Taka tam ja...

13 faktów, które zamieszczam, bo Olitorii się nie odmawia :)

Dziękuję blogowej Koleżance z tamaluga.wordpress.com za nominację-prowokację. Obawiam się niestety, że moje życie jest poukładane niczym ulubione puzzle Księżniczki* i przewidywalne jak 1567 odcinek „Na Wspólnej”. Trudno w nim znaleźć coś, co mogłoby zaskoczyć czytelników Stożków, a tym bardziej osoby, które znają mnie także poza ekranem. Te kilkanaście faktów to jednak nie tak wiele, może coś się znajdzie. Postaram się uporządkować je chronologicznie.

cute-3162219_960_720.jpg

  1. Jako dziewięcioletnia dziewczynka miałam chomika, którego ze względu na silną alergię musiałam oddać. Okropnie to przeżyłam.
  2. Od dziewiątego do dwudziestego pierwszego roku życia pisałam wiersze. Znalazłoby się nawet kilka takich, których dziś się nie wstydzę.
  3. W wieku 12 lat wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem raka mózgu. Ostatecznie nowotwór wykluczono, ale nigdy się nie dowiedziałam, co właściwie z moim mózgiem jest nie tak.
  4. W bardzo wczesnej młodości pragnęłam zostać prawnikiem, a potem weterynarzem. Nauczycielskiego bakcyla złapałam na dobre w początkach liceum.
  5. Na pierwsze prawdziwe wagary poszłam dopiero na drugim roku studiów.
  6. Dwukrotnie w życiu zostałam zaproszona na randkę przez zupełnie obcych mężczyzn (nie licząc „kierowników” spod Biedronki i budowlańców). Za każdym razem byłam tak przerażona, że miałam ochotę uciekać albo zapaść się pod ziemię.
  7. Dziesięć lat temu dostałam pracę w dziale telemarketingu pewnej znanej firmy. Nie podjęłam jej, bo proponowane warunki zatrudnienia urągały ludzkiej godności.
  8. Panicznie boję się szerszeni. Bardziej niż jakichkolwiek innych stworzeń. I nie mam pojęcia, jaka jest geneza tego lęku.

baking-3010450_960_720

9. Nie potrafię upiec biszkoptu. Zaliczyłam już chyba wszystkie możliwe rodzaje wpadek w tym zakresie i niczego się dzięki nim nie nauczyłam.

10. Nie cierpię grzybów. Żadnych, w żadnej postaci. Wyczuję je za to w każdej potrawie, choćby w śladowych ilościach.

11. Miałam kiedyś stalkera, który wydzwaniał do mnie i wypisywał obrzydliwe rzeczy. Podejrzewałam jednego z uczniów, ale ten trop się nie potwierdził. Nie udało mi się ustalić, kto to był.

12. Uwielbiam język hiszpański i bardzo bym chciała się go nauczyć. To jedno z moich najbardziej realnych do spełnienia marzeń.

13. Nie cierpię zarządzać cudzymi (np. klasowymi) pieniędzmi. Zawsze się boję, że coś zgubię, pomylę albo ktoś mnie okradnie. Wolę odpowiadać za czyjeś życie i zdrowie niż finanse.

 

Do wyzwania nominuję Dziubasową i Litermatkę – chyba że coś przeoczyłam i ktoś już to zrobił przede mną 🙂

*Czyli kompletne, znane na pamięć i łatwe do odtworzenia z zamkniętymi oczami.

Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna

Między młotem a pryczą. Jak punkt siedzenia zmienia punkt myślenia

Mojego przyjaciela M. długo uważałam za pirata drogowego. Do tej pory czasem mu w żartach dogryzam, że nie umie prowadzić, mimo iż w rzeczywistości jest dużo lepszym kierowcą ode mnie. Sprawa miała swój początek dawno temu, kiedy M. wkręcał mnie, że nie ma prawa jazdy, a ja, patrząc na jego drogowe wyczyny, prawie mu uwierzyłam. Jakiś czas później jechałam z delegacją moich harcerek na pewną imprezę. Ponieważ pociąg zatrzymywał się kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego, M. zaproponował odebranie nas z dworca samochodem. Zgodziłam się głównie dlatego, że druga z możliwych opcji była jeszcze gorsza 😉 . Moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem dojechaliśmy wszyscy cało, spokojnie i bezpiecznie. Musiałam jednak mieć niepokój wymalowany na twarzy, bo nasz kierowca w pewnym momencie rzucił z naganą w głosie: „czyżbyś wątpiła, że z dziećmi na pokładzie będę jechał ostrożnie?”.

auto-2546073_960_720

Dzisiejszy wpis nie jest jednak ani o M., ani o popisach za kółkiem. Jest o tęsknocie duszy.

Kiedyś popełniłam tekst o zapachach(KLIK), które przywodzą na myśl konkretne skojarzenia. Być może pamiętacie, że są dwie takie wonie, bez których nie wyobrażam sobie życia: aromat świeżo zmielonej kawy oraz letni zapach lasu. O ile pierwszy z nich dodaje energii, o tyle drugi niezmiennie roztapia moje serducho…

Wczoraj wczesnym rankiem byłyśmy z Księżniczką na długim spacerze. Kiedy weszłyśmy w mniej uczęszczaną alejkę parku, zapachniało… obozem. Jeśli ktoś z Was był w harcerstwie, to wie, o czym mówię. Ściółka wilgotna jeszcze od porannej rosy, w powietrzu wyczuwalna już duchota upalnego dnia. Żywica, igliwie, mdła woń słodkiej wody i wodorostów. Na mnie to działa jak impuls, wyzwalający coś wdrukowanego przez jakiegoś przebiegłego hipnotyzera z przeszłości: mam ochotę natychmiast rzucić wszystko (no, może poza Księżniczką) i wyjechać nad jezioro pod namiot. Kompletnie nic nie potrafię na to poradzić, mimo że jestem starą babą i wielu rzeczy już mi nie wypada. Nie wyrosłam z munduru i chyba to się już nie zmieni.

nature-3474826_960_720

Spacerując tymi ścieżkami z córką, która z zachwytem dotykała każdego nowego krzaczka i pokazywała paluszkiem każdy kamyczek, gałązkę czy listek, uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała ją kiedyś zapisać do harcerstwa, to kurczę, w naszej okolicy nie ma gdzie… Moje środowisko wymarło kilka lat po tym, jak oddałam drużynę. Bratnia organizacja w moim mieście działa bardzo prężnie pod względem struktur i bazy materialnej, ale za grosz nie ufam tamtej kadrze. Spore grono młodziutkich instruktorów stamtąd jest lub było moimi uczniami. Pomimo całej sympatii do nich, nie powierzyłabym im własnego dziecka na dłużej niż godzinę.

I teraz właśnie dochodzę do związku początku wpisu z jego głównym wątkiem. Wśród znanych mi opiekunów z (różnych) organizacji młodzieżowych nie umiem dostrzec takiego balansu pomiędzy odpowiedzialnością a zdrowym szaleństwem, jaki cechował moje pokolenie. M., mimo tego, że na co dzień wariat, o swoje zuchy troszczył się jak ojciec. Dlatego we wstępie podałam ten przykład z prowadzeniem samochodu: kiedy w grę wchodzi troska o podopiecznych, trzeba schować do kieszeni własne ego, a wyciągnąć wyobraźnię i dojrzałość, czy się tego chce, czy nie. W swojej drużynie przeżyłam (włącznie ze sobą i dwiema moimi następczyniami) pięć drużynowych. Za każdą mogłabym ręczyć, podobnie jak za wiele koleżanek i wielu kolegów z zaprzyjaźnionych środowisk.

Nie chcę narzekać na „dzisiejszą młodzież”, bo byłaby to z mojej strony niekonsekwencja i w pewnym sensie hipokryzja. Uwielbiam moich uczniów, a większość z nich uważam za bardzo obiecujących, zdolnych (w najszerszym możliwym znaczeniu tego słowa), twórczych i przesympatycznych młodych ludzi. Mam jednak wrażenie, potwierdzane nie tylko przez innych nauczycieli, ale także przez specjalistów, że kolejne pokolenia dojrzewają coraz później. W końcu normą stają się trzydziestolatkowie, mieszkający nadal z rodzicami. W swojej praktyce dostrzegam, że zachowania, które kiedyś charakteryzowały dzieci z podstawówek, dzisiaj coraz częściej pojawiają się w szkołach średnich. Pierwszy z brzegu przykład: chłopak z klasy maturalnej, zapytany, co lubi robić w wolnych chwilach, ku uciesze gawiedzi odpowiedział: „kupę!”. Kiedyś wspominałam też o osiemnastolatku, który chciał, żeby liceum nauczyło go prasować koszule. Trudno mi jakoś jednoznacznie zinterpretować to zjawisko. Nawet nie wiem, czy jest sens szukać winnych (czytaj: zły system edukacji, „bezstresowe wychowanie” w domu, głupkowata rozrywka w mediach etc.). Być może to po prostu znak czasów. A może to ja, z perspektywy kobiety w wieku 30+, zaczynam surowiej oceniać młodzieńcze wybryki…

jump-1209647_960_720

… w końcu wsadzenie podopiecznych do jednego samochodu z M., któremu nie ufałam jako kierowcy, też nie było z mojej strony zbyt rozsądne. Tylko że mnie chodzi o trochę inny rodzaj odpowiedzialności: o takie, mówiąc potocznie, życiowe ogarnięcie. O umiejętność przyjęcia konkretnej postawy i podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. O to, żeby wiedzieć, co robić, kiedy wydarzy się coś niespodziewanego…

Nie wiem jeszcze, co będzie za te kilka czy kilkanaście lat, kiedy Księżniczka zacznie rozwijać swoje pasje. Nie chcemy jej z P. ani do niczego zmuszać, ani tym bardziej zniechęcać. Pewnie, że gdzieś w sercu marzę o tym, żeby zobaczyć ją w szarym mundurku z Krzyżem Harcerskim na piersi. Raczej nie jestem jednak typem rodzica, który będzie przelewał na dziecko swoje niespełnione ambicje. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się pod żadnym względem niespełniona. Po drugie – to się nigdy dobrze nie kończy. Jeżeli będzie okazja i młodej harcowanie się spodoba, to super. Jeśli zamiast tego wybierze balet, klub karate albo lekcje fińskiego, też świetnie. I tak pewnie będę umierać z niepokoju, czy jest pod właściwą opieką…

Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Taka tam ja...

Kolędy, prezenty, renifery i inne składowe świątecznej atmosfery

Był początek grudnia, jakoś u progu obecnego tysiąclecia. Pewien licealista przyszedł właśnie w odwiedziny do swojej ukochanej. Już od wejścia (oprócz dziewczyny) powitało go tubalne (i chóralne) „Gdy się Chrystus rodzi” w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, wybrzmiewające z komputera na całe mieszkanie.

Jak tu u was fajnie, tak świątecznie. Twój tata chyba już czuje atmosferę Bożego Narodzenia, co? – zauważył z uśmiechem.

Atmosferę? Co ty! Tata kupił nowe głośniki do komputera i od wczoraj testuje ich moc… na pierwszej płycie, która akurat była pod ręką.

No tak, nowa zabawka… – pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ów licealista to P.,  jego dziewczyna to oczywiście ja, a prawda o tym wydarzeniu leżała gdzieś pośrodku. Faktycznie, mój tata nie odbiega po tym względem od stereotypowego wyobrażenia mężczyzny, który nie potrafi się oderwać od nowej zabawki. Całe szczęście, że kupił głośniki, a nie na przykład piłę łańcuchową albo młot pneumatyczny. Mazowsze brzmi zdecydowanie przyjemniej. Tylko dlaczego przez 8 godzin dziennie…? Natomiast skutkiem ubocznym testowania wspomnianego nabytku rzeczywiście było stworzenie w domu namiastki gwiazdkowego klimatu.

To wspomnienie cały czas budzi we mnie uśmiech. Z ową świąteczną atmosferą bywało w naszym domu różnie, zwłaszcza w samą Wigilię, ale o tym nie chcę dzisiaj pisać. Do pewnego momentu, póki byłam jeszcze dzieckiem, faktycznie Boże Narodzenie miało dla mnie taką magię, jaką dziś pokazuje się w reklamach. Uwielbiałam ten przedgwiazdkowy klimat: porządki, ubieranie choinki, gotowanie i pieczenie. Większość Wigilii spędzaliśmy z rodzicami tylko we troje (najbliższą rodzinę mieliśmy albo 400 km od domu, albo za granicą) i chociaż zawsze marzyłam o licznych gościach przy stole, to taka kameralna kolacja też miała swój urok.

Odkąd pamiętam, do moich obowiązków należało ubieranie choinki, w czym zwykle towarzyszył mi tata. Kiedy byłam jeszcze zupełnie mała, wytrzasnął skądś dwa czarno-białe szablony aniołków z papieru, które po sklejeniu wieszało się na świątecznym drzewku. Jednego z nich kolorował sam, drugiego dał mnie. Nie wiem, co się stało z tym pierwszym, ale drugi, pogryzmolony przez moje trzyletnie rączki, wisiał na choince każdego roku przez dobre 20 lat. Tata nie pozwolił mi go wyrzucić. Razem z ojcem robiłam również pierogi, co praktykuję po dziś dzień. Mama z kolei zawsze piekła moje ulubione ciasto. Im byłam starsza, tym chętniej uczestniczyłam we wszystkich przygotowaniach, umilanych przez dźwięki jednej z dwóch płyt – oczywiście winylowych – z kolędami. Może nie powinnam się przyznawać, ale w dzieciństwie uwielbiałam tę z utworami Krzysztofa Krawczyka. W noc przed Wigilią przeważnie nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice nucili mi wtedy fragmenty dwóch jego pastorałek: „nie chcesz spać, bo dzisiaj noc, niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok kołysały nas do snu” albo „jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”. Mówcie, co chcecie, ale wciąż mam sentyment do tych piosenek. Już jako mężatka kupiłam mamie ten album w wersji CD. Dziś mam go w domu. Jest jedną z niewielu pamiątek, które zabrałam z mieszkania rodziców po jej śmierci.

Krawczyk24651112_1914484945260917_36890445_o

Krótko przed Bożym Narodzeniem przychodziły do nas dwie paczki. Pierwsza od babci I., zawierająca jakieś upominki i „ciasteczka babuni” – czyli różnokształtne kruche ciastka z cukrem na wierzchu. Co prawda nie przepadałam za nimi, ale ich pojawienie się w domu było nieomylnym znakiem, że święta tuż tuż. Druga przesyłka przybywała prawie z drugiego końca świata od wujka K. Były tam dobra, których w naszym kraju brakowało: pomarańcze, prawdziwe salami (z osła! Do dziś się dziwię, jak ja mogłam to jeść), kawa w charakterystycznym złotym opakowaniu i biała czekolada z kokosem, moja najulubieńsza na świecie. Zmieszanego zapachu tych produktów nie da się porównać z niczym innym. Do dziś Boże Narodzenie kojarzy mi się z wonią pomarańczy i kawy… (i tego salami w sumie też, jak się głębiej zastanowić… miało intrygujący aromat, silniejszy i przyjemniejszy niż popularne u nas wędliny tego typu). Kiedy myślę o współczesnych dzieciakach, mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie, że dorastają w czasach, kiedy niczego nie brakuje, a luksusowe niegdyś towary są na wyciągnięcie ręki w osiedlowej Biedronce. Z drugiej jednak mam wrażenie, że ulatuje gdzieś ta wyjątkowość, a przesyt wszystkiego sprawia, że mniej docenia się drobne rzeczy i gesty.

Innym elementem świątecznej magii było to, że pod choinką niemal zawsze znajdowałam wymarzony prezent; zarówno wtedy, kiedy jeszcze wierzyłam w św. Mikołaja, jak i później. Inna rzecz, że rodzice bardzo umiejętnie kierowali moimi dziecięcymi marzeniami. Chyba nie zdarzyło mi się pożądać czegoś, co byłoby poza zasięgiem rodzicielskich możliwości (nie tylko finansowych; listy do Gwiazdora zaczęłam pisać jeszcze wtedy, kiedy w sklepach w ogóle mało co było). Pamiętam, że któregoś roku zapragnęłam czerwonego wózka spacerowego dla lalki. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego akurat w tym kolorze. Co gorsza, był najwidoczniej niedostępny ani w naszym mieście, ani w dużo większym, gdzie mieszkały moje babcie. Mama już kilka tygodni przed świętami nastawiała mnie, że być może Mikołaj nie da rady wyprodukować czerwonego, bo jest ryzyko, że zabraknie mu materiału. Chyba faktycznie tak się stało, gdyż w prezencie otrzymałam spacerówkę  w odcieniu przybrudzonej żółci, z której zresztą bardzo się ucieszyłam i która naprawdę długo mi służyła. Trudno zapomnieć radość z odpakowywania wymarzonych upominków. Chciałabym, żeby moje dziecko również mogło jej doświadczyć…

…tylko tu pojawia się pewne „ale”, poruszone ostatnio m.in. na blogu Ahai. Nie chcę, żeby Księżniczka wiązała Boże Narodzenie głównie z prezentami i czekała na nie jedynie z myślą, że dostanie kolejną lalkę albo zestaw klocków. I już wiem, że wychowanie jej w takim duchu będzie naprawdę trudne; nie tylko dlatego, że jest jedyną córką i wnuczką (my z P. też byliśmy w takim położeniu), ale przede wszystkim ze względu na to, iż konsumpcjonizm atakuje z mediów, billboardów, ulotek i witryn sklepowych. Wyznacznikiem „fajności” w grupie rówieśniczej staje się model iPhone’a lub marka obuwia. To szaleństwo widać chyba najwyraźniej w przypadku I komunii świętej, a P. i ja ciągle naiwnie się łudzimy, że przez te parę lat, które dzielą Księżniczkę od wspomnianego sakramentu, jakoś ten wyścig (szczurów? zbrojeń? głupoty?) się zakończy. Mam świadomość, jak ważna dla dorastającego dziecka jest akceptacja przez grono koleżeńskie… i nie chcę, żeby nasze dziecko odstawało od innych wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Doświadczenie mówi mi, że często skutek tego typu działań rodzicielskich jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. W każdym razie myślę (może naiwnie), że złoty środek pomiędzy „być” i „mieć” jest możliwy, tylko na pewno niełatwy do osiągnięcia.

Póki co w ramach świątecznych przygotowań zrobiłam Księżniczce playlistę bożonarodzeniowych utworów (kolęd, pastorałek i nie tylko). Puszczam jej już niektóre z nich, wracając wspomnieniami do czasów, kiedy byłam niewiele starsza od niej… ale o gwiazdkowych piosenkach następnym razem. 🙂

PS. Kiedy szukałam dla Was zdjęcia tej winylowej płyty Krawczyka, Google rzuciło mnie na stronę z aukcjami pt. „Antyki i starocie”. Naprawdę? To już? Mówiąc po internetowemu, jestę antykię. I starocię. Heh.

Taka tam ja..., Takie tam różne

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka 😉 ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?