Taka tam rodzina adopcyjna

Kamila, czyli co to znaczy być adoptowanym

child-1439468_960_720

Kamila została moją uczennicą w piątej klasie. Od początku trochę odstawała od reszty zespołu, przy czym owo „trochę” jest tu słowem kluczem, bo niełatwo było od razu uchwycić, na czym polega jej inność. Dopiero po czasie dało się zauważyć, że chociaż jest bardzo inteligentna, uczy się poniżej swoich możliwości; na lekcjach przystępowała do wykonywania zadań, ale jej myśli prędko odpływały gdzieś daleko. Mówiła, że nie może się skupić, przy czym nie przejawiała typowych cech dziecka nadpobudliwego. Wyglądało to raczej tak, jakby bujała w obłokach albo zwyczajnie nie była zainteresowana lekcją. Wypowiadała się za to językiem charakterystycznym raczej dla dorosłych, niż dla nastolatków (przykłady będą poniżej). Okazało się też, że jest kłótliwa, prowokuje inne dzieci do niewłaściwych zachowań, po czym kreuje się na ofiarę, a nie inicjatorkę konfliktu. Coraz częściej rówieśnicy donosili, że zmyśla lub zwyczajnie kłamie. Kiedy pojawiły się pierwsze oceny, dziewczynka próbowała „zastraszać mnie” rodzicami, np. moja mama żąda, aby pani natychmiast sprawdziła mi tę poprawę albo mój tata jest oburzony, że tak nisko oceniła pani moje wypracowanie.

human-3616407_960_720

Skonsultowałam się zatem z wychowawczynią tej klasy, żeby dowiedzieć się o Kamili czegoś więcej. Otrzymałam informację, że rodzice są znanymi w okolicy przedsiębiorcami (czego zdążyłam się już domyślić po nazwisku) i nie za bardzo mają czas, żeby zajmować się szkolnymi problemami jedenastolatki, dlatego dziewczynka trochę wychowuje się sama, a trochę pomaga jej w tym starszy, dorosły już brat. Takie wyjaśnienie mi jednak nie wystarczyło. Czułam, że problem Kamy tkwi gdzieś głębiej.

secrets-2022148_960_720.jpg

Podczas dyskusji na jednej z lekcji pojawił się temat adopcji. Nie pamiętam już, jaka była jego geneza – grunt, że go podjęłam. Kiedyś wspominałam na „Stożkach”, że nie poruszam tego problemu sama z siebie, ale jeżeli nadarzy się okazja, to próbuję uświadamiać podopiecznym, czym jest ten proces. W każdym razie w pewnym momencie Kamila zaczęła histerycznie płakać, pomimo tego, że nikt nie powiedział niczego szczególnego. Chyba każdy dorosły, a zwłaszcza rodzic adopcyjny, domyśliłby się, w czym rzecz. Po dzwonku na przerwę zapytałam dziewczynkę, czy chce porozmawiać. Odmówiła, więc nie naciskałam… co nie znaczy, że przestałam się nią przejmować. Przeciwnie.

Kilka dni temu jeden z chłopców, źle zrozumiawszy fragment tekstu z podręcznika, powiedział, że jeśli ktoś nie może mieć dziecka, to idzie do domu dziecka i sobie kupuje. Wzięłam głęboki oddech i policzyłam do trzech, żeby nie zrobić czegoś, co poskutkuje odebraniem prawa do wykonywania zawodu 😉 , a potem zaczęłam tłumaczyć, że to nie do końca tak działa. Próbowałam opisać w skrócie (i zrozumiale dla szóstoklasistów), jak w naszym kraju przebiega ta procedura. Kamila przepłakała cały mój wywód, mimo że ze względu na nią starałam się jak najdelikatniej dobierać słowa.

Poprosiłam ją o pozostanie po lekcji. Przyznałam, że widzę, iż temat adopcji jest jej bliski i zapytałam, czy czymś ją uraziłam. Zaprzeczyła… a chwilę później opowiedziała mi coś, co dało mi do myślenia przede wszystkim jako matce adopcyjnej. Publikuję skrót naszej konwersacji (z drobnymi zmianami, nie przeinaczającymi jej sensu, ale utrudniającymi ewentualną identyfikację dziewczynki) również z myślą o rodzicach ado, którzy czytają ten blog.

secret-2725302_960_720

Jestem dzieckiem adoptowanym – zaczęła, patrząc załzawionymi oczami gdzieś w przestrzeń za oknem – i to strasznie boli. Wiem o wszystkim od początku, ale to niczego nie ułatwia. Żyję ze świadomością, że mam gdzieś jeszcze innych rodziców, ale nic o nich nie wiem… jedynie tyle, że tamta mama ma na imię Aleksandra i że urodziłam się w Poznaniu. Przez trzy lata byłam w domu dziecka, ale nic nie pamiętam – tylko moment, jak stamtąd odchodziłam. Dostałam nawet jakąś pamiątkę na pożegnanie, ale tam nie ma nic o moich rodzicach… tamtych, co mnie urodzili. Kiedyś przeszukałam w domu wszystkie teczki, jednak nie znalazłam żadnych dokumentów dotyczących mojego pochodzenia.

– I to cię najbardziej boli? – zapytałam.

To, że nic o sobie nie wiem. Że moja historia nie ma początku. Że może oni mnie nie chcieli, a może ktoś im mnie zabrał? A jeśli tamta mama była niepełnoletnia? Kiedyś słyszałam, że jeśli dziewczyna urodzi dziecko w wieku na przykład 15 lat, to ono trafia do domu dziecka… Może i ze mną tak było? Może chciała mnie odzyskać i już nie znalazła?

Kama, a czy ty rozmawiałaś o swoich obawach z rodzicami? Skoro nie ukrywają przed tobą faktu adopcji, to może pomogliby ci rozwiać wątpliwości?

Spojrzała na mnie, jakbym zaproponowała jej lot na Księżyc w jedną stronę.

Nie chcę ich tym męczyć ani sprawiać im przykrości. Myślę, że ich też ten temat boli… chociaż czasem mam wrażenie, że jest im obojętny… albo że się wstydzą.

Wstydzą?

– Nigdy nikomu ani w poprzedniej szkole, ani w tej, nie powiedzieli, że jestem adoptowana. Nawet moja wychowawczyni nie wie. No to chyba się tego wstydzą…

– Myślę, że po prostu chcą ciebie chronić… na przykład przed takimi komentarzami, jak dzisiejszy Kacpra [ten o kupieniu sobie dziecka]. Twoi rodzice na pewno cię kochają, chcą pokazać światu, że jesteście pełną, kochającą się rodziną, bez wchodzenia w detale. Przecież nie trzeba każdemu mówić wszystkiego o sobie.

– No tak, ale oni nie dźwigają tego w sobie tak jak ja

girl-2179466_960_720

Wyściskałam Kamilę, pokazałam jej na kilku znanych przykładach, że adopcja nie musi być tematem tabu (w sensie, że nie jest powodem do wstydu) i poradziłam, żeby mimo wszystko porozmawiała z rodzicami. Niestety ze względu na zmianę pracy pewnie nigdy się nie dowiem, jaki będzie finał tej historii. Mam nadzieję, że taki, jakiego jej życzę… i jakiego życzyłabym Księżniczce.

Pisałam na początku, że Kama czasem zmyśla, ma też skłonności do nadinterpretacji. Nie mam stuprocentowej pewności, że wszystko, co mi powiedziała, jest prawdą. Wierzę jednak, że takie były jej intencje. Z oczywistych przyczyn brakuje tutaj też głosu rodziców dziewczynki – może ich obraz sytuacji byłby zgoła odmienny… W każdym razie ta rozmowa była emocjonalnie trudna także dla mnie – mamy dwuipółletniej adoptowanej Księżniczki. Pokazała mi, jak różnie może wyglądać zachowanie rodzica z perspektywy dziecka oraz jego własnej. Coś, co dla jednej strony jest próbą pokazania integralności rodziny, dla drugiej jest maskowaniem problemu; co dla jednej jest dowodem troski, dla drugiej ograniczaniem lub lekceważeniem… i tak dalej. Dlatego tak ważny jest czas na szczerą rozmowę, która na pewno wszystkich problemów nie rozwiąże, ale może przynajmniej pomoże się porozumieć.

Zastanawiam się też, na ile zachowanie dziewczyny oraz jej szkolne problemy są powiązane z jej przeszłością, ale to w ogóle osobny temat.

Jestem wdzięczna Kamili za to, że się przede mną otworzyła. I że uświadomiła mi, po jak kruchym lodzie stąpamy każdego dnia…

3 myśli w temacie “Kamila, czyli co to znaczy być adoptowanym”

  1. Jakby to napisać?…
    Ale historia Kamy jest mi jakoś szczególnie bliska. Bo nie owijając w bawełnę to… To moja starsza córka też w szkole idzie zdecydowanie poniżej możliwości, a uwagi jakie zbiera od nauczycieli (pyskuje, stawia się, grozi) też mogły by sugerować, że w jej rodzinie coś źle się dzieje. Też można by się zastanawiać czy jej rodzice poświęcają córce odpowiednią ilość czasu.
    A tak naprawdę…
    Tak naprawdę to tego co już było nie da się cofnąć. Nie da się poświęcić całego swojego życia wyłącznie na leczenie ran w duszy dziecka.
    Moja starsza córka ciągle ostatnio robi mi wyrzuty, ze „więcej uwagi” poświęcam młodszej.
    Cóż. Słucham cierpliwie i robię dalej swoje. Bo mnie czasem też szkoda czasu, którego nie mieliśmy dla siebie.
    Młodszą córkę nadal mogę nosić na rękach i wywijać nią młyńce. Starsza ma teraz 13lat i jest już wyższa od swojej mamy (mojej żony).

    Ale nikt nie mówił, że będzie pięknie i lekko

    Pozdr
    M

    Polubienie

  2. Otóż to! Dlatego ja też w żaden sposób nie osądzam rodziców adopcyjnych tej dziewczynki. Raczej chodziło mi o to, że jej wcześniejsze zranienie wywołuje bunt skierowany przeciw tym, którym najbardziej na niej zależy… no bo przeciwko komu innemu miałaby się buntować?
    Jeśli dobrze kojarzę, to Twoja starsza córka ma za sobą jeszcze dłuższą historię przeadopcyjną niż Kamila. W dodatku okres dojrzewania na pewno niczego tutaj nie ułatwia. Życzę Wam cierpliwości i wytrwałości!

    Polubienie

  3. Trudno tutaj coś komentować. Życzysz Kamili, aby finał historii był pozytywny, a ja mogę dodać od siebie, że życzę wszystkim dzieciom w podobnej sytuacji aby przede wszystkim spotkały na swojej drodze kogoś takiego jak ty. Czasami trudno otworzyć się przed najbliższymi, przed rodzicami, niezależnie od tego czy są biologiczni, czy nie. Czasami łatwiej przed kimś trochę obcym, choć niezupełnie obcym, kimś kto wysłucha, zrozumie i podsunie możliwe rozwiązania. Ona miała szczęście, że trafiła na ciebie, bo poza tym wszystkim jesteś jeszcze osobą, której temat nie jest obcy. Ostatecznie obie nauczyłyście się czegoś od siebie.
    Pozdrawiam was mocno.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s