Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

(PO)ADOPCYJNA MITOLOGIA

Jeszcze przed przysposobieniem Księżniczki popełniłam wpis na temat okołoadopcyjnych stereotypów. Teraz nadszedł czas na drugą część, tym razem dotyczącą życia z adoptowanym dzieckiem.

  1. PO ADOPCJI NIE JEST SIĘ RODZICEM, TYLKO OPIEKUNEM PRAWNYM

Prawny

Takie zdanie usłyszałam od rejestratorki w przychodni podczas wypełniania karty pacjenta. Na szczęście miałam przy sobie akt urodzenia małej, z którego jasno wynika, kto jest kim. W rzeczywistości po adopcji (zwłaszcza pełnej) powstaje według prawa identyczna relacja pomiędzy dzieckiem przysposobionym a jego rodziną, jak w przypadku pokrewieństwa biologicznego. Formalnie Księżniczka nie ma zatem żadnych rodziców poza nami.

  1. RODZINA ADOPCYJNA PODLEGA STAŁEJ KONTROLI RÓŻNYCH INSTYTUCJI PAŃSTWOWYCH

control-427510_960_720

Zdecydowanie mit – z tych samych powodów, co wyżej. Prawo pod tym względem nie rozróżnia rodzin biologicznych i adopcyjnych. Zdarzyło mi się, usłyszeć, że to źle, „bo przecież w telewizji mówią, co to się w tych rodzinach adopcyjnych dzieje”. Tu mamy do czynienia z kolejnym mitem, bardzo trudnym do obalenia. Niestety przemoc i zaniedbania zdarzają się w każdym typie rodzin. Być może te ze strony rodziców adopcyjnych poruszają szczególnie, bo przecież teoretycznie powinni oni być lepiej przygotowani do swojej roli i sprawdzeni pod każdym względem. Dodatkowo rozmiar tragedii potęguje świadomość, że pokrzywdzone dzieci już raz przeszły przez piekło, a teraz system zafundował im kolejne. Nie staram się bronić sprawców, wręcz przeciwnie, bowiem ich postępowanie rykoszetem odbija się na opinii normalnych, tych najzwyczajniejszych pod słońcem rodzin adopcyjnych. Mam na myśli, że przemoc w rodzinach biologicznych wydaje się czymś nagannym, ale mimo wszystko jakoś społecznie akceptowanym, natomiast ta w domach dzieci przysposobionych wywołuje niechęć do adopcji w ogóle i powoduje powstawanie właśnie tego rodzaju stereotypów.

  1. RODZICE ADOPCYJNI REGULARNIE OTRZYMUJĄ PIENIĄDZE OD PAŃSTWA

pieniądze.jpg

Rodziny adopcyjne są ciągle mylone z zastępczymi, być może stąd przekonanie, że przysposobienie jest równoznaczne z dodatkowym dochodem. O tym, jak silnie zakorzeniony jest ten mit, miałam okazję już kilka razy się przekonać. Znajomi pytali nawet nie „czy”, ale „ile” dostajemy miesięcznie na Księżniczkę. Otóż – okrągłe zero, bowiem nawet na 500+ się nie łapiemy ;). Jak pisałam wyżej, prawo nie rozróżnia pod tym względem rodzin adopcyjnych i biologicznych.

  1. ADOPCJĘ NAJLEPIEJ UTRZYMAĆ W TAJEMNICY PRZED OTOCZENIEM… I PRZED SAMYM DZIECKIEM

tajność

Co do pierwszej części – aby wcielić taką myśl w życie, musielibyśmy mieszkać na pustyni albo bezludnej wyspie. Oczywiste, że nie chwalę się każdemu, iż nie urodziłam mojej córki, ale też nie staram się jakoś specjalnie tego faktu ukryć. Jaki miałby być tego cel? Chyba jedynie narażenie siebie na śmieszność, kiedy okazałoby się, że rozmówca już dawno zna prawdę. Jeżeli chodzi o okłamywanie swojego dziecka, to w ogóle sobie tego nie wyobrażam. Ono jest żywym człowiekiem, nie maskotką. Ma prawo do pełnej wiedzy o sobie, ma też prawo do rodziców, którym zawsze będzie mogło ufać. Koniec, kropka.

  1. RODZINA ADOPCYJNA MUSI UTRZYMYWAĆ KONTAKT Z BIOLOGICZNĄ

girl-1897828_960_720

Przeciwieństwo poprzedniego punktu – i oczywiście mit. Nie musi. Adopcja w Polsce jest objęta tajemnicą, co oznacza, że rodzina pochodzenia nie zna nowych danych ani adresu dziecka. Dopiero gdy osiągnie ono pełnoletniość, może wystąpić do właściwego urzędu o udostępnienie mu danych sprzed przysposobienia i w ten sposób odnaleźć swoich biologicznych krewnych. Tyle w kwestii prawa. Znam natomiast przypadki, w których rodzice adopcyjni zdecydowali się wcześniej pomóc dziecku w poszukiwaniach jego korzeni. Myślę, że każdą z tych sytuacji należy rozpatrywać osobno, jednak faktem jest, że stare dane dziecka zostają po adopcji utajnione, zaś nowe nie zostają udostępnione rodzinie biologicznej.

  1. ADOPTOWANE DZIECKO UPODABNIA SIĘ DO SWOICH NOWYCH RODZICÓW

mom-20666_960_720

Nie jestem pewna, czy to tak do końca jest mit. Przede wszystkim dziecko wychowywane w konkretnej rodzinie (czy to biologicznej, czy adopcyjnej) w sposób naturalny przejmuje gestykulację, mimikę lub choćby styl wypowiedzi swoich opiekunów, dzięki czemu ewentualny brak wizualnego podobieństwa jest mniej zauważalny.  Wiem też, że niektóre ośrodki adopcyjne starają się dobrać rodziców do dziecka także pod względem aparycji (choć zapewne nie jest to kryterium decydujące). Nie mam pojęcia, czy w naszym przypadku tak było, ale Księżniczka wyglądem bardzo do nas pasuje. Kolor włosów ma zbliżony do mojego, oczu z kolei do P. Nie umiem powiedzieć, czy mieszkanie pod jednym dachem wpływa na fizyczne upodabnianie się do siebie, ale nie wykluczałabym takiej możliwości.  Pikuś Incognito popełnił kiedyś ciekawy wpis na ten temat (klik).

A z jakimi poglądami Wy się zetknęliście?

Droga po szczęście

Rozdzielanie rodzeństw przy adopcji

Marka, a później jego żonę Ewę, poznałam kilka lat temu w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z przysposobieniem. Kontaktujemy się przeważnie służbowo, ale ponieważ oboje prowadzą rodzinę zastępczą, często dyskutujemy na wspólne nam tematy. Obecnie przebywa u nich w pieczy czworo dzieci, z których troje to przyrodnie rodzeństwo. Niedawno Marek opowiedział mi o ich niewesołej sytuacji.

Paweł ma 8 lat, Marta 6, a Weronika niecałe 5. Wszyscy są dotknięci jakimś spektrum FAS. Młodsza z sióstr cierpi pełnoobjawową formę tego syndromu, chłopiec teoretycznie mieści się w normie intelektualnej, ale nie potrafi zrozumieć ani tym bardziej zachowywać podstawowych norm społecznych (Marek przytoczył m.in. sytuację, w której Pawełek bez skrępowania sięgnął po portfel badającej go pani psycholog i wyciągnął z niego pieniądze, które następnie próbował schować sobie do kieszeni). Najmniej poszkodowana jest Marta, która co prawda wolno myśli i pracuje, przez co najpewniej będzie miała trudności w nauce, ale poza tym rozwija się prawidłowo i ma największe z całej trójki szanse na całkowicie samodzielne życie w przyszłości. Dzieci mają jedną matkę, ale różnych ojców… kobieta tak często zmienia partnerów, że równie dobrze sama może nie wiedzieć, z kim ma którą z pociech. Maluchy zostały jej odebrane po którejś z kolei libacji alkoholowej, ale rodzina ma też na koncie przemoc oraz różnego typu zaniedbania. Ewa i Marek robią wszystko, żeby, mówiąc potocznie, „wyprowadzić te dzieciaki na prostą”. Niedawno byli w tym celu u znanej w Polsce specjalistki od FAS (Ci z Was, którzy orientują się w temacie, bez problemu odgadną jej nazwisko). Ku zdziwieniu obojga, pani doktor jasno zasugerowała, że Marta powinna trafić do adopcji. Rodzice zastępczy nie zgodzili się z tym werdyktem, powołując się przede wszystkim na istniejącą więź między rodzeństwem. Specjalistka natomiast argumentowała, że dla Marty przysposobienie może być szansą na bezpieczne, normalne dorastanie; rodzeństwo od dawna jest już w ogólnopolskiej bazie dzieci wolnych prawnie i z dnia na dzień maleją szanse na to, że w kraju znajdzie się dla nich rodzina adopcyjna… z kolei sytuacja adopcji zagranicznych, jaka jest za obecnej władzy, każdy widzi.

Ani Marek, ani Ewa nie zmienili zdania, ale na pewno wizyta u pani doktor zasiała w nich ziarno niepewności.

Lady, a co, jeżeli ta lekarka ma rację? – zapytał mnie retorycznie (właśnie odkryłam, że tak się da) na zakończenie ostatniej rozmowy.

Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji to bardzo, bardzo złożony problem. Dowodzi tego chociażby liczba ludzi, którzy za pośrednictwem mediów społecznościowych poszukują utraconych w ten sposób braci i sióstr. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza osobom, które na co dzień nie mają do czynienia z żadną formą rodzicielstwa zastępczego, separacja dzieci od siebie wydaje się bezmyślnym okrucieństwem. Takie nastroje podsycają jeszcze programy telewizyjne, pokazujące najczęściej skrajne i łzawe historie…

rodz

…dlatego bardzo często, kiedy słyszymy gdzieś hasło „rozdzielono rodzeństwo”, z oczywistych względów mamy przed oczami stereotypowy obrazek: dwoje lub troje uroczych dzieci w zbliżonym wieku, wychowujących się razem od narodzin, nagle traci jedno lub oboje rodziców, po czym jest zabieranych przez bezdusznych urzędników do domu dziecka, skąd każde trafia do innej rodziny zastępczej lub adopcyjnej. I ani sąd, ani żadna inna instytucja nie liczy się z tym, że te dzieci już raz straciły wszystko i właściwie mają miały teraz tylko siebie… Trudno się nie zgodzić, że takie postępowanie jest rodzajem barbarzyństwa.

Problem w tym, iż rzeczywistość jest przeważnie o wiele bardziej skomplikowana.

Sytuacja pierwsza. Bezdzietne małżeństwo przysposabia trzymiesięcznego chłopca – jedynaka, spłodzonego gdzieś na imprezie przez pijaną nastolatkę. Dwa lata później okazuje się, że matka biologiczna urodziła kolejnego synka, który również trafia do adopcji. Ośrodki adopcyjne w pierwszej kolejności proponują adopcję „nowego” dziecka rodzinie, w której przebywa jego rodzeństwo. Małżonkowie liczyli się z taką ewentualnością, więc zgadzają się i od tej pory żyją we czwórkę. Po kolejnych kilkunastu miesiącach biologiczna matka chłopców rodzi bliźniaki. Nasi bohaterowie zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji – zarabiają przyzwoicie, ale nie luksusowo, mają trzypokojowe mieszkanie, które jakoś nie chce być z gumy… sumienie nie pozwala im jednak rozdzielać rodzeństwa, przysposabiają więc również i tę dwójkę. Pytanie brzmi, co zrobić w momencie, kiedy u matki biologicznej pojawią się kolejne dzieci? Jeżeli łącznie będzie ich ośmioro albo więcej? Czy można wymagać od rodziców adopcyjnych, aby zapewnili (dobro)byt dziesięciorgu osobom, jeżeli nie wymagało się tego od biologicznych?

Sytuacja druga. Parze alkoholików urodziła się córka. Rodzice, zajęci codziennymi libacjami, podrzucali małą różnym babkom i ciotkom. U jednej z nich została na dwa lata, po których trafiła do rodziny zastępczej, a następnie do adopcji. W międzyczasie matka biologiczna rozstała się z dotychczasowym konkubentem, znalazła nowego partnera i urodziła mu kolejną córkę, która po roku została zabrana rodzicom w wyniku interwencji policji. Czy obie siostry muszą trafić do jednej rodziny adopcyjnej, skoro się nie znają i nie ma pomiędzy nimi żadnej więzi?

Sytuacja trzecia. Po kilkuletniej bitwie o odebranie praw rodzicom biologicznym, stosującym przemoc fizyczną (w tym seksualną) i psychiczną, dwaj chłopcy w wieku 8 i 9 lat zostają przeznaczeni do adopcji. Problem w tym, że bracia nienawidzą się nawzajem do tego stopnia, iż nie są w stanie przebywać razem w jednym pomieszczeniu. W dodatku obaj cierpią na RAD i wymagają stałej opieki psychologa, psychiatry i seksuologa. Czy można w imię wyższego dobra zmuszać zarówno ich, jak i potencjalnych rodziców adopcyjnych, do wspólnego zamieszkania?

Sytuacja czwarta, ostatnia. W pieczy zastępczej przebywa troje rodzeństwa: zdrowa dziewczynka oraz jej dwóch braci, upośledzonych fizycznie i intelektualnie w stopniu znacznym. Szanse na znalezienie rodziców dla całej trójki są mniej niż nikłe. Czy należałoby szukać rodziny dla dziewczynki, dając jej szansę na kochający dom i normalne życie, czy niejako „skazać” ją na dożywotnie tułanie się po „bidulach” i opiekę nad braćmi, której nawet jej dorośli rodzice nie potrafili sprostać?

Z takimi przypadkami, jak powyższe, na co dzień pracują PCPR-y, ośrodki adopcyjne i sądy rodzinne. O ile zgadzam się z Ewą i Markiem, że nie należy niszczyć więzi pomiędzy przebywającym u nich rodzeństwem, o tyle w sprawie przedstawionych niżej przykładów nie byłabym już tak zdecydowana. Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji na pewno jest złem… ale myślę, iż czasami koniecznym.

Droga po szczęście, Takie tam różne

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety –  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk 😉 . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Droga po szczęście

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 2

ROZDZIAŁ TRZECI – Próba sił

– Czy my naprawdę tak wiele chcemy od życia? – wybuchł wreszcie późnym popołudniem Konrad, obracając w dłoni pilot od telewizora.

Kinga oderwała się od własnych myśli. Była przekonana, że jej wybranek po prostu ogląda mecz, zwłaszcza że grał jego ulubiony Arsenal. Tymczasem wewnątrz przeżywał dokładnie to samo, co ona.

– Nie wiem, Kochanie… – westchnęła zrezygnowana – Może ta pani kierowniczka chciała nas tylko nastraszyć? Sprawdzić, czy się zbyt łatwo nie poddamy?

– Od siedmiu lat się nie poddajemy – stwierdził z przekąsem – ale sorry, ja nie jestem Matką Teresą… nie chcę do końca swojego życia opiekować się obcym człowiekiem, który nie będzie w stanie nawet zapamiętać, jak się nazywa…

– Konrad, a gdybym urodziła chore…?

– To nie mielibyśmy wyboru. Teraz mamy.

Kinga westchnęła. Te rozmowy zawsze były trudne. Głównie dlatego, że oboje mieli rację, a właściwie racje – równorzędne i często nie do pogodzenia. Tej nocy znowu prawie nie spali.  Nazajutrz wychodzili do pracy ledwo przytomni, ale decyzja została podjęta: spróbują. Dadzą szansę ośrodkowi, sobie i dziecku. Może nie będzie tak źle…?

      Sprawnie zgromadzili potrzebne dokumenty i przy kolejnej wizycie w OA, podczas zakładania teczki wstępnie zadeklarowali przyjęcie dziecka z tzw. „rodziny alkoholowej”, a także od rodziców chorych psychicznie, uzależnionych od narkotyków lub upośledzonych w stopniu lekkim. Cały czas jednak mieli nadzieję, że żadne z tych obciążeń nie dotknie ICH dziecka – tego, na które czekają. Pod lekkim naciskiem pracownicy ośrodka podnieśli też granicę wieku oczekiwanej pociechy do trzeciego roku życia. Kilka miesięcy później, po serii testów i badań oraz wizycie pani psycholog w ich domu, otrzymali pismo z zaproszeniem na szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych.

      Gdyby ktoś zapytał naszych bohaterów, co najbardziej zapamiętali z warsztatów, odpowiedzieliby, że „otwarcie się na dziecko” odmieniane przez wszystkie przypadki. Uczyli się o genezie traum, obciążeniach genetycznych i innych trudnościach, z którymi dzieci adopcyjne muszą borykać się często już od pierwszych chwil życia, nierzadko także płodowego. Kindze utkwiła w pamięci karta informacyjna trzyletniego chłopca, którego mama z dnia na dzień wystawiła za drzwi mieszkania, bo nie spodobał się jej nowemu konkubentowi. Historia może brzmiałaby jak z kiczowatego filmu o „biednych sierotkach”, gdyby nie to, że ów malec przez wcześniejsze zaniedbania matki był znacznie opóźniony w rozwoju. Trafił do domu dziecka, gdzie przez kolejne trzy lata oczekiwał na rodziców adopcyjnych, gotowych podjąć wyzwanie wychowania go. Pani prowadząca spotkanie powiedziała na koniec, że chłopczyk znalazł rodzinę i robi ogromne postępy, choć nadal jeszcze sporo mu brakuje do rówieśników. Natomiast Konradowi zapadło w serce spotkanie z adopcyjnymi rodzicami czteroletniej Agusi, która zresztą przyszła wraz z nimi i brykała radośnie po całej sali. Jej biologiczna matka w dniu rozwiązania była tak pijana, że nawet nie zdawała sobie sprawy z rozpoczynającej się akcji porodowej. Ojciec odsiadywał w więzieniu wyrok za pobicia i rozboje. Karetkę do rodzącej wezwał sąsiad, który wszedł do mieszkania kobiety zaniepokojony krzykami… Dziewczynka przyszła na świat przed terminem, ważąc zaledwie dwa kilogramy i mając ponad dwa promile alkoholu we krwi. Lekarze byli zdziwieni, że w ogóle przeżyła. Rodzice adopcyjni zabrali ją niemal prosto ze szpitala, ale procedura pozbawiania matki praw rodzicielskich ciągnęła się bardzo długo. Do formalnego przysposobienia doszło dopiero przed kilkunastoma miesiącami. Konrad słuchał, jak mama i tata Agusi wyliczali wszystkie niepokojące informacje o dziecku, które wyczytali z jego karty – a jednocześnie patrzył na małą i nie mógł uwierzyć, że wyrosła na takie ufne, energiczne i radosne dziecko. Zaczął marzyć, aby i jego z Kingą spotkała podobna historia…

 

ROZDZIAŁ IV – Decyzje

       Nieco ponad rok po pierwszej wizycie w ośrodku adopcyjnym Kinga i Konrad uzyskali pozytywną opinię, która kwalifikowała ich jako przyszłych rodziców. Rozpoczął się więc dla nich okres oczekiwania. Najgorsze, że nie było wiadomo, jak długo potrwa: kilka tygodni, miesięcy, może nawet lat… Zewsząd dochodziły ich słuchy, że dzieci do adopcji jest coraz mniej, a niemowląt nie ma właściwie wcale. Po początkowej euforii i odmalowaniu pokoiku dziecięcego ich życie wróciło na poprzednie, dobrze znane tory. Starali się tylko więcej oszczędzać, aby mieć pieniądze na wyprawkę dla pociechy. Czas upływał, dookoła rodziły się kolejne maluchy, a oni wciąż byli we dwoje… W chwilach zwątpienia zastanawiali się, czy tak naprawdę adopcja jest im potrzebna do szczęścia. Tak bardzo przyzwyczaili się już do współdzielonej samotności… Wystarczały jednak sporadyczne wizyty siostry Konrada z jego chrześniaczką, aby marzenia o potomstwie odżywały na nowo.

       Telefon z ośrodka zadzwonił po ośmiu miesiącach, kiedy na poboczu szosy czekali w zepsutym samochodzie na przybycie pomocy drogowej. Od domu dzieliło ich prawie 30 km, byli głodni, w dodatku strasznie lało. Mimo deszczu Konrad podniósł maskę auta, jakby spodziewał się od razu znaleźć pod nią odpowiedź na pytanie, dlaczego komputer pokładowy zwariował i wyświetla na ekranie informację o awarii filtra, którego w ich modelu w ogóle nie powinno być. Znudzona i zmęczona Kinga wypatrywała z daleka lawety – i właśnie tę czynność zakłócił sygnał komórki. Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer OAO.

– Halo?

– Dzień dobry, pani Kingo! Tutaj Ewa Nowicka z ośrodka adopcyjnego. Mamy dla państwa pilną propozycję, zapraszam do mojego biura. Najlepiej zaraz.

– No szlag! – zaklęła Kinga – Przepraszam, pani Ewo, to nie do pani. Samochód nam się zepsuł za miastem, czekamy od godziny na pomoc drogową, trudno mi powiedzieć, kiedy ona się zjawi. Że też akurat teraz…

– Spokojnie, pani Kingo, nerwy tu nic nie pomogą. W takim razie będę państwa oczekiwać jutro od rana.

– Zdradzi pani jakieś szczegóły? Chociaż wiek i płeć? Proszę…

– Mamy taką zasadę, że nie ujawniamy żadnych danych przez telefon. Jutro się państwo wszystkiego dowiedzą. Proszę dzisiaj przedyskutować z mężem, czy byliby państwo gotowi na adopcję rodzeństwa.

– RODZEŃSTWA?

– Tak, tak, ale tylko dwojga. Dobrze, nie zabieram pani czasu, do zobaczenia!

– Ale… ech, nic. Do widzenia… – Kinga w ostatniej chwili zrezygnowała z dalszych pytań, bowiem na horyzoncie zamajaczyła wyczekiwana laweta.

      Zamieszanie związane z transportem auta i powrotem do domu sprawiło, że  dopiero godzinę po telefonie małżonkowie mogli spokojnie porozmawiać.

– Czy one zwariowały? – zapytał retorycznie Konrad – Zgodziliśmy się już na dziecko w wieku niemal przedszkolnym, obciążone ryzykiem wielu chorób. Nie było mowy o rodzeństwie!

– Mnie też to przerasta – przyznała jego żona – nigdy nawet nie myślałam o przysposobieniu dwojga, tym bardziej na raz.

– Dobrze, pojedźmy tam jutro, zobaczmy, o co chodzi, ale jakoś nie czuję się przekonany…
– A ja się czuję przerażona.

       Oboje byli tak przejęci, że nazajutrz dotarli do ośrodka jeszcze przed jego otwarciem. Pani psycholog, która przyszła jako pierwsza, roześmiała się na ich widok i zaprosiła ich do środka. Po chwili dotarła również kierowniczka. Kiedy wszyscy czworo zasiedli przy stole, szefowa OA zaczęła rozmowę:

– Krzyś ma 26 miesięcy, przebywa obecnie w pogotowiu opiekuńczym. Fizycznie nic mu nie dolega. Intelektualnie mieści się w normie rozwojowej, jednak jest pewne „ale”. Matka biologiczna się nim nie zajmowała, trafiał na zmianę do różnych ciotek i sąsiadek, ewentualnie nowych „chłopaków” mamy. Zapewne będzie to miało wpływ na nawiązywanie przez niego więzi. Już teraz widać, że nie rozróżnia osób bliskich i obcych, wszystkich traktuje tak samo.

– Matka miała ograniczone prawa rodzicielskie – wtrąciła druga z pracownic – sąd kilka razy dawał jej szanse na poprawę – do czasu, kiedy policyjny patrol nie znalazł Krzysia błąkającego się w nocy po ulicy w samej piżamce… a był koniec marca, temperatura bliska zera. Przy okazji odbierania chłopca matce okazało się, że jest ona w zaawansowanej ciąży. Pomimo widocznego brzucha nie chciała się do tego przyznać nie tylko pracownikom socjalnym, ale nawet swojemu obecnemu partnerowi, szła w zaparte. Ani razu nie była u lekarza. Wiemy, że paliła papierosy i piła alkohol.

– Cztery dni temu urodziła córeczkę i sama zadeklarowała zrzeczenie się praw rodzicielskich, ale wiedzą państwo, jak to jest… nie wiadomo, czy to zrobi. Być może będzie musiała zostać ich pozbawiona przez sąd. Dziewczynka otrzymała 8/10 w skali Apgar, waży 3100 gramów i mierzy 50 cm. Miała promil alkoholu we krwi, matka dwa razy tyle. Lekarze cały czas badają małą, nie wiemy do końca, jak się będzie rozwijać… – uzupełniła kierowniczka.

– No cóż… jeżeli się państwo zdecydują, to możemy od razu jechać do Krzysia, a potem do jego siostrzyczki. Zadzwonię tylko do pogotowia opiekuńczego, żeby się przygotowali… – psycholog wydawała się gotowa do drogi.

– Moment! – powstrzymała ją Kinga – Chyba powinniśmy to z mężem przedyskutować, prawda? Nie rozmawialiśmy o rodzeństwie, a już na pewno nie z zaburzeniami więzi.

– Rzuciły nas panie na głęboką wodę… – westchnął Konrad.

– Adopcja zawsze jest rzuceniem się na głęboką wodę, tu się nie da inaczej – skwitowała pani Ewa. Dobrze, niech państwo wyjdą sobie gdzieś na kawę i porozmawiają. Tylko proszę pamiętać, że czas nagli…

            Chwilę później siedzieli w pobliskiej kawiarni. Kinga zawzięcie skubała skraj tekturowego kubka z logiem lokalu.  Jej mąż małymi łyczkami popijał earl greya, jakby chciał opóźnić moment rozpoczęcia rozmowy. Patrzył na żonę i chyba po raz pierwszy w życiu nie był w stanie odgadnąć jej myśli. W końcu jednak zagaił, siląc się na swobodny ton:

– Ten chłopiec ma na imię Krzysztof… na „K”, tak jak miało być. A dziewczynka… panie nie mówiły nic o jej imieniu, to może mogłaby zostać Karolinką…

– Konrad, czy ty się dobrze czujesz? Za co my kupimy wyprawkę dla dwojga dzieci? Już nie mówiąc o tym, z czego będziemy tych brzdąców utrzymywać. A jeśli ten starszy ma RAD? Jeżeli nigdy nas nie pokocha, nigdy nie będzie nas słuchał… chcesz tak żyć? I jeszcze dziewczynka z możliwym FAS do kompletu.

– A jeśli – przedrzeźniał ją – to jest po prostu dwoje skrzywdzonych przez los maluchów, dla których właśnie otworzyły się drzwi do normalności? Chciałabyś im te drzwi zamknąć?

– Przestań mi tu wjeżdżać na sumienie. Jeśli nie my, to na pewno inni ich adoptują…

– … pomyślało piętnaście par – dokończył sarkastycznie.

– Przecież ja nie mówię, że nie chcę tych dzieci. Po prostu się boję.

– Ja też! Ale myślę, że one bardziej.

– To co proponujesz?

– Poznajmy je, co nam szkodzi. Porozmawiajmy z lekarzami, z opiekunami z pogotowia rodzinnego. Może wiedzą o nich więcej niż ośrodek. Dowiemy się, czy to nasze dzieci.

– I co, będziemy je oglądać? Jak towar jakiś?

– Nie przesadzaj, to przecież nie konkurs piękności. Tak czy inaczej będziemy musieli poznać nasze dziecko przed adopcją, prawda?

– Ok, wygrałeś. Jedziemy – potwierdziła, choć w jej głosie nie było słychać przekonania.

Droga po szczęście

Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

WSTĘP

      Bardzo długo myślałam nad formą tego tekstu. Pierwotnie miał być pisany – jak większość – w pierwszej osobie, jednak uznałam, że nie chcę ograniczać się w nim do własnego doświadczenia. Pomyślałam więc o liście do przyszłych rodziców adopcyjnych, ale tu z kolei łatwo by mi było niechcący przyjąć ton mentorski, czego za wszelką cenę pragnę uniknąć, ponieważ nie czuję się żadnym autorytetem, aby kogokolwiek pouczać w zakresie przysposobienia. Wybrałam więc trzecie wyjście i stworzyłam opowiadanie (uprzedzam, że tendencyjne). Jego bohaterowie są fikcyjni, ale zależało mi, aby Czytelnicy – zwłaszcza ci, których adopcja w jakiś sposób dotyczy – odnaleźli w nich cząstkę siebie. Fabułę oparłam na prawdziwej historii, a raczej wielu historiach, posiadających pewien wspólny mianownik…

Tekst jest długi, dlatego opublikuję go w trzech częściach – codziennie po jednej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY – Ona i On

           Kinga i Konrad poznali się na osiemnastce u wspólnego znajomego. Od razu przypadli sobie do gustu, a po kilku spotkaniach we dwoje zostali parą. Połączyły ich identyczne inicjały (K.K.), miłość do kuchni włoskiej oraz pragnienie zobaczenia Nowego Jorku, a wkrótce także wynajęta razem kawalerka i kupiony pod wpływem impulsu królik Klapek. Zaraz po studiach wzięli ślub i przeprowadzili się do własnego mieszkania. Oboje już wtedy pracowali, zresztą za całkiem przyzwoite pensje. Uznali więc, że nie ma co zwlekać z powiększeniem rodziny. Imiona dla dzieci mieli powybierane jeszcze w liceum: Karolina i Kacper, ewentualnie Kamila albo Klemens – ważne, żeby na „K”, tak jak rodzice. Niestety – czas mijał, a Kinga nie zachodziła w ciążę. Małżonkowie zdążyli zobaczyć nie tylko Nowy Jork, ale także Waszyngton, Los Angeles oraz kilkanaście europejskich stolic, miejsce Klapka zajął czarny kot Kawior, ale największe pragnienie pozostawało niezaspokojone.

      Diagnozy lekarzy nie dawały wielkich nadziei, tym bardziej, że okazało się, iż oboje mają problem z płodnością. Próby leczenia różnymi metodami nie przyniosły żadnych efektów. Kiedy młodsza siostra Konrada urodziła już drugie dziecko, kolejne koleżanki z pracy Kingi zaczęły odchodzić na urlopy macierzyńskie, a oni sami zdążyli przekroczyć trzydziestkę, powiedzieli „dość!”. Po kilku długich dyskusjach i nieprzespanych nocach podjęli decyzję o adopcji. Rozważali taką opcję już zresztą wcześniej, myśleli o przysposobieniu maluszka po odchowaniu pociech biologicznych. Los bywa jednak przewrotny i w pewnym sensie przyspieszył ten moment za nich…

ROZDZIAŁ DRUGI – Zimny prysznic

      Żadne z nich chyba nigdy nie zapomni pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. Kiedy przekraczali próg, wydawało im się, że wiedzą, czego chcą, jednak z każdym zdaniem pani kierowniczki czuli się coraz mniej pewnie. Gdy już przedstawili całą swoją historię, z drugiej strony ogromnego biurka padło pytanie o to, jakie dziecko chcieliby przysposobić.

– Malutkie! – wypaliła od razu Kinga – Takiego niemowlaczka, który jeszcze niczego nie pamięta. Chcielibyśmy przejść przez wszystkie etapy rodzicielstwa, od pieluszek aż po wnuki…

– Płeć obojętna, ale żeby było zdrowe – dodał z przekonaniem Konrad.

– Co to znaczy zdrowe pana zdaniem? – dociekała pani kierownik, jak im się wydawało, znudzonym głosem. Nie pomyśleli wtedy, że takie pytanie stawia niemal wszystkim kandydatom.

– Nooo… zdrowe… – mężczyzna wyraźnie tracił rezon – żeby nie było… upośledzone.

Ostatni wyraz wymówił półszeptem.

– A jeśli rodzice biologiczni byliby upośledzeni? Albo przynajmniej jedno z nich?

Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie myśleli o tym wcześniej. Pragnęli zostać rodzicami, tak po prostu. Owszem, czytali w książkach i w sieci, że do adopcji trafiają dzieci chore, obciążone traumą… ale literatura literaturą, a życie życiem. Nie dopuszczali do siebie myśli, że ich to dotknie, a już tym bardziej na pierwszym spotkaniu. Tymczasem ich rozmówczyni (nazwijmy ją panią Ewą) dopytywała dalej:

– Czy słyszeli państwo o FAS?

Pokiwali głowami.

– Czy w takim razie zdecydowaliby się państwo przyjąć dziecko z rodziny dotkniętej alkoholizmem? Albo takiej, gdzie matka dodatkowo paliła papierosy i brała narkotyki, będąc w ciąży?

Kinga pobladła. Czuła, że robi jej się słabo… nie była pewna, czy bardziej z powodu lipcowego upału, czy natłoku myśli i gęstniejącej atmosfery.

– To chyba zależy, jakie dziecko… – odparł nieśmiało Konrad.

– Skąd według państwa biorą się dzieci do adopcji? – drążyła dalej pani Ewa.

– Są porzucane przez matki biologiczne, które ich nie chcą lub nie mają pieniędzy na utrzymanie…? – odpowiedziała Kinga, choć brzmiało to bardziej jak pytanie. Sama już nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

– Nie, proszę pani. To, o czym pani mówi, to nieliczne wyjątki. Nasze dzieci przeważnie są odbierane dysfunkcyjnym rodzicom. Niezaradnym życiowo, niedostosowanym społecznie, uzależnionym od substancji psychoaktywnych. Takim, którzy nie rokują żadnej poprawy. I nie ma w tym kraju jasnowidza, który dałby komukolwiek gwarancję, że te dzieci będą – jak to pan przed chwilą określił – zdrowe. Ze wspomnianego powodu również właściwie nie ma noworodków, co najwyżej dzieci kilkunastomiesięczne, częściej – kilkuletnie. Takie są obecnie adopcyjne realia, drodzy państwo.

      Pół godziny później, po kolejnej serii trudnych pytań, opuszczali ośrodek. W czasie drogi powrotnej do domu żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Kindze szkliły się oczy. Jej mąż czuł taką suchość w gardle, że co chwilę przełykał ślinę. Drażnił ją ten odgłos, podobnie jak szarawy zaciek na bocznej szybie samochodu i burzowe chmury na horyzoncie. Czuła, że ma wszystkiego dosyć.

CDN