Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Gdzieś pomiędzy wiatrem zmian a wiatrem w oczy

W wakacje zmieniłam samochód i kolor włosów, a teraz do kompletu zmieniam branżę i województwo. Sama jeszcze nie wiem, co to dla mnie oznacza, natomiast  jestem podekscytowana jak dziecko przed pierwszą gwiazdką w wigilię. Ale po kolei…

„Ty to zmienisz pracę dopiero, gdy nowa sama cię znajdzie” – stwierdził niedawno z powątpiewaniem M. Niechcący wyszło, że miał rację, bo oferta rzeczywiście przyszła sama i to prawie dosłownie. W dodatku najpierw do P., a chwilę później do mnie… i właściwie nie było nad czym się zastanawiać.

Szkołę porzucam (przynajmniej tymczasowo, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie) z żalem, ale i pewną ulgą. Nieszczęsna – TFU! – „reforma” edukacji sprawiła, że efektywna praca po prostu przestała być możliwa. Tutaj nie działają najprostsze reguły matematyczne i  okazuje się, że dawanie z siebie 200% w podziale na dwie szkoły wynosi 2 razy po 50. Brakująca setka zostaje gdzieś w rachunkach za paliwo, bo te akurat o równe 100% wzrosły. Zresztą to jest w ogóle temat rzeka, na pewno nie na dzisiejszy post. Nie ulega wątpliwości, że będę okropnie tęsknić za uczniami i za większością kadry nauczycielskiej. Zostawiam za sobą dobry i ważny kawał swojego życia, a to raczej mało kto potrafi uczynić z lekkim sercem.

kartonoza.jpg

W każdym razie… urosło się. Nie tylko Księżniczce i cenom w sklepach, ale przede wszystkim stercie pudeł na środku salonu, karton jego mać. Do wyprowadzki zostało jeszcze kilka tygodni, więc jak tak dalej pójdzie, spokojnie zdążę zbudować taki labirynt, że Dedal będzie mógł mi buty czyścić. Chyba nie muszę mówić, kto ma z tego największą frajdę i kto bawi się w chowanego w najmniej odpowiednim momencie? Na szczęście Księżniczka – lat dwa i pół – jak dotąd nie osiągnęła najwyższego levelu w tej zabawie. I na przykład wślizguje się w szczelinę pomiędzy pudłem z dokumentami a komodą, po czym krzyczy: „Zobać, mama! Tutaj śchowałam!”. Gorzej, jeśli przed przeprowadzką zdąży załapać, o co w tym naprawdę chodzi. Wtedy to chyba pozostanie tylko wezwać Psi Patrol (po Księżniczkowemu „Si Patol”) – no wiecie, „Nie ma takiego problemu, którego nie rozwiążemy!”. Mimo tego labiryntu kartonowych piramid (zabrzmiało dostojnie niczym parafraza Horacego, a niech tam!) jeszcze wiem, gdzie co mam, co z kolei mnie samą niepomiernie dziwi.

kartonoza2

To w ogóle jest niepojęte, ile człowiek gromadzi szpargałów… chociaż, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to one chyba w większości gromadzą się same. O, na przykład pokale do piwa, z których ani razu nie korzystaliśmy. Miałam tego całą półkę w barku, a nigdy żadnego nie kupiłam. Przysięgam, że nie wiem, skąd się wzięła przynajmniej połowa z nich. Podobnie zresztą sprawa ma się z maskotkami Księżniczki i świeczkami zapachowymi, którymi mogłabym obstawić bodaj wszystkie groby na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, a pewnie jeszcze by zostały.

Gdyby mnie ktoś zatem szukał, to jeszcze przez chwilę będę tu, a potem to już głównie gdzie indziej. W świecie rzeczywistym, znaczy się, bo wirtualnie to nadal na Stożkach… i wszystko wskazuje na to, że częściej! A tymczasem wracam do pakowania. 🙂

kartonoza2

Reklamy
Takie tam różne

Wyskakując z rozpaczy*. O samobójstwach wśród młodzieży

Tydzień temu byłam na pogrzebie. Uczennica z mojej szkoły odebrała sobie życie i to w drastyczny sposób. Nie znałam jej dobrze, więc tym bardziej nie wiem, co musiało się stać w jej życiu, że zdecydowała się na taki krok. Od prawie dwudziestu lat znam za to jej ojca i myślę o nim codziennie, odkąd dowiedziałam się o tej tragedii. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co on przeżywa…

Pół roku temu rówieśniczka tej dziewczyny także próbowała popełnić samobójstwo. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili, prawie jak w (choć to może porównanie nie na miejscu) hollywoodzkim filmie. Wiem jeszcze o przynajmniej jednej osobie z równoległej klasy, która miewa myśli o odebraniu sobie życia.

Nie, to nie jest kwestia tej konkretnej placówki edukacyjnej. Prób samobójczych wśród nastolatków jest coraz więcej. Według danych Komendy Głównej Policji pomiędzy 2011 a 2016 rokiem ich roczna liczba prawie się podwoiła (248 w 2011 i 475 w 2016). Do nowszych danych nie dotarłam, ale nic nie wskazuje na to, że jest lepiej. Dwa lata temu (w zupełnie innej szkole, nawiasem mówiąc) miałam uczennicę, która kilkakrotnie targnęła się na swoje życie. Za każdym razem ratowali ją rodzice.

Coraz głośniej mówi się o tym, że psychiatria dziecięca w Polsce leży i kwiczy. Brakuje specjalistów, a i wielu spośród pracujących obecnie brakuje odpowiedniego podejścia. W szkołach nie ma psychologów, a nawet jeśli są, wykorzystuje się ich do marginalnych prac (typu przygotowanie losów na festyn) albo wlepia im zastępstwa, przez co nie mają czasu na to, czym naprawdę powinni się zajmować.

Żeby lepiej zobrazować problem, przytoczę kilka historii. Wszystkie są autentyczne i każdą znam z pierwszej ręki.

EWELINA

Krótko po powrocie z urlopu macierzyńskiego zostałam wezwana do dyrekcji. Usłyszałam, że będę prowadzić nauczanie indywidualne z jedną z uczennic. W pierwszej chwili pomyślałam, że może miała jakiś wypadek, przez który nie może chodzić do szkoły. Dopiero przełożeni uświadomili mi, że Ewelina choruje na silną depresję. Wtedy zdziwiłam się jeszcze bardziej; zanim adoptowałam Księżniczkę, uczyłam klasę Eweliny. Był to bardzo sympatyczny zespół, a sama dziewczyna dała się poznać jako kulturalna, kreatywna i błyskotliwa nastolatka. Nic na zewnątrz nie wskazywało, co przeżywa. Lubiłam ją, chyba z wzajemnością. Na pierwszym spotkaniu już w ramach zajęć indywidualnych zaczęła mi opowiadać o swojej chorobie. Zapytałam, czy długo już na nią cierpi. Spodziewałam się, że usłyszę o roku albo dwóch. „Proszę pani, od podstawówki! – powiedziała Ewelina, a mnie ścięło z nóg – „Pierwszą próbę samobójczą przeprowadziłam tuż po ukończeniu szóstej klasy” – dodała. Zanim pozbierałam szczękę z podłogi, dowiedziałam się jeszcze, że zwiedziła niemal wszystkie szpitale psychiatryczne w regionie (szesnastolatka!!!), ale nie widzi żadnej poprawy. Zapytałam o powód… i wiecie, co usłyszałam?

„pani psychiatra weszła do pokoju i kazała mi wstać, a ja nie mogłam się podnieść z łóżka. Wtedy mi powiedziała, że jestem niewychowana, bo ona do mnie specjalnie przychodzi i stoi, a ja sobie leżę. I wyszła.”

– „w szpitalu w X nie wiem, po co mnie trzymali. Psychiatra jest tam jeden i to dojeżdżający, przez cały pobyt widziałam się z nim dwa razy. Takich pacjentów jak ja miał jednocześnie pewnie ze stu. No to jak miał mi ustawić leczenie?”

– „doktor Y była bardzo miła, z nią pierwszą udało mi się szczerze porozmawiać. Chyba zna się na tym, co robi – ale powiedziała, że lekarstwa, jakich potrzebuję, są produkowane z myślą o dorosłych… i właściwie to nie ma żadnych wskazówek co do dawkowania psychotropów dla takich osób jak ja. I skutki uboczne też trudno przewidzieć.”

Nawet jeżeli Ewelina coś przekręciła albo ja coś źle zapamiętałam, to i tak faktem pozostaje, że tournee po psychiatrykach zabrało jej prawie rok życia, a nie przyniosło widocznych rezultatów. Obecnie dziewczyna bierze psychotropy, po których często bywa tak pobudzona, że trudno jej się skoncentrować nie tylko na konkretnym zadaniu, ale w ogóle na temacie zajęć.

ADAM

Przez trzy lata był moim wychowankiem. Uwielbiałam go, zresztą jak całą jego klasę (o czym już pisałam). Którejś nocy dostałam od niego wiadomość: „Proszę pani, jest mi źle. Ja się dla nikogo nie liczę”. Nawiasem mówiąc, był w tym jakiś palec Boży, bo wyjątkowo nie wyłączyłam wieczorem internetu w telefonie, a zawsze to robię. W każdym razie rozmawiałam z nim przez Messengera prawie do rana. W szkole od razu wysłałam go do pani pedagog i to dzięki współpracy z nią udało się posklejać fragmenty Adamowej układanki. Otóż mój podopieczny był środkowym dzieckiem. Starsza siostra była niesamowicie uzdolniona, z kolei młodszy brat urodził się z niepełnosprawnością. Taki stan rodzinny spowodował, że Adam w czasie największej burzy hormonalnej (bardzo zresztą intensywnie doświadczanej) wiecznie czuł się odsunięty na bok. Wszystkie laury zgarniała zawsze jego siostra, zaś większość troski i uwagi rodziców otrzymywał braciszek. Dzieciak czuł się przez to odrzucony i zagubiony. W dodatku na horyzoncie pojawiła się jeszcze nieszczęśliwa miłość, która stała się kroplą przepełniającą dzban goryczy, co w przypadku Adama oznaczało myśli (a nawet zamiary!) samobójcze. Mama i tata chłopaka przyjęli zaproszenie na rozmowę ze mną, po czym w nieskończoność odkładali termin spotkania. Długo nie rozumiałam, dlaczego; do tamtej pory byli jednymi z najlepiej współpracujących opiekunów. W końcu udało mi się dogonić matkę po jednej z wywiadówek. „Nie wiedzieliśmy z mężem, co pani powiedzieć” – wytłumaczyła się – „zawiedliśmy jako rodzice na całej linii…”. Z różnych względów nie oceniam tych państwa tak surowo, jak oni sami. Natomiast historia Adama pokazuje, że depresja dotyka także takie osoby, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Na pierwszy rzut oka był to po prostu piętnastolatek z dobrego domu, wiecznie uśmiechnięty, charyzmatyczny, dobrze się uczący, osiągający sukcesy w sporcie, lubiany przez rówieśników.

MARTYNA

Ostatnio mignął mi gdzieś na Facebooku jej profil. Z ulgą pomyślałam, że przynajmniej żyje. Cierpiała (i pewnie nadal cierpi) na schizofrenię paranoidalną, była uzależniona od narkotyków, brała dopalacze. Właściwie nie wiadomo, co było pierwsze. Słyszała w swojej głowie głosy. Często ją przerażały – wtedy wrzeszczała ile sił w płucach, sprawiając, że młodsze siostry płakały i chowały się ze strachu przed nią. Innym razem  głosy kazały jej kogoś zabić. Zdążyła wziąć nóż, wybiec z domu i wsiąść do autobusu. Tylko przytomność umysłu jej ojca pozwoliła zapobiec tragedii. Z 19 lat życia łącznie kilka spędziła w szpitalach psychiatrycznych, w tym na terapii odwykowej… a właściwie terapiach, dających przeważnie jedynie chwilowy efekt. W lepszych okresach (choć „lepszy” jest tu określeniem względnym) do Martyny docierało, jak na co dzień wygląda jej życie. Wówczas próbowała je sobie odebrać. Cztery, sześć razy, może więcej. Matce, która ją ratowała, krzyczała potem w szpitalu w twarz, że jej nienawidzi, że chciała umrzeć. Rodzice próbowali ją ubezwłasnowolnić, żeby móc kontrolować jej leczenie. Biegły psychiatra podobno nie stwierdził podstaw…

Gdzie szukać przyczyn swoistej „mody” na samobójstwa wśród młodzieży? Pokuszę się o diagnozę, oczywiście amatorską, opartą tylko na doświadczeniu wychowawczym.

  1. Zmuszanie dzieci do udziału w wyścigu szczurów, często od najmłodszych lat. Koleżanka pytała mnie ostatnio, gdzie można znaleźć oficjalny ranking przedszkoli, bo chciałaby wysłać córkę do takiego, które zapewnia najwyższy poziom nauczania. Jej córka ma niecałe trzy latka!!! Z kolei jedna z moich uczennic, lat 11, chwaliła się przed wakacjami, że w ciągu tygodnia chodzi na 10 (słownie: dziesięć) różnych zajęć dodatkowych. Tymczasem mózg dziecka potrzebuje po pierwsze odpoczywać, po drugie czasem się ponudzić, bo to właśnie nuda wyzwala kreatywność, pozwala odkrywać pasje, a co za tym idzie – poznać siebie.
  2. Brak czasu dla najbliższych. Właściwie trudno tu kogokolwiek winić. Taką mamy rzeczywistość, że zapewnienie rodzinie bytu wymaga wyrzeczeń, najczęściej związanych właśnie z obecnością w domu. Fakt niestety pozostaje faktem; rodziców często nie ma przy dzieciach wtedy, kiedy są im najbardziej potrzebni.
  3. Przebodźcowanie. Pisałam chyba kiedyś o piątoklasiście, który miał trzy telefony komórkowe. Jego mama nie mogła zrozumieć, dlaczego Karolek przynosi takie słabe oceny, a przede wszystkim, dlaczego nauczyciele mówią, że wszystkie sprawdziany oddaje po pięciu minutach, przeważnie wypełnione częściowo albo byle jak. Gdzie i kiedy ten dzieciak miał się nauczyć koncentracji, skoro z każdej strony atakowała go elektronika? Oprócz wspomnianych smartfonów w pokoju miał też dwie konsole, komputer i wiecznie włączony telewizor.
  4. Wzorce z filmów i gier. Spokojnie, nie jestem wrogiem takiej rozrywki. Problem nawet chyba nie tkwi w samych treściach, ale w braku kontroli nad tym, co dzieci przyswajają. Jeszcze ze swojej poprzedniej pracy pamiętam rodzica, który kupował maluchowi (na oko sześcio-siedmioletniemu) jakąś grę oznaczoną „PEGI 18+”. Zwróciłam delikatnie uwagę na to ograniczenie, a w odpowiedzi usłyszałam: „Paaaani, to to jest pikuś! Żeby pani widziała, w co on jeszcze w domu gra…” Opisywany tutaj argument chodzi mi dziś po głowie szczególnie, a to za sprawą Księżniczki. Otóż mała od dwóch dni bawi się z wymyślonym zwierzątkiem: głaszcze, karmi, podaje mi do rąk, zabiera na spacer. Po serii pytań z mojej strony dowiedziałam się, że owo zwierzątko jest żółwiem o imieniu Tytus. Zdziwiło mnie to, bo nie mamy w otoczeniu żadnego Tytusa, włączając w to bohaterów książeczek. Kiedy dziś usłyszałam, że Tytus chodzi po drzewach (żółw?), postanowiłam dziada zgooglować. I wiecie co? Znalazłam. Tytus (a dokładniej chyba Tiddles, tylko Księżniczka go przechrzciła) pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund w jednym odcinku „Świnki Peppy”. Nasza córka ogląda bajki tylko z nami, a ani mąż, ani ja nie zwróciliśmy uwagi na tego gada. Za to nasza dwulatka nie tylko „Tytusa” zapamiętała, ale też dzięki fantazji przeniosła tę postać do realnego świata. A teraz wyobraźmy sobie, że zamiast przygód Peppy obejrzała horror…
  5. Hejt w sieci. Wielu dorosłych jest kompletnie nieodpornych na krytykę, a cóż dopiero mówić o nastolatkach, właśnie kształtujących swoją tożsamość. Dzieci bywają zaszczute przez rówieśników, czasem nawet niezdających sobie sprawy z tego, jak bardzo kogoś krzywdzą. Wszystko dzieje się często przy milczącym przyzwoleniu rodziców albo kompletnie poza ich wiedzą, co dodatkowo sprawia, że ofiary hejtu czują się samotne i całkowicie bezradne. Inna sprawa, że wielu opiekunów nie przyjmuje do wiadomości, iż ich pociechy są agresorami w internecie…
  6. Zła kondycja psychologii i psychiatrii dziecięcej, czyli wracamy do punktu wyjścia.

 

* Początek tytułu wpisu jest parafrazą słów wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Matka Boska samobójcy tłumaczy/ nie wyskakuj tak prędko z rozpaczy”.

Takie tam różne

Hejt nasz powszedni

ODSŁONA I
wieś

Pamiętam opowieści mojej babci o tym, jak z dziadkiem w młodości zjeździli rowerami pół Polski. Spali najczęściej na wsiach u rolników. W zamian za pomoc w pracach gospodarskich otrzymywali kolację, kąt do spania, a rano świeże mleko i możliwość pozrywania owoców na drogę. Tym sposobem, nie mając ani zbyt wiele pieniędzy, ani zapasów, zwiedzili wiele pięknych miejsc i przeżyli mnóstwo przygód.

Bardzo lubiłam słuchać tych historii. Być może dlatego, że tak bardzo nie przystają do dzisiejszych czasów, kiedy to synonimem luksusu jest mieszkanie na strzeżonym osiedlu, osłoniętym dodatkowo wysokim płotem przed wzrokiem wścibskich przechodniów.

ODSŁONA II
shop-2607121_960_720

Pracowałam kiedyś w sklepie zlokalizowanym w centrum handlowym. Mieliśmy mnóstwo towaru o różnej wadze i gabarytach – od łatwo gubiących się i podlegających kradzieżom drobiazgów aż po przedmioty ciężkie i zajmujące sporo miejsca. Jako pracownicy byliśmy w większości zgraną ekipą, która umiała ze sobą współpracować. I dobrze, bo roboty było mnóstwo: a to dostawa, a to korekty faktur, a to zwroty do magazynu (szukaj sobie, człowieku, po całej sali sprzedaży „gumki do mazania małej” z odpowiednim kodem kreskowym, bo akurat taką trzeba było odesłać), a to reklamacje, uciążliwy klient, układanie promocji, raportowanie, rozliczanie i tak w kółko. Niedaleko nas w tej samej galerii mieścił się elitarny butik – taki, w którym na sukienkę i torebkę mogłabym wydać całą ówczesną wypłatę, a kto wie, czy by nie zabrakło. Były w nim zatrudnione dwie albo trzy dziewczyny, które przez większą część zmiany siedziały z nosem przyklejonym do monitora i przeglądały Naszą Klasę, bo o Facebooku to jeszcze mało kto w Polsce słyszał. Klientek było najwyżej kilkanaście dziennie (u nas >10x więcej), za to niektóre z nich zostawiały tam takie kwoty, że dzienny utarg butiku spokojnie dorównywał naszemu. Czasem rozmawialiśmy z jego pracownicami i zawsze dochodziliśmy do wniosku, że jednak byśmy się nie zamienili: ani one na to nasze latanie jak w ukropie, ani my na ich pozorny spokój, pod płaszczykiem którego ukrywało się na przykład wynoszenie zużytych podpasek z przymierzalni, bo to, że klientka majętna, nie zawsze oznaczało, że kulturalna.

Zmierzam do tego, że łatwo jest oceniać po pozorach, a jeszcze łatwiej przypinać innym wygodne łatki. Wszak i wspomniane dziewczyny z butiku, i my, pracowaliśmy na tym samym stanowisku. Teoretycznie zajmowaliśmy się również tym samym, nawet w identycznej lokalizacji. A jednak trudno zestawić ze sobą specyfikę jednej i drugiej pracy…
purchase-3090818_960_720

Powyższy przykład przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pewnej dyskusji, w której przedstawiciele różnych zawodów (m.in. pielęgniarka, nauczyciel, pracownica korporacji i „pan od łopaty”, jak sam się przedstawił) spierali się, czyja praca jest trudniejsza, bardziej odpowiedzialna i wymagająca wyższych kwalifikacji. Właściwie nie wiadomo, czy po takiej lekturze śmiać się, czy płakać… Jeżeli dojdziemy kiedyś (my, społeczeństwo) do absurdalnego wniosku, że prawdziwie ważny i potrzebny jest tylko zawód np. lekarza, to za chwilę nikt nie będzie chciał nas strzyc, wozić do pracy, ratować na kąpielisku, a na końcu pochować.

ODSŁONA III
manifestation-3608918_960_720.png

Kilka tygodni temu pracownicy jednej z państwowych instytucji w moim mieście rozpoczęli akcję protestacyjną (i tym razem nie byli to nauczyciele, przysięgam!!!). Od dawna mówiło się, że w tej placówce dzieje się źle, ludzie masowo odchodzili do prywatnych firm. Wydawało się, że strajk jest tylko kwestią czasu. Jednak kiedy w końcu wybuchł, a informacja o tym pojawiła się mediach, większość (!!!) komentarzy zawierała hejt. Internauci pisali, że paniom zza biurek się w d***ch poprzewracało, że znudziło im się picie kawy na ciepłych krzesełkach. Ktoś udostępnił link do jakiegoś artykułu o rzekomych zarobkach osób tam zatrudnionych (tia, skądś to znam…), ktoś inny napisał, że sam musi tyrać za najniższą krajową, więc jakim prawem urzędnicy chcą podwyżek… i tak dalej.

Znacie ten stary, suchy dowcip o Polakach w piekle? Przytoczę go, bo stanowi idealną ilustrację ostatniego z powyższych argumentów.

fire-1311163_960_720

Otóż święty Piotr postanowił któregoś dnia zwiedzić piekło. Już u bram zapytał oprowadzającego go Lucyfera, jak diabłom udaje się zapanować nad taką rzeszą przeklętych dusz. Lucyfer odparł, że dla ułatwienia dzielą skazańców według przynależności narodowej.
W tym kotle po prawej są Niemcy – wyjaśnił – twardy, waleczny naród, więc jak widzisz, pilnuje ich cały pułk szatanów. Obok Francuzi; to z kolei tchórze, wystarczy jeden diabełek z widełkami na straży i już jest spokój.

A tamci na końcu, bez nadzoru? – zapytał św. Piotr.

To Polacy.

Polacy? – zdumiał się gość – Ale jak to? Przecież to nacja z tak bogatą historią, pełną wojen i przekrętów, a nikt ich nie pilnuje? I jeszcze wam piekła nie roznieśli?

Nie, mój drogi – zaśmiał się Lucyfer – Polacy pilnują się sami. Kiedy tylko jeden próbuje wyleźć z kotła, zaraz reszta go wciąga z powrotem. Polak nigdy nie pozwoli, żeby jego bliźni miał lepiej od innych.

Wiadomo, że dowcip wykorzystuje stereotypy i że takie postawy można znaleźć w każdym państwie. Jest to jednak coś, czego kompletnie nie pojmuję. Postawa typu „ja mam źle, to nie pozwolę, żeby innym wiodło się lepiej”.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Trzy powyższe odsłony powstały z niepokoju. Mam ponad 30 lat i po raz pierwszy naprawdę boję się sytuacji w moim kraju (a może i na świecie, kto wie). Co się z nami dzieje, że po tragicznej śmierci człowieka, zadźganego na oczach całej Polski podczas koncertu charytatywnego, wylewamy wiadro pomyj na jego żonę, dzieci, przyjaciół, zwolenników i przeciwników politycznych, a przy okazji każdego myślącego inaczej niż my? Nawet nie widzimy, że sami też już jesteśmy od tych pomyj brudni. Jak to możliwe, że kiedy jakaś grupa zawodowa domaga się godnych pensji albo uczciwych warunków zatrudnienia, to wszystkie pozostałe zaczynają udowadniać, że są lepsze, ważniejsze i bardziej potrzebne? A co najsmutniejsze, strajkujące pielęgniarki szydzą ze strajkujących policjantów, stróże prawa z protestujących nauczycieli, ci z kolei z górników i tak dalej. Kopiemy pod sobą nawzajem doły, byle głębsze i brudniejsze, kompletnie nie zastanawiając się, kto tak naprawdę w nie wpadnie i jakie będą tego konsekwencje.

Pół biedy, gdyby ta wzajemna nienawiść ograniczała się tylko do sieci, w której, jak wiadomo, łatwiej być „odważnym” (celowo w cudzysłowie). Gorzej, że słyszę ją w sklepie, kiedy facet w kolejce głośno komentuje nagłówek z wyłożonej przy kasie gazety; widzę w oczach kobiety, która z pogardliwym prychnięciem mija wolontariuszy WOŚP; czytam w wiadomościach od rodziców moich uczniów, którym nie podoba się, że Jasio bierze udział w konkursie/nie bierze udziału w konkursie/nie wygrał konkursu/wygrał konkurs/wygrał ex aequo z Marysią (właściwe podkreślić, można wszystkie) etc…

Co trzeba zrobić, żebyśmy wszyscy otrzeźwieli, zanim będzie za późno???

Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”