Taka tam rodzina adopcyjna

Skarpetka z napisem love

Dobrze, że zdecydowaliśmy się na tę całą adopcję. To była najlepsza decyzja w życiu mamy i moim – powiedział P. do Księżniczki, jedną ręką wycierając jej nos, drugą machając pluszowym królikiem, trzecią podtrzymując małą, żeby nie spadła z jego kolan, a czwartą odkładając telefon poza pole widzenia naszej latorośli.

Księżniczka w odpowiedzi przyfasoliła mu w czoło różową skarpetką w serduszka, którą w czasie powyższych zabiegów ojca z satysfakcją ściągnęła z lewej stopy. Prawa skarpetka zaginęła w akcji jakiś kwadrans wcześniej.

I to by było właściwie na tyle, jeżeli chodzi o naszą Wielką Sobotę. Rano P. poszedł ze święconką – sam, bowiem córcia wciąż jest mocno przeziębiona, a zimny wiatr dodatkowo nie sprzyjał spacerom. Zostałyśmy więc w domu i robiłyśmy sernik. Po południu ogarnęliśmy trochę mieszkanie… Poza tym wczoraj upiekłam mazurek, jutro przygotuję jeszcze białą kiełbasę w piwie i karkówkę na obiad. To z grubsza wszystko. Wygląda na to, że Wielkanoc spędzimy tylko we troje, więc staramy się przede wszystkim świętować, zamiast po raz kolejny szorować czystą już armaturę.

cleaning-service-3194504_960_720

W ogóle nie wiem, czy zauważyliście, ale w tym roku wyjątkowo „modny” stał się temat (nie)sprzątania przed świętami. Na blogach można przeczytać albo o tym, jak to domownicy padają na twarz od porządków i ze zmęczenia myją okna żurkiem zamiast płynem, albo odwrotnie – całe cykle porad, jak olać (najlepiej tymże żurkiem) pucowanie chałupy, żeby teściowa nie zauważyła (lub co jej powiedzieć, jeżeli jednak zauważy). O ironio, ja też właśnie powyższą kwestię poruszam (sprzątania, nie teściowej…). Tak jakby nie było przed Wielkanocą bardziej palących spraw niż wytrzepanie wszystkich dywanów. Dziwne, bo przecież dla wierzących dzień Zmartwychwstania Pańskiego jest najważniejszym świętem w roku, więc powinno się go przeżywać przede wszystkim duchowo. Dla ateistów Wielkanoc albo nie ma znaczenia, albo jest miłą tradycją, okazją do spędzenia czasu z bliskimi. Dla jednych i drugich są w tych dniach istotniejsze rzeczy do zrobienia niż pucowanie i pichcenie. Coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy na święta (którekolwiek) wyjeżdżają daleko od domu i w nosie mają pranie firanek.

fence-2733591_640

Wracając jeszcze na moment do meritum, muszę przyznać, że po pojawieniu się Księżniczki całkowicie zmieniły nam się priorytety. Zauważam to na co dzień w pracy, ale jeszcze bardziej widzę ten proces właśnie w okolicach świąt. Nagle okazuje się, że prasowanie obrusa może poczekać, aż po raz osiemnasty policzymy wszystkie dziewięć pasków na grzbiecie tygrysa w książeczce, zaś walające się po mieszkaniu malutkie skarpetki (obecnie w liczbie sześciu, ale sytuacja jest dynamiczna) nie rzucają się w oczy aż tak bardzo. Mój mąż ma rację, że adopcja córeczki była najlepszą decyzją w naszym wspólnym życiu. W ten właśnie sposób dotarłam do życzeń:

Kochani Czytelnicy, życzę Wam, żebyście spędzili Wielkanoc po swojemu – wszystko jedno, czy oznacza to pieczenie bab, mazurków, serników i schabów, wyjazd na Karaiby czy leniwe oglądanie „Mody na sukces” przez bite trzy dni. Żebyście wypoczęli i nabrali sił na spotkanie kolejnych życiowych wyzwań. Aby pogoda się poprawiła i wreszcie nadeszła wiosna – ciepła, słoneczna i kwitnąca tysiącami kolorów.

Niech Zmartwychwstały Zbawiciel obdarza Was wszelkimi łaskami, jeżeli tylko tego chcecie.

Wesołego Alleluja!

sheep-3264732_960_720

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

O Księżniczce, co roczek skończyła

Zaczęłam w ostatnich dniach dwa wpisy i to na zupełnie odmienne tematy. Żadnego nie dokończyłam. Dosłownie jakby się wszyscy uwzięli. Znane powiedzenie mówi, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, wystarczy opowiedzieć Mu o swoich planach. Nie lubię tego porzekadła, ale tym razem wyjątkowo pasuje.

Zapro

Imprezy roczkowe Księżniczki zaplanowaliśmy z naprawdę sporym wyprzedzeniem i wydawało nam się, że wzięliśmy  pod uwagę wszystkie możliwe zmienne. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie stanęło na tym, że urządzimy dwa kameralne przyjęcia u nas w domu: pierwszego dnia dla przyjaciół, drugiego dla rodziny. Dużo wcześniej załatwiłam sobie wolny weekend, mąż zrezygnował z wyjazdu firmowego, co więc mogło pójść nie tak? Ano mogło. I poszło.

Najpierw okazało się, że jedyny wolny termin u okulisty dziecięcego jest akurat dwa dni przed uroczystością – no cóż, zdarza się, dwie godziny mnie nie zbawią, jakoś się ze wszystkim wyrobię. Tylko potem doszła jeszcze tego samego dnia rada pedagogiczna, a dzień wcześniej spędziłyśmy z Księżniczką popołudnie u pediatry na kontroli po chorobie. Oprócz tego zadzwoniła córka znajomej z prośbą o pilne korepetycje, bo ma ważny sprawdzian, a grozi jej jedynka na koniec klasy maturalnej. Może naoglądałam się za dużo reklamy Grześków, bądź co bądź dziecku nie odmówię. I tak oto mój tydzień roboczy, zaplanowany na porządki i gotowanie, skurczył się do dwóch dni.

W międzyczasie teściowa otrzymała skierowanie do sanatorium – akurat na czas urodzin wnuczki i Święta Wielkanocne. Kiedy zapytała o możliwość przesunięcia wyjazdu, dowiedziała się, że najbliższy dostępny turnus jest w 2021. Tym sposobem odpadł nam nie tylko ważny gość, ale też nieoceniona pomoc w opiece nad Księżniczką, kiedy my z P. krzątalibyśmy się przy podawaniu do stołu. Niedługo później wykruszyły się też kolejne cztery osoby i przez chwilę myśleliśmy, że imprezy w ogóle nie dojdą do skutku.

Na szczęście limit pecha wreszcie się wyczerpał… No, prawie, bo dzień przed pierwszym przyjęciem mała zrobiła sobie szramę na samym środku czoła. Jak? To jest niestety zagadka. Siedziała z tatą na kanapie, w pewnej chwili podniosła głowę i już miała ranę. Do teraz wygląda jak Balladyna, ewentualnie Harry Potter. Ze swoją gęstą, potarganą czupryną i tą krwawą krechą nad nosem o wiele bardziej przypomina weterana wojennego niż Księżniczkę. No cóż, przynajmniej teść jest dumny (wiecie, to ten dziadek od „czołgania przez pełzanie”).

Z braku zestawu moro założyliśmy jej biało-złotą sukienkę z falbankami i jeszcze przed pierwszą imprezą pojechaliśmy na sesję zdjęciową, podczas której nasza pociecha ochoczo rzucała plastikowymi (uff…)  pisankami i konsumowała papierowe pompony. Ona w ogóle najchętniej jadłaby wszystko, co papierowe. Ostatnio podczas przewijania znalazłam w jej pieluszce paragon… (Izzy, chciałaś kupę na blogu, to proszę bardzo 😉 !)

Po południu natomiast przyjmowaliśmy gości. Może zabrzmi to tandetnie i patetycznie, ale  mamy naprawdę wspaniałych Przyjaciół. Księżniczka otrzymała tyle uwagi i troski, że sama w pewnej chwili przestałam nadążać za tym, u kogo aktualnie jest na rękach albo kto ją właśnie zabawia. I tu od razu podkreślam, że wszyscy obecni to ukochane ciocie i wujkowie naszej małej, do których sama się garnie i których uwielbia. Nie oznacza to jednak wcale, że do każdej osoby z naszego otoczenia odnosi się z taką ufnością – ale o tym za chwilę. K. i M. zrobili nam niespodziankę, bowiem przyjechali z obiema córkami, dzięki czemu mogliśmy poznać ich najmłodszą, zaledwie dwumiesięczną latorośl. Patrzyłam na to maleństwo, śpiące słodko w foteliku albo machające nieporadnie rączkami i zastanawiałam się, jak to właściwie możliwe, że nasza pociecha rok temu wyglądała tak samo.

Pamiętam to i nie pamiętam zarazem… tuliłam przecież w ramionach tę kruszynkę, zwaną wówczas przez mojego męża Orzeszkiem, dbając o podtrzymywanie jej główki i odbicie po karmieniu. Oboje z mocniejszym biciem serca czekaliśmy na jej pierwsze świadome spojrzenie, zauważaliśmy pierwszy uśmiech albo samodzielne przewrócenie się na boczek. Tego się rzecz jasna nie da zapomnieć! Tylko że dzisiaj ten Orzeszek zdejmuje mi książki z regału i samodzielnie je przegląda (ostatnio gustuje w ilustrowanej biografii Karola Wojtyły, na którą przerzuciła się po „Podstawie programowej kształcenia ogólnego”), a na pytanie, kto zrobił bałagan w kuchni, odpowiada „MAMA!”… Jesteśmy dumni z każdego jej drobnego sukcesu, każdej zdobytej umiejętności, a jednocześnie żałujemy, że ten rok minął tak strasznie szybko…

Kolejnego dnia gościliśmy najbliższą rodzinę. Mimo moich początkowych obaw, związanych choćby z nieobecnością teściowej albo z podeszłym wiekiem naszych krewnych, było naprawdę bardzo sympatycznie. Księżniczka spędziła większość czasu na rękach i kolanach jednego z dziadków, który dzięki niej z góry zaliczył trening kardio na następny rok, a z imprezy wyszedł w przepoconej koszuli i obsmarkanej marynarce, za to szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Jako rekompensatę dostał michę kotletów, wiaderko sałatki i pudełko słodkości. Mam nadzieję, że wszystkiego nie wyrzuci, bo jakoś wyjątkowo odniosłam wrażenie, że roczkowe menu, chociaż bardzo proste i klasyczne, nie za bardzo przypadło do gustu ani jednym, ani drugim gościom. A może tylko tak mi się wydawało. Nikt nie krytykował głośno niczego poza… talerzami. Po raz pierwszy w takiej sytuacji skorzystałam bowiem z jednorazowych naczyń. Przyczynił się do tego fakt organizowania dzień po dniu przyjęć planowanych dla łącznie 24 osób oraz… brak zmywarki. Przeklinam moment, w którym uznałam, że nie będzie nam potrzebna, ale mówi się trudno. O ile M. zapytał żartem, czy przypadkiem nie zapomniałam o ekologii (co w ustach przyjaciela z lat harcerskich brzmiało całkiem logicznie i naturalnie), o tyle ciotka C. (tak, ta od makowca i łyżki do butów) była zdegustowana, że wyprawiam dziecku urodziny turystycznie. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że ten przysłówek może mieć zabarwienie pejoratywne, a jednak… P. natychmiast pospieszył z ripostą, że jeżeli ciotka zgłasza się na ochotnika do zmywania, to chętnie wymieni zastawę na tradycyjną. Nie doczekał się odpowiedzi, a sama zainteresowana turystycznie zjadła turystycznym plastikowym widelcem z turystycznego papierowego talerza.

sdr

Nie umiem określić, na czym konkretnie polega ten fenomen ciotki C. Wystarczyło, że teść przekazał na chwilę Księżniczkę w jej ręce, a mała zaczęła wrzeszczeć jak obdzierana ze skóry. Przypominam, że to to samo dziecko, które dzień wcześniej ochoczo pozowało do zdjęć w ramionach K., drapało po szyi moją Siostrę  i z płaczem domagało się przytulenia przez chrzestną. Ba, to jest nawet to samo dziecko, które drugiego dnia imprezy witało wszystkich z uśmiechem i zaczepiało na różne sposoby. Sekunda u ciotki C. zaowocowała natomiast pięcioma minutami uspokajania przez tatę. Wiedziałam, że zwierzęta instynktownie wyczuwają dobrych (i niedobrych) ludzi, ale nie przypuszczałam, że małe dziewczynki też mają tę cenną umiejętność. No nic. Na zakończenie tego wątku dodam tylko, że dziadek męża przyniósł ze sobą łyżkę do butów i celowo ją u nas zostawił (w domyśle: żeby się C. nie czepiała).

W każdym razie jesteśmy już po roczkowych szaleństwach. Zostały po nich jeszcze tylko balony, rozstawiony stół i cała góra uroczych upominków, spośród których Księżniczka tradycyjnie najbardziej upodobała sobie puste koperty i torebki po prezentach. Wybaczcie ten przydługi wpis, chciałam po prostu szczegółowo wytłumaczyć, gdzie byłam, kiedy mnie nie było na Stożkach. Zapewne wieszałam dekoracje albo piekłam tort… ewentualnie zmywałam, bo garnków jednorazowych nigdzie nie znalazłam. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym weekendowego szaleństwa jest to, że mieszkanie mam już właściwie posprzątane na Wielkanoc. A jak Wam idą przygotowania?

Taka tam rodzina adopcyjna

Biedronka nie ma ogonka, chyba że do kasy

Benjamin Franklin miał powiedzieć, że na świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Dziś, prawie 300 lat później, dodałabym do tej listy jeszcze kolejki w Biedronce i przedwiosenne przeziębienie.

To ostatnie dopadło najpierw P., chociaż z nim obeszło się najłagodniej. W Dzień Kobiet rozchorowałam się ja, a pod koniec weekendu Księżniczka. Nie ma nic gorszego dla rodzica niż niedomagające dziecko, w tym przypadku kaszlące jak stary gruźlik i smarkające niczym automat do lodów włoskich, w dzień słaniające się na nogach, a w nocy niemogące spać.

Obecny tydzień rozpoczęłam zatem w trybie ZOMBIE (Zabójcze Otępienie Matki Bobasa Imitujące Encefalopatię). Sama jeszcze nie czułam się całkiem dobrze, a bezsenność i osłabienie Księżniczki dodatkowo opóźniały rekonwalescencję. Nie zdążyłam wypić porannej kawy, śniadanie zjadłam w biegu, a włosy ogarnęłam na szybko suchym szamponem, który moim zdaniem nie służy absolutnie do niczego poza udawaniem, że coś się ze sobą zrobiło. Kupiłam go kiedyś w Rossmannie w jakiejś „niezwykle korzystnej” promocji i teraz czasem wmawiam własnemu odbiciu w lustrze, że on działa. Założyłam na siebie cokolwiek w miarę pasującego i wybyłam załatwiać codzienne sprawy.

woman-586185_960_720

Po południu zaczęło padać. Nie jakoś bardzo mocno, ale wystarczająco, żeby moje włosy nie przypominały już kompletnie niczego poza sierścią wystraszonego dzikiego zwierzątka. Z taką, że tak to nazwę, fryzurą i w przemoczonych butach (dlaczego na polskich osiedlach woda w ogóle nie wsiąka w podłoże?) wstąpiłam do Biedronki, w dodatku nie „mojej”, tylko takiej, w której zwykle nie bywam. Chodziłam więc jak błędna owca, jedną ręką pchając wózek z pociągającą nosem córką, a drugą dźwigając zapełniającą się torbę. W takim właśnie stanie wpadłam na dawną koleżankę mojego męża, z którą – no cóż – nie za bardzo się lubimy. Dlaczego ja nigdy nie mogę spotykać ładnych znajomych mego ślubnego wtedy, kiedy prezentuję się dobrze, jestem zdrowa i mam dobry humor? I dlaczego one zawsze wyglądają przy takich okazjach jak z okładki „Vogue”? I wreszcie – dlaczego w każdej Biedronce makaron leży gdzie indziej?

lego-1044891_960_720

W minioną sobotę wybraliśmy się z P. na Duże (tak, przez wielkie „D”) zakupy do Biedry, też nie „naszej”, tylko największej w okolicy. Tak się złożyło, że roczek Księżniczki organizujemy w domu i potrzebowaliśmy zrobić zaopatrzenie, a akurat tego dnia teściowa miała czas, żeby zaopiekować się małą. Oczywiście zbiegło się to nie tylko z moim przeziębieniem, ale także z wigilią Pierwszej Niedzieli Bez Handlu. Spodziewaliśmy się dantejskich scen: parkingu zawalonego aż po rogatki miasta, ludzi wywożących całymi przyczepami niezbędne zapasy mąki, cukru, papieru toaletowego, ściereczek z mikrofibry i zestawów do malowania pisanek za 2,99, czy wreszcie ogołoconych doszczętnie półek. Tymczasem spotkało nas pozytywne zaskoczenie. Okazało się, że nie tylko było gdzie postawić samochód, ale też nie napotkaliśmy przeszkód w poruszaniu się po sklepie. Spośród mijanych klientów to chyba my mieliśmy najbardziej wyładowany wózek i to na nas inni patrzyli z politowaniem, sądząc zapewne, że apokaliptyczna perspektywa wolnej niedzieli przygnała nas po kilo sera żółtego, cztery kartony mleka albo trzy paczki kuskusu. W każdym razie z niewiadomych przyczyn każda Biedronka w tej naszej mikropolii ma swoją własną topografię. Tam, gdzie w jednej jest nabiał, w innej piekarnia. Żywność dla dzieci znaleźliśmy obok lakierów do paznokci, podczas gdy w Biedrze koło nas ma osobny regał koło lodówek… I tak dalej. Podobno to taki chwyt marketingowy, żeby konsument przemierzył jak najwięcej alejek i nabrał jak najwięcej towaru. My owszem, nabieraliśmy, ale głównie zniecierpliwienia – no bo ile czasu można szukać rodzynek?

W każdym razie zakupy zrobione, czuję się już lepiej, a Księżniczka powoli dochodzi do siebie. Niedługo imprezy roczkowe, chwilę później Wielkanoc, a tuż po niej będę w końcu musiała na dobre wrócić do pracy. Im dłużej o tym myślę, tym gorzej śpię, ale to podobno normalne w takich okolicznościach.

A co u Was?

Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Czego Internet uczy matkę (nie tylko adopcyjną)?

meeowww

Na początek podam Wam, Kochani, kawałek odgrzewanego kotleta w postaci  pewnego cytatu, mającego już na swoim koncie tyle okrążeń po sieci, że nie jestem w stanie podać jego źródła. Dotyczy on jednego z paradoksów współczesności i brzmi tak: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do oglądania zdjęć kotów i do kłótni z obcymi ludźmi”.

Nieco bardziej adekwatna do tematu wpisu wydaje mi się parafraza tej myśli: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do przeglądania mało wiarygodnych źródeł, a  pozyskane w ten sposób wiadomości wykorzystuję w kłótniach z ludźmi w realnym świecie”.

Moja koleżanka po fachu (nazwijmy ją Aldoną) po kilkunastu latach nauczania w podstawówce i gimnazjum postanowiła zmienić zawód. Zapytana o powody, podała dwa. Pierwszy, mało zaskakujący, to reforma edukacji, która wielu pedagogów skłoniła do takiego kroku. Jako drugi przytoczyła natomiast pewną sytuację, będącą właściwie metonimią coraz bardziej powszechnego zjawiska. Otóż przyszła do niej mama czwartoklasisty z pretensjami, że Aldona błędnie i niesprawiedliwie oceniła pracę jej synka. Zarzuciła nauczycielce niekompetencję, brak powołania i nienadążanie za najnowszymi trendami w szkolnictwie. Skąd miała wiedzę, pozwalającą jej negować zdanie wychowawczyni? Oczywiście z internetu. Przeglądała bowiem regularnie „różne fora pedagogiczne”, dzięki czemu wiedziała, „jak się teraz powinno oceniać prace dzieci”. Aldona (wg jej własnych słów) w pewnym momencie nie wytrzymała i zapytała ją, czy przegląda również fora medyczne, żeby być mądrzejszą od lekarza. W odpowiedzi miała usłyszeć, że synek nie potrzebuje lekarzy, bo mama zna go najlepiej i sama wie, co mu pomaga na różne dolegliwości. „Jaki sens ma ta praca – zapytała retorycznie moja koleżanka na koniec naszej ostatniej rozmowy – jeżeli każdy rodzic, niezależnie od wykształcenia, jest dzisiaj lepszym specjalistą niż nauczyciel, pedagog, psycholog, lekarz, pielęgniarka, prawnik i wszyscy eksperci świata razem wzięci?

Daleka jestem zarówno od porzucania pracy z powodu megalomanii rodziców, jak i od uważania, że wiem absolutnie wszystko o swoim dziecku. Może jeszcze teraz, póki Księżniczka jest malutka i nie ma stałego kontaktu z rówieśnikami, faktycznie najlepiej znam jej zachowanie, ale mam też świadomość, że z czasem ta wiedza (i związana z nią pewność) będzie maleć. Niech jednak pierwszy rzuci kamieniem w monitor, kto nigdy nie pytał Wujka Google o rozwiązanie swoich problemów dotyczących zdrowia, usterki piekarnika lub innej dziedziny codziennych zmagań z rzeczywistością. Być może (jak ja) dowiedzieliście się wówczas, że ból w krzyżu na 100% oznacza nowotwór jelit albo ciążę pozamaciczną, natomiast komunikat o błędzie numer 1632273 na wyświetlaczu samochodowego komputera przypomina o konieczności wymiany filtra, którego to w posiadanym modelu auta w ogóle nie ma i nigdy nie było.

executive-2051414_960_720.jpg

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy zdesperowany rodzic podejmuje próbę rozwiania wątpliwości wychowawczych lub pielęgnacyjnych. Staram się omijać wszelkie facebookowe grupy dla mam i inne fora parentingowe, ale czasem zdarza mi się zabłądzić w internecie i czytać różne teorie, przy których prace Hawkinga reprezentują co najwyżej poziom zerówki. Czego dowiedziałam się z sieci na temat macierzyństwa i nie tylko?

  1. Jestem złą matką. Nie karmiłam piersią (bez znaczenia, że to dziecko adoptowane), nie urodziłam naturalnie ani nawet przez CC (o, czyli jednak ma znaczenie, że to dziecko adoptowane), nie mam rytuału usypiania, Księżniczka nie śpi ze mną w łóżku, zdarza mi się spuścić ją na chwilę z oka, a czasem nawet podać jej obiad ze słoiczka.

dog-734689_960_720

2. Najwięcej nienawiści do ludzi jest na forach dla miłośników zwierząt. To odkrycie, w przeciwieństwie do poprzedniego, naprawdę mnie zaskoczyło. Szukając domu dla Reksia, dołączyłam do kilku grup na FB, pośredniczących w adopcjach zwierząt. Nigdzie nie widziałam jednocześnie tyle hejtu, ile wylewa się w stronę ludzi w takiej sytuacji, jak moja. Co prawda osobiście nikt mnie nie zaatakował, ale to może dlatego, że wystąpiłam pod własnym nazwiskiem, szczegółowo opisując sytuację i odpowiadając na wszystkie pytania. Dowiedziałam się natomiast, że człowiek, który szuka nowych opiekunów dla swojego zwierzęcia (np. dlatego, że wypadek przykuł go do wózka inwalidzkiego i nie jest już w stanie wyprowadzać na spacer 80-kilogramowego owczarka kaukaskiego) jest takim samym sadystą, jak ten, który wrzuca psa do worka z kamieniami i topi go w rzece albo przywiązuje pupila do drzewa w głębi lasu. Mam wrażenie, że nawet kibice Wisły i Cracovii potrafią rozmawiać ze sobą bardziej kulturalnie, niż członkowie niektórych grup tego typu. Nie rozumiem natomiast, po co dołączać do powyższych społeczności, jeżeli nie chce się przygarnąć ani oddać psa, nie znalazło się żadnego zabłąkanego ciapka ani nie było się świadkiem sytuacji wymagającej jakiejś prozwierzęcej interwencji.

learn-2300141_960_720

3. Moje dziecko jest opóźnione w rozwoju. Nie cieszcie się, Wasze też są. Jeżeli nieopatrznie pochwalicie się, że Wasz roczniak już korzysta z nocnika i recytuje wierszyki, to zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze, że jego pociecha w tym wieku siusiała do klozetu, który następnie po sobie myła, a w razie potrzeby także biegła do najbliższego supermarketu w celu uzupełnienia zapasów papieru toaletowego; ponadto płynnie mówiła w trzech językach – i to trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie, żeby nie było za łatwo. W związku z powyższym, zamiast się cieszyć z postępów maluszka, lepiej udać się z nim do specjalisty, nim będzie za późno.girl-2617485_960_720

4. Dzieci adoptuje się z litości. To najnowszy hit, dlatego nie zdążyłam go jeszcze dopisać do listy adopcyjnych stereotypów. Nie doczytałam tylko, czy ta litość dotyczy dziecka („skrzywdzonej, małej sierotki”), współmałżonki/a („biedna/y, nie może mieć potomstwa, to mu przysposobię, niech się poczuje bardziej kobieco/męsko”) czy sąsiadki z naprzeciwka („i tak cały dzień siedzi w oknie z lornetką, to niech sobie chociaż dla urozmaicenia popatrzy na bobaska, zamiast tylko na nas i tego grubego pijaka spod ósemki. Ostatnio chyba brakuje jej materiału do kolejnych teorii spiskowych, to proszę bardzo, niech ma.”).

5. Wzięcie pod swój dach obcego DNA jest aktem odwagi. Nigdy nie myślałam w ten sposób o małżeństwie, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to właściwie racja.

…A nie, moment, to stwierdzenie dotyczyło adopcji dziecka. E tam, jakiej odwagi. Mam w szybkim wybieraniu numer do NASA, SWAT, CBŚ, KGB, PZU, KFC i Sanepidu (reagującego najskuteczniej z powyższych, bo jeszcze przed wezwaniem, o czym pisałam ostatnio), więc jeśli Księżniczka okaże się przybyszką z Melmac, to będę wiedziała, co robić.

6. Jestem niedouczona i niekompetentna. Wy również, bez względu na to, czy jesteście nauczycielami, informatykami, sprzedawcami, kierowcami, dziennikarzami czy np. przedsiębiorcami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto, nie mając kierunkowego (a nierzadko w ogóle żadnego) wykształcenia, wytknie Wam wszystkie błędy, nawet te nieistniejące lub jeszcze niepopełnione. W razie braku merytorycznych argumentów adwersarz zawsze będzie mógł Wam zarzucić, że zostaliście przekupieni. Lekarze zalecają szczepienia, bo płacą im za to firmy farmaceutyczne, a nauczyciele wybierają konkretne podręczniki, ponieważ wydawnictwa sponsorują im zagraniczne wycieczki… i tak dalej. Nawet osiedlowy pubik z trzema stolikami na krzyż też zapewne finansuje pisanie pozytywnych recenzji lokalu na FB.

toxic-145897_960_720
7. Guzik wiem o życiu. Ahaja vel Olitoria wspomniała w najnowszym wpisie o programie telewizji śniadaniowej, w którym ekspertka uczyła widzów, jak rozwieszać pranie na suszarce. Internet roi się od równie odkrywczych porad, a jeszcze częściej od straszenia horrendalnymi konsekwencjami całkiem prozaicznych praktyk, takich jak kilkakrotne przegotowywanie wody (wiedzieliście, że to powoduje raka?), mycie mięsa przed gotowaniem (wiedzieliście, że to powoduje raka?), podawanie czarnej herbaty z cytryną (wiedzieliście, że to powoduje raka?) albo łączenie w sałatce pomidora z ogórkiem (wiedzieliście, że to też powoduje raka?).

7. Więcej nas łączy, niż dzieli. Zaimek z poprzedniego zdania odnosi się głównie do rodziców. Pomimo tych bezsensownych podziałów na dających smoczki i niedających, stosujących pampersy i pieluchy wielorazowe etc., wszyscy jednakowo chcemy jak najlepiej dla swoich dzieci i tak samo gubimy się w gąszczu porad, mód, mądrości i porównań.

8. Rodziny adopcyjne są wszędzie. Kiedyś już o tym pisałam. Pierwszym blogiem mamy ado, na jaki trafiłam – jeszcze przed formalnym rozpoczęciem procedury – było chyba Nasze Bąbelkowo… a potem poszło już z górki. I nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi przysposabia dzieci, a wielu z nich również bloguje, dzięki czemu powstaje coraz większa, chociaż (na szczęście!) nieformalna społeczność osób o podobnych doświadczeniach.

Jako patologiczne dziecko, jak określiła nas kilka dni temu Izzy, chwilami tęsknię za bezpowrotnie już minionymi czasami sprzed cyfryzacji. Potem jednak przypominam sobie, że to dzięki sieci dowiedziałam się tyle o adopcji, a potem poznałam Was. Zresztą nawet mój przyjaciel M., choć spotkaliśmy się najpierw osobiście, nawiązał ze mną kontakt właśnie na internetowym forum. Sporo moich rzeczywistych relacji także przynajmniej częściowo przeniosło się do świata wirtualnego, bo tak jest prościej i wygodniej, chociaż na pewno mniej urokliwie. Zwłaszcza harcerskie i akademickie znajomości mają to do siebie, że łączą ludzi z odległych zakątków kraju (i nie tylko), którym o wiele łatwiej „spotkać się” w messengerze niż w kawiarni.

Na koniec zatem również cytat, tym razem  z opowiadania Antoniny Liedtke: „W sieci można udawać wszystko, z wyjątkiem tego, co się naprawdę liczy. Nie możesz udawać inteligencji, poczucia humoru ani błyskotliwości… złośliwości, przewrotności, ani całej reszty twojej paskudnej, fascynującej osobowości”.

Ci, bez których nie jestem sobą

O przydziałach na pomidory i o tym, jak miłość rujnuje dzieciństwo

Na potrzeby poniższego wpisu zdecydowałam się nadać pseudonimy dwóm „literkom”, które niektórzy Czytelnicy już znają z dawniejszych postów. Sądzę, że same „literki” nie pozwoliłyby odpowiednio wybrzmieć niektórym sentencjom, jakie pojawią się poniżej. Zatem: E. zostanie tymczasowo Jagodą (od jej harcerskiego imienia),
C. będzie figurować jako Mandaryna (nie mylić z pewną wokalistką… C., wybacz!!!)

Dopiero względnie niedawno odkryłam, że pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje” ma trzecią zwrotkę. Brzmi ona tak:

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
Że na zawsze łączą nas:
Wspólne troski i radości życia,
Serc harcerskich zjednoczone bicia
I ta przyjaźń najszczersza, prawdziwa
Którą Bóg połączył nas.

Słucham jej właśnie w nieco unowocześnionym wydaniu. Zamykam oczy i natychmiast z łatwością przenoszę się… w las. Jest chłodny letni wieczór, ognisko powoli dogasa. Mam na sobie szary mundur z granatowym sznurem drużynowej, a na karku jakieś 19 lat. Zapach drzew łączy się z wonią dymu z płonących gałęzi. Stoję w kręgu, wśród ludzi takich jak ja. Może po prawej mam moją Siostrę, a po lewej jedną ze swych późniejszych następczyń? A może G., który za kilka lat zagra na organach na moim ślubie albo M., który urwał się z pobliskiej kolonii zuchowej na krótkie odwiedziny? Nie to jest w tej chwili ważne. Istotniejsze, że właśnie ktoś intonuje „Pieśń pożegnalną”, po niej przekażemy sobie iskrę przyjaźni, a niedługo później tę leśną ciszę przetnie płynąca z oddali melodia „Idzie noc”, grana na trąbce przez druha P., komendanta jednego z podobozów. Jak zawsze charakterystycznie zafałszuje, dzięki czemu nikt nie będzie miał wątpliwości co do osoby trębacza. Za moment moje harcerki pójdą spać, a ja zejdę na odprawę kadry, żeby podsumować dzień i zaplanować następny. Lubię siebie w tamtej chwili. Wiem, kim jestem, co tam robię, czego chcę.

ognisko

Piosenka się skończyła, ale nie otwieram jeszcze oczu. Cofam się w czasie o kolejne cztery lata. Siedzimy we cztery – najbardziej zgrany zastęp świata, a przynajmniej tak nam się wtedy wydaje –  na wydeptanej trawie i zastanawiamy się, co za cymbał załatwił nam na obóz te kanciaste namioty z podłogą. „Oficerskie”, psia kość, ale tylko z nazwy. Jakiż to był szatański wynalazek! Przez tę gumowaną podłogę nie dało się zbudować porządnej pionierki, bo niczego nie można było wkopać. Postawiona naprędce półka zawaliła się po tygodniu, skazując nas na mniejszy lub większy (częściej większy) chaos w naszym zielonym m4. O pryczach z tych samych względów mogliśmy wszyscy zapomnieć, a zamiast kanadyjek czy innych łóżek polowych dostaliśmy takie grube, gąbczaste materace. Po kilku deszczowych dniach wszystko w tych namiotach gniło, bo wilgoć nie miała jak wsiąkać w podłoże. Wsiąkała więc w materace (pod którymi, oprócz pleśni, Jagoda znalazła któregoś razu jakieś zapomniane zapasy z domu – żadna z nas nie wiedziała, jak się tam znalazły). W czasie upału natomiast nie dało się w tym ustrojstwie oddychać, bo nie istniała możliwość wietrzenia. Namiot miał tylko jedno wyjście, a podłoga nie przepuszczała powietrza od ziemi.

616619101_2_1000x700_namiot-n6-dodaj-zdjecia_rev001
źródło: OLX

Szybko porzucamy jednak temat otaczającej nas infrastruktury (przynajmniej do czasu, gdy D. znajdzie pod damskim prysznicem żywą żmiję…) i uciekamy myślami do oddalonej o 200 km miejscowości, w której obozowały nasze zaprzyjaźnione męskie drużyny. „Zaprzyjaźnione” to właściwie eufemizm, bo oprócz Jagody każda z nas miała tam swoją „miłość życia”. Do dziś wspominam te historie z pewną nostalgią. W każdym razie cierpiałyśmy wtedy straszliwie, że musiałyśmy pojechać na obóz razem z młodszą częścią naszego środowiska, zamiast tam, dokąd rwały się serca. Owe uczuciowe perypetie miały oczywiście swój ciąg dalszy, choć żadna nie związała się na stałe z ówczesnym obiektem westchnień.

tomatoes-1993695_1280

Jakiś czas później, podczas dłużącej się podróży dokądś tam, siedziałyśmy z Siostrą jak zwykle na tyłach autokaru, tym razem jednak obok Sz., byłego chłopaka Mandaryny. I w pewnej chwili, właściwie niepytany, nasz towarzysz westchnął głęboko, po czym wyznał śmiertelnie poważnym tonem: „Miałem szczęśliwe dzieciństwo. A potem poznałem Mandarynę.” Ta fraza błyskawicznie stała się pewnego rodzaju mottem naszego zastępu, powtarzanym do teraz przy okazji różnych (i zdecydowanie za rzadkich) przyjacielskich spotkań. Mandaryna zazwyczaj od razu dodaje: „Jeny, jak ja go kochałam!” – a stąd już prosta droga do odtwarzania rozmaitych wspomnień, czasami wielokrotnie powtarzanych, a czasem wygrzebywanych z najgłębszych zakamarków pamięci. Miałyśmy też inne hasła, jak choćby „przydział się skończył”, którego geneza była dość… osobliwa. Otóż któregoś razu wpadłyśmy wszystkie do Siostry i spustoszyłyśmy jej kuchenne zapasy, przez co obawiała się, że dla jej braci zabraknie posiłku; zabrała nam więc chleb i dżem sprzed nosa, oznajmiając półżartem, że przydział się skończył. To powiedzonko również na dobre weszło nam w krew, używałyśmy go za każdym razem, kiedy czegoś nam brakowało. Tym sposobem „przydział się skończył” było odpowiedzią na deficyt gwoździ podczas obozowej pionierki, trudności finansowe drużyny, a nawet filozoficzne rozważania na temat uczuciowych niepowodzeń. O, albo jeszcze „mieć z kimś pomidora” oznaczało tyle, co całować się. Mandaryna grała na gitarze i potrafiła (zapewne nadal potrafi) pięknie śpiewać, posiadałyśmy zatem także repertuar ulubionych piosenek, będących nierzadko przeróbkami znanych harcerskich utworów. Na przykład:

Znów pewnie ci włożą
Kaftanik przez głowę,
I znowu karetka
Powiezie cię w dal,
Psychiatra obejrzy,
Postawi diagnozę,
Pasami do łóżka
Cię przycisną tak…

Z tym domem wariatów to w ogóle musiało być coś na rzeczy, bo wspomniany druh P., ten od fałszowania na trąbce, wymyślił cały dział tzw. „sprawności psychiatrycznych”, które (oczywiście nieoficjalnie) zdobywali jego harcerze. Pamiętam między innymi, jak pewien młody bydgoszczanin wbiegł do naszego obozu przebrany za krasnoludka (czapkę miał z worka na śpiwór, a płaszcz ze sztormiaka swojego drużynowego) z szyszką w zębach i saperką w rękach; tu niestety moja pamięć zawodzi, bo nie potrafię sobie przypomnieć, co miał za zadanie zrobić… zapewne albo zatańczyć na środku placu apelowego, albo zdobyć jakiś przedmiot należący do komendantki. W każdym razie obecność takich oszołomów współtworzyła niepowtarzalną atmosferę tych obozów.

Co się zaś tyczy historii naszych wzajemnych zastępowych relacji, którą opisywałam rok temu (KLIK), to jest ona dla mnie nadal nierozwiązaną zagadką. Nadawałyśmy na tak różnych falach, że teoretycznie nie miałyśmy prawa się zaprzyjaźnić:

Jagoda – najstarsza i najbardziej rozsądna, wiecznie trafiała ze mną do jakiejś kostnicy (serio! Chyba każda nasza wyprawa we dwie kończyła się gdzieś w pobliżu zwłok). Siostra – wrażliwa i zakręcona,  a jednocześnie nasz zastępowy architekt, budowlaniec i mechanik. Ja – najbardziej zachowawcza i beznadziejnie romantyczna, ale też najbardziej wygadana. I wreszcie Mandaryna – najmłodsza, najpiękniejsza i najbardziej śmiała z naszej czwórki; nigdy nie istniały dla niej tematy tabu ani przeszkody nie do pokonania.

A jednak trzymałyśmy się razem, dopóki Jagoda nie wyjechała za granicę. Potem kontakty uległy rozluźnieniu, ale nie wygasły.

Dzisiaj potrafimy się nie widzieć przez długie miesiące (albo i lata), a zachowujemy się tak, jak gdyby minęło zaledwie kilka dni. Mandaryna dowiodła tego po raz kolejny podczas niedawnych odwiedzin u Księżniczki, kiedy okazało się, że bez problemu łączymy przeróżne wątki naszych życiorysów, pozornie zupełnie od siebie odległe.

Dla mnie jest w tym jakaś magia, chociaż zapewne psychologia ma na to zjawisko dziesiątki specjalistycznych nazw i kryjących się za nimi teorii. Jednak to tę właśnie magię, razem z trzaskiem płonących w ognisku gałęzi, szumem drzew i chóralnymi dźwiękami pieśni harcerskich, wspominam podczas tegorocznego Dnia Myśli Braterskiej.

Powyższy wpis ma dwie dedykacje. Pierwsza – to życzenia dla wszystkich, którzy czują harcerskiego ducha, aby nie tracili w sobie tych iskier sprzed lat – czyli pozostali wewnątrz młodymi, wiernymi zasadom (i sobie!) druhami czy druhnami, wierzącymi,  że mogą zmienić świat. Druga – specjalna – dla Mandaryny. Niech nadchodzący przełom w Twoim życiu będzie tym właściwym i wymarzonym, a jednocześnie pozwoli Ci, Kochana,  pozostać sobą i pamiętać o latach spędzonych w szarym mundurze… chociaż jestem o to jakoś dziwnie spokojna. 🙂