Taka tam rodzina adopcyjna

Święty Mikołaj na sygnale, czyli ostrożnie z marzeniami

Jeżeli pamiętacie jeszcze ostatni wpis, Księżniczka prosiła w nim Mikołaja o pączka. Po dłuższych namowach zdecydowała się poszerzyć tę imponującą listę o dużego lizaka i karetkę – co akurat nie dziwi, biorąc pod uwagę jej zamiłowanie do leczenia pluszaków. Ustaliliśmy więc z mężem, że któregoś dnia przed mikołajkami on odbierze małą z przedszkola, a ja pojadę zdobyć zabawkowy ambulans. Jak się okazało, plan został wykonany z solidną nadwyżką.

ambulance-1874764_960_720.jpg

Zgodnie z założeniem kupiłam karetkę, oczami wyobraźni widząc, jak Księżniczka ucieszy się w mikołajkowy poranek. I na tym historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie to, co zdarzyło się wieczorem. Tuż przed pójściem spać mała przytuliła się do mnie, mówiąc, że jest jej zimno. Zdziwiłam się, bo miała na sobie polarową piżamę, a mieszkanie mamy ciepłe. Po chwili jednak poszła do swojego pokoju, z którego wróciła owinięta w kołdrę. Odruchowo sprawdziłam czoło – chłodne. Poprosiłam więc, żeby położyła mi się na kolanach, to ją rozgrzeję. Ledwo to zrobiła, z nosa zaczęła jej lecieć krew. Był to już drugi krwotok w ciągu doby, ale poprzedni trwał bardzo krótko. Tym razem walczyliśmy przez prawie godzinę. Początkowo krew leciała takim strumieniem, że nie nadążaliśmy z podkładaniem czegokolwiek do tamowania. Po dłuższym czasie Księżniczka zaczęła mówić, że kręci jej się w głowie, że musi się położyć. W końcu P. zadzwonił pod numer alarmowy. Byliśmy przygotowani, że dyspozytor pokieruje nas do jakiejś placówki, świadczącej nocną opiekę medyczną. Tymczasem to, co się zdarzyło, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Połączono nas bezpośrednio z załogą karetki, a kiedy Pan Ratownik (przez wielkie „P” i „R”) usłyszał, że dziecko ma dwa latka, a my nie znamy miasta – zadeklarował, że przyjedzie. Ekipa z pogotowia znalazła się u nas w 5 minut. Oczywiście zadziałało prawo Murphy’ego i Księżniczka przestała krwawić kilkadziesiąt sekund przed przybyciem medyków. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że nasiałam paniki, być może opóźniając interwencję w jakiejś poważniejszej sprawie, ale Panowie Ratownicy zapewnili nas, że takich objawów nie wolno lekceważyć, a dziecko musi zostać zbadane w szpitalu.

Rzecz jasna pacjentka, o którą się rozchodzi, od samego wejścia Panów Ratowników była przeszczęśliwa. Bez problemu dała się zbadać, po czym wypytała dokładnie, po co im taka duża torba i co w niej mają. W największy zachwyt wpadła jednak wtedy, kiedy po wyjściu z klatki schodowej zobaczyła prawdziwą karetkę na sygnałach świetlnych, która w dodatku czekała właśnie na nią. Nasz prezent mikołajkowy zdecydowanie zbladł przy przejażdżce ambulansem.

Na SORze spędziłyśmy pięć godzin. Wyszłyśmy niestety bez konkretów, za to z zaleceniem, żeby w przypadku powtórki bez wahania wzywać pogotowie…

Medycznych skutków tej nocnej akcji jeszcze nie znamy, podobnie jak przyczyn krwotoku. Nie sposób za to zauważyć innych następstw.

Po pierwsze – Księżniczka postanowiła, że zostanie ratownikiem medycznym.

Po drugie – bawiąc się w leczenie zabawek, zaczyna od założenia rękawiczek („tak jak Pan Latownik”) – czyli pierwszy krok w udzielaniu pierwszej pomocy już opanowała 😉

Po trzecie – mikołajkowy prezent w postaci karetki okazał się strzałem w dziesiątkę.

Po czwarte – tu musi nastąpić dłuższy opis. Krótko po mikołajkach odwiedziła nas chrzestna Księżniczki. Wybraliśmy się wszyscy razem na świąteczny pokaz organizowany przez pewne muzeum, postanawiając od razu zwiedzić choć jego część. Tak się złożyło, że fragment ekspozycji dotyczył II wojny światowej. Ze względu na małą chcieliśmy pominąć ten etap zwiedzania. Pewnie by nam się to udało, gdyby wzrok młodej nie padł na figurę sanitariuszki opatrującej rannego żołnierza. To nic, że facet (na szczęście tylko manekin) miał zmasakrowaną twarz. Księżniczki nie dało się od tego oderwać. Z przejęciem opowiadała, że pan jest chory, „ma ała” i „ma klew”, że go boli, ale że pani pielęgniarka ma w torbie lekarstwa, wyleczy go i będzie zdrowy. Przed wyjściem trzy razy jeszcze chciała wracać do tego miejsca, zaś dwa dni później stwierdziła, że ona też będzie pielęgniarką.

Po piąte – ulubioną zabawą stało się przyjmowanie pluszaków do szpitala. Póki co rekordzistą jest konik, który zjadł za dużo siana, przez co bolą go uszy (?!), brzuszek, gardło i ząbki. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że konik jest w rzeczywistości gumowym „skoczkiem” o sporych gabarytach, a Księżniczka próbuje nosić go na rękach lub wymóc to na nas. Drugim w kolejności pechowcem jest „Kłaczątek”, czyli pluszowy łabędź (Olitoria, wiesz, o czym mowa). On z kolei ciągle w coś uderza, dlatego bolą go niemal wszystkie części pluszowego ciała. Zabawkowe zwierzątka wypełniają całą poczekalnię, urządzoną pomiędzy stolikiem a szafą – co wskazuje, że nasza dwuletnia pani doktor najpewniej przyjmuje na NFZ. Pół biedy zresztą, gdyby tylko pokój Księżniczki zamieniał się w szpital. Okazuje się bowiem, że najlepszym miejscem do hospitalizowania maskotek jest nasze małżeńskie łóżko. Dziś wieczorem odkryłam pod kołdrą nie tylko dwa pluszowe psy, pandę i borsuka (też pluszowego na szczęście), ale jeszcze plastikowy stetoskop, garnek (?) i foremkę do ciastoliny (???). Zastanawiałam się, czy to nie elementy jakiejś eksperymentalnej terapii, ale wolę nie drążyć.

Przechwytywanie222.JPG

Tegoroczne Boże Narodzenie będzie inne, niż pierwotnie zakładaliśmy. Wywiało nas daleko od rodziny, a okoliczności sprawiły, że do końca roku nie za bardzo mamy jak się stąd ruszyć. Spędzimy więc Święta tylko we troje… byle nie w szpitalu 😉

A jak u Was przebiega okres przedświątecznej gorączki? Szaleństwo zakupów? Pierogi upchnięte na każdym wolnym kawałku przestrzeni? „Last Christmas” z Youtube’a w zapętleniu? A może dajecie sobie spokój i zaszywacie się gdzieś w Bieszczadach?

3 myśli w temacie “Święty Mikołaj na sygnale, czyli ostrożnie z marzeniami”

  1. Hahaha! Ale się uśmiałam, chociaż temat nie do końca zabawny. Mam nadzieję, że już wszystko dobrze.
    Co do ijo ijo i zabawy w lekarza, to… jakie one z Tamalugą podobne! Nie mogę… Tami chce być z kolei ratownikiem super bohaterem, który z góry będzie „patsił cy ktoś potsebuje pomocu” 😀
    A Kłaczątek… hahaha! Ech, wiedziałam, że on zakręcony i pomocy wymaga, więc posłałam go w najlepsze rękawiczki. To znaczy ręce, oczywiście 😀

    Polubienie

  2. Tak, jazda karetka pozostawia ślady.., żaba do dziś przy każdej karetce na sygnale zastanawia się, czy to jej karetka i kiedy znowu po nią przyjedzie… Ja mam wtedy zimne dreszcze, jak sobie przypomnę… Czego Wam nie życzę wcale, tylko spokojnego nowego roku, bez karetek.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s