Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna

Między młotem a pryczą. Jak punkt siedzenia zmienia punkt myślenia

Mojego przyjaciela M. długo uważałam za pirata drogowego. Do tej pory czasem mu w żartach dogryzam, że nie umie prowadzić, mimo iż w rzeczywistości jest dużo lepszym kierowcą ode mnie. Sprawa miała swój początek dawno temu, kiedy M. wkręcał mnie, że nie ma prawa jazdy, a ja, patrząc na jego drogowe wyczyny, prawie mu uwierzyłam. Jakiś czas później jechałam z delegacją moich harcerek na pewną imprezę. Ponieważ pociąg zatrzymywał się kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego, M. zaproponował odebranie nas z dworca samochodem. Zgodziłam się głównie dlatego, że druga z możliwych opcji była jeszcze gorsza 😉 . Moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem dojechaliśmy wszyscy cało, spokojnie i bezpiecznie. Musiałam jednak mieć niepokój wymalowany na twarzy, bo nasz kierowca w pewnym momencie rzucił z naganą w głosie: „czyżbyś wątpiła, że z dziećmi na pokładzie będę jechał ostrożnie?”.

auto-2546073_960_720

Dzisiejszy wpis nie jest jednak ani o M., ani o popisach za kółkiem. Jest o tęsknocie duszy.

Kiedyś popełniłam tekst o zapachach(KLIK), które przywodzą na myśl konkretne skojarzenia. Być może pamiętacie, że są dwie takie wonie, bez których nie wyobrażam sobie życia: aromat świeżo zmielonej kawy oraz letni zapach lasu. O ile pierwszy z nich dodaje energii, o tyle drugi niezmiennie roztapia moje serducho…

Wczoraj wczesnym rankiem byłyśmy z Księżniczką na długim spacerze. Kiedy weszłyśmy w mniej uczęszczaną alejkę parku, zapachniało… obozem. Jeśli ktoś z Was był w harcerstwie, to wie, o czym mówię. Ściółka wilgotna jeszcze od porannej rosy, w powietrzu wyczuwalna już duchota upalnego dnia. Żywica, igliwie, mdła woń słodkiej wody i wodorostów. Na mnie to działa jak impuls, wyzwalający coś wdrukowanego przez jakiegoś przebiegłego hipnotyzera z przeszłości: mam ochotę natychmiast rzucić wszystko (no, może poza Księżniczką) i wyjechać nad jezioro pod namiot. Kompletnie nic nie potrafię na to poradzić, mimo że jestem starą babą i wielu rzeczy już mi nie wypada. Nie wyrosłam z munduru i chyba to się już nie zmieni.

nature-3474826_960_720

Spacerując tymi ścieżkami z córką, która z zachwytem dotykała każdego nowego krzaczka i pokazywała paluszkiem każdy kamyczek, gałązkę czy listek, uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała ją kiedyś zapisać do harcerstwa, to kurczę, w naszej okolicy nie ma gdzie… Moje środowisko wymarło kilka lat po tym, jak oddałam drużynę. Bratnia organizacja w moim mieście działa bardzo prężnie pod względem struktur i bazy materialnej, ale za grosz nie ufam tamtej kadrze. Spore grono młodziutkich instruktorów stamtąd jest lub było moimi uczniami. Pomimo całej sympatii do nich, nie powierzyłabym im własnego dziecka na dłużej niż godzinę.

I teraz właśnie dochodzę do związku początku wpisu z jego głównym wątkiem. Wśród znanych mi opiekunów z (różnych) organizacji młodzieżowych nie umiem dostrzec takiego balansu pomiędzy odpowiedzialnością a zdrowym szaleństwem, jaki cechował moje pokolenie. M., mimo tego, że na co dzień wariat, o swoje zuchy troszczył się jak ojciec. Dlatego we wstępie podałam ten przykład z prowadzeniem samochodu: kiedy w grę wchodzi troska o podopiecznych, trzeba schować do kieszeni własne ego, a wyciągnąć wyobraźnię i dojrzałość, czy się tego chce, czy nie. W swojej drużynie przeżyłam (włącznie ze sobą i dwiema moimi następczyniami) pięć drużynowych. Za każdą mogłabym ręczyć, podobnie jak za wiele koleżanek i wielu kolegów z zaprzyjaźnionych środowisk.

Nie chcę narzekać na „dzisiejszą młodzież”, bo byłaby to z mojej strony niekonsekwencja i w pewnym sensie hipokryzja. Uwielbiam moich uczniów, a większość z nich uważam za bardzo obiecujących, zdolnych (w najszerszym możliwym znaczeniu tego słowa), twórczych i przesympatycznych młodych ludzi. Mam jednak wrażenie, potwierdzane nie tylko przez innych nauczycieli, ale także przez specjalistów, że kolejne pokolenia dojrzewają coraz później. W końcu normą stają się trzydziestolatkowie, mieszkający nadal z rodzicami. W swojej praktyce dostrzegam, że zachowania, które kiedyś charakteryzowały dzieci z podstawówek, dzisiaj coraz częściej pojawiają się w szkołach średnich. Pierwszy z brzegu przykład: chłopak z klasy maturalnej, zapytany, co lubi robić w wolnych chwilach, ku uciesze gawiedzi odpowiedział: „kupę!”. Kiedyś wspominałam też o osiemnastolatku, który chciał, żeby liceum nauczyło go prasować koszule. Trudno mi jakoś jednoznacznie zinterpretować to zjawisko. Nawet nie wiem, czy jest sens szukać winnych (czytaj: zły system edukacji, „bezstresowe wychowanie” w domu, głupkowata rozrywka w mediach etc.). Być może to po prostu znak czasów. A może to ja, z perspektywy kobiety w wieku 30+, zaczynam surowiej oceniać młodzieńcze wybryki…

jump-1209647_960_720

… w końcu wsadzenie podopiecznych do jednego samochodu z M., któremu nie ufałam jako kierowcy, też nie było z mojej strony zbyt rozsądne. Tylko że mnie chodzi o trochę inny rodzaj odpowiedzialności: o takie, mówiąc potocznie, życiowe ogarnięcie. O umiejętność przyjęcia konkretnej postawy i podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. O to, żeby wiedzieć, co robić, kiedy wydarzy się coś niespodziewanego…

Nie wiem jeszcze, co będzie za te kilka czy kilkanaście lat, kiedy Księżniczka zacznie rozwijać swoje pasje. Nie chcemy jej z P. ani do niczego zmuszać, ani tym bardziej zniechęcać. Pewnie, że gdzieś w sercu marzę o tym, żeby zobaczyć ją w szarym mundurku z Krzyżem Harcerskim na piersi. Raczej nie jestem jednak typem rodzica, który będzie przelewał na dziecko swoje niespełnione ambicje. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się pod żadnym względem niespełniona. Po drugie – to się nigdy dobrze nie kończy. Jeżeli będzie okazja i młodej harcowanie się spodoba, to super. Jeśli zamiast tego wybierze balet, klub karate albo lekcje fińskiego, też świetnie. I tak pewnie będę umierać z niepokoju, czy jest pod właściwą opieką…

Reklamy
Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Taka tam ja...

Kolędy, prezenty, renifery i inne składowe świątecznej atmosfery

Był początek grudnia, jakoś u progu obecnego tysiąclecia. Pewien licealista przyszedł właśnie w odwiedziny do swojej ukochanej. Już od wejścia (oprócz dziewczyny) powitało go tubalne (i chóralne) „Gdy się Chrystus rodzi” w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, wybrzmiewające z komputera na całe mieszkanie.

Jak tu u was fajnie, tak świątecznie. Twój tata chyba już czuje atmosferę Bożego Narodzenia, co? – zauważył z uśmiechem.

Atmosferę? Co ty! Tata kupił nowe głośniki do komputera i od wczoraj testuje ich moc… na pierwszej płycie, która akurat była pod ręką.

No tak, nowa zabawka… – pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ów licealista to P.,  jego dziewczyna to oczywiście ja, a prawda o tym wydarzeniu leżała gdzieś pośrodku. Faktycznie, mój tata nie odbiega po tym względem od stereotypowego wyobrażenia mężczyzny, który nie potrafi się oderwać od nowej zabawki. Całe szczęście, że kupił głośniki, a nie na przykład piłę łańcuchową albo młot pneumatyczny. Mazowsze brzmi zdecydowanie przyjemniej. Tylko dlaczego przez 8 godzin dziennie…? Natomiast skutkiem ubocznym testowania wspomnianego nabytku rzeczywiście było stworzenie w domu namiastki gwiazdkowego klimatu.

To wspomnienie cały czas budzi we mnie uśmiech. Z ową świąteczną atmosferą bywało w naszym domu różnie, zwłaszcza w samą Wigilię, ale o tym nie chcę dzisiaj pisać. Do pewnego momentu, póki byłam jeszcze dzieckiem, faktycznie Boże Narodzenie miało dla mnie taką magię, jaką dziś pokazuje się w reklamach. Uwielbiałam ten przedgwiazdkowy klimat: porządki, ubieranie choinki, gotowanie i pieczenie. Większość Wigilii spędzaliśmy z rodzicami tylko we troje (najbliższą rodzinę mieliśmy albo 400 km od domu, albo za granicą) i chociaż zawsze marzyłam o licznych gościach przy stole, to taka kameralna kolacja też miała swój urok.

Odkąd pamiętam, do moich obowiązków należało ubieranie choinki, w czym zwykle towarzyszył mi tata. Kiedy byłam jeszcze zupełnie mała, wytrzasnął skądś dwa czarno-białe szablony aniołków z papieru, które po sklejeniu wieszało się na świątecznym drzewku. Jednego z nich kolorował sam, drugiego dał mnie. Nie wiem, co się stało z tym pierwszym, ale drugi, pogryzmolony przez moje trzyletnie rączki, wisiał na choince każdego roku przez dobre 20 lat. Tata nie pozwolił mi go wyrzucić. Razem z ojcem robiłam również pierogi, co praktykuję po dziś dzień. Mama z kolei zawsze piekła moje ulubione ciasto. Im byłam starsza, tym chętniej uczestniczyłam we wszystkich przygotowaniach, umilanych przez dźwięki jednej z dwóch płyt – oczywiście winylowych – z kolędami. Może nie powinnam się przyznawać, ale w dzieciństwie uwielbiałam tę z utworami Krzysztofa Krawczyka. W noc przed Wigilią przeważnie nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice nucili mi wtedy fragmenty dwóch jego pastorałek: „nie chcesz spać, bo dzisiaj noc, niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok kołysały nas do snu” albo „jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”. Mówcie, co chcecie, ale wciąż mam sentyment do tych piosenek. Już jako mężatka kupiłam mamie ten album w wersji CD. Dziś mam go w domu. Jest jedną z niewielu pamiątek, które zabrałam z mieszkania rodziców po jej śmierci.

Krawczyk24651112_1914484945260917_36890445_o

Krótko przed Bożym Narodzeniem przychodziły do nas dwie paczki. Pierwsza od babci I., zawierająca jakieś upominki i „ciasteczka babuni” – czyli różnokształtne kruche ciastka z cukrem na wierzchu. Co prawda nie przepadałam za nimi, ale ich pojawienie się w domu było nieomylnym znakiem, że święta tuż tuż. Druga przesyłka przybywała prawie z drugiego końca świata od wujka K. Były tam dobra, których w naszym kraju brakowało: pomarańcze, prawdziwe salami (z osła! Do dziś się dziwię, jak ja mogłam to jeść), kawa w charakterystycznym złotym opakowaniu i biała czekolada z kokosem, moja najulubieńsza na świecie. Zmieszanego zapachu tych produktów nie da się porównać z niczym innym. Do dziś Boże Narodzenie kojarzy mi się z wonią pomarańczy i kawy… (i tego salami w sumie też, jak się głębiej zastanowić… miało intrygujący aromat, silniejszy i przyjemniejszy niż popularne u nas wędliny tego typu). Kiedy myślę o współczesnych dzieciakach, mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie, że dorastają w czasach, kiedy niczego nie brakuje, a luksusowe niegdyś towary są na wyciągnięcie ręki w osiedlowej Biedronce. Z drugiej jednak mam wrażenie, że ulatuje gdzieś ta wyjątkowość, a przesyt wszystkiego sprawia, że mniej docenia się drobne rzeczy i gesty.

Innym elementem świątecznej magii było to, że pod choinką niemal zawsze znajdowałam wymarzony prezent; zarówno wtedy, kiedy jeszcze wierzyłam w św. Mikołaja, jak i później. Inna rzecz, że rodzice bardzo umiejętnie kierowali moimi dziecięcymi marzeniami. Chyba nie zdarzyło mi się pożądać czegoś, co byłoby poza zasięgiem rodzicielskich możliwości (nie tylko finansowych; listy do Gwiazdora zaczęłam pisać jeszcze wtedy, kiedy w sklepach w ogóle mało co było). Pamiętam, że któregoś roku zapragnęłam czerwonego wózka spacerowego dla lalki. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego akurat w tym kolorze. Co gorsza, był najwidoczniej niedostępny ani w naszym mieście, ani w dużo większym, gdzie mieszkały moje babcie. Mama już kilka tygodni przed świętami nastawiała mnie, że być może Mikołaj nie da rady wyprodukować czerwonego, bo jest ryzyko, że zabraknie mu materiału. Chyba faktycznie tak się stało, gdyż w prezencie otrzymałam spacerówkę  w odcieniu przybrudzonej żółci, z której zresztą bardzo się ucieszyłam i która naprawdę długo mi służyła. Trudno zapomnieć radość z odpakowywania wymarzonych upominków. Chciałabym, żeby moje dziecko również mogło jej doświadczyć…

…tylko tu pojawia się pewne „ale”, poruszone ostatnio m.in. na blogu Ahai. Nie chcę, żeby Księżniczka wiązała Boże Narodzenie głównie z prezentami i czekała na nie jedynie z myślą, że dostanie kolejną lalkę albo zestaw klocków. I już wiem, że wychowanie jej w takim duchu będzie naprawdę trudne; nie tylko dlatego, że jest jedyną córką i wnuczką (my z P. też byliśmy w takim położeniu), ale przede wszystkim ze względu na to, iż konsumpcjonizm atakuje z mediów, billboardów, ulotek i witryn sklepowych. Wyznacznikiem „fajności” w grupie rówieśniczej staje się model iPhone’a lub marka obuwia. To szaleństwo widać chyba najwyraźniej w przypadku I komunii świętej, a P. i ja ciągle naiwnie się łudzimy, że przez te parę lat, które dzielą Księżniczkę od wspomnianego sakramentu, jakoś ten wyścig (szczurów? zbrojeń? głupoty?) się zakończy. Mam świadomość, jak ważna dla dorastającego dziecka jest akceptacja przez grono koleżeńskie… i nie chcę, żeby nasze dziecko odstawało od innych wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Doświadczenie mówi mi, że często skutek tego typu działań rodzicielskich jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. W każdym razie myślę (może naiwnie), że złoty środek pomiędzy „być” i „mieć” jest możliwy, tylko na pewno niełatwy do osiągnięcia.

Póki co w ramach świątecznych przygotowań zrobiłam Księżniczce playlistę bożonarodzeniowych utworów (kolęd, pastorałek i nie tylko). Puszczam jej już niektóre z nich, wracając wspomnieniami do czasów, kiedy byłam niewiele starsza od niej… ale o gwiazdkowych piosenkach następnym razem. 🙂

PS. Kiedy szukałam dla Was zdjęcia tej winylowej płyty Krawczyka, Google rzuciło mnie na stronę z aukcjami pt. „Antyki i starocie”. Naprawdę? To już? Mówiąc po internetowemu, jestę antykię. I starocię. Heh.

Taka tam ja..., Takie tam różne

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka 😉 ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

Taka tam ja...

Poranna kawa z kulkami na mole i inne aromaty

Niesamowite, jak ludzki mózg kojarzy i zapamiętuje zapachy. Wystarczy lekka woń czegoś znanego i już myśli wędrują w przeszłość, odkopując spod gruzów przedziwne i pozornie dawno zapomniane sytuacje.

Na przykład jedziecie sobie autobusem do pracy, na przystanku koło ryneczku wsiada kobiecina z torbą truskawek i od razu w głowie otwiera Wam się, powiedzmy, wspomnienie tego durnego Krzyśka z klatki obok, który dłubał w nosie i strasznie się pocił, ale za to jego mama robiła najlepsze ciasto truskawkowe, jakie kiedykolwiek jedliście. O, albo przechodzicie koło czyjegoś okna, czujecie zapach gorącej pomidorówki i mimowolnie zaczynacie wspominać lato sprzed ćwierć wieku, a konkretnie popołudnie, kiedy Baśka zleciała z drzewa i skręciła kostkę. Tak się złożyło, że Nowakowa spod ósemki gotowała akurat wtedy zupę pomidorową, którą czuć było na całym podwórku.

U mnie pierwszym takim zapachem jest aromat kawy. I nie tam żadnej kolumbijskiej bezglutenowej latte machiatto z mlekiem kokosowym i stewią, tylko zwykłej, parzonej w szklance z uchem albo i z koszyczkiem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta woń przenosi mnie… w las. Pisałam niedawno w komentarzu u Izzy, że dosyć wcześnie zaczęłam pić kawę. Było to jeszcze pod koniec podstawówki, a wszystko za sprawą Mamuchy, czyli pani T., naszej ukochanej obozowej kucharki. Kiedy bladym świtem wstawałyśmy z zastępem na dyżur w kuchni, w stosownym namiocie czekała już na nas Mamucha z gorącą kawą, żeby dodać nam energii do pracy. Rozumiem, że co niektórych może to oburzać. Dla nas też ta kawa miała posmak zakazanego owocu, może dlatego tak nam smakowała… Razem z rozpalanym właśnie ogniem pod kuchnią polową, kromkami świeżego chleba prosto od piekarza, zapachem drewna i porannej rosy tworzyła klimat, którego po prostu nie da się podrobić.

Drugą nostalgiczną wonią jest właśnie las. Nic na świecie nie pachnie tak, jak leśna flora, zwłaszcza późną wiosną. Możecie się śmiać, ale mnie ten zapach… wzrusza. W pełnym znaczeniu tego słowa. Odejmuje mi lat i przenosi w czasy wolności, przyjaźni, młodzieńczych marzeń i wyzwań. Ech…

Żeby jednak nie było, że ja tu tylko tak ekologicznie i harcersko, to teraz będzie o frytkach. J. nazywa ten zapach (i smak) „frytkami przystankowymi”, bo kojarzy jej się z budą przy  lokalnym PeKaeSie. Chodzi o woń grubo krojonych ziemniaków, smażonych w głębokim oleju (na którym zapewne jeździł później – albo co gorsza wcześniej – wspomniany PKS), parzących palce albo jedzonych tymi małymi plastikowymi widelczykami. Mimo że nie przepadam za fast foodem, to trochę tęsknię za czasami, kiedy wracało się z rodzicami znad jeziora i po drodze wstępowało właśnie na takie rarytasy. Pewnie dlatego w latach studenckich polowałyśmy z J. na „frytki przystankowe” w naszym akademickim mieście i cieszyłyśmy się za każdym razem, kiedy jakaś podejrzana gastrobuda nam nimi zapachniała.

O, i jeszcze kulki na mole! Moja śp. babcia mieszkała w dużej starej kamienicy. Dziś widnieje ona już na liście zabytków (kamienica, nie babcia), ale niestety do niedawna (przez całe lata!) o budynek nikt nie dbał, więc zadomawiały się w nim szczury, mrówki, pluskwy i inne dziadostwa (Dziubasowa, coś dla Ciebie! 😉 ). Dziadkowie walczyli z nimi domowymi sposobami, wśród których znajdowały się nieśmiertelne naftalinowe kulki. Babcia dodatkowo starała się zamaskować ich zapach kwiatowym mydłem. Razem tworzyło to mieszankę tyleż mdłą, co intrygującą. Mój ojciec chrzestny, a zarazem syn owej babci, przywiózł mi ostatnio torbę moich własnych ubranek niemowlęcych, przezornie upchniętych przez babcię w czeluściach szafy, w których to przeleżały jakieś trzydzieści osiemnaście lat. Kiedy otworzyłam pakunek, uderzył mnie właśnie ten mydlano-kulkowy aromat. I chociaż większość rzeczy zdecydowanie nie nadaje się do noszenia przez Księżniczkę, to jednak miło było odbyć tę sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa.

Listę – przynajmniej tymczasowo, póki sobie czegoś nie przypomnę – zamyka zapach taniej pasty do podłogi. Tym razem akurat nie przywodzi żadnych pozytywnych wspomnień, tylko traumę związaną z przedszkolem. Nie lubiłam do niego chodzić, a posadzki zawsze rano cuchnęły tym ustrojstwem, które w dodatku jakoś nie chciało wywietrzeć. Do tej pory, kiedy czuję gdzieś – na szczęście coraz rzadziej – tę ostrą woń, ściska mi się żołądek. I coś mi mówi, że gdy będę szła zapisać do przedszkola Księżniczkę, to taki aromat od progu może niechcący zdyskwalifikować w moich nozdrzach (czy tam oczach) całą placówkę z personelem włącznie. 😉

Ciekawe, co do tego zestawienia za parę(naście) lat dołoży moja córa, bo póki co nie robi na niej wrażenia nawet zapach własnej kupy, o innych rzeczach nie wspominając. 😉

Taka tam ja..., Takie tam różne

Niech mi ktoś zrobi sztuczne odpoczywanie i inne rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej

Jeżeli Prosiaczka nie ma tu, to z całą pewnością jest gdzie indziej! – oznajmił Puchatek Tygryskowi podczas poszukiwań przyjaciela.

Tę i inne Kubusiowe mądrości powtarzam bardzo często w różnych codziennych sytuacjach. W pewnym sensie od najmłodszych lat wychowywałam się w lesie – zanim trafiłam do prawdziwego z harcerzami, to wirtualnie dorastałam w Stumilowym. Zarówno książka, jak i kreskówka kojarzą mi się z moim tatą, bowiem to z nim przeżywałam przygody misia i jego bandy. Poprzez analogię do postaw bohaterów ojciec tłumaczył mi rozmaite ludzkie zachowania.

I tak moja mama, która łatwo się wzruszała, zakrywała oczy podczas krwawych scen w filmach i była okropnym zmarzluchem, została przechrzczona na Prosiaczka. Dziadek, słynący w rodzinie z wiecznego niezadowolenia, pedantyzmu i skłonności do pouczania innych, nabył miana Królika. Ja oczywiście funkcjonowałam jako Maleństwo, choć od początku bardziej identyfikowałam się z Tygryskiem… chociaż nie, Tygrysek chyba najpierw przypominał mi mojego tatę: nigdy nie tracił dobrego humoru ani pewności siebie i zawsze znajdował wyjście z trudnych sytuacji.

Ogromną sympatią – Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego – darzyłam też Gofera (na logikę, czemu nie Gofra???). Może dlatego, że fajnie świszczał i uroczo się jąkał… albo sama miałam jakieś ukryte piromańskie fantazje, kto wie. Ogólnie świstaki kojarzyły mi się pozytywnie nie tylko dzięki bohaterowi Puchatka; lubiłam także słynny film z Billem Murrayem i jeszcze słynniejszą reklamę Milki o zawijaniu w sreberka… a potem w sklepach pojawiły się te wnerwiające maskotki, które świszczały przy każdym otwarciu drzwi przez klienta i czar prysł. Ale to tak na marginesie, bo o reklamach popełnię kiedyś inny wpis.

Wyrosłam zatem na Puchatkowej filozofii, którą zresztą przekładałam na swój stosunek do świata. Wiedziały o tym chociażby moje harcerki, od których raz po raz dostawałam jakieś gadżety z Tygryskiem. Zrobiła się z nich całkiem pokaźna kolekcja i gdyby nie utonęła, to zapewne zdobiłaby dzisiaj pokój Księżniczki. Pamiątek już nie mam, ale złote myśli zostały. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi ulubionymi (czyli takimi, które, mówiąc może nieco na wyrost, opisują różne aspekty mojego życia i mnie samą).

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było.

No i powiedzcie tylko, drogie Czytelniczki, że to nie przypomina faceta szukającego plastra w apteczce/serka w lodówce/skarpetek w szufladzie…? Im bardziej zagląda, tym bardziej tego nie ma, a potem przychodzi żona i w ciągu sekundy z wymownym wyrazem twarzy wyciąga tego królika z kapelusza czy tam inny dokument z teczki.

Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar.

O, a to z kolei jest typowo kobiece, czyż nie? I tak bardzo przypomina moje ubieranie się do pracy, że prawie czuję się podglądana przez zdobiące pokój pluszaki. Znaczy, ekhm, nie to, że nie zmieniam koszulek… tylko szykuję sobie coś do założenia, a potem właśnie zmieniam zamiar. I żeby to raz…

– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.

– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.

O to, to! I tak co miesiąc, if you know what I mean.

Nie zdziwiłbym się wcale – mówił Kłapouchy – gdyby jutro spadł grad, gdyby rozszalała się zamieć i licho wie co. To, że dziś jest ładnie, to jeszcze nic nie znaczy. Z tego nie można wyciągnąć żadnych wnio… czy jak to się mówi. Ale mniejsza o to. Z tego w ogóle nic nie można wyciągnąć. To jest zaledwie jakiś ślad pogody..

W życiu nie widziałam trafniejszej prognozy. A w odniesieniu do minionego lata – przepraszam, „lata”, to już w ogóle mistrzostwo!

Wypadki to zabawne rzeczy. Nigdy ci się nie przytrafiają, dopóki się nie przytrafią…

Zaczynam od tego cytatu większość klasowych pogadanek o bezpieczeństwie w szkole i poza nią. Mówiąc całkiem poważnie, dzięki swojej prostocie stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji o przewidywaniu i odpowiedzialności. Działa nawet na maturzystów. W końcu wszyscy gdzieś wewnątrz jesteśmy dziećmi…

Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele Rozumu, ale za to jest Uczona.

Tu się aż prosi o jakiś żart polityczny… ale nie, wyskrobię coś innego. Rozum i wykształcenie niestety nie zawsze idą w parze. Przychodzi mi tu na myśl dwoje dawnych wykładowców akademickich. Najpierw pewna pani doktor, która kazała całej grupie przeczytać nieistniejącą książkę. To znaczy książka istniała, tylko że napisana czterdzieści lat wcześniej w innym języku i nigdy nieprzetłumaczona na polski, mało tego, nawet ta wersja obcojęzyczna była w całym mieście nie do zdobycia. Dwa razy całą grupą prosiliśmy o zmianę lektury, za trzecim wykładowczyni zrobiła niezapowiedziane kolokwium z jej treści. Ta sama kobieta zresztą za aktywność na zajęciach zwolniła mnie z egzaminu końcowego, po czym obniżyła mi ocenę za to, że na owym egzaminie się nie stawiłam. Drugi przykład jest jeszcze ciekawszy, bowiem dotyczy pana profesora zwyczajnego, który dowodził, że kobieta nie może zostać filozofem, ponieważ nie pozwala jej na to budowa mózgu… a także, że osoby stosujące kiedykolwiek jakiekolwiek formy antykoncepcji mają skrzywioną psychikę i nigdy nie będą w stanie stworzyć stałego związku. Dodam, że jest to profesor świeckiej, państwowej uczelni.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Czyli jest dla mnie nadzieja!

Czasami – powiedział Kubuś – najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w twoim sercu.

Nie tylko rzeczy. Księżniczki i psy też.

Dzień bez przyjaciela to jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

Idę o zakład, że to ten przyjaciel wcześniej zeżarł cały miodek. Nie uważacie, że w pewnym sensie miarą przyjaźni jest swoboda, z jaką druga osoba czuje się u nas w domu? Nie mówię tu rzecz jasna o tych dziwnych i wcale nie tak dobrze znanych jednostkach, które wpadają pierwszy raz w odwiedziny i od razu lustrują zawartość szuflad, bo takich dla własnego spokoju więcej nie zapraszam. Mówię o tych, z którymi łączy nas tak naturalna więź, że sami wyciągają sobie z szafki kapcie dla gości albo wstają na moment od stołu, a po chwili z kuchni dochodzi pytanie: „Gdzie trzymasz kakao?”, względnie: „Dlaczego nie masz zielonej herbaty?”.

Pamiętałem, ale potem, gdy starałem się przypomnieć, to zapomniałem.

Błagam, powiedzcie, że nie tylko my z Puchatkiem tak mamy… Bo ja potrafię czasem wyjść do sklepu po cytrynę, a wrócić z jogurtem, czekoladą, bananami, sokiem żurawinowym i proszkiem z promocji. Bez cytryny rzecz jasna.

I na sam koniec kwintesencja mojego blogowania:

 Kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą.