Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

(PO)ADOPCYJNA MITOLOGIA

Jeszcze przed przysposobieniem Księżniczki popełniłam wpis na temat okołoadopcyjnych stereotypów. Teraz nadszedł czas na drugą część, tym razem dotyczącą życia z adoptowanym dzieckiem.

  1. PO ADOPCJI NIE JEST SIĘ RODZICEM, TYLKO OPIEKUNEM PRAWNYM

Prawny

Takie zdanie usłyszałam od rejestratorki w przychodni podczas wypełniania karty pacjenta. Na szczęście miałam przy sobie akt urodzenia małej, z którego jasno wynika, kto jest kim. W rzeczywistości po adopcji (zwłaszcza pełnej) powstaje według prawa identyczna relacja pomiędzy dzieckiem przysposobionym a jego rodziną, jak w przypadku pokrewieństwa biologicznego. Formalnie Księżniczka nie ma zatem żadnych rodziców poza nami.

  1. RODZINA ADOPCYJNA PODLEGA STAŁEJ KONTROLI RÓŻNYCH INSTYTUCJI PAŃSTWOWYCH

control-427510_960_720

Zdecydowanie mit – z tych samych powodów, co wyżej. Prawo pod tym względem nie rozróżnia rodzin biologicznych i adopcyjnych. Zdarzyło mi się, usłyszeć, że to źle, „bo przecież w telewizji mówią, co to się w tych rodzinach adopcyjnych dzieje”. Tu mamy do czynienia z kolejnym mitem, bardzo trudnym do obalenia. Niestety przemoc i zaniedbania zdarzają się w każdym typie rodzin. Być może te ze strony rodziców adopcyjnych poruszają szczególnie, bo przecież teoretycznie powinni oni być lepiej przygotowani do swojej roli i sprawdzeni pod każdym względem. Dodatkowo rozmiar tragedii potęguje świadomość, że pokrzywdzone dzieci już raz przeszły przez piekło, a teraz system zafundował im kolejne. Nie staram się bronić sprawców, wręcz przeciwnie, bowiem ich postępowanie rykoszetem odbija się na opinii normalnych, tych najzwyczajniejszych pod słońcem rodzin adopcyjnych. Mam na myśli, że przemoc w rodzinach biologicznych wydaje się czymś nagannym, ale mimo wszystko jakoś społecznie akceptowanym, natomiast ta w domach dzieci przysposobionych wywołuje niechęć do adopcji w ogóle i powoduje powstawanie właśnie tego rodzaju stereotypów.

  1. RODZICE ADOPCYJNI REGULARNIE OTRZYMUJĄ PIENIĄDZE OD PAŃSTWA

pieniądze.jpg

Rodziny adopcyjne są ciągle mylone z zastępczymi, być może stąd przekonanie, że przysposobienie jest równoznaczne z dodatkowym dochodem. O tym, jak silnie zakorzeniony jest ten mit, miałam okazję już kilka razy się przekonać. Znajomi pytali nawet nie „czy”, ale „ile” dostajemy miesięcznie na Księżniczkę. Otóż – okrągłe zero, bowiem nawet na 500+ się nie łapiemy ;). Jak pisałam wyżej, prawo nie rozróżnia pod tym względem rodzin adopcyjnych i biologicznych.

  1. ADOPCJĘ NAJLEPIEJ UTRZYMAĆ W TAJEMNICY PRZED OTOCZENIEM… I PRZED SAMYM DZIECKIEM

tajność

Co do pierwszej części – aby wcielić taką myśl w życie, musielibyśmy mieszkać na pustyni albo bezludnej wyspie. Oczywiste, że nie chwalę się każdemu, iż nie urodziłam mojej córki, ale też nie staram się jakoś specjalnie tego faktu ukryć. Jaki miałby być tego cel? Chyba jedynie narażenie siebie na śmieszność, kiedy okazałoby się, że rozmówca już dawno zna prawdę. Jeżeli chodzi o okłamywanie swojego dziecka, to w ogóle sobie tego nie wyobrażam. Ono jest żywym człowiekiem, nie maskotką. Ma prawo do pełnej wiedzy o sobie, ma też prawo do rodziców, którym zawsze będzie mogło ufać. Koniec, kropka.

  1. RODZINA ADOPCYJNA MUSI UTRZYMYWAĆ KONTAKT Z BIOLOGICZNĄ

girl-1897828_960_720

Przeciwieństwo poprzedniego punktu – i oczywiście mit. Nie musi. Adopcja w Polsce jest objęta tajemnicą, co oznacza, że rodzina pochodzenia nie zna nowych danych ani adresu dziecka. Dopiero gdy osiągnie ono pełnoletniość, może wystąpić do właściwego urzędu o udostępnienie mu danych sprzed przysposobienia i w ten sposób odnaleźć swoich biologicznych krewnych. Tyle w kwestii prawa. Znam natomiast przypadki, w których rodzice adopcyjni zdecydowali się wcześniej pomóc dziecku w poszukiwaniach jego korzeni. Myślę, że każdą z tych sytuacji należy rozpatrywać osobno, jednak faktem jest, że stare dane dziecka zostają po adopcji utajnione, zaś nowe nie zostają udostępnione rodzinie biologicznej.

  1. ADOPTOWANE DZIECKO UPODABNIA SIĘ DO SWOICH NOWYCH RODZICÓW

mom-20666_960_720

Nie jestem pewna, czy to tak do końca jest mit. Przede wszystkim dziecko wychowywane w konkretnej rodzinie (czy to biologicznej, czy adopcyjnej) w sposób naturalny przejmuje gestykulację, mimikę lub choćby styl wypowiedzi swoich opiekunów, dzięki czemu ewentualny brak wizualnego podobieństwa jest mniej zauważalny.  Wiem też, że niektóre ośrodki adopcyjne starają się dobrać rodziców do dziecka także pod względem aparycji (choć zapewne nie jest to kryterium decydujące). Nie mam pojęcia, czy w naszym przypadku tak było, ale Księżniczka wyglądem bardzo do nas pasuje. Kolor włosów ma zbliżony do mojego, oczu z kolei do P. Nie umiem powiedzieć, czy mieszkanie pod jednym dachem wpływa na fizyczne upodabnianie się do siebie, ale nie wykluczałabym takiej możliwości.  Pikuś Incognito popełnił kiedyś ciekawy wpis na ten temat (klik).

A z jakimi poglądami Wy się zetknęliście?