Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca

Zgodnie z oczekiwaniami tegoroczna wigilia na pewno była niezapomniana, głównie w znaczeniu pozytywnym. Nie tylko dlatego, że to pierwsza z Księżniczką. Powodów było o wiele więcej. Zatem – po kolei.

Kilka minut przed „godziną zero” zjawił się mój tata, który w naszym mieszkaniu czuje się bardzo swobodnie, co 24 grudnia stanowiło tyleż błogosławieństwo, ile przekleństwo. Z jednej strony super, że sam sobie chowa buty do szafki, robi herbatę czy rozsiada się na kanapie; z drugiej, kiedy wszystko już jest gotowe na tip-top i pięknie nakryte, ojciec kręcący się po naszej malutkiej kuchni z ogromnym, pełnym earl greya kubkiem z napisem „THE BOSS” i przestawiający po swojemu krzesła przy stole… jak by to powiedzieć… nie jest najlepszym lekarstwem na przedwigilijną nerwówkę ;).

Teściowie przybyli równo z resztą gości i od razu rzucili się na wnuczkę, dzięki czemu mogliśmy z P. spokojnie podać do stołu.  Wspólne życzenia składał mój mąż jako głowa domu. Bardzo go lubię w tej roli. Przebiegu samej wieczerzy chyba nie ma co streszczać; minęła tradycyjnie i w przemiłej atmosferze. Nikt nikomu nie dogadywał ani nie kłócił się o politykę (czego się obawiałam, bo wśród zebranych znajdowali się zarówno zagorzali zwolennicy, jak i przeciwnicy obecnej władzy), za to wszyscy zachwycali się smakiem potraw. Nawet ciotka C. (ta od wymówek i sałatki jarzynowej), wzruszona, podziękowała, że wyciągnęliśmy ją z domu i może być w ten wieczór z nami.

„Fajerwerki” zaczęły się później, wraz z wniesieniem na stół ciasta. Ponieważ, jak już wiecie, większość naszych gości stanowili ludzie starsi, których (bądź co bądź) taka impreza bardzo męczyła, to, aby nie przedłużać, zbiegły nam się jednocześnie trzy rzeczy do zrobienia: podanie deseru, rozdanie prezentów i karmienie Księżniczki, która bardzo głośno i wyraźnie zaczęła manifestować głód (oraz, co tu ukrywać, znużenie).  Na jej wrzask każdy z obecnych zareagował po swojemu. P. poszedł przygotować mleko, teściowie próbowali małą rozbawić (z dokładnie odwrotnym skutkiem), pradziadkowie współczuli, że maluszek płacze, mój ojciec wzruszył ramionami, bo to przecież normalne, iż niemowlę robi awanturę o jedzenie. Ja nie zrobiłam nic, gdyż uznałam, że dwoje dziadków nachylających się nad bujakiem w zupełności wystarczy. Księżniczce żadna krzywda się przecież nie działa, zaś „amu” było już w drodze. A ciotka C.? Ciotka C. wyraziła niezadowolenie, że boli ją głowa od hałasu, zresztą kto to widział, żeby tak się drzeć. No ale nic to, sytuację opanowaliśmy. Dziecię zostało nakarmione i przebrane, a chwilę później zaniesione do łóżeczka na drzemkę. Ciotce jednak najwyraźniej ból głowy dał się we znaki, bowiem, zlustrowawszy wzrokiem talerze z ciastem, wypomniała nam brak makowca. „Lady, jak to nie piekłaś? Święta bez makowca, to nie święta”. Puściłam tę uwagę mimo uszu, chociaż miałam na końcu języka ripostę, że ciotka jako jedyna z gości nie przyniosła absolutnie niczego na wspólny stół. Wypominanie jej tego byłoby małostkowe i nie na miejscu, natomiast przyznaję, pomyślałam, że mogła chociaż kupić ten cholerny makowiec, jeśli tak jej był potrzebny do szczęścia. Nawiasem mówiąc, nie piekłam, bo za nim nie przepadam, a i nikt inny nie był tym ciastem zainteresowany, kiedy ustalaliśmy menu. Postawiliśmy sernik, piernik, tort węgierski i kruche ciasteczka. Moim zdaniem wystarczająco.

                                        Schody

Ze względu na nasze raczkujące tornado prezenty ustawialiśmy nie pod choinką, a na schodach. Podawaliśmy je gościom po kolei, co wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Jako pierwszy trafił w moje ręce akurat podarunek dla Księżniczki, która zresztą drzemała wówczas w swoim pokoju. Powiedziałam więc, że paczuszka jest dla małej (J., to była ta od Ciebie!) i że otworzymy ją, kiedy adresatka już wstanie. I wtedy nastąpiła kulminacja, kwintesencja i eksplozja usposobienia ciotki C. „No chyba przesadzacie!” – stwierdziła obrażona – „Księżniczka w ogóle nie powinna dostać prezentu, bo jest niegrzeczna!” Jako pierwszy zaoponował mój teść, który przecież miał jeszcze świeżo w pamięci naszą przeprawę z przychodnią specjalistyczną i godny podziwu spokój malutkiej. Gdzieniegdzie podniosły się głosy protestu, natomiast ciotka, niezjednana, oznajmiła: „Jest niegrzeczna, bo krzyczała i nie dała zjeść w spokoju”. Tia. Krzyczała dwa razy. Pierwszy, kiedy prześliczna wieczorowa sukienka (Ahaja, uściski!!!) przeszkadzała jej w raczkowaniu, drugi, kiedy zgłodniała. Zastanawiam się, czy dzieci, a później wnuki ciotki C.  potrafiły w tym wieku siedzieć przez trzy godziny wśród tylu ludzi w jednym miejscu i w całkowitym milczeniu… Jeżeli tak, to sama nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Niestety, ciotka musiała jakoś pogodzić się z faktem, że najwięcej prezentów było właśnie dla Księżniczki, co nas akurat wcale nie zdziwiło. Na sam koniec wysłuchaliśmy jeszcze piętnastominutowego (z zegarkiem w ręku!) wykładu na temat tego, że nie dysponujemy w domu łyżką do butów, a powinniśmy.

Przez moment po wyjściu gości byłam zła, ale chyba mogę zrzucić winę za ten stan na zmęczenie. W gruncie rzeczy jest mi ciotki żal. Wśród rodziny krążą o niej legendy, które znałam od bardzo dawna, ale nie miałam okazji przekonać się na własnej skórze o jej specyficznym podejściu do życia, a zwłaszcza do bliźniego. Mam wrażenie, że ona nie jest do końca świadoma tego, iż zraża do siebie innych. Nie sądzę, aby robiła to z premedytacją. Taki po prostu ma charakter. Chętnie zaproszę ją na wigilię również w przyszłym roku. Upiekę nawet ten makowiec i kupię łyżkę do butów, niech ma. Tylko tak sobie gdybam, że mnie jest łatwo, bo nie obcuję z ciotką na co dzień.  Nie jest moją siostrą, matką ani teściową…

Mojej mamie też zresztą daleko było do ideału, chociaż na pewno nie chciała dla mnie źle. W tych naprawdę złych momentach tata próbował jej tłumaczyć, że jeżeli nie zmieni swojego postępowania, to zostanie sama na starość; że pewnego dnia zamknę za sobą drzwi i już nie wrócę. Nie wiem, czy byłabym do tego zdolna, chociaż przyznaję, że i takie myśli krążyły mi po głowie. W każdym razie przypuszczam, że taki właśnie los spotkał ciotkę C. Jej dzieci wyjechały za granicę i bardzo rzadko ją odwiedzają. Nawet podczas pobytu w rodzinnym mieście wpadają najwyżej na przysłowiową kawkę i uciekają do znajomych albo dalszych krewnych. Faktem jest więc, że ciotka nie ma na miejscu nikogo, na kogo mogłaby liczyć. Dlatego zaprosiliśmy ją na wigilię… i być może dlatego ciotka C. stała się gwiazdą wieczoru.

 

Taka tam rodzina adopcyjna

Pastorałka dla Księżniczki

baby-2980940_960_720

Gdy śnieg sypie za oknami,

świat układa się do snu,

w domu brzmiącym kolędami

mam w ramionach Boży cud…

 

Tyle lat oczekiwania,

adwent, co dekadę trwał

pośród lęków i wahania…

Jednak Bóg nam Ciebie dał!

 

Jak w stajence przed wiekami

rzecz się stała niemożliwa,

tak Ty dzisiaj jesteś z nami

taka bliska i prawdziwa!

 

Słowo w ciało się zmieniło,

pośród ludzi zamieszkało,

chociaż wielu nie wierzyło

i nadzieję odbierało.

 

Mimo tego cud zagościł

w naszych zwykłych, skromnych progach

i wciąż uczy nas miłości,

pochodzącej wprost od Boga.

 

Córciu nasza, Aniołeczku,

zaśnij słodko w swym łóżeczku,

a my z tatą, wciąż wzruszeni,

wyszepczemy przytuleni:

 

Niech Cię do snu ukołysze

kolęd dźwięk, które świat nuci;

w tę cudowną nocną ciszę

niech Ci nic snu nie zakłóci.

 

sleeping child

Taka tam rodzina adopcyjna

Kto komu dodaje skrzydeł przed Świętami?

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie (Adam Mickiewicz)

Tam sięgaj, gdzie wzrost dosięga, łam, czego rodzic nie złapie (Księżniczka)

Pisząc „Odę do młodości”, nasz wieszcz narodowy miał 22 lata i chyba nie był jeszcze ojcem, a przynajmniej nie oficjalnie. Podejrzewam, że mimo tego w jego otoczeniu znajdowały się jakieś dzieci, bowiem fragmenty tego przełomowego utworu wypisz-wymaluj prezentują codzienność niemowlaka (bądź z niemowlakiem). Spójrzcie tylko na taki dwuwers:

„Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory”

Ową bryłą może być stolik kawowy, śmietnik na pieluchy tudzież trzykilowy worek ziemniaków. Słowem – wszystko, co da się przesunąć. Księżniczka literalnie pcha te przedmioty nowymi tory, zamieniając często także przód z tyłem albo pion z poziomem i dzielnie (inna rzecz, że mało skutecznie) walcząc z prawami grawitacji.

O, albo na ten fragment:

„W krajach ludzkości jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha.”

U Księżniczki te żywioły chęci często uaktywniają się właśnie wtedy, kiedy w naszej sypialni jeszcze noc głucha. Na przykład przedwczoraj o piątej rano wstała w łóżeczku, oparła się o barierkę niczym o balustradę balkonu i zaczęła… śpiewać. Nie wiem co, nie znałam tego kawałka… być może własną wersję „Ody do młodości”. No i niestety, w takich sytuacjach to już „nie ma zmiłuj”, jej miłość zionie takim ogniem, że nasz zaspany świat ducha musi wyjść z zamętu i okazać małej przynajmniej minimum zainteresowania.

W związku z tym, że Księżniczka opanowała do perfekcji sztukę raczkowania i wstawania, a także wspinania się na wszystko (choć to akurat w stopniu średnio zaawansowanym), musieliśmy obniżyć jej łóżeczko do najniższego poziomu. Lada chwila przyjdzie czas na wymontowanie trzech ruchomych szczebelków, a wtedy to już tylko witaj, jutrzenko swobody!

christmas-2994875_960_720

No dobra, a teraz poważnie. Ciasteczka upieczone, prezenty zapakowane, zakupy zrobione, sprzątanie w toku (a przynajmniej tak sobie wmawiam dla lepszego samopoczucia). Za chwilę zaczniemy z P. ubierać choinkę, co jest tym zabawniejsze, że jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie ją postawimy… ani tym bardziej jak ustrzeżemy przed naszym dziewięciomiesięcznym terminatorem. Rozważaliśmy powieszenie jej za oknem (choinki, nie terminatora), tak aby była widoczna tylko przez szybę, postawienie na balkonie u sąsiada naprzeciwko, namalowanie drzewka na ścianie zmywalną farbą albo przyczepienie kilku gałązek pod sufitem. Ponieważ jednak żadna z opcji i tak nie jest w stanie uchronić mieszkania przed destrukcyjną siłą raczkującego bobasa, P. zrezygnowany przytachał przed chwilą z piwnicy nasz sztuczny świerk.

Zmykam zatem go dekorować, natomiast Wam, Kochani, życzę, co następuje:

Żeby przy Waszych wigilijnych stołach zasiedli ci, którzy są najbliżsi Waszym sercom;

Żeby ciotka tym razem nie zalała obrusu barszczem, teściowa nie skrytykowała pierogów, a ojciec wyjątkowo nie mówił o polityce… a nawet, jeśli coś z tego nastąpi, życzę, abyście umieli skwitować to ze szczerym i beztroskim uśmiechem;

Żeby pod choinką czekały na Was prezenty dane z serca, choćby miały to być skarpety w renifery (tak sobie teraz myślę, dlaczego nikt nigdy mi takich nie kupił?);

Żeby w Waszych rodzinach ani w te Święta, ani w nadchodzącym 2018 roku nie zabrakło miłości, wyrozumiałości, wzajemnego szacunku, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Kochani!

Ps1. Izzy, Ahaja, J. – dziękuję za wspaniałe niespodzianki. Jesteście niesamowite!!!

Ps2. Rzucam się w wir przedświątecznych przygotowań, więc pewnie na kilka dni zamilknę. Zakładam, że Wy podobnie. Gdybyście jednak znaleźli chwilę oddechu pomiędzy karpiem a pasterką, to zapraszam już w wigilię do lektury króciutkiego, chociaż bardzo osobistego wpisu.

Taka tam rodzina adopcyjna

O tej, co się Panu Bogu nie udała

Moor

Lady, przynieś mi z lodówki ten wiśniowy twarożek.

– Babciu, ale tu nie ma żadnego twarożku!

– Jest, jest. Poszukaj.

– Przykro mi, babciu, nie widzę.

– Musi być! Przecież poszłam rano na zakupy i sobie kupiłam.

Westchnęłam ciężko. Babcia nie mogła pójść po zakupy ani tego ranka, ani poprzedniego, ani w ogóle. Już od jakiegoś czasu szczytem jej fizycznych możliwości jest wolniutki spacer wokół bloku. Latem raz w tajemnicy przed tatą wybrała się do kościoła. Wróciła karetką… Oprócz ciała także umysł powoli odmawia nestorce posłuszeństwa. Zawsze była zwolenniczką teorii spiskowych, ale im jest starsza, tym bardziej chore scenariusze tworzy w głowie. Na przykład niedawno upierała się, że jej młoda sąsiadka (a moja koleżanka) jeszcze nie wyszła za mąż, pomimo że zmieniła nazwisko i zamieściła na Facebooku cały album zdjęć ze wszystkich etapów uroczystości zaślubin. Po obejrzeniu tych fotek  babcia stwierdziła, że to celowa zmyłka, a Ewa powie sakramentalne „tak” dopiero w dniu XX.0Y. (data wymyślona przez babcię). I nie dało się wytłumaczyć, że jest inaczej. Miesiąc temu z kolei uznała, że przepisze na mnie swoje mieszkanie, aby w przyszłości dostała je Księżniczka. Pomysł byłby fantastyczny, gdyby nie pewien warunek… Otóż babcia zażądała zapisu w akcie notarialnym, że lokalu NIGDY nie będę mogła sprzedać ani nikomu wynająć. Czyli, gdyby seniorki (odpukać!) np. za rok zabrakło, to musiałabym przez minimum 17 lat utrzymywać pustą chałupę. Pomijając bezsensowność takiego rozwiązania, zwyczajnie mnie na nie nie stać.

Druga z moich babć zmarła dosyć młodo. Z pewnym niepokojem odkrywam, że mój tata jest już prawie w tym wieku. I chociaż do ostatniego dnia życia (dosłownie) pracowała, to na kilka miesięcy przed śmiercią zaczęła się zachowywać irracjonalnie. Na przykład wpadła w histerię, kiedy dowiedziała się, że wynajęliśmy z P. pokoje hotelowe dla gości weselnych. Płakała, krzyczała, że tak się nie robi, że po imprezie wszyscy wrócą prosto do domów… nieważne, że część z nich mieszkała na drugim końcu kraju, a nawet kontynentu.

Moja teściowa mawia, że starość się Panu Bogu nie udała. Trudno się z tym nie zgodzić, a trafność tego stwierdzenia uderza ze zdwojoną siłą właśnie teraz, tuż przed Bożym Narodzeniem.

P. wpadł na pomysł (o którym już gdzieniegdzie wspominałam), abyśmy urządzili w domu kolację wigilijną dla całej rodziny. Zawsze o takiej marzyłam, toteż przystałam na to bardzo chętnie. Sęk w tym, że wśród krewnych właściwie nie mamy ludzi młodych. Z ośmiu zaproszonych osób aż sześć jest w wieku 60+ (i to niektórzy bardzo mocno „+”, bo np. pradziadek Księżniczki dobiega dziewięćdziesiątki). Między innymi z tego powodu planowaliśmy wszystko ze sporym wyprzedzeniem. Już w październiku zaprosiliśmy gości i kolektywnie (!) ustaliliśmy, kto co ze sobą przynosi. Odzew był stuprocentowy, tym bardziej, że Księżniczka jest jedynym maluszkiem w całej familii, więc stanowi niejako wspólne oczko w głowie.

Przygotowania szły idealnie aż do zeszłego tygodnia, kiedy to babcia S. uznała nagle, że nie przyjdzie na wigilię, bo ma inne plany (a doskonale wiemy, że to nieprawda). Nie mamy pojęcia, na kogo ani za co się obraziła. Jak dotąd bywała u nas co roku i zawsze było bardzo miło. Tym razem stanęła okoniem i nawet własny syn nie potrafi jej przekonać do zmiany zdania. Dlaczego nie? „Bo nie”. Zrobiło nam się przykro, ale trudno, świata nie zbawimy. Sernik, który miała przynieść babcia S., upiekę sama. Szkoda jedynie starszej pani, która spędzi ten wieczór samotnie.

Jako druga wyłamała się ciotka C. Ta dla odmiany podała cały szereg wyimaginowanych trudności:

  1. bo będzie mój ojciec, którego ona nie zna. (To nic, że z 11 osób nie zna TYLKO jego, co też nie do końca jest prawdą, bo spotkali się już choćby na naszym ślubie i chrzcinach Księżniczki.)
  2. bo boi się zostawiać mieszkanie bez opieki. (A w inne dni się nie boi?)
  3. bo ma do nas daleko. (5 minut samochodem, a przynajmniej 2 osoby proponowały jej transport w obie strony.)
  4. bo nie stać jej na drogie prezenty. (Nas też nie! Nikt o takich nie wspominał… ani w ogóle o żadnych.)
  5. bo prosiłam ją o zrobienie sałatki jarzynowej, a ona ma reumatyzm. (Jak najbardziej rozumiem problem, ale można było to załatwić od ręki przy ustalaniu menu, tym bardziej, że nikt nikomu niczego nie narzucał. Ciotka C., zapytana, co może przynieść, odpowiedziała, że wszystko jedno. Padło na tę nieszczęsną sałatkę.)

W powyższej sytuacji na szczęście P. użył Mocy (wspominałam, że jest Jedi?) i ciotkę przekonał. Sałatkę jarzynową zrobi sam.

No i jeszcze mój ojciec, który do ostatniej chwili nie będzie wiedział, czy uda mu się dotrzeć na wigilię… Chociaż jemu się akurat nie dziwię, jest ciężko chory i zdrowie może mu nie pozwolić. 😦

Powiem Wam, że ciążą mi na sercu te rodzinne problemy. Z jednej strony czuję się zwyczajnie rozczarowana, bo człowiek się stara, szykuje, wyszukuje upominki, a trafia na mur. Jednak z drugiej strony (tego muru właśnie) jest starszy człowiek, dla którego zupełnie błahe z mojego punktu widzenia przeszkody mogą się okazać nie do przeskoczenia.

Starość się Panu Bogu nie udała.

Takie tam różne

Przedwigilijna parapetówka, czyli witajcie na nowych Stożkach!

Bardzo się cieszę, że wpadliście. Rozgośćcie się! Mam nadzieję, że nowy adres nie zniechęci Was do podczytywania mojej pisaniny.

Tymczasem zapraszam do częstowania się pierniczkami i do lektury (a także posłuchania) zestawienia kilku świątecznych utworów, bez których nie wyobrażam sobie.. grudnia. Na liście znajdują się zarówno tradycyjne kolędy, jak i piosenki bardzo luźno związane z Bożym Narodzeniem. Chętnie poczytam w komentarzach o tym, czego Wy lubicie słuchać przed świętami.

  1. Perfect „Bóg narodzi się” – jest to dosyć swobodne tłumaczenie anglojęzycznej kolędy „When a Child is born”. Po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę jeszcze podczas pracy w centrum handlowym; po prostu znajdowała się na ścieżce dźwiękowej, którą musieliśmy puszczać klientom. Byłam nią zachwycona do tego stopnia, że nie znudziła mi się nawet pomimo „lecenia w kółko”, jak to zwykle w takich miejscach bywa. Tekst tej polskiej wersji do tej pory mnie wzrusza.
  2. Pentatonix „Mary did you know?” – utwór zyskał popularność dzięki drugiej części „Listów do M”, ale mnie się kojarzy przede wszystkim z jasełkami, które przygotowywałam dwa lata temu z moją wspaniałą klasą wychowawczą. Praca nad przedstawieniem stanowiła rewelacyjną przygodę, a efekt wart był każdego poświęcenia. Dzięki powyższemu spektaklowi wpadło mi w ucho również…
  3. …  „We Three Kings of Orient are” Jennifer Avalon.
  4. Andrea Bocelli „Angels we have heard on High” – z tą kolędą nie wiąże się żadna szczególna historia, po prostu uwielbiam jej refren w wykonaniu Bocellego. Przyprawia mnie o ciarki!
  5. Mariah Carey „All I want for Christmas is you” – tak, wiem. Kicz i żenada większa od “Last Christmas”, bo tamto przynajmniej jest kultowe. Sentyment do tego kawałka został mi po czasach narzeczeńskich, kiedy mieszkaliśmy z P. w dwóch różnych miastach i spędzenie razem Bożego Narodzenia pozostawało jeszcze w sferze marzeń.
  6. „Zobacz, gwiazda spadła już” i „Co dzieje się w Betlejem?” Krawczyka. Pisałam o tych pastorałkach poprzednio, nie będę się powtarzać, bo jeszcze ktoś naprawdę uwierzy, że jestem psychofanką pana Krzysztofa 😉
  7. „Bóg się rodzi” – spośród tradycyjnych kolęd tę lubię najbardziej. Chyba nie potrafię wskazać jednoznacznej przyczyny. Po prostu.
  8. „Cicha noc” – nie chodzi nawet tyle o samą kolędę, ile o to, że mam z nią dobre wspomnienie z liceum. Razem z E. próbowałyśmy połączyć (albo raczej pomieszać) jej słowa ze wszystkich znanych nam wersji językowych. Wyszło całkiem zabawnie  i na długo zostało nam w pamięci, stąd obecność „Cichej nocy” w tym zestawieniu.
  9. „Cicha noc” level up, czyli „Bardzo cicha noc” w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego. I tym razem nie mam nic na swoją obronę, po prostu lubię Ryśka. Może dlatego, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki?
  10. Maribeth Johnson „Christmas in Heaven” – jeżeli ktoś z Was stracił bliską osobę, zwłaszcza w okolicach Bożego Narodzenia – zrozumie.

Najzabawniejsze, że powyższa lista nie za bardzo pokrywa się z tym, czego słucham na co dzień (może poza Perfectem, który chyba nigdy mi się nie znudzi). Czyżby był to dowód, że świąteczny klimat jest po prostu wyjątkowy?

Czekam na Wasze propozycje. Skoro jesteśmy na parapetówce, DJ Lady M. przyjmuje zamówienia i dedykacje 😉