferty często sugerowała, że liczą na lekką pracę i łatwy zarobek, a nie do końca mają pojęcie, czym faktycznie jest długotrwała opieka nad niemowlakiem. Te drugie z kolei najczęściej dołączały referencje i… listę własnych wymagań, czasem niemożliwych do spełnienia, przeważnie też pisanych, łagodnie rzecz ujmując, fatalną polszczyzną. Chyba zadziałało moje skrzywienie zawodowe, ale po prostu uważam, że jeżeli ktoś poważnie szuka zatrudnienia, to choćby z szacunku dla przyszłego pracodawcy przepuści te kilka zdań przez autokorektę albo da komuś do sprawdzenia. Jednak, jako że miewam więcej szczęścia niż rozumu, niania znalazła się sama… A właściwie znalazła ją moja teściowa (nie mówiłam, że z niej świetna babka?).

W ten oto sposób poznaliśmy się z panią B., emerytowaną nauczycielką i doświadczoną opiekunką, która jesienią została nianią Księżniczki. Bilans plusów i minusów tego rozwiązania chciałam przedstawić latem, kiedy nasza współpraca dobiegnie końca, ale ponieważ temat wypłynął pod ostatnim wpisem, to zdecydowałam się zrobić to teraz.

PLUSY:

+ dziecko jest pod stałą opieką jednej osoby, dzięki czemu czuje się bezpiecznie;

+ choroba maluszka nie wymaga od rodziców brania zwolnienia lekarskiego; odpadają dylematy, czy posłać pociechę z katarem do żłobka etc.

+ rodzice mogą zdecydować, czy będą wozić córkę lub syna do opiekunki, czy też niania będzie przyjeżdżać do nich. My wybraliśmy pierwsze rozwiązanie, ale oba mają sporo zalet. Np. bardziej nieśmiały lub wycofany maluch będzie czuł się lepiej u siebie w domu, z kolei ciekawski i żywiołowy chętnie zmieni środowisko na kilka godzin dziennie. Plusem opieki u niani jest też to, że nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu, natomiast zaletę drugiej opcji stanowi fakt, że opiekunka może wyręczyć rodziców w drobnych zadaniach, choćby np. odebrać paczkę od kuriera.

+ niania dostosowuje się do oczekiwań rodziców w zakresie planu dnia maluszka, jego nawyków żywieniowych i innych przyzwyczajeń. Jest to na pewno mniejsza rewolucja niż żłobek, co wydaje mi się korzystne szczególnie w przypadku niemowlaków.

+ czas pracy niani jest elastyczny i po odpowiednim umówieniu się można go modyfikować. Dla mnie na przykład rewelacyjne jest to, że jeśli po południu odbywa się rada pedagogiczna, to nie muszę się martwić, kto i kiedy odbierze Księżniczkę. Opiekunka siedzi z nią tyle, ile trzeba.

+ doświadczona niania to skarb, taka trochę „trzecia babcia”. Nasza dała mi sporo dobrych rad odnośnie pielęgnacji i wychowywania berbecia. W dodatku spędza z dzieckiem wiele godzin, więc stanowi niejako dodatkową parę rodzicielskich oczu.

MINUSY:

finanse. To jest w ogóle temat-rzeka, bo często – zwłaszcza w mniejszych miastach – mamy do czynienia z sytuacją patową. Młoda mama po urlopie rodzicielskim wraca do pracy za najniższą krajową, a ponieważ miejsc w żłobkach jest jak na lekarstwo, musi zatrudnić nianię, która też chciałaby tę najniższą krajową zarobić. I tak naprawdę nie ma się co dziwić ani jednej, ani drugiej stronie… Opiekunka zwykle pracuje na pełen etat, w dodatku przez cały czas odpowiada za zdrowie i życie małego dziecka. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że należy jej się godne wynagrodzenie. Trudno też nie zrozumieć przeciętnych polskich rodziców, których nie stać na to, żeby połowę domowego budżetu przeznaczać na opiekunkę. A dziecko komuś powierzyć trzeba… U nas to było tak, że póki pracowałam 12 godzin w tygodniu, niani płaciliśmy mniej więcej tyle, ile wyniosłoby miejsce w prywatnym żłobku. Gorzej będzie w najbliższych miesiącach, bo macierzyński się skończył, czas pracy wzrósł, a wypłata się zmniejszyła (takie rzeczy tylko w szkolnictwie 😉 ). Do lipca jakoś musimy dać radę, a od września planujemy wysłać Księżniczkę do żłobka.

brak oficjalnej, zinstytucjonalizowanej kontroli. I tu nawet nie chodzi o to, czy nianię zatrudniamy zgodnie z prawem, czy na czarno. Ani o to, czy zamontujemy w domu tysiąc kamer. W przypadku personelu żłobkowego łatwiej jest sprawdzić jego kwalifikacje, poza tym istnieje szereg restrykcyjnych przepisów, których kadra takiej placówki musi przestrzegać. Jeśli chodzi o nianię, wystarczy wpisać w Google słowo „opiekunka” i jako pierwszy wyskakuje… tytuł horroru ;). A mówiąc całkiem poważnie, nigdy do końca nie wiemy, na kogo trafiliśmy, dlatego współpraca z nianią przynajmniej na starcie stanowi  ogromną niewiadomą i kosztuje sporo nerwów.

brak codziennego kontaktu z innymi dziećmi i związanej z tym nauki funkcjonowania w grupie. Szczerze mówiąc, dopisuję ten minus trochę na wyrost. Uważam, że moje dziecko ma jeszcze czas na Socjalizację przez wielkie „S”. Póki co interakcję z rówieśnikami zapewniają jej wyjścia na place zabaw albo spotkania z przyszywanym kuzynostwem.

W ramach podsumowania (a właściwie zamiast niego) napiszę jedynie, że z opiekunką Księżniczki „dotarłyśmy się” w ciągu pierwszych dwóch czy trzech tygodni. Chwilę zwątpienia przeżyłam tylko raz, na samym początku, kiedy w piękny, ciepły i słoneczny dzień odebrałam córcię ubraną w pięć(!) warstw odzieży, aż czerwoną od gorąca. Sprawę jednak szybko wyjaśniłyśmy i od tamtej pory nie mam większych zastrzeżeń. Cieszy mnie też, choć to trochę „poza konkursem”, że niania ma małego kundelka. Po historii z Reksiem córa zaczęła się bać psów, a bardzo chcieliśmy z niej ten lęk wykorzenić. Wygląda na to, że niechcący i w tym aspekcie opiekunka przyszła nam z pomocą.

Na pewno zdarzają się różne przypadki. Moja przyjaciółka została okradziona przez nianię zatrudnioną do synka. Inna z koleżanek opowiadała, że dziecko z wynajętą panią przez cały dzień oglądało argentyńskie telenowele. Można i tak… Na podstawie własnego doświadczenia mogę jednak polecić współpracę z nianią. Mimo tego, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi kochającej mamy, jak to się mówi w telewizji: „jestem na tak!

yes-1137274_960_720

Taka tam rodzina adopcyjna

Fortuna kołem się toczy, a potem włazi w cudze buty

No i stało się. Wróciłam do pracy na całego. Do pełnych obrotów trochę mi jeszcze brakuje, ale się rozkręcam. Najtrudniejszy był oczywiście pierwszy dzień – chodziłam po szkole i uparcie próbowałam sobie przypomnieć, co ja tam właściwie robię. Odeszłam na urlop macierzyński z dnia na dzień, z większością grona pedagogicznego (o uczniach nie mówiąc) nie zdążyłam się nawet pożegnać. A teraz w podobnym trybie trzeba było pojawić się z powrotem, od razu dołączając do edukacyjnego szaleństwa. Szybko jednak doszła do głosu moja belfrza natura – wystarczyło miłe przywitanie z kilkorgiem podopiecznych na szkolnym korytarzu i przypomniałam sobie, dlaczego wybrałam ten zawód. Z miłości do młodzieży, znaczy się… no bo przecież nie dla pieniędzy.

hajs

Jeżeli przypadkiem widzieliście w telewizji te bajońskie sumy, które podobno po podwyżce mają zarabiać nauczyciele, to błagam, wymażcie je z pamięci. Nigdy w życiu nie widziałam na pasku wypłaty (o koncie w banku nie mówiąc) kwoty nawet zbliżonej do tej, jaką według oficjalnych danych powinnam teraz otrzymywać. Żeby było zabawniej, w zeszłym roku również dostałam (szumnie zapowiadaną przez wiadomą panią minister) podwyżkę, około 60 zł brutto… w miejsce której odebrano mi dodatek w wysokości 100 złotych netto. W firmie mojego męża nazywa się taki zabieg „podniżką”. Swoją drogą jest to mistrzostwo propagandy – jak to zrobić, żeby ludziom zabrać, po czym publicznie powiedzieć, że się dało i w dodatku nie skłamać… Orwell pełną gębą.

Wózek Księżniczki

Wróciłam zatem do pracy za te wirtualne miliony miesięcznie, Księżniczkę zostawiając z nianią (zatrudnioną z polecenia i już przez nas sprawdzoną). Ze względu na czas spędzany z małą i piękną wiosnę za oknami niania poprosiła o przywiezienie jej wózka, żeby mogła wychodzić z naszą córą na spacery. W minioną niedzielę wydobyłam więc z piwnicy stary powóz pociechy (taki, wiecie, 3 w 1 o wyglądzie kombajnu, za to solidny i wygodny). Wyprałam i umyłam co trzeba, po czym przystąpiłam do pompowania kół. Tu pojawił się pierwszy problem, czyli awaria pompki. Pojęcia nie mam, jakim cudem najprostsza pompka za 19,99 z Allegro może się popsuć, ale tak się właśnie stało. Wspaniale, jego mać. Mąż w delegacji, sklepy zamknięte, dziecko płacze, a ja umorusana po łokcie latam po sąsiadach w poszukiwaniu pompki. Kochany pan Zenek spod czwórki przeszukał całą piwnicę. Znalazł trzy sztuki – samochodową, rowerową i uniwersalną. Żadna nie pasowała. Zaczęłam podejrzewać, że wentyle rzeczywiście są od kombajnu. Po dwóch godzinach się poddałam. Wpakowałam wózek do bagażnika, a następnego dnia w okienku gnałam z wywieszonym jęzorem do sklepu po odpowiedni sprzęt. Na szczęście kupiłam. Wieczorem napompowałam koła, a kolejnego ranka z dumą przytwierdziłam je do wehikułu. Satysfakcja nie trwała długo, bo przy okazji wyszło na jaw, że w jednym z kółek zepsuł się mechanizm blokujący je na osi, przez co koło spadało. A mąż nadal w delegacji… Mówi się trudno, zamówiłam nowe. W międzyczasie jakiś pan Miecio, znajomy niani, naprawił prowizorycznie tamto uszkodzone. Dobre i to. Mamy więc happy end. Straty własne wyceniłam na: 50 zł za kółko, 30 za pompkę, łącznie 3 godziny straconego czasu, złamany paznokieć i tonę niepotrzebnych nerwów. Najważniejsze jednak, że wózek jest u niani, a Księżniczka dzielnie w nim podróżuje. I właśnie tego będzie dotyczyła ostatnia część niniejszego wpisu. Jest to historia opowiedziana mi przez opiekunkę, ja ją tylko poniżej parafrazuję.

sandals-587185_960_720

Korzystając z pięknej pogody, niania zabrała moją córę na długi spacer. Po drodze odwiedziły sklep obuwniczy. Mała była grzeczniutka, rozdawała uśmiechy, och i ach. Opiekunka spokojnie pomierzyła buty, kupiła wybraną parę i udały się z Księżniczką w drogę do domu. Musicie wiedzieć, że niania mieszka na ostatnim piętrze typowego wieżowca. Klatka schodowa jest wąska, a winda startuje dopiero z wysokiego parteru. Trzeba więc z wózkiem (który razem z moim dzieckiem waży jakieś 25 kilo) wdrapać się najpierw po schodach, a potem manewrować po ciasnej przestrzeni, żeby dotrzeć pod drzwi mieszkania. Kiedy już się to udało, niania wyciągnęła Księżniczkę z wózka… razem z nowiutkim butem, który cwaniara zakosiła z półki i ukryła gdzieś w swojej karocy. Cóż było robić? Dawaj z powrotem: korytarz, winda, klatka, schody, droga do obuwniczego, zwrot „łupu”, a potem jeszcze raz w drugą stronę. Podobno zarówno obsługa, jak i ochrona sklepu były zaskoczone całą sytuacją, bo nikt nie zauważył tej zuchwałej kradzieży. 😉

gang olsena

W zeszłym tygodniu podczas codziennych zakupów z córką zdążyłam tylko sięgnąć po banany, żeby w rączkach małej znalazło się jabłko. I tak sobie myślę… Ja bez podwyżki, Księżniczka z lepkimi łapkami… Może założymy jakąś kameralną grupkę przestępczą? Jak znam życie, to byłaby to co najwyżej polska wersja gangu Olsena, ewentualnie Braci Be. Na wszelki wypadek od razu zapytam: zna ktoś jakiegoś dobrego adwokata?

Taka tam rodzina adopcyjna

Biedronka nie ma ogonka, chyba że do kasy

Benjamin Franklin miał powiedzieć, że na świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Dziś, prawie 300 lat później, dodałabym do tej listy jeszcze kolejki w Biedronce i przedwiosenne przeziębienie.

To ostatnie dopadło najpierw P., chociaż z nim obeszło się najłagodniej. W Dzień Kobiet rozchorowałam się ja, a pod koniec weekendu Księżniczka. Nie ma nic gorszego dla rodzica niż niedomagające dziecko, w tym przypadku kaszlące jak stary gruźlik i smarkające niczym automat do lodów włoskich, w dzień słaniające się na nogach, a w nocy niemogące spać.

Obecny tydzień rozpoczęłam zatem w trybie ZOMBIE (Zabójcze Otępienie Matki Bobasa Imitujące Encefalopatię). Sama jeszcze nie czułam się całkiem dobrze, a bezsenność i osłabienie Księżniczki dodatkowo opóźniały rekonwalescencję. Nie zdążyłam wypić porannej kawy, śniadanie zjadłam w biegu, a włosy ogarnęłam na szybko suchym szamponem, który moim zdaniem nie służy absolutnie do niczego poza udawaniem, że coś się ze sobą zrobiło. Kupiłam go kiedyś w Rossmannie w jakiejś „niezwykle korzystnej” promocji i teraz czasem wmawiam własnemu odbiciu w lustrze, że on działa. Założyłam na siebie cokolwiek w miarę pasującego i wybyłam załatwiać codzienne sprawy.

woman-586185_960_720

Po południu zaczęło padać. Nie jakoś bardzo mocno, ale wystarczająco, żeby moje włosy nie przypominały już kompletnie niczego poza sierścią wystraszonego dzikiego zwierzątka. Z taką, że tak to nazwę, fryzurą i w przemoczonych butach (dlaczego na polskich osiedlach woda w ogóle nie wsiąka w podłoże?) wstąpiłam do Biedronki, w dodatku nie „mojej”, tylko takiej, w której zwykle nie bywam. Chodziłam więc jak błędna owca, jedną ręką pchając wózek z pociągającą nosem córką, a drugą dźwigając zapełniającą się torbę. W takim właśnie stanie wpadłam na dawną koleżankę mojego męża, z którą – no cóż – nie za bardzo się lubimy. Dlaczego ja nigdy nie mogę spotykać ładnych znajomych mego ślubnego wtedy, kiedy prezentuję się dobrze, jestem zdrowa i mam dobry humor? I dlaczego one zawsze wyglądają przy takich okazjach jak z okładki „Vogue”? I wreszcie – dlaczego w każdej Biedronce makaron leży gdzie indziej?

lego-1044891_960_720

W minioną sobotę wybraliśmy się z P. na Duże (tak, przez wielkie „D”) zakupy do Biedry, też nie „naszej”, tylko największej w okolicy. Tak się złożyło, że roczek Księżniczki organizujemy w domu i potrzebowaliśmy zrobić zaopatrzenie, a akurat tego dnia teściowa miała czas, żeby zaopiekować się małą. Oczywiście zbiegło się to nie tylko z moim przeziębieniem, ale także z wigilią Pierwszej Niedzieli Bez Handlu. Spodziewaliśmy się dantejskich scen: parkingu zawalonego aż po rogatki miasta, ludzi wywożących całymi przyczepami niezbędne zapasy mąki, cukru, papieru toaletowego, ściereczek z mikrofibry i zestawów do malowania pisanek za 2,99, czy wreszcie ogołoconych doszczętnie półek. Tymczasem spotkało nas pozytywne zaskoczenie. Okazało się, że nie tylko było gdzie postawić samochód, ale też nie napotkaliśmy przeszkód w poruszaniu się po sklepie. Spośród mijanych klientów to chyba my mieliśmy najbardziej wyładowany wózek i to na nas inni patrzyli z politowaniem, sądząc zapewne, że apokaliptyczna perspektywa wolnej niedzieli przygnała nas po kilo sera żółtego, cztery kartony mleka albo trzy paczki kuskusu. W każdym razie z niewiadomych przyczyn każda Biedronka w tej naszej mikropolii ma swoją własną topografię. Tam, gdzie w jednej jest nabiał, w innej piekarnia. Żywność dla dzieci znaleźliśmy obok lakierów do paznokci, podczas gdy w Biedrze koło nas ma osobny regał koło lodówek… I tak dalej. Podobno to taki chwyt marketingowy, żeby konsument przemierzył jak najwięcej alejek i nabrał jak najwięcej towaru. My owszem, nabieraliśmy, ale głównie zniecierpliwienia – no bo ile czasu można szukać rodzynek?

W każdym razie zakupy zrobione, czuję się już lepiej, a Księżniczka powoli dochodzi do siebie. Niedługo imprezy roczkowe, chwilę później Wielkanoc, a tuż po niej będę w końcu musiała na dobre wrócić do pracy. Im dłużej o tym myślę, tym gorzej śpię, ale to podobno normalne w takich okolicznościach.

A co u Was?

Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?