Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…

Reklamy
Takie tam różne

Potwory z głębin i reszta menażerii

Podobno podczas naszego pobytu nad Bałtykiem w jednym z mieleńskich hoteli ludzie potruli się salmonellą. Jako że Polak Polakowi zawsze dobrze życzy, medialne wzmianki o tym zdarzeniu były okraszone najszczerszymi wyrazami współczucia, w  stylu: „Dobrze im tak, 500+ na wakacjach” czy też „Do Mielna jeździ tylko patologia” lub bardziej wyrafinowanych: „Janusz z Grażyną i Sebastianem będą rzygali za parawanem”. I to jest właśnie ten moment, w którym czuję, że muszę coś sprostować. Turyści nad polskim morzem to nie tylko Janusz, Grażyna, 500+, parawany i salmonella. Galeria postaci jest o wiele bogatsza i ciekawsza!

fonsz

Wąż piaskowy

Bardzo pospolity gatunek. Wypełza na plażę bladym świtem i wygrzewa się w słońcu aż do jego ostatnich promieni. Żywi się lodami Bambino oraz piwem przechowywanym w mokrym piasku. Można go poznać po czerwonej (rzadziej złotobrązowej) skórze, którą często zrzuca całymi płatami, co jednak nie zniechęca go do dalszego opalania. Najczęściej leży na otwartej przestrzeni, czasem także chłodzi się w morzu lub kryje za krzewami parawanowymi. Można go wtedy wywabić okrzykami: „Prażona kukurydza, mrożona kawa, jagodzianki, zimne piweczko” lub „Nawet Neptun wyszedł z wody, żeby zjeść Bambino lody”.

beach-1436821_960_720

Klasyka gatunku

Skoro jesteśmy przy plażowaniu, to nie można ich pominąć: łysiejącego pana z brzuszkiem zakrytym rozciągniętym białym podkoszulkiem, obowiązkowo noszącego klapki i skarpetki… oraz towarzyszącej mu pani z widoczną nadwagą, w wielkim słomianym kapeluszu i plastikowych okularach przeciwsłonecznych, dla której ikoną stylu jest Mamoniowa z „Rejsu”. Pobyt nad wodą rozpoczynają od rozbicia parawanu, wbijanego w piasek klapkiem i najlepiej otaczającego ich całkowicie – bo po co komu widok na morze?

penguin-156669_960_720.png

Bałtyckie pingwiny

To my! I wcale nie dlatego, że lubimy zimno. Pingwinią rodzinkę można poznać po tym, że na jej czele pingwinim kroczkiem człapie roczne pingwiniątko, a za nim w identycznym stylu  stroskani rodzice, w razie czego osłaniający pisklaka skrzydłami, żeby nie spadł z promenady albo przypadkiem nie odfrunął – taki maluch przecież jeszcze nie wie, że nie umie latać, więc może mu się niechcący ta sztuka udać i co wtedy? Pingwin i Pingwinowa zwykle mają bardzo sprecyzowane wymagania dotyczące zakwaterowania i wyżywienia: najbardziej atrakcyjna miejscówka to taka pomiędzy placem zabaw, placem zabaw a placem zabaw i względnie niedaleko od plaży.

pool-690034_960_720

Royal Family na urlopie

Ten gatunek zamieszkuje wyłącznie hotele cztero- i pięciogwiazdkowe, najchętniej z basenem, prywatną plażą i oddzielnym pomostem. Jego przedstawiciele wybrali Mielno tylko dlatego, że Emiraty są już passé, a na Malediwy nie można dolecieć z Radomia. Przeważnie gardzą pieszym transportem, miejscami publicznymi i przesmażonymi frytkami. Dlatego też stołują się jedynie w hotelowej restauracji, ewentualnie jeżdżą (koniecznie samochodem) do modnych wśród wyższych sfer lokali w sąsiednich miejscowościach. W innych przypadkach rzadko opuszczają swoją luksusową enklawę. Zarażenie salmonellą po prostu nie może ich dotyczyć, wszak wiadomo, że bakcyl wybiera tylko ofiary z czterocyfrową wypłatą i nigdy nie odważyłby się zaatakować Royal Family.

advertise-768067_960_720

Łowca okazji

Interesujący gatunek drapieżnika. Ma silnie rozwinięty instynkt łowiecki, dzięki któremu zaraz po przyjeździe wie już, gdzie można zjeść dwa dania w cenie jednego, gdzie jest najtańsze piwo, a gdzie w godzinach szczytu nie ma tłumów. Zwykle porusza się na czele stada, dając sygnały głośnymi okrzykami i nerwowymi ruchami kończyn, kiedy tylko zobaczy wolny stolik w restauracji, krótszą kolejkę do kasy w supermarkecie albo obniżkę cen pamiątkowych skarpetek z napisem „Wilk morski”.

man-2555188_960_720

Niemiecki emeryt

Nosi szorty, koszulę z krótkim rękawem, okulary polaryzacyjne i kaszkiet albo kapelusz. Porusza się pieszo lub mercedesem, ewentualnie audi bądź volkswagenem. Głośno mówi, żeby nikt nie miał wątpliwości co do jego pochodzenia. Robi mnóstwo zdjęć – najczęściej budynków lub innych obiektów, najrzadziej towarzyszącej mu żonie. Stołuje się w lokalach serwujących bigos, pierogi, schabowego i piwo regionalne, które następnie z grymasem niezadowolenia porównuje z rodzimym. Chętnie stosuje nieliczne znane mu polskie zwroty, głównie grzecznościowe. Zostawia wysokie napiwki w euro, a obsługa jeszcze długo po jego wyjściu zastanawia się, dlaczego wolał spędzić urlop w takiej dziurze, zamiast na niemieckim wybrzeżu…

hat-1427027_960_720
Nie znalazłam odpowiedniego zdjęcia 😦

 

Miss promenady

Najwyraźniej dba o bezpieczeństwo, bo jest widoczna z daleka. Wszystko to za sprawą odblaskowych kolorów, w które jest odziana: żarówiastych zielonych spodenek, pomarańczowej bluzki i lakierowanej różowej torby. Sama również się świeci od samoopalacza z brokatem. Często nosi ogromny słomkowy kapelusz z wielką kokardą. Nie gardzi też pobrzękującą biżuterią. Jej ciało zdobią wymyślne tatuaże z henny, a głowę supermodne w tym roku kolorowe afrykańskie warkoczyki. Zazwyczaj porusza się w towarzystwie przyjaciółek z tego samego gatunku, rzadziej nieprzyciągającego uwagi samca.

thumb-1006395_960_720

Malkontent

Zdarzyło mu się raz być na urlopie w Bułgarii/NRD/Chorwacji/Egipcie* (*niepotrzebne skreślić) i od tamtej pory żadna rodzima atrakcja nie jest w stanie go zadowolić. W Bułgarii (NRD, Chorwacji, Egipcie…) morze było cieplejsze, ceny niższe, kobiety ładniejsze, hotele bardziej luksusowe, a z prysznica leciała dwudziestoletnia whisky (albo raczej woda w tym kolorze, tylko że Malkontent skutecznie wyparł ten fakt z pamięci). Wtedy to były (w)czasy! Bo teraz to już nie ma (w)czasów…

geese-2494952_960_720.jpg

500+ na wakacjach

Celowo użyłam tego sformułowania, chociaż okropnie mnie drażni. Zaczerpnęłam je z internetowego hejtu. Według niektórych każda wielodzietna rodzina to patologia, która powinna siedzieć w domach, chlać wódę i wyciągać łapy po zasiłki, zamiast wyjeżdżać wspólnie nad morze i zabierać przestrzeń prawdziwym turystom. Noż urwał nać! Sam program 500+ uważam za chybiony, ale skoro już jest, to świetnie, że dzięki niemu więcej ludzi stać na rodzinne wakacje. Miło się patrzy na uśmiechniętych małżonków, spacerujących promenadą z gromadką szkrabów. Ot co.

Jak już wspomniałam, my jesteśmy przede wszystkim pingwinią familią, chociaż pewnie tkwią w nas też pierwiastki innych gatunków. A Wy w których typach się odnajdujecie?

Czytała Krystyna Czubówna Lady Makbet

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉

Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kwiatki, herbatki, czekoladki – czyli o upominkach dla nauczycieli na koniec roku szkolnego

Temat końcoworocznych prezentów wzbudza emocje nie tylko u rodziców uczniów, ale także u nauczycieli. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy podarowanie bukietu kwiatów wychowawczyni to za dużo, czy może za mało? Z mojej strony biurka odpowiedź wydaje się prosta: uważam, że za każdym razem decyzja należy wyłącznie do ucznia i jego opiekunów.

Czy zatem należy (lub wypada) obdarować nauczyciela upominkiem na koniec roku?

Moim zdaniem NIE. Nauczanie jest naszą pracą, za którą otrzymujemy jakieś tam wynagrodzenie. Znakomita większość pedagogów nie oczekuje żadnych materialnych dowodów wdzięczności, a tymi, którzy się takowych domagają, sama chętnie mocno bym wstrząsnęła. Co roku zresztą powtarzam moim wychowankom, żeby mi niczego nie kupowali. O tym, co z tego wynika, napiszę na końcu.

A co w przypadku, gdy uczeń zżył się z nauczycielem i chce mu jakoś podziękować albo podarować coś na pamiątkę?

Jeśli chce, to niech to zrobi. Myślę, że wystarczyłoby zwykłe, niewymuszone „dziękuję”, ale jeżeli wychowanek czuje potrzebę dołączenia symbolicznego (!!!) upominku, to nie widzę w tym niczego niewłaściwego. My też jesteśmy ludźmi i lubimy dostawać prezenty, co absolutnie nie znaczy, że ich oczekujemy. Szczerze mówiąc, dla mnie największą wartość mają podarunki wykonane samodzielnie przez uczniów. Moja poprzednia klasa (cudowna, idealna, najlepsza, jakiej życzę każdemu pedagogowi) zrobiła mi na zakończenie szkoły album ze swoimi zdjęciami, pod którymi każdy z podopiecznych dopisał kilka słów od siebie. Beczałam jak bóbr, przeglądając jego zawartość i do tej pory zdarza mi się do niego wracać.

Czy kwiatek dla nauczyciela jest formą łapówki?

Wolne żarty. Po pierwsze – zwyczajowo upominki wręcza się na koniec roku, kiedy stopnie są dawno wystawione, a świadectwa wydrukowane. Po drugie – na ostateczną ocenę uczeń pracuje przez cały rok (a nawet kilka lat). Nie wyobrażam sobie zafałszowania wyników osiąganych przez podopiecznego z powodu różyczki albo czekolady. Młodzież czasem w żartach pyta, czy przyjmuję koperty. Z reguły odpowiadam w podobnym tonie, że jeżeli miałabym ryzykować utratę dobrego imienia i prawa do wykonywania ukochanego zawodu, to koperta musiałaby być naprawdę wyjątkowo gruba ;). I jeszcze po trzecie: faktem jest, że większość pomocy dydaktycznych (typu pisaki, kartki samoprzylepne, szary papier, repetytoria, dekoracje na różne akademie itd., a nierzadko także nagrody w konkursach) kupujemy z własnych pieniędzy. Wydajemy na to setki złotych rocznie. Jeżeli więc ktoś mówi, że przyjęcie kwiatka za dychę równa się nielegalnej korzyści materialnej, to przepraszam, ale ogarnia mnie pusty śmiech.

Co zrobić, kiedy wychowawca domaga się od klasy drogiego prezentu, np. w postaci sprzętu AGD lub weekendu w SPA?

Takie przypadki znam wyłącznie z internetu i mam nadzieję, że są to jedynie miejskie legendy. Jeżeli natomiast podobna sytuacja miałaby miejsce w rzeczywistości, należy niezwłocznie poinformować o tym dyrekcję. Odpowiedzialny dyrektor podejmie odpowiednie kroki, żeby przywołać materialistę do porządku. Jest i druga strona medalu. Czasami rodzice na siłę wciskają nauczycielom ekskluzywne prezenty. Błagam, nie róbcie tego! To szalenie krępujące i bywa, że przypomina bardziej jałmużnę niż podziękowanie. Dwa razy byłam postawiona w takiej sytuacji i do tej pory jest mi z tym głupio. Najgorzej, że trudno jest właściwie zareagować na taki podarunek: z jednej strony poczucie przyzwoitości każe odmówić, z drugiej trudno to zrobić, kiedy naprzeciwko ma się trzydzieści par oczu swoich wychowanków, którzy czekają w napięciu z nadzieją, że prezent spodoba się ich pani…

Najcenniejsze upominki, jakie dostałam od uczniów…

…to wcale nie te najdroższe. Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy z nich:

1. Wspomniany wyżej album ze zdjęciami i podziękowaniami od wychowanków.

35735963_2246270518749023_2449159664084975616_n35747326_2246270428749032_3673274413446332416_n35924536_2246270495415692_50913272471224320_n

  1. Uczyłam przez trzy lata pewną klasę licealną, w której na ostatnie kilka miesięcy objęłam wychowawstwo. Na zakończenie szkoły dostałam pudełko z listami od każdego ucznia. Niektóre były bardzo osobiste, inne dowcipne, a jeszcze inne zawierały życzenia dla mnie. Poniżej wklejam zdjęcie jednego z nich. Wybrałam taki, który nie zawiera żadnych zwierzeń ani innych wrażliwych treści.

List1

 

3. Pewien zabawny drobiazg. Kiedy po raz pierwszy dostałam klasę wychowawczą, zaproponowałam jej uczniom zrzutkę na czajnik elektryczny do naszej sali, żebyśmy w zimne dni mogli się napić ciepłej herbaty podczas długiej przerwy albo lekcji wychowawczej. Pomysł spodobał się moim wychowankom na tyle, że po nabyciu czajnika chcieli mnie jeszcze namówić na kupno kuchenki mikrofalowej. Oczywiście nie mogłam na to przystać. Odmawiając, zażartowałam ironicznie, że skoro już mają taki rozmach, to mogą się jeszcze zrzucić na nowy samochód dla wychowawczyni. Długo nie musiałam czekać na reakcję: z okazji Dnia Edukacji Narodowej otrzymałam model fiata 126p z doczepioną karteczką o treści: „Czy teraz już możemy kupić tę mikrofalę?” 😉

35734885_2246102598765815_4985711750750928896_n

……………………………………………………………………………………………………………………………

EDIT:
Już po napisaniu tego tekstu brałam udział w dwóch zdarzeniach, które dobrze ilustrują wszystko to, co zawarłam powyżej.

SYTUACJA PIERWSZA: stałam się mimowolnym świadkiem rozmowy grupy uczniów, którzy w piątek będą żegnać swoją wychowawczynię. Debatowali nad wyborem prezentu dla niej, a konkretnie nad kwotą, którą chcą na ten cel przeznaczyć. Każda kolejna suma proponowana przez skarbnika wydawała im się za duża, a ostatnie zdanie tej dyskusji brzmiało: „Dobra, kupmy jej cokolwiek, byle za mniej niż stówę, a za resztę klasowych zamówimy sobie pizzę”. Nie wiem, jakie ta klasa ma relacje z wychowawcą, ale będąc na miejscu tej nauczycielki, wolałabym nic nie dostać, niż otrzymać wymuszone „cokolwiek”, kupione za pieniądze, które młodzież chętniej przeznaczyłaby na inny cel.

SYTUACJA DRUGA: odwiedziło mnie dzisiaj w trakcie lekcji dwóch uczniów z poprzedniej klasy (tej od albumu). Wręczyli mi różę i bombonierkę, dziękując za trzy lata współpracy. Zdziwiona przypomniałam im, że przecież dziękowali rok temu, kiedy kończyli szkołę. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie oznacza, iż nie mogą zrobić tego jeszcze raz. Szczerze? Chrzanić tę różę i bombonierkę. Samo to, że przyszli i na głos, przy obcej młodzieży, z którą akurat miałam zajęcia, wypowiedzieli tyle miłych słów pod moim adresem, ma o wiele większe znaczenie niż wszystkie kwiaty i słodycze świata razem wzięte.

Takie tam różne

Ludzie, którym wszystko przeszkadza

Dzisiejszy tryb życia, wymuszający bycie ciągle aktywnym i stale w kontakcie z innymi, powoduje, że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Swoją cegiełkę dokładają oczywiście media, w których widzimy idealnie zadbane matki, perfekcyjnych pracowników, wiecznie młodych dziadków i tak dalej. Ten niedościgniony „idiotyzm doskonałości” (jak pisała Szymborska) wywołuje rozczarowanie i frustrację, które gdzieś muszą przecież znaleźć ujście. I tu właśnie upatrywałabym przyczyn coraz bardziej powszechnego zjawiska społecznego: niechęci do bliźniego.

argument-238529_960_720.jpg

Kiedyś pisałam, że matki z wózkami są niemile widziane w przestrzeni publicznej. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Spotkałam się na przykład z głosami, żeby nie wpuszczać małych dzieci do środków transportu publicznego (od autobusów po samoloty), bo przeszkadzają współpasażerom. Czasami trudno mi uwierzyć, że ktoś może wysuwać takie postulaty na poważnie. Pewnie, że nie lubię siedzieć obok wrzeszczącego niemowlaka, podobnie jak nie lubię, kiedy jakiś ciekawski roczniak oblewa mnie soczkiem albo grzebie w mojej torebce. Nie lubię tego nawet wtedy, kiedy robi to mój własny roczniak, a co dopiero obcy ;). Tyle tylko, że dziecko to nie dzikie zwierzę, ale człowiek, będący użytkownikiem przestrzeni na podobnych prawach jak dorośli. Na pewno wiele tutaj zależy od rodziców i tego, jak reagują na dziecięce dokazywanie… ale z drugiej strony nie można oczekiwać, że maluch zniesie kilkugodzinną podróż, siedząc nieruchomo w absolutnej ciszy. Zastanawiam się, czy zwolennicy zabronienia dzieciom wszystkiego mają świadomość, że to właśnie te dzieci będą im, za przeproszeniem, podcierać tyłki na starość, o leczeniu nie wspominając.

man-76196_960_720

Inny przykład to zaglądanie ludziom do portfeli. Ciągle się słyszy, ile (i o ile za dużo) zarabiają górnicy/lekarze/urzędnicy/nauczyciele/taksówkarze/panie w Biedronce, ile kto ma wolnego i kiedy może przejść na emeryturę. Do tego dochodzi koronny argument, że mamy prawo rozliczać pracowników budżetówki, bo ich pensje pochodzą z naszych podatków. To zupełnie tak, jakby policjant albo pediatra dostawał wypłatę za nic i to jeszcze z cudzej kieszeni. Czasem mam wrażenie, że najgłośniej krzyczą ci, którzy akurat owe podatki płacą w najmniejszej wysokości… Jeśli chodzi o pracowników innych firm, to też ich rozliczamy, a jakże… wszak wynagrodzenie kasjerki z Rossmanna pochodzi z pieniędzy, które tam wydajemy, czyż nie? Niektórzy czują się dzięki temu uprawnieni, żeby owym kasjerkom też ustalać wysokość zarobków i wypominać luksusowe warunki pracy.

cruiser-2361684_960_720

Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł dotyczący parkowania. Niestety nie taki w stylu satyry na „mistrzów kierownicy”, blokujących cztery miejsca podrasowanym BMW z trzeciej ręki… Był to pełen oburzenia tekst o tym, jak parkują kierowcy karetek podczas interwencji. Komuś się nie spodobało, że samochód pogotowia błyskał mu światłami w okna w środku nocy, komuś innemu przeszkadzało, iż zajął JEGO miejsce parkingowe. Ratownicy medyczni zostali nazwani „świętymi krowami”, którym wszystko wolno. Smuci mnie to i przeraża jednocześnie… Czy naprawdę nasza niechęć do bliźniego jest aż tak daleko posunięta, że denerwuje nas nawet ratowanie czyjegoś życia, jeśli krzyżuje nasze plany? Przypomniał mi się przy  okazji program lokalnej telewizji sprzed kilku lat. Prowadzący pytał mieszkańców nowego osiedla, czy zgodziliby się na wybudowanie hospicjum na jego obrzeżach. Wśród wielu wypowiedzi pozytywnych pojawiały się i takie, że… kursujące tam często karetki nie dawałyby spać i niepokoiłyby dzieci. Czyli, drogi obywatelu, jeżeli już musisz umrzeć przedwcześnie, to zrób to po cichu, żeby nie zakłócać sąsiadowi niedzielnego grilla.

Nasze kontakty z bliźnimi coraz częściej przenoszą się do świata wirtualnego i przybierają formę bezcielesną. Czy to dlatego tak trudno nam znieść fizyczny kontakt z drugim człowiekiem, z którym, chcąc nie chcąc, musimy dzielić się przestrzenią…?

Takie tam różne

Rodzicielskie antynoble – ranking subiektywny

Prolog

Staram się nie osądzać innych rodziców. Z boku wiele rzeczy wygląda inaczej, niż z perspektywy pierwszoosobowej. Łatwo kogoś ocenić na podstawie chwili, jednostkowego wydarzenia, które równie dobrze może być wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności albo mieć jakąś skomplikowaną i jak najbardziej wytłumaczalną przyczynę. Dlatego niniejszy ranking antyrodziców potraktujcie proszę z przymrużeniem oka. Ma służyć rozrywce i ewentualnie przyjrzeniu się własnym metodom wychowawczym (piszę to również do siebie, bo i dla mnie znalazło się miejsce w poniższym zestawieniu), niczemu więcej :).

Miejsce V     Ojciec – ryzykant

Chojnice z Fotopolska.pl
Źródło: Fotopolska.pl

Antynobel w kategorii „ojciec roku” wędruje do pewnego pana z Chojnic. Kilka lat temu, wypoczywając przy fontannie, zobaczyłam młodego tatę, który umieścił swoje dziecko (na oko maksymalnie dwuletnie) w pozycji klęczącej na widocznym na zdjęciu cokoliku. Sam usiadł sobie na ławce nieopodal i zatopił wzrok w ekranie telefonu. Oczywiście maluch, zostawiony sam sobie, bardzo chciał dosięgnąć rączką wody… Tylko przytomność innych osób zgromadzonych przy fontannie zapobiegła nieszczęściu.

Miejsce IV      Matka – pomadka

lipstick-605298_960_720

Teraz będzie o mnie. Historia z dzisiaj. Księżniczka obudziła się bardzo wcześnie i to w kiepskim humorze. Od rana była marudna, niczym nie chciała się na dłużej zainteresować. Wreszcie dorwała torbę od wózka, którą zabieramy na spacery. Uwielbia z niej wyjmować różne przedmioty i wkładać z powrotem. Ucieszyłam się, że ma bezpieczne zajęcie i poszłam się trochę oporządzić. W tej torbie znajdują się same Księżniczkowe szpargały, typu zapasowe pieluchy, etui na butelkę, podkład do przewijania, czasem jakaś czapeczka albo chustka. Co więc mogło pójść nie tak? Chociażby to, że po ostatnim spacerze nie wyciągnęłam stamtąd swojej pomadki do ust. Pisanie dalszego ciągu właściwie mogłabym sobie odpuścić, bo wystarczy odrobina wyobraźni, żeby wiedzieć, co trzynastomiesięczne dziecko jest w stanie zrobić przez 5 minut ze szminką. Na przykład wysmarować siebie od stóp do głów – jak najbardziej dosłownie. I jeszcze podłogę, kanapę i świeżo wywieszone pranie. Szczęście w nieszczęściu, że pomadka była dosyć jasna i nietoksyczna. Mam nauczkę na przyszłość… i przy okazji pretekst, żeby odwiedzić drogerię 😉

Miejsce III       Matko święta!

Kiedy odbywałam praktyki w szkole podstawowej, podeszła do mnie mama sympatycznej piątoklasistki – takiej pyzatej, spokojnej intelektualistki. Oznajmiła mi, że Marysia spóźni się chwilkę na zbiórkę przed jutrzejszą wycieczką, bo musi rano poadorować w kościele Pana Jezusa. Przyjęłam ten fakt do wiadomości i na tym mogłaby się sprawa zakończyć, ale mama mówiła dalej. Dowiedziałam się, że Marysia jest nadpobudliwa, ma za dużo złej energii i dlatego trzeba ją wyciszać. Z tego też powodu Marysia co rano chodzi do kościoła na pierwszą mszę, a potem leży krzyżem przed ołtarzem, żeby się uspokoić. No i właśnie dlatego spóźni  się jutro na tę zbiórkę.

Żebym nie została źle zrozumiana – sama jestem wierząca. Był czas, że też chodziłam w dni powszednie na poranne msze (chociaż nie bez znaczenia był fakt, że miałam chłopaka – ministranta… 😉 ). Uważam, że każdy ma prawo do własnych praktyk religijnych, o ile nie krzywdzą drugiego człowieka… No właśnie. Tak się zastanawiam, czy zmuszanie dwunastolatki do codziennego leżenia krzyżem na zimnej posadzce to rzeczywiście dobry sposób na pozbycie się „złej energii”. Chociaż – skoro Marysia była grzeczniutka i ułożona, to najwidoczniej działało 😉

Miejsce II       Jasiu, nie kop pani, bo się spocisz

wagon-188021_960_720

To było chyba ze dwa lata temu. Jechałam pociągiem, takim bez przedziałów, z poczwórnymi siedzeniami, na egzamin. Po drodze chciałam się jeszcze pouczyć. Pod koniec trasy, kiedy wagon był już prawie pełny, dosiadła się do mnie mama z synkiem, chyba niewiele starszym, niż obecnie moja Księżniczka. Przyznam uczciwie, że nie byłam tym zachwycona, ale też nie należałam nigdy do osób, którym jakoś szczególnie przeszkadzają dzieci w przestrzeni publicznej. Pomyślałam, że trudno, najwyżej z dalszej nauki nic nie wyjdzie. Chłopczyk był zresztą całkiem sympatyczny, bardzo ciekawy świata… a jego mama najwidoczniej postawiła sobie za cel wspieranie tej ciekawości, choćby po trupach. Posadziła go sobie na kolanach, pokazując mu widoki za oknem. Kiedy po chwili malec zaczął się nudzić, usłyszałam: „Wojtusiu, a teraz pani się przesiądzie, a my sobie zobaczymy widoczki z drugiej strony”. To ja byłam tą panią, co „się przesiądzie”. I nie miałabym nic przeciwko spełnieniu tego kaprysu, gdybym została o to w jakikolwiek sposób poproszona, a nie postawiona przed faktem dokonanym, w dodatku w trzeciej osobie. Udałam więc, że nie słyszę. Kobieta jednak się nie poddała i oznajmiła synkowi rozżalonym głosem: „Bardzo mi przykro, Wojtusiu, pani ci chyba jednak nie chce ustąpić”. Właściwie nie wiedziałam, jak mam się zachować… przeprosić ją za mój brak wychowania, czy od razu zabić? Mruknęłam, że wystarczyłoby poprosić i przesiadłam się naprzeciwko. Wojtuś pooglądał widoczki z drugiej strony, po czym zapragnął wrócić na poprzednie miejsce. Wróciłam więc i ja, a chłopczyk w dowód wdzięczności zaczął mi grzebać w torebce. Jeśli miałam jeszcze jakiekolwiek nadzieje, że moja współpasażerka dostrzega istnienie świata pozawojtusiowego, to w tamtym momencie one prysły. Owszem, zareagowała na poczynania synka. Jak? „I cio tam pani ma fajnego? Chusteczki, tak? I cio jeście?” Na końcu języka miałam odpowiedź, że magazyn z ostrym porno i chętnie pozwolę Wojtusiowi pooglądać obrazki. Zamiast tego, wycedziłam tym samym językiem: „Chyba nić fajnego, wieś?” i zamknęłam torbę. Wojtuś chyba nie był za bardzo rozczarowany, bo z pełnym zaangażowaniem oddał się przeglądaniu zawartości śmietniczki. Mamie to nie przeszkadzało, śmietniczce najwyraźniej też nie. No cóż.

Miejsce I      Matka – spadochron

spadochroooon

Uczyłam kiedyś nastolatka, którego mama najchętniej usłałaby mu drogę do szkoły poduszkami, żeby broń Boże nie nabił sobie przypadkiem guza. Już w pierwszych dniach pracy z nim zauważyłam, że chłopak jest zupełnie niesamodzielny. Jeśli czegoś nie wiedział, nie potrafił zapytać; jeżeli czegoś nie pokazało mu się palcem, to nie zrobił. Miał trudności w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, sam nie wykazywał bowiem żadnej inicjatywy i liczył, że koledzy sami się nim zaopiekują i zaproszą go do swojej paczki. Na początku myślałam, że jest chorobliwie nieśmiały, ale szybko okazało się, że po prostu mama zawsze wyręczała go we wszystkim. W procesie edukacji objawiało się to tym, że negowała praktycznie każdą jego ocenę, pisząc do nauczycieli (zwykle obraźliwe) maile, których główną tezą było to, że ona najlepiej zna swoje dziecko i wie, na ile ono opanowało biologię/historię/niemiecki etc. A pedagodzy są niekompetentni, niedouczeni i wyżywają się na jej biednym synku. Prawdziwy szok przeżyłam jednak w momencie, kiedy odkryłam, że szesnastoletni chłopak nie potrafi nakryć do stołu… i nie mówię tu o organizacji przyjęcia dla królowej brytyjskiej, tylko o położeniu talerza i zwykłych sztućców obiadowych.

Epilog

Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci klockiem. Wszyscy rodzice mają na koncie mniejsze lub większe wpadki, choć niektórzy zaliczają naprawdę spektakularne. Jestem ciekawa, komu i za co Wy przyznalibyście rodzicielskiego antynobla?