Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉

Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kwiatki, herbatki, czekoladki – czyli o upominkach dla nauczycieli na koniec roku szkolnego

Temat końcoworocznych prezentów wzbudza emocje nie tylko u rodziców uczniów, ale także u nauczycieli. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy podarowanie bukietu kwiatów wychowawczyni to za dużo, czy może za mało? Z mojej strony biurka odpowiedź wydaje się prosta: uważam, że za każdym razem decyzja należy wyłącznie do ucznia i jego opiekunów.

Czy zatem należy (lub wypada) obdarować nauczyciela upominkiem na koniec roku?

Moim zdaniem NIE. Nauczanie jest naszą pracą, za którą otrzymujemy jakieś tam wynagrodzenie. Znakomita większość pedagogów nie oczekuje żadnych materialnych dowodów wdzięczności, a tymi, którzy się takowych domagają, sama chętnie mocno bym wstrząsnęła. Co roku zresztą powtarzam moim wychowankom, żeby mi niczego nie kupowali. O tym, co z tego wynika, napiszę na końcu.

A co w przypadku, gdy uczeń zżył się z nauczycielem i chce mu jakoś podziękować albo podarować coś na pamiątkę?

Jeśli chce, to niech to zrobi. Myślę, że wystarczyłoby zwykłe, niewymuszone „dziękuję”, ale jeżeli wychowanek czuje potrzebę dołączenia symbolicznego (!!!) upominku, to nie widzę w tym niczego niewłaściwego. My też jesteśmy ludźmi i lubimy dostawać prezenty, co absolutnie nie znaczy, że ich oczekujemy. Szczerze mówiąc, dla mnie największą wartość mają podarunki wykonane samodzielnie przez uczniów. Moja poprzednia klasa (cudowna, idealna, najlepsza, jakiej życzę każdemu pedagogowi) zrobiła mi na zakończenie szkoły album ze swoimi zdjęciami, pod którymi każdy z podopiecznych dopisał kilka słów od siebie. Beczałam jak bóbr, przeglądając jego zawartość i do tej pory zdarza mi się do niego wracać.

Czy kwiatek dla nauczyciela jest formą łapówki?

Wolne żarty. Po pierwsze – zwyczajowo upominki wręcza się na koniec roku, kiedy stopnie są dawno wystawione, a świadectwa wydrukowane. Po drugie – na ostateczną ocenę uczeń pracuje przez cały rok (a nawet kilka lat). Nie wyobrażam sobie zafałszowania wyników osiąganych przez podopiecznego z powodu różyczki albo czekolady. Młodzież czasem w żartach pyta, czy przyjmuję koperty. Z reguły odpowiadam w podobnym tonie, że jeżeli miałabym ryzykować utratę dobrego imienia i prawa do wykonywania ukochanego zawodu, to koperta musiałaby być naprawdę wyjątkowo gruba ;). I jeszcze po trzecie: faktem jest, że większość pomocy dydaktycznych (typu pisaki, kartki samoprzylepne, szary papier, repetytoria, dekoracje na różne akademie itd., a nierzadko także nagrody w konkursach) kupujemy z własnych pieniędzy. Wydajemy na to setki złotych rocznie. Jeżeli więc ktoś mówi, że przyjęcie kwiatka za dychę równa się nielegalnej korzyści materialnej, to przepraszam, ale ogarnia mnie pusty śmiech.

Co zrobić, kiedy wychowawca domaga się od klasy drogiego prezentu, np. w postaci sprzętu AGD lub weekendu w SPA?

Takie przypadki znam wyłącznie z internetu i mam nadzieję, że są to jedynie miejskie legendy. Jeżeli natomiast podobna sytuacja miałaby miejsce w rzeczywistości, należy niezwłocznie poinformować o tym dyrekcję. Odpowiedzialny dyrektor podejmie odpowiednie kroki, żeby przywołać materialistę do porządku. Jest i druga strona medalu. Czasami rodzice na siłę wciskają nauczycielom ekskluzywne prezenty. Błagam, nie róbcie tego! To szalenie krępujące i bywa, że przypomina bardziej jałmużnę niż podziękowanie. Dwa razy byłam postawiona w takiej sytuacji i do tej pory jest mi z tym głupio. Najgorzej, że trudno jest właściwie zareagować na taki podarunek: z jednej strony poczucie przyzwoitości każe odmówić, z drugiej trudno to zrobić, kiedy naprzeciwko ma się trzydzieści par oczu swoich wychowanków, którzy czekają w napięciu z nadzieją, że prezent spodoba się ich pani…

Najcenniejsze upominki, jakie dostałam od uczniów…

…to wcale nie te najdroższe. Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy z nich:

1. Wspomniany wyżej album ze zdjęciami i podziękowaniami od wychowanków.

35735963_2246270518749023_2449159664084975616_n35747326_2246270428749032_3673274413446332416_n35924536_2246270495415692_50913272471224320_n

  1. Uczyłam przez trzy lata pewną klasę licealną, w której na ostatnie kilka miesięcy objęłam wychowawstwo. Na zakończenie szkoły dostałam pudełko z listami od każdego ucznia. Niektóre były bardzo osobiste, inne dowcipne, a jeszcze inne zawierały życzenia dla mnie. Poniżej wklejam zdjęcie jednego z nich. Wybrałam taki, który nie zawiera żadnych zwierzeń ani innych wrażliwych treści.

List1

 

3. Pewien zabawny drobiazg. Kiedy po raz pierwszy dostałam klasę wychowawczą, zaproponowałam jej uczniom zrzutkę na czajnik elektryczny do naszej sali, żebyśmy w zimne dni mogli się napić ciepłej herbaty podczas długiej przerwy albo lekcji wychowawczej. Pomysł spodobał się moim wychowankom na tyle, że po nabyciu czajnika chcieli mnie jeszcze namówić na kupno kuchenki mikrofalowej. Oczywiście nie mogłam na to przystać. Odmawiając, zażartowałam ironicznie, że skoro już mają taki rozmach, to mogą się jeszcze zrzucić na nowy samochód dla wychowawczyni. Długo nie musiałam czekać na reakcję: z okazji Dnia Edukacji Narodowej otrzymałam model fiata 126p z doczepioną karteczką o treści: „Czy teraz już możemy kupić tę mikrofalę?” 😉

35734885_2246102598765815_4985711750750928896_n

……………………………………………………………………………………………………………………………

EDIT:
Już po napisaniu tego tekstu brałam udział w dwóch zdarzeniach, które dobrze ilustrują wszystko to, co zawarłam powyżej.

SYTUACJA PIERWSZA: stałam się mimowolnym świadkiem rozmowy grupy uczniów, którzy w piątek będą żegnać swoją wychowawczynię. Debatowali nad wyborem prezentu dla niej, a konkretnie nad kwotą, którą chcą na ten cel przeznaczyć. Każda kolejna suma proponowana przez skarbnika wydawała im się za duża, a ostatnie zdanie tej dyskusji brzmiało: „Dobra, kupmy jej cokolwiek, byle za mniej niż stówę, a za resztę klasowych zamówimy sobie pizzę”. Nie wiem, jakie ta klasa ma relacje z wychowawcą, ale będąc na miejscu tej nauczycielki, wolałabym nic nie dostać, niż otrzymać wymuszone „cokolwiek”, kupione za pieniądze, które młodzież chętniej przeznaczyłaby na inny cel.

SYTUACJA DRUGA: odwiedziło mnie dzisiaj w trakcie lekcji dwóch uczniów z poprzedniej klasy (tej od albumu). Wręczyli mi różę i bombonierkę, dziękując za trzy lata współpracy. Zdziwiona przypomniałam im, że przecież dziękowali rok temu, kiedy kończyli szkołę. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie oznacza, iż nie mogą zrobić tego jeszcze raz. Szczerze? Chrzanić tę różę i bombonierkę. Samo to, że przyszli i na głos, przy obcej młodzieży, z którą akurat miałam zajęcia, wypowiedzieli tyle miłych słów pod moim adresem, ma o wiele większe znaczenie niż wszystkie kwiaty i słodycze świata razem wzięte.

Taka tam rodzina adopcyjna

Rozmowa z alter ego i co wynikło z tego

friendship-2156174_960_720

Amicus alter ego” – głosi łacińska sentencja. Przyjaciel w niektórych przypadkach całkiem dosłownie bywa „drugim ja”. F. i ja znamy się od podstawówki. Nasze losy splatały się w tak pokręcony sposób, że można byłoby napisać o tym książkę. Może zabrzmię jak nawiedzona, ale nierzadko odnoszę wrażenie, iż łączy nas jakaś niewidzialna nić, która nieraz powodowała, że np. potrafiłyśmy się identycznie ubrać albo napisać takie same wypracowania ani razu się ze sobą nie konsultując. Na bal ósmych klas przyszłyśmy w bliźniaczo podobnych sukienkach i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że F. swoją szyła na miarę, a ja kupiłam moją w lokalnym butiku. Być może z powyższych powodów nauczyciele notorycznie nas mylili, mimo że reprezentujemy odmienne typy urody. Miałyśmy jednolity gust, wspólnych przyjaciół, a nawet… chłopaka (na szczęście nie w tym samym czasie! 😉 Żeby było zabawniej, każda z nas poznała go w zupełnie innych okolicznościach i w innej części Polski). Podczas ostatniej wizyty u mnie w domu (lata świetlne temu niestety) F. parsknęła śmiechem już przy wejściu, wskazując na stojące w przedpokoju moje nowe sandały. Przyszła w identycznych…

Obecnie F. mieszka za granicą ze swoim mężem. Nie miałam okazji poznać go osobiście, ale kiedy o nim opowiada, to jakby opisywała mojego P., tyle jest między nimi podobieństw. Niedawno pochwaliła się, że oczekują potomka. Zaczęła opowiadać o ciążowych dolegliwościach i właściwie tym przypomniała mi, że nie urodziłam mojej latorośli.

Od adopcji minął rok i dwa miesiące. Księżniczka jest naszą córką tak samo, jak ja jestem córką moich rodziców. Na co dzień nie myślę o tym, że kto inny powołał ją na świat. Owszem, temat przysposobienia stale gości w naszym życiu, często wypływa choćby tutaj, na blogu, ale pozostaje jakby trochę obok rodzinnej zwyczajności.

Makbetka Junior rośnie w zastraszającym tempie i wspaniale się rozwija. Nieustannie zaskakuje nas nowymi umiejętnościami. Na Boże Narodzenie i roczek dostała dwa kubki 360 stopni. Kilkakrotnie próbowaliśmy ją nauczyć korzystania z nich – bezskutecznie. Już myśleliśmy, że to po prostu wynalazek nie dla niej. Tymczasem kilka dni temu wzięła ze stolika mój kubek z wodą i zwyczajnie się z niego napiła. Co prawda połowa zawartości wylądowała na jej sukience, ale od czegoś trzeba zacząć 🙂 . Chwilę później nalałam jej wodę do jednego ze wspomnianych kubków 360 i od tamtej pory mała swobodnie z niego pije. Próbuje również sama się czesać (przeważnie odwrotną stroną grzebienia) i zakładać buty (swoje, moje i P., czasem jednocześnie). Mówi nadal głównie po swojemu, ale coraz więcej rozumie i komunikuje – np. przynosząc swoją podusię, pukając dłonią w kuchenny blat albo wkładając nam do ręki butelkę na mleko.

Wraz z samodzielnością wzrasta też jej upór. Podczas spacerów nie chce chodzić za rączkę, a my jeszcze nie wymyśliliśmy, jak ją tego nauczyć. Nie daje sobie założyć żadnego nakrycia głowy, co w czasie obecnych upałów nieco komplikuje przebywanie na świeżym powietrzu. Bardzo często próbuje dźwigać zbyt ciężkie i nieporęczne dla siebie przedmioty (np. pudło zabawek albo poduszkę oparciową z narożnika) i okropnie się złości, kiedy nie daje rady. W ogóle twarda z niej sztuka. Kilka dni temu przewróciła się na placu zabaw i to tak niefortunnie, że wykonała przewrót w przód , zdzierając sobie przy tym skórę z nosa i policzka. W pierwszej chwili rozejrzała się zaskoczona, po czym natychmiast wstała i ruszyła przed siebie. Parę minut wcześniej starszy od niej chłopiec wjechał na hulajnodze w kolczaste krzaki*, co skończyło się wielką (i rzecz jasna zrozumiałą) histerią. Jego rodzice, zobaczywszy upadek Księżniczki, zapewne chcąc synka jakoś pocieszyć, powiedzieli: „Zobacz, dziewczynka też się przewróciła i będzie płakać”. Tymczasem rzeczona dziewczynka podniosła się, spojrzała na nich, wyszczerzyła fsystkie dziesięć zębów w uśmiechu i dziarskim krokiem powędrowała w stronę konika na sprężynie.

Ostatnio pozbawiła mnie śniadania, wyciągając z torby zakupów reklamówkę z pieczywem i częstując się świeżutką, chrupiącą bułą. Była przy tym tak szczęśliwa i tak dumna z siebie, że pomimo burczenia w brzuchu mnie też udzielił się świetny nastrój.

sand-2548132_960_720

Rośnie nam więc łobuziara w królewskiej koronie, która zapewne będzie wymagać tyle samo miłości, ile konsekwencji. Jeżeli i tutaj zadziała zasada podobieństwa między F. i mną, to za niecałe 2 lata również ona będzie miała do czynienia z podobnym małym rozrabiaką, czego jej z serca życzę.

*Geniusza, który kazał obsadzić plac zabaw dla maluchów  krzaczorami pełnymi kolców, wrzuciłabym w te zarośla klejnotami w dół.

Droga po szczęście

Wylewanie dziecka z polityczną kąpielą

Staram się nie zajmować polityką na Stożkach. Obawiam się zabłądzenia pomiędzy te  zakamarki internetu, w których ludzie skaczą sobie do gardeł, obwiniając na zmianę PiS i PO o to, że pada deszcz albo że po niedzieli następuje poniedziałek, a nie na przykład środa.

time-1485384_960_720

O niektórych kwestiach jednak nawet mnie trudno milczeć. Jedną z nich jest pomysł wydłużenia czasu na potwierdzenie zrzeczenia się dziecka po porodzie z obecnych 6 do 14 tygodni. W teorii brzmi to mądrze: przeciwdziała pochopnemu rozdzieleniu matki z noworodkiem, daje dodatkowe miesiące na znalezienie pomocy materialnej oraz innych form wsparcia. Medialna propaganda działa zwłaszcza na wyobraźnię osób niemających nic wspólnego z rodzicielstwem zastępczym ani adopcyjnym, którym się wydaje, że obecnie kobiety w trudnej sytuacji życiowej są zachęcane lub wręcz zmuszane do rezygnacji z praw rodzicielskich.

A jak to wygląda w praktyce? Zacznę od opisania rzeczywistego przypadku z mojego otoczenia; na jego podstawie będzie mi łatwiej omówić szkodliwość takiej ustawy. Karolina ma 22 lata i jest narkomanką. Niedawno sąd odebrał jej prawa do dwojga małych dzieci – trzyletniego i półtorarocznego. Podczas rozprawy nie protestowała; przeciwnie, przyznała, że nie chce walczyć z nałogiem i nie potrafi się zająć dziećmi. Przy okazji ujawniła też, że jest w trzeciej ciąży i zadeklarowała oddanie maluszka do adopcji zaraz po porodzie. Formalnie (w myśl aktualnych przepisów) będzie to mogła zrobić dopiero wtedy, kiedy bobas przyjdzie na świat, a po sześciu tygodniach i tak będzie musiała potwierdzić swoją decyzję przed sądem.

Dlaczego uważam, że wydłużenie tego czasu jest szkodliwe? Pytanie do pomysłodawców tej ustawy: jak sądzicie, co się wtedy dzieje z dzieckiem? Podpowiem: po porodzie nie zostaje z matką biologiczną, która chce się go zrzec. Trafia do domu dziecka, ewentualnie do ośrodka preadopcyjnego, rzadziej do pogotowia opiekuńczego. Jest zatem umieszczane w placówce, w której nie ma większych szans na nawiązanie stałej, bezpiecznej więzi z jednym lub dwoma opiekunami. Takie sytuacje jak nasza, czyli preadopcja noworodka, należą do wyjątków i są obarczone sporym ryzykiem. Nie wszyscy rodzice adopcyjni są gotowi przyjąć dziecko, które w każdej chwili może zostać im odebrane – tym bardziej, że w naszym kraju nie funkcjonuje żadna forma pomocy psychologicznej dla takich osób. Wracając do meritum: 6 tygodni to być może niewiele dla kobiety po porodzie, ale niezmiernie długo dla noworodka, który w tym czasie bardzo intensywnie się rozwija. Obecnie rząd chce skazać opuszczone maluszki na minimum 3,5 miesiąca pobytu w placówce, a w rzeczywistości nawet dłużej, bowiem dopiero po upływie tego czasu ruszy cała machina adopcyjna.

Może też się zdarzyć tak, że matka biologiczna nie stawi się w sądzie w wyznaczonym terminie, żeby potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się potomka. Wtedy oczywiście należy wyznaczyć nową datę posiedzenia sądu, a przede wszystkim ustalić miejsce pobytu kobiety, co czasem graniczy z niemożliwością (wiem, co mówię, bo takie ryzyko istniało również w naszej historii; na szczęście wszystko zakończyło się pozytywnie dla Księżniczki). Przez cały ten czas dziecko nadal pozostaje w placówce lub, co gorsza, jest przenoszone do innego domu dziecka czy rodziny zastępczej – czyli doświadcza kolejnej zmiany miejsca, opiekunów i rytuałów. Dla noworodka to prawdziwa rewolucja, w jak najgorszym znaczeniu tego słowa.

Jeśli wierzyć ośrodkom adopcyjnym, po wprowadzeniu programu 500+ niewiele kobiet decyduje się na zrzeczenie praw do noworodka, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre – bo oznacza, że źródłem takich decyzji nie jest bieda. Złe – gdyż perspektywa korzyści finansowej nie zawsze idzie w parze z troską o zaspokojenie potrzeb maluszka… czasem oznacza po prostu więcej pieniędzy na używki. Matki, które mimo wszystko rezygnują z opieki nad dzieckiem zaraz po porodzie, czynią to  z różnych powodów, np.:
– świadomość uzależnienia od używek i brak motywacji do podjęcia leczenia (jak u wspomnianej Karoliny);
– niedojrzałość do roli mamy albo niechęć do posiadania dziecka;
– ciąża w wyniku gwałtu lub/i kazirodztwa;
– urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego, nieakceptowanego przez współmałżonka;
– brak warunków (nie tylko materialnych!) do wychowania potomka – np. przemoc w domu, styl życia kolidujący z rodzicielstwem etc.

Większość tych kobiet podejmuje decyzję już na etapie ciąży, dlatego przywoływana często jako argument za zmianą prawa depresja poporodowa nie znajduje tu zastosowania. Inna sprawa, że w przypadku podejrzenia takiej depresji każda pacjentka powinna uzyskać specjalistyczne wsparcie, żeby uniknąć różnego rodzaju tragedii, z samobójstwem włącznie.

Ostatnio zastanawiałyśmy się z Izzy, czy istnieją jakieś statystyki, obrazujące, ile kobiet faktycznie zmienia decyzję o oddaniu dziecka do adopcji w trakcie tych ustawowych 6 tygodni. Obie słyszałyśmy o takich przypadkach, ale nie na tyle często, żeby uznać je za regułę. Mnie się wydaje, że skoro odwołanie woli zrzeczenia następuje bez żadnych kroków prawnych, to takie statystyki nie są prowadzone – poprawcie mnie proszę, jeżeli nie mam racji, bo chętnie się z nimi zapoznam, jeśli istnieją.

Jedną kwestię muszę w tym miejscu jasno zaznaczyć: uważam, że rozdzielanie biologicznej matki z jej dzieckiem zawsze jest złem. Gdyby Księżniczka mogła pozostać z tą, która ją urodziła, to chciałabym tego dla niej, nawet za cenę własnej traumy albo długiego czekania na ten właściwy telefon z OA. Tak się jednak nie stało… i właśnie dzięki obecnym przepisom ona  i wiele innych dzieci mogło bardzo szybko trafić do kochających rodzin, w których otrzymały szansę na normalne dorastanie. Biologicznym rodzicom pokrzywdzonym przez los naprawdę szczerze, z serca współczuję. Trzeba natomiast pamiętać, że w znacznej większości mówimy tu o dorosłych, którzy z założenia powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Bywa z tym różnie, a konsekwencje ponoszą niestety dzieci, które najwyraźniej mało obchodzą kolejnych rządzących.

alkoghol-2714482_960_720

Pamiętacie Marka – ojca zastępczego, który był bohaterem jednego z niedawnych wpisów?[KLIK]  Rozmawiałam z nim ostatnio właśnie na temat, który poruszam w tym tekście. Marek nakreślił mi portret rodziców biologicznych swoich (byłych i obecnych) podopiecznych. Z jego opowieści wyłania się niestety ponury obraz ludzi, którzy kompletnie nie panują nad swoim życiem: przegrywają z nałogami, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, nie potrafią w minimalnym stopniu zadbać o dom. Większość z nich deklaruje miłość do dzieci i zapowiada walkę o nie, po czym… ani razu się nie pojawia, nie dzwoni, nie interesuje się nimi… aż do kolejnej rozprawy, gdzie historia zatacza koło. Taki stan zawieszenia trwa nierzadko latami, bowiem sądy dają wiarę zapewnieniom rodziców i ofiarowują im kolejne szanse. Jak to znoszą dzieci? Część z nich bardzo tęskni i karmi się marzeniami o tym, że mama przestanie pić, tata znajdzie pracę i rodzina będzie znowu razem. Część natomiast rozpaczliwie wypatruje normalności, czeka na nową mamę, która jednak nie może się pojawić, dopóki sąd nie uwolni ich prawnie. Obie te postawy generują bunt, rozczarowanie, problemy emocjonalne i ogólnorozwojowe.
Marek uświadomił mi też, że po zmianie przepisów gminy mają dostawać jakieś gratyfikacje finansowe od rządu, jeżeli określony odsetek dzieci odebranych rodzinom biologicznym w ciągu roku do nich wróci. Według mnie ta praktyka jest ogromnie niebezpieczna, bo będzie oznaczała naciski na oddawanie dzieci rodzicom stosującym przemoc lub głęboko uzależnionym – tylko po to, żeby statystyki się zgadzały.

Aż mnie korci, żeby zastosować tutaj taki infantylny sarkazm i zaproponować wydłużenie czasu na wszelkie decyzje rodziców biologicznych aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości, ale boję się, że niechcący dostarczę inspiracji komuś na Wiejskiej…

Napiszę więc tylko, że tytułowe wylewanie dziecka z kąpielą to robienie mu krzywdy pod pozorem zapewnienia integralności rodziny, która w rzeczywistości i tak nie istnieje.

Takie tam różne

Ludzie, którym wszystko przeszkadza

Dzisiejszy tryb życia, wymuszający bycie ciągle aktywnym i stale w kontakcie z innymi, powoduje, że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Swoją cegiełkę dokładają oczywiście media, w których widzimy idealnie zadbane matki, perfekcyjnych pracowników, wiecznie młodych dziadków i tak dalej. Ten niedościgniony „idiotyzm doskonałości” (jak pisała Szymborska) wywołuje rozczarowanie i frustrację, które gdzieś muszą przecież znaleźć ujście. I tu właśnie upatrywałabym przyczyn coraz bardziej powszechnego zjawiska społecznego: niechęci do bliźniego.

argument-238529_960_720.jpg

Kiedyś pisałam, że matki z wózkami są niemile widziane w przestrzeni publicznej. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Spotkałam się na przykład z głosami, żeby nie wpuszczać małych dzieci do środków transportu publicznego (od autobusów po samoloty), bo przeszkadzają współpasażerom. Czasami trudno mi uwierzyć, że ktoś może wysuwać takie postulaty na poważnie. Pewnie, że nie lubię siedzieć obok wrzeszczącego niemowlaka, podobnie jak nie lubię, kiedy jakiś ciekawski roczniak oblewa mnie soczkiem albo grzebie w mojej torebce. Nie lubię tego nawet wtedy, kiedy robi to mój własny roczniak, a co dopiero obcy ;). Tyle tylko, że dziecko to nie dzikie zwierzę, ale człowiek, będący użytkownikiem przestrzeni na podobnych prawach jak dorośli. Na pewno wiele tutaj zależy od rodziców i tego, jak reagują na dziecięce dokazywanie… ale z drugiej strony nie można oczekiwać, że maluch zniesie kilkugodzinną podróż, siedząc nieruchomo w absolutnej ciszy. Zastanawiam się, czy zwolennicy zabronienia dzieciom wszystkiego mają świadomość, że to właśnie te dzieci będą im, za przeproszeniem, podcierać tyłki na starość, o leczeniu nie wspominając.

man-76196_960_720

Inny przykład to zaglądanie ludziom do portfeli. Ciągle się słyszy, ile (i o ile za dużo) zarabiają górnicy/lekarze/urzędnicy/nauczyciele/taksówkarze/panie w Biedronce, ile kto ma wolnego i kiedy może przejść na emeryturę. Do tego dochodzi koronny argument, że mamy prawo rozliczać pracowników budżetówki, bo ich pensje pochodzą z naszych podatków. To zupełnie tak, jakby policjant albo pediatra dostawał wypłatę za nic i to jeszcze z cudzej kieszeni. Czasem mam wrażenie, że najgłośniej krzyczą ci, którzy akurat owe podatki płacą w najmniejszej wysokości… Jeśli chodzi o pracowników innych firm, to też ich rozliczamy, a jakże… wszak wynagrodzenie kasjerki z Rossmanna pochodzi z pieniędzy, które tam wydajemy, czyż nie? Niektórzy czują się dzięki temu uprawnieni, żeby owym kasjerkom też ustalać wysokość zarobków i wypominać luksusowe warunki pracy.

cruiser-2361684_960_720

Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł dotyczący parkowania. Niestety nie taki w stylu satyry na „mistrzów kierownicy”, blokujących cztery miejsca podrasowanym BMW z trzeciej ręki… Był to pełen oburzenia tekst o tym, jak parkują kierowcy karetek podczas interwencji. Komuś się nie spodobało, że samochód pogotowia błyskał mu światłami w okna w środku nocy, komuś innemu przeszkadzało, iż zajął JEGO miejsce parkingowe. Ratownicy medyczni zostali nazwani „świętymi krowami”, którym wszystko wolno. Smuci mnie to i przeraża jednocześnie… Czy naprawdę nasza niechęć do bliźniego jest aż tak daleko posunięta, że denerwuje nas nawet ratowanie czyjegoś życia, jeśli krzyżuje nasze plany? Przypomniał mi się przy  okazji program lokalnej telewizji sprzed kilku lat. Prowadzący pytał mieszkańców nowego osiedla, czy zgodziliby się na wybudowanie hospicjum na jego obrzeżach. Wśród wielu wypowiedzi pozytywnych pojawiały się i takie, że… kursujące tam często karetki nie dawałyby spać i niepokoiłyby dzieci. Czyli, drogi obywatelu, jeżeli już musisz umrzeć przedwcześnie, to zrób to po cichu, żeby nie zakłócać sąsiadowi niedzielnego grilla.

Nasze kontakty z bliźnimi coraz częściej przenoszą się do świata wirtualnego i przybierają formę bezcielesną. Czy to dlatego tak trudno nam znieść fizyczny kontakt z drugim człowiekiem, z którym, chcąc nie chcąc, musimy dzielić się przestrzenią…?