Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Reklamy
Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Taka tam rodzina adopcyjna

Żłobkowe początki

slippers-3110698_640

Kapcie zostały rzucone. Księżniczka zaczęła swoją przygodę ze żłobkiem.

Rano w szatni trochę się buntuje, odrobinę marudzi, ale histerii nie ma. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że dorośli, wchodząc do pracy, też przeważnie nie są zachwyceni 😉 . W każdym razie zostaje bez większego problemu. Podobno tylko pierwszego dnia popłakiwała. Panie twierdzą, że jest kochana. Apetyt jej dopisuje (to akurat żadna nowość), ale nie za bardzo chce się dostosować do obowiązkowej drzemki. Nic dziwnego, bo w domu też coraz mniej śpi w dzień.

Gorzej, że już pojawiły się choroby. Po pierwszym tygodniu wróciła z grypą żołądkową, którą przy okazji zaraziła mnie. Objawy miała na tyle ostre, że późnym piątkowym wieczorem zawitaliśmy na SOR. Kiedy lekarz zapytał, ile razy wymiotowała, musieliśmy odpowiedzieć, że raz – od 17.00 bez przerwy. Dostaliśmy zalecenie, żeby… podać małej odgazowaną colę. Powiem Wam, że wcześniej uważałam tę metodę za wysoce wątpliwą – ot, taki zabobon. Skoro jednak z taką poradą wyjechaliśmy ze szpitala, to P. pobiegł do najbliższego sklepu nocnego po Coca-Colę. Podziałało od razu! Następnego dnia walczyliśmy już „tylko” z biegunką. Ze względu na to, że sama zachorowałam i byłam na zwolnieniu, zostawiłam Księżniczkę ze sobą w domu, żeby się trochę podkurowała. We wtorek wyglądała już na zupełnie zdrową. Pediatra potwierdził, że może wrócić do żłobka. No to wróciła, na jeden dzień. Odbierającemu ją teściowi opiekunki powiedziały, że z małej „leje się dołem” i kategorycznie zabroniły przyprowadzać ją następnego dnia (zresztą słusznie). Czyli przyszła druga fala wirusa. Mieliśmy zatem powtórkę z rozrywki, tylko w dużo łagodniejszym wydaniu. Kolejny dzień młoda spędziła z nianią, a po południu znowu odwiedziłyśmy przychodnię. Pediatra zapisał probiotyk i lek regulujący pracę jelit, sugerując przy tym, że nawracająca biegunka może mieć podłoże nerwowe. Sama nie wiem, co o tym myśleć… Z jednej strony sama zwykle ciężko przechodzę tego typu infekcje, nawet tym razem przeżyłam nawrót choroby razem z Księżniczką. Z drugiej – skoro mała w żłobku miała biegunkę, a nazajutrz u niani nie zabrudziła ani jednej pieluchy, to może być coś na rzeczy. Jest jeszcze trzecia opcja – mianowicie taka, że panie w żłobku zignorowały moją prośbę o przestrzeganie ścisłej diety u młodej ze względu na przebytą jelitówkę. Może po prostu mała zjadła coś, co podrażniło osłabiony układ pokarmowy.

……………………………………………………………………………………………………………………………………

Powyższa część wpisu powstała w połowie września. Mniej więcej od tamtej pory Księżniczka chodzi z niewielkim katarem. Lekarz powiedział, że to normalne i żeby się nie przejmować. W żłobku jej się podoba: chętnie zostaje, lubi swoje panie, odnajduje się wśród innych dzieci.

female-865110_960_720

Gorzej ze mną. Moje dłuższe milczenie na blogu nie było spowodowane brakiem weny, tylko czasu. Powiem Wam szczerze, że nie ma dnia, bym nie przeklinała tej @(@!!^!$@#@@@#!$*### reformy oświaty. Podobnie jak tysiące nauczycieli zawdzięczam jej to, że choć minął dopiero miesiąc roku szkolnego, byłam już łącznie na siedmiu radach pedagogicznych, trzech wywiadówkach, dwóch spotkaniach komisji i dwóch dyskotekach szkolnych jako opiekun. Czytaj: nie widuję swojego dziecka. Księżniczka spędza popołudnia z tatą albo z dziadkami, a ja wracam o 19.00 zmęczona i z wyrzutami sumienia, po czym całuję córkę na dobranoc i tonę w papierach. W dodatku plan lekcji mam ułożony tak, że codziennie siedzę w szkole od 8.00 (lub 7.45, jeśli zaczynam dyżurem) do prawie 16.00. Mam 11 (słownie: jedenaście) okienek, podczas których przemieszczam się z jednego końca miasta na drugi. To by było na tyle, jeśli chodzi o rzekomy 18-godzinny tydzień pracy nauczyciela, jak twierdzą niektórzy. Na otarcie łez dostałam podwyżkę – około 100 zł netto, w zamian za które odebrano mi 50 zł dodatku motywacyjnego. I chociaż naprawdę kocham pracę z młodzieżą, to ostatnio ta fraza brzmi coraz bardziej jak mantra, którą powtarzam sobie, żeby nie zwariować…

Takie tam różne

Smycz nasza powszednia

Już jestem! Dłuższe nieco milczenie było spowodowane koniecznością pisania innych, mniej przyjemnych rzeczy, ale o tym kiedy indziej.

Wpadł mi ostatnio w ręce zeszłoroczny tomik poetycki Marcina Świetlickiego. Znalazłam w nim taką perełkę:
„Spałem    źle.    W    tym    kraju,    w    którym    cała    populacja    nabożnie    kontempluje    przenośne telefony.    Już    niedługo    niemowlęta    będą    nimi    obdarowywane    z    okazji    chrztu.    Spałem źle.    W    tym    kraju,    w    którym    mrok    rozświetlają    błękitne    poświaty    z    ekranów.    Już    nie rozmawiają.    Wpatrują    się    w    zdjęcia    kotków.    Tylko    tyle    mają.    Źle    spałem.”

Przypomniało mi to taką sytuację sprzed kilku lat: niedziela, parę minut po 23. Z rozkosznego zasypiania wyrywa mnie dźwięk telefonu. Nie znam numeru, więc nie odbieram. Za chwilę jednak dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Coraz bardziej rozbudzona zaczynam myśleć trzeźwiej… Może coś złego spotkało któregoś z uczniów? Wiele się nie pomyliłam. Kiedy za trzecim razem odebrałam, w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
Dzień dobry! (o dwudziestej, kurde, trzeciej!) Tutaj Iksińska Grażyna, mama Adasia z pani klasy. Kojarzy pani Adasia?

Nie, skądże. Po co miałabym rozpoznawać własnych wychowanków?

Tak, oczywiście, Adasia – dukam zaspanym głosem – czy coś się stało?

Stało? Nie, dlaczego? Dzwonię do pani, bo chciałam zapytać, co Adaś ma przynieść na jutro na plastykę.

Nerwowo rozglądam się po sypialni w poszukiwaniu czegoś, co upewni mnie, że nie śnię. Oczywiście nie ma to sensu, bo w pokoju jest ciemno jak wiecie gdzie.

Przepraszam, ale ja nie uczę plastyki…

– No tak, ale jest pani wychowawcą czy nie? Chyba wie pani takie rzeczy?

– Przykro mi, nie wiem. Młodzież ma plastykę raz w tygodniu, Adaś był przecież w szkole… jeśli nie zapamiętał z lekcji, to zawsze mógł zapytać kolegów. Nawet w weekend, w końcu cała klasa ma Facebooka.

– No widzi pani, ale to wychowawca powinien dbać, żeby uczeń był przygotowany. Proszę, żeby zadzwoniła pani do nauczyciela plastyki i zapytała, co Adaś ma na jutro przynieść.

Już się rozpędziłam, żeby w niedzielę przed północą wydzwaniać do koleżanki, która w dodatku ma małe dziecko i musi rano dojechać 30 km do pracy, z pytaniem o taką pierdołę… Nawet nie jestem pewna, czy w ogóle miałam jej numer telefonu. Swoją drogą nie wiem, co miałoby to dać, skoro nieszczęsna plastyka była w poniedziałek o ósmej rano. Skąd pani Iksińska wzięłaby w ciągu nocy na przykład pomarańczową krepę albo złotą farbę w sprayu. Nieważne zresztą, bowiem grzecznie acz stanowczo odmówiłam.

Podobnych sytuacji zdarzyło mi się w karierze znacznie więcej, ale ta z mamą Adasia była chyba najbardziej ekstremalna. Chociaż może niekoniecznie, bo był jeszcze taki tatuś, który wydzwaniał do mnie w trakcie lekcji, po czym telefonował do dyrekcji ze skargą, że nie odbieram.

Piszę o tym dzisiaj, bo doszłam w życiu do momentu, kiedy marzy mi się choć tymczasowe odcięcie od świata, a w szczególności wszelkich jego elektronicznych dobrodziejstw. Telefony komórkowe zdecydowanie ułatwiają życie, czasem nawet ratują, ale równocześnie stanowią coraz bardziej uwierającą smycz. Ta wieczna potrzeba (a raczej konieczność) bycia w kontakcie  sprawia, że zacierają się granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne. I dlatego takie mamy Adasiów nie widzą niczego niewłaściwego w zawracaniu komuś du… głowy w taki sposób, jak wyżej.

Odwrotu już nie ma, wszyscy jesteśmy przypięci do tej technologicznej smyczy. Mój mąż w swojej poprzedniej pracy musiał być pod telefonem 24 na dobę. Odbierał połączenia służbowe nawet w podróży poślubnej i na pogrzebie babci. Miałam ochotę go zamordować (a w tym drugim przypadku pochować jego Blackberry razem z denatką), ale pewnie na jego miejscu postępowałabym tak samo.

Młodzież jest jednak w jeszcze bardziej przykrej i niepokojącej sytuacji. Dzieciaki mają coraz większe problemy z integracją, nie potrafią rozmawiać. Na przerwach siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekrany smartfonów. Pół biedy, jeżeli wzajemnie coś sobie na nich pokazują, choćby i te wspomniane przez Świetlickiego koty. Gorzej, jeśli każdy skupia się na własnym. Moja macierzysta szkoła próbowała niedawno wprowadzić zakaz używania komórek przez cały czas trwania zajęć. Rodzice się nie zgodzili, więc jest jak jest.

Nachodzi mnie w tym momencie pewna refleksja, całkowicie poważna. Ostatnio głośno było o samobójczej śmierci nastolatka, któremu rówieśnicy dokuczali ze względu na (wyimaginowany czy nie) homoseksualizm. W medialnych dyskusjach za tę tragedię na przemian oskarżano rodziców (bo nie potrafili dostrzec cierpienia syna oraz zapewnić mu wsparcia) i szkołę (za ignorancję i lenistwo nauczycieli, którzy nie chcieli widzieć, że chłopiec był gnębiony). Zapewne sporo prawdy jest i w jednych, i w drugich zarzutach. Mnie jednak zastanawia, czy przypadkiem nie pominięto sedna problemu. Myśląc o przemocy wśród młodzieży, my, dorośli, często mamy jej stereotypowy obraz, rodem z amerykańskich filmów o licealistach: grupka osiłków znęca się nad słabszymi, wyłudzając pieniądze albo wymuszając określone zachowania. Tymczasem współczesne prześladowania wśród nieletnich coraz częściej przenoszą się do sieci. W szkołach, w których pracuję, na korytarzach – poza pojedynczymi przypadkami – nie ma bójek, przepychanek, kłótni. Dzieciaki załatwiają sprawy między sobą tam, gdzie nie można ich kontrolować – w świecie wirtualnym. Oczywiście nie mam pewności, że tak było też w sytuacji wspomnianego chłopaka… ale myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

Tuż przed odejściem na urlop macierzyński zajmowałam się sprawą cyberprzemocy w roczniku mojej klasy. Ze względu na dobro poszkodowanej nie mogę napisać nawet anonimowo, o co chodziło, ale zdradzę Wam, że zarówno ja, jak i pedagog oraz dyrekcja byliśmy w szoku, iż tak młodym ludziom tak okrutne i obrzydliwe rzeczy mogą w ogóle przyjść do głowy. Na szczęście pokrzywdzona dziewczynka miała do mnie na tyle zaufania, że od razu zgłosiła mi problem. Otrzymała też ogromne wsparcie ze strony rodziców, którzy zresztą modelowo wręcz współpracowali ze szkołą przy wyjaśnianiu tej sprawy. Strach pomyśleć, jak potoczyłaby się historia, gdyby ofiara przemocy nikomu o niej nie powiedziała…?

Zdaję sobie sprawę, iż na złoty środek jest już za późno. Nie da się funkcjonować bez komórki i Internetu. Sama łapię się na tym, że zapomnienie telefonu z domu jest dla  mnie jak zgubienie inhalatora przez astmatyka. Dochodzi do tego jeszcze n-te prawo Murphy’ego: zawsze najważniejsze wiadomości i połączenia przychodzą wtedy, kiedy akurat nie można ich odebrać. Marzę jednak o tym, że skoro smyczy nie da się zerwać, to może można by ją chociaż jakoś poluzować? Macie jakiś pomysł, jak to zrobić?

A tymczasem kończę, bo telefon dzwoni… Czyżby znowu niecierpiące zwłoki zaproszenie na superpokaz supergarnków?

Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Takie tam różne

Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

– Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

– Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

– Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?