Takie tam różne

Ludzie, którym wszystko przeszkadza

Dzisiejszy tryb życia, wymuszający bycie ciągle aktywnym i stale w kontakcie z innymi, powoduje, że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Swoją cegiełkę dokładają oczywiście media, w których widzimy idealnie zadbane matki, perfekcyjnych pracowników, wiecznie młodych dziadków i tak dalej. Ten niedościgniony „idiotyzm doskonałości” (jak pisała Szymborska) wywołuje rozczarowanie i frustrację, które gdzieś muszą przecież znaleźć ujście. I tu właśnie upatrywałabym przyczyn coraz bardziej powszechnego zjawiska społecznego: niechęci do bliźniego.

argument-238529_960_720.jpg

Kiedyś pisałam, że matki z wózkami są niemile widziane w przestrzeni publicznej. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Spotkałam się na przykład z głosami, żeby nie wpuszczać małych dzieci do środków transportu publicznego (od autobusów po samoloty), bo przeszkadzają współpasażerom. Czasami trudno mi uwierzyć, że ktoś może wysuwać takie postulaty na poważnie. Pewnie, że nie lubię siedzieć obok wrzeszczącego niemowlaka, podobnie jak nie lubię, kiedy jakiś ciekawski roczniak oblewa mnie soczkiem albo grzebie w mojej torebce. Nie lubię tego nawet wtedy, kiedy robi to mój własny roczniak, a co dopiero obcy ;). Tyle tylko, że dziecko to nie dzikie zwierzę, ale człowiek, będący użytkownikiem przestrzeni na podobnych prawach jak dorośli. Na pewno wiele tutaj zależy od rodziców i tego, jak reagują na dziecięce dokazywanie… ale z drugiej strony nie można oczekiwać, że maluch zniesie kilkugodzinną podróż, siedząc nieruchomo w absolutnej ciszy. Zastanawiam się, czy zwolennicy zabronienia dzieciom wszystkiego mają świadomość, że to właśnie te dzieci będą im, za przeproszeniem, podcierać tyłki na starość, o leczeniu nie wspominając.

man-76196_960_720

Inny przykład to zaglądanie ludziom do portfeli. Ciągle się słyszy, ile (i o ile za dużo) zarabiają górnicy/lekarze/urzędnicy/nauczyciele/taksówkarze/panie w Biedronce, ile kto ma wolnego i kiedy może przejść na emeryturę. Do tego dochodzi koronny argument, że mamy prawo rozliczać pracowników budżetówki, bo ich pensje pochodzą z naszych podatków. To zupełnie tak, jakby policjant albo pediatra dostawał wypłatę za nic i to jeszcze z cudzej kieszeni. Czasem mam wrażenie, że najgłośniej krzyczą ci, którzy akurat owe podatki płacą w najmniejszej wysokości… Jeśli chodzi o pracowników innych firm, to też ich rozliczamy, a jakże… wszak wynagrodzenie kasjerki z Rossmanna pochodzi z pieniędzy, które tam wydajemy, czyż nie? Niektórzy czują się dzięki temu uprawnieni, żeby owym kasjerkom też ustalać wysokość zarobków i wypominać luksusowe warunki pracy.

cruiser-2361684_960_720

Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł dotyczący parkowania. Niestety nie taki w stylu satyry na „mistrzów kierownicy”, blokujących cztery miejsca podrasowanym BMW z trzeciej ręki… Był to pełen oburzenia tekst o tym, jak parkują kierowcy karetek podczas interwencji. Komuś się nie spodobało, że samochód pogotowia błyskał mu światłami w okna w środku nocy, komuś innemu przeszkadzało, iż zajął JEGO miejsce parkingowe. Ratownicy medyczni zostali nazwani „świętymi krowami”, którym wszystko wolno. Smuci mnie to i przeraża jednocześnie… Czy naprawdę nasza niechęć do bliźniego jest aż tak daleko posunięta, że denerwuje nas nawet ratowanie czyjegoś życia, jeśli krzyżuje nasze plany? Przypomniał mi się przy  okazji program lokalnej telewizji sprzed kilku lat. Prowadzący pytał mieszkańców nowego osiedla, czy zgodziliby się na wybudowanie hospicjum na jego obrzeżach. Wśród wielu wypowiedzi pozytywnych pojawiały się i takie, że… kursujące tam często karetki nie dawałyby spać i niepokoiłyby dzieci. Czyli, drogi obywatelu, jeżeli już musisz umrzeć przedwcześnie, to zrób to po cichu, żeby nie zakłócać sąsiadowi niedzielnego grilla.

Nasze kontakty z bliźnimi coraz częściej przenoszą się do świata wirtualnego i przybierają formę bezcielesną. Czy to dlatego tak trudno nam znieść fizyczny kontakt z drugim człowiekiem, z którym, chcąc nie chcąc, musimy dzielić się przestrzenią…?

Reklamy
Takie tam różne

Rodzicielskie antynoble – ranking subiektywny

Prolog

Staram się nie osądzać innych rodziców. Z boku wiele rzeczy wygląda inaczej, niż z perspektywy pierwszoosobowej. Łatwo kogoś ocenić na podstawie chwili, jednostkowego wydarzenia, które równie dobrze może być wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności albo mieć jakąś skomplikowaną i jak najbardziej wytłumaczalną przyczynę. Dlatego niniejszy ranking antyrodziców potraktujcie proszę z przymrużeniem oka. Ma służyć rozrywce i ewentualnie przyjrzeniu się własnym metodom wychowawczym (piszę to również do siebie, bo i dla mnie znalazło się miejsce w poniższym zestawieniu), niczemu więcej :).

Miejsce V     Ojciec – ryzykant

Chojnice z Fotopolska.pl
Źródło: Fotopolska.pl

Antynobel w kategorii „ojciec roku” wędruje do pewnego pana z Chojnic. Kilka lat temu, wypoczywając przy fontannie, zobaczyłam młodego tatę, który umieścił swoje dziecko (na oko maksymalnie dwuletnie) w pozycji klęczącej na widocznym na zdjęciu cokoliku. Sam usiadł sobie na ławce nieopodal i zatopił wzrok w ekranie telefonu. Oczywiście maluch, zostawiony sam sobie, bardzo chciał dosięgnąć rączką wody… Tylko przytomność innych osób zgromadzonych przy fontannie zapobiegła nieszczęściu.

Miejsce IV      Matka – pomadka

lipstick-605298_960_720

Teraz będzie o mnie. Historia z dzisiaj. Księżniczka obudziła się bardzo wcześnie i to w kiepskim humorze. Od rana była marudna, niczym nie chciała się na dłużej zainteresować. Wreszcie dorwała torbę od wózka, którą zabieramy na spacery. Uwielbia z niej wyjmować różne przedmioty i wkładać z powrotem. Ucieszyłam się, że ma bezpieczne zajęcie i poszłam się trochę oporządzić. W tej torbie znajdują się same Księżniczkowe szpargały, typu zapasowe pieluchy, etui na butelkę, podkład do przewijania, czasem jakaś czapeczka albo chustka. Co więc mogło pójść nie tak? Chociażby to, że po ostatnim spacerze nie wyciągnęłam stamtąd swojej pomadki do ust. Pisanie dalszego ciągu właściwie mogłabym sobie odpuścić, bo wystarczy odrobina wyobraźni, żeby wiedzieć, co trzynastomiesięczne dziecko jest w stanie zrobić przez 5 minut ze szminką. Na przykład wysmarować siebie od stóp do głów – jak najbardziej dosłownie. I jeszcze podłogę, kanapę i świeżo wywieszone pranie. Szczęście w nieszczęściu, że pomadka była dosyć jasna i nietoksyczna. Mam nauczkę na przyszłość… i przy okazji pretekst, żeby odwiedzić drogerię 😉

Miejsce III       Matko święta!

Kiedy odbywałam praktyki w szkole podstawowej, podeszła do mnie mama sympatycznej piątoklasistki – takiej pyzatej, spokojnej intelektualistki. Oznajmiła mi, że Marysia spóźni się chwilkę na zbiórkę przed jutrzejszą wycieczką, bo musi rano poadorować w kościele Pana Jezusa. Przyjęłam ten fakt do wiadomości i na tym mogłaby się sprawa zakończyć, ale mama mówiła dalej. Dowiedziałam się, że Marysia jest nadpobudliwa, ma za dużo złej energii i dlatego trzeba ją wyciszać. Z tego też powodu Marysia co rano chodzi do kościoła na pierwszą mszę, a potem leży krzyżem przed ołtarzem, żeby się uspokoić. No i właśnie dlatego spóźni  się jutro na tę zbiórkę.

Żebym nie została źle zrozumiana – sama jestem wierząca. Był czas, że też chodziłam w dni powszednie na poranne msze (chociaż nie bez znaczenia był fakt, że miałam chłopaka – ministranta… 😉 ). Uważam, że każdy ma prawo do własnych praktyk religijnych, o ile nie krzywdzą drugiego człowieka… No właśnie. Tak się zastanawiam, czy zmuszanie dwunastolatki do codziennego leżenia krzyżem na zimnej posadzce to rzeczywiście dobry sposób na pozbycie się „złej energii”. Chociaż – skoro Marysia była grzeczniutka i ułożona, to najwidoczniej działało 😉

Miejsce II       Jasiu, nie kop pani, bo się spocisz

wagon-188021_960_720

To było chyba ze dwa lata temu. Jechałam pociągiem, takim bez przedziałów, z poczwórnymi siedzeniami, na egzamin. Po drodze chciałam się jeszcze pouczyć. Pod koniec trasy, kiedy wagon był już prawie pełny, dosiadła się do mnie mama z synkiem, chyba niewiele starszym, niż obecnie moja Księżniczka. Przyznam uczciwie, że nie byłam tym zachwycona, ale też nie należałam nigdy do osób, którym jakoś szczególnie przeszkadzają dzieci w przestrzeni publicznej. Pomyślałam, że trudno, najwyżej z dalszej nauki nic nie wyjdzie. Chłopczyk był zresztą całkiem sympatyczny, bardzo ciekawy świata… a jego mama najwidoczniej postawiła sobie za cel wspieranie tej ciekawości, choćby po trupach. Posadziła go sobie na kolanach, pokazując mu widoki za oknem. Kiedy po chwili malec zaczął się nudzić, usłyszałam: „Wojtusiu, a teraz pani się przesiądzie, a my sobie zobaczymy widoczki z drugiej strony”. To ja byłam tą panią, co „się przesiądzie”. I nie miałabym nic przeciwko spełnieniu tego kaprysu, gdybym została o to w jakikolwiek sposób poproszona, a nie postawiona przed faktem dokonanym, w dodatku w trzeciej osobie. Udałam więc, że nie słyszę. Kobieta jednak się nie poddała i oznajmiła synkowi rozżalonym głosem: „Bardzo mi przykro, Wojtusiu, pani ci chyba jednak nie chce ustąpić”. Właściwie nie wiedziałam, jak mam się zachować… przeprosić ją za mój brak wychowania, czy od razu zabić? Mruknęłam, że wystarczyłoby poprosić i przesiadłam się naprzeciwko. Wojtuś pooglądał widoczki z drugiej strony, po czym zapragnął wrócić na poprzednie miejsce. Wróciłam więc i ja, a chłopczyk w dowód wdzięczności zaczął mi grzebać w torebce. Jeśli miałam jeszcze jakiekolwiek nadzieje, że moja współpasażerka dostrzega istnienie świata pozawojtusiowego, to w tamtym momencie one prysły. Owszem, zareagowała na poczynania synka. Jak? „I cio tam pani ma fajnego? Chusteczki, tak? I cio jeście?” Na końcu języka miałam odpowiedź, że magazyn z ostrym porno i chętnie pozwolę Wojtusiowi pooglądać obrazki. Zamiast tego, wycedziłam tym samym językiem: „Chyba nić fajnego, wieś?” i zamknęłam torbę. Wojtuś chyba nie był za bardzo rozczarowany, bo z pełnym zaangażowaniem oddał się przeglądaniu zawartości śmietniczki. Mamie to nie przeszkadzało, śmietniczce najwyraźniej też nie. No cóż.

Miejsce I      Matka – spadochron

spadochroooon

Uczyłam kiedyś nastolatka, którego mama najchętniej usłałaby mu drogę do szkoły poduszkami, żeby broń Boże nie nabił sobie przypadkiem guza. Już w pierwszych dniach pracy z nim zauważyłam, że chłopak jest zupełnie niesamodzielny. Jeśli czegoś nie wiedział, nie potrafił zapytać; jeżeli czegoś nie pokazało mu się palcem, to nie zrobił. Miał trudności w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, sam nie wykazywał bowiem żadnej inicjatywy i liczył, że koledzy sami się nim zaopiekują i zaproszą go do swojej paczki. Na początku myślałam, że jest chorobliwie nieśmiały, ale szybko okazało się, że po prostu mama zawsze wyręczała go we wszystkim. W procesie edukacji objawiało się to tym, że negowała praktycznie każdą jego ocenę, pisząc do nauczycieli (zwykle obraźliwe) maile, których główną tezą było to, że ona najlepiej zna swoje dziecko i wie, na ile ono opanowało biologię/historię/niemiecki etc. A pedagodzy są niekompetentni, niedouczeni i wyżywają się na jej biednym synku. Prawdziwy szok przeżyłam jednak w momencie, kiedy odkryłam, że szesnastoletni chłopak nie potrafi nakryć do stołu… i nie mówię tu o organizacji przyjęcia dla królowej brytyjskiej, tylko o położeniu talerza i zwykłych sztućców obiadowych.

Epilog

Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci klockiem. Wszyscy rodzice mają na koncie mniejsze lub większe wpadki, choć niektórzy zaliczają naprawdę spektakularne. Jestem ciekawa, komu i za co Wy przyznalibyście rodzicielskiego antynobla?

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Czego Internet uczy matkę (nie tylko adopcyjną)?

meeowww

Na początek podam Wam, Kochani, kawałek odgrzewanego kotleta w postaci  pewnego cytatu, mającego już na swoim koncie tyle okrążeń po sieci, że nie jestem w stanie podać jego źródła. Dotyczy on jednego z paradoksów współczesności i brzmi tak: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do oglądania zdjęć kotów i do kłótni z obcymi ludźmi”.

Nieco bardziej adekwatna do tematu wpisu wydaje mi się parafraza tej myśli: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do przeglądania mało wiarygodnych źródeł, a  pozyskane w ten sposób wiadomości wykorzystuję w kłótniach z ludźmi w realnym świecie”.

Moja koleżanka po fachu (nazwijmy ją Aldoną) po kilkunastu latach nauczania w podstawówce i gimnazjum postanowiła zmienić zawód. Zapytana o powody, podała dwa. Pierwszy, mało zaskakujący, to reforma edukacji, która wielu pedagogów skłoniła do takiego kroku. Jako drugi przytoczyła natomiast pewną sytuację, będącą właściwie metonimią coraz bardziej powszechnego zjawiska. Otóż przyszła do niej mama czwartoklasisty z pretensjami, że Aldona błędnie i niesprawiedliwie oceniła pracę jej synka. Zarzuciła nauczycielce niekompetencję, brak powołania i nienadążanie za najnowszymi trendami w szkolnictwie. Skąd miała wiedzę, pozwalającą jej negować zdanie wychowawczyni? Oczywiście z internetu. Przeglądała bowiem regularnie „różne fora pedagogiczne”, dzięki czemu wiedziała, „jak się teraz powinno oceniać prace dzieci”. Aldona (wg jej własnych słów) w pewnym momencie nie wytrzymała i zapytała ją, czy przegląda również fora medyczne, żeby być mądrzejszą od lekarza. W odpowiedzi miała usłyszeć, że synek nie potrzebuje lekarzy, bo mama zna go najlepiej i sama wie, co mu pomaga na różne dolegliwości. „Jaki sens ma ta praca – zapytała retorycznie moja koleżanka na koniec naszej ostatniej rozmowy – jeżeli każdy rodzic, niezależnie od wykształcenia, jest dzisiaj lepszym specjalistą niż nauczyciel, pedagog, psycholog, lekarz, pielęgniarka, prawnik i wszyscy eksperci świata razem wzięci?

Daleka jestem zarówno od porzucania pracy z powodu megalomanii rodziców, jak i od uważania, że wiem absolutnie wszystko o swoim dziecku. Może jeszcze teraz, póki Księżniczka jest malutka i nie ma stałego kontaktu z rówieśnikami, faktycznie najlepiej znam jej zachowanie, ale mam też świadomość, że z czasem ta wiedza (i związana z nią pewność) będzie maleć. Niech jednak pierwszy rzuci kamieniem w monitor, kto nigdy nie pytał Wujka Google o rozwiązanie swoich problemów dotyczących zdrowia, usterki piekarnika lub innej dziedziny codziennych zmagań z rzeczywistością. Być może (jak ja) dowiedzieliście się wówczas, że ból w krzyżu na 100% oznacza nowotwór jelit albo ciążę pozamaciczną, natomiast komunikat o błędzie numer 1632273 na wyświetlaczu samochodowego komputera przypomina o konieczności wymiany filtra, którego to w posiadanym modelu auta w ogóle nie ma i nigdy nie było.

executive-2051414_960_720.jpg

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy zdesperowany rodzic podejmuje próbę rozwiania wątpliwości wychowawczych lub pielęgnacyjnych. Staram się omijać wszelkie facebookowe grupy dla mam i inne fora parentingowe, ale czasem zdarza mi się zabłądzić w internecie i czytać różne teorie, przy których prace Hawkinga reprezentują co najwyżej poziom zerówki. Czego dowiedziałam się z sieci na temat macierzyństwa i nie tylko?

  1. Jestem złą matką. Nie karmiłam piersią (bez znaczenia, że to dziecko adoptowane), nie urodziłam naturalnie ani nawet przez CC (o, czyli jednak ma znaczenie, że to dziecko adoptowane), nie mam rytuału usypiania, Księżniczka nie śpi ze mną w łóżku, zdarza mi się spuścić ją na chwilę z oka, a czasem nawet podać jej obiad ze słoiczka.

dog-734689_960_720

2. Najwięcej nienawiści do ludzi jest na forach dla miłośników zwierząt. To odkrycie, w przeciwieństwie do poprzedniego, naprawdę mnie zaskoczyło. Szukając domu dla Reksia, dołączyłam do kilku grup na FB, pośredniczących w adopcjach zwierząt. Nigdzie nie widziałam jednocześnie tyle hejtu, ile wylewa się w stronę ludzi w takiej sytuacji, jak moja. Co prawda osobiście nikt mnie nie zaatakował, ale to może dlatego, że wystąpiłam pod własnym nazwiskiem, szczegółowo opisując sytuację i odpowiadając na wszystkie pytania. Dowiedziałam się natomiast, że człowiek, który szuka nowych opiekunów dla swojego zwierzęcia (np. dlatego, że wypadek przykuł go do wózka inwalidzkiego i nie jest już w stanie wyprowadzać na spacer 80-kilogramowego owczarka kaukaskiego) jest takim samym sadystą, jak ten, który wrzuca psa do worka z kamieniami i topi go w rzece albo przywiązuje pupila do drzewa w głębi lasu. Mam wrażenie, że nawet kibice Wisły i Cracovii potrafią rozmawiać ze sobą bardziej kulturalnie, niż członkowie niektórych grup tego typu. Nie rozumiem natomiast, po co dołączać do powyższych społeczności, jeżeli nie chce się przygarnąć ani oddać psa, nie znalazło się żadnego zabłąkanego ciapka ani nie było się świadkiem sytuacji wymagającej jakiejś prozwierzęcej interwencji.

learn-2300141_960_720

3. Moje dziecko jest opóźnione w rozwoju. Nie cieszcie się, Wasze też są. Jeżeli nieopatrznie pochwalicie się, że Wasz roczniak już korzysta z nocnika i recytuje wierszyki, to zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze, że jego pociecha w tym wieku siusiała do klozetu, który następnie po sobie myła, a w razie potrzeby także biegła do najbliższego supermarketu w celu uzupełnienia zapasów papieru toaletowego; ponadto płynnie mówiła w trzech językach – i to trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie, żeby nie było za łatwo. W związku z powyższym, zamiast się cieszyć z postępów maluszka, lepiej udać się z nim do specjalisty, nim będzie za późno.girl-2617485_960_720

4. Dzieci adoptuje się z litości. To najnowszy hit, dlatego nie zdążyłam go jeszcze dopisać do listy adopcyjnych stereotypów. Nie doczytałam tylko, czy ta litość dotyczy dziecka („skrzywdzonej, małej sierotki”), współmałżonki/a („biedna/y, nie może mieć potomstwa, to mu przysposobię, niech się poczuje bardziej kobieco/męsko”) czy sąsiadki z naprzeciwka („i tak cały dzień siedzi w oknie z lornetką, to niech sobie chociaż dla urozmaicenia popatrzy na bobaska, zamiast tylko na nas i tego grubego pijaka spod ósemki. Ostatnio chyba brakuje jej materiału do kolejnych teorii spiskowych, to proszę bardzo, niech ma.”).

5. Wzięcie pod swój dach obcego DNA jest aktem odwagi. Nigdy nie myślałam w ten sposób o małżeństwie, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to właściwie racja.

…A nie, moment, to stwierdzenie dotyczyło adopcji dziecka. E tam, jakiej odwagi. Mam w szybkim wybieraniu numer do NASA, SWAT, CBŚ, KGB, PZU, KFC i Sanepidu (reagującego najskuteczniej z powyższych, bo jeszcze przed wezwaniem, o czym pisałam ostatnio), więc jeśli Księżniczka okaże się przybyszką z Melmac, to będę wiedziała, co robić.

6. Jestem niedouczona i niekompetentna. Wy również, bez względu na to, czy jesteście nauczycielami, informatykami, sprzedawcami, kierowcami, dziennikarzami czy np. przedsiębiorcami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto, nie mając kierunkowego (a nierzadko w ogóle żadnego) wykształcenia, wytknie Wam wszystkie błędy, nawet te nieistniejące lub jeszcze niepopełnione. W razie braku merytorycznych argumentów adwersarz zawsze będzie mógł Wam zarzucić, że zostaliście przekupieni. Lekarze zalecają szczepienia, bo płacą im za to firmy farmaceutyczne, a nauczyciele wybierają konkretne podręczniki, ponieważ wydawnictwa sponsorują im zagraniczne wycieczki… i tak dalej. Nawet osiedlowy pubik z trzema stolikami na krzyż też zapewne finansuje pisanie pozytywnych recenzji lokalu na FB.

toxic-145897_960_720
7. Guzik wiem o życiu. Ahaja vel Olitoria wspomniała w najnowszym wpisie o programie telewizji śniadaniowej, w którym ekspertka uczyła widzów, jak rozwieszać pranie na suszarce. Internet roi się od równie odkrywczych porad, a jeszcze częściej od straszenia horrendalnymi konsekwencjami całkiem prozaicznych praktyk, takich jak kilkakrotne przegotowywanie wody (wiedzieliście, że to powoduje raka?), mycie mięsa przed gotowaniem (wiedzieliście, że to powoduje raka?), podawanie czarnej herbaty z cytryną (wiedzieliście, że to powoduje raka?) albo łączenie w sałatce pomidora z ogórkiem (wiedzieliście, że to też powoduje raka?).

7. Więcej nas łączy, niż dzieli. Zaimek z poprzedniego zdania odnosi się głównie do rodziców. Pomimo tych bezsensownych podziałów na dających smoczki i niedających, stosujących pampersy i pieluchy wielorazowe etc., wszyscy jednakowo chcemy jak najlepiej dla swoich dzieci i tak samo gubimy się w gąszczu porad, mód, mądrości i porównań.

8. Rodziny adopcyjne są wszędzie. Kiedyś już o tym pisałam. Pierwszym blogiem mamy ado, na jaki trafiłam – jeszcze przed formalnym rozpoczęciem procedury – było chyba Nasze Bąbelkowo… a potem poszło już z górki. I nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi przysposabia dzieci, a wielu z nich również bloguje, dzięki czemu powstaje coraz większa, chociaż (na szczęście!) nieformalna społeczność osób o podobnych doświadczeniach.

Jako patologiczne dziecko, jak określiła nas kilka dni temu Izzy, chwilami tęsknię za bezpowrotnie już minionymi czasami sprzed cyfryzacji. Potem jednak przypominam sobie, że to dzięki sieci dowiedziałam się tyle o adopcji, a potem poznałam Was. Zresztą nawet mój przyjaciel M., choć spotkaliśmy się najpierw osobiście, nawiązał ze mną kontakt właśnie na internetowym forum. Sporo moich rzeczywistych relacji także przynajmniej częściowo przeniosło się do świata wirtualnego, bo tak jest prościej i wygodniej, chociaż na pewno mniej urokliwie. Zwłaszcza harcerskie i akademickie znajomości mają to do siebie, że łączą ludzi z odległych zakątków kraju (i nie tylko), którym o wiele łatwiej „spotkać się” w messengerze niż w kawiarni.

Na koniec zatem również cytat, tym razem  z opowiadania Antoniny Liedtke: „W sieci można udawać wszystko, z wyjątkiem tego, co się naprawdę liczy. Nie możesz udawać inteligencji, poczucia humoru ani błyskotliwości… złośliwości, przewrotności, ani całej reszty twojej paskudnej, fascynującej osobowości”.

Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Takie tam różne, Uncategorized

Dziadostwo i inne koligacje

Dziadkowie

Za kilka dni babcia i dziadkowie Księżniczki będą obchodzić swoje pierwsze święto w tej roli. Na szczęście do wszystkich mamy blisko. Sama bardzo źle wspominam z dzieciństwa przedszkolne akademie z powyższej okazji. Rodzice moich rodziców mieszkali kilkaset kilometrów od nas, przez co nigdy nie miałam komu wręczyć laurki. Uśmiechnięte koleżanki mówiły wierszyki dla dziadków i wskakiwały babciom na kolana, a mnie było przykro… dzieci w takiej sytuacji było kilkoro.  Nawet dzisiaj, już z punktu widzenia pedagoga, uważam urządzanie takich uroczystości za nie do końca rozsądne. Są przecież maluchy, które w ogóle nie mają dziadków (a czasem nikogo poza rodziną zastępczą). Myślę, że czują się wtedy podwójnie opuszczone.

Ponieważ Dni Babci i Dziadka są z zasady dniami radosnymi, nie chcę, aby mój dzisiejszy wpis był smutny. Porzucam zatem przykre wspomnienia i wracam do meritum, czyli do tego, kim są dziadkowie w życiu wnucząt. (Swoją drogą, zachodzi tu pewna słowotwórcza ciekawostka, nie uważacie? Jeżeli brat i siostra stanowią rodzeństwo, wujek z ciotką to wujostwo, ich dzieci to kuzynostwo, a żona plus mąż równa się małżeństwo, to dlaczego dziadostwo kojarzy się zupełnie z czymś innym?) Usilnie próbujemy wymyślić dla naszych rodziców jakieś ciekawe upominki w imieniu Księżniczki. Sprawa nie jest prosta, bowiem trudno znaleźć coś, czego jeszcze nie mają, a co jednocześnie nie jest kiczowate ani oklepane. I właśnie rozważania z zakresu prezentologii stosowanej naprowadziły mnie na charakterystykę rodzajów babć i dziadków. Nie ukrywam, iż każdy z tych typów oparty jest na osobistych (bliższych lub dalszych, że tak to określę) doświadczeniach.

  1. DZIADEK – ARTYSTA

Artysta1

Namalował portret wnuczki, zanim jeszcze przyszła na świat, co (w jego mniemaniu) czyni go wieszczem wśród artystów. O samej zainteresowanej mówi, że jest prawie tak piękna, jak na jego obrazie, co oczywiście stanowi najwyższy komplement. Jak na twórcę przystało, żyje w alternatywnej rzeczywistości. Właściwie nie za bardzo wie, co można robić z takim niemowlęciem poza namalowaniem go. Tę właściwość Dziadka-Artysty warto wykorzystać, kupując mu nowe pędzle albo komplet farb i od razu zamawiając kolejną podobiznę wyczekanej wnuczki.

  1. BABCIA-BOGU-MIŁA

Babciaw

Imię ma tutaj charakter wyłącznie symboliczny, po prostu moim zdaniem brzmi lepiej niż „babcia-moher”. Na wieść o tym, że będzie miała wnuka, pyta, czy był spłodzony po Bożemu i czy aby nie w Wielkim Poście. Uzyskawszy satysfakcjonującą (inna rzecz, czy zgodną ze stanem faktycznym) odpowiedź, wymyśla mu imię, koniecznie biblijne i wyłącznie z Nowego Testamentu, żeby, broń Panie Boże, nikt go nie pomylił z Żydem. Następnie dzwoni do zaprzyjaźnionego (a jakże) proboszcza z pytaniem, czy dziecko można ochrzcić już w łonie matki. Odmowę traktuje jak herezję, w związku z czym obdzwania jeszcze ośmiu innych kapłanów, włącznie z misjonarzem z Zimbabwe i stuletnim arcybiskupem. Niczego z żadnym z nich nie załatwia, co wyraźnie psuje jej humor, ale tylko na chwilę. Szybko bowiem przypomina sobie, że nienarodzone maluszki dosyć szybko zaczynają słyszeć, więc przynosi przyszłym rodzicom w prezencie swoje radio, rzecz jasna nastawione na odbiór jedynej słusznej rozgłośni. Jak będą wyglądały jej relacje z wnukiem? Na pewno dopilnuje, by przystąpił do wszystkich sakramentów i zorganizuje mu udział w każdym możliwym turnusie parafialnych półkolonii. Co jej kupić na Dzień Babci? Kalendarz z papieżem już pewnie ma, więc dobrym pomysłem będzie np. oprawione zdjęcie wnusia, grającego aniołka w szkolnych jasełkach. Gorzej, jeżeli wnusiowi przypadła rola Heroda…

  1. DZIADEK-PIOTRUŚ PAN

PiotruśPan

Typ wiecznego chłopca, który dzieciństwo wnuka traktuje jak przedłużenie własnego. Chętnie buduje z dziedzicem zamki z lego, organizuje wyścigi resoraków, a nawet gra w przygodówkę na Playstation. Trudności (nie do przeskoczenia!!!) zaczynają się w momencie, kiedy malucha trzeba przewinąć, ubrać albo podać mu do jedzenia coś innego niż obiadek ze słoiczka. Piotruś Pan zawsze deklaruje gotowość zaopiekowania się wnukiem pod nieobecność jego rodziców, ale lepiej dla bezpieczeństwa pozwalać na to tylko wtedy, kiedy w bezpośrednim pobliżu znajduje się babcia. Dla tego rodzaju dziadka łatwo jest wybrać prezent. Ucieszy się z każdego zabawnego gadżetu, na przykład koszulki lub kubka ze śmiesznym napisem.

  1. BABCIA-DOBRA WRÓŻKA

wróżka

Wychodzi z założenia, że wnuki są po to, by je rozpieszczać. Od pierwszych dni malucha pomaga w pielęgnacji i zasypuje prezentami. Starsze dziecko chętnie zabiera do kina, na łyżwy albo na zakupy. Jedyną wadą Dobrej Wróżki (aczkolwiek przeważnie niedostrzegalną dla wnuków) jest to, że często WIE LEPIEJ niż rodzice, co jest dobre dla ich pociechy. Takiej babci można podarować np. voucher do salonu urody, aby choć przez chwilę zrobiła coś dla siebie, zamiast dla innych.

  1. DZIADEK-ERUDYTA

Erudyta

Posiada imponujący zasób wiedzy z wielu dziedzin. Nałogowo czyta książki i prasę specjalistyczną, a reszta rodziny nie może zrozumieć, dlaczego dotąd nie wziął udziału w „Jednym z dziesięciu” albo „Milionerach”. On sam twierdzi, że skoro zna odpowiedzi na wszystkie pytania, to nie widzi w tym zabawy.  Wnuki od pierwszych dni życia zapoznaje z klasyką światowej literatury, a zaraz po chrzcinach robi im wykład z podstaw oszczędzania i inwestowania otrzymanej gotówki. Erudycie można kupić książkę lub grę logiczną, w której będzie mógł rywalizować z najmłodszym pokoleniem.

  1. BABCIA-TRADYCJONALISTKA

tradycjonalistka.jpg

Wychowała pięcioro dzieci za komuny, kiedy nie było niczego – no i proszę, wszystkie wyrosły na porządnych ludzi. Nie to, co teraz… Pampersy, mokre chusteczki, fiszerprajsy i inne fanaberie, które do niczego dobrego nie prowadzą. Babcia-Tradycjonalistka przywiezie wygrzebany  z piwnicznych czeluści stos ubranek noszonych kolejno przez wszystkie jej dzieci oraz pudło zabawek sprzed czterdziestu lat, ale o co chodzi, przecież jeszcze posłużą. Właściwie nie wiem, co kupić takiej babci… Może jakiś poradnik w stylu „Jak wychować wnuki w XXI wieku”?

  1. DZIADEK-KAPRAL

Kapral

Lubi porządek… ale wyłącznie idealny. Co prawda niestraszne mu żadne pole minowe, ale kiedy przewija wnuczkę, zapina pieluszkę przy użyciu linijki i poziomnicy, żeby było równo. Ku uciesze małej cierpliwie odkłada po niej zabawki na swoje miejsce, co powoduje efekt perpetuum mobile – wiecie, o czym mówię. 😉 Jest do bólu punktualny. Jeżeli powie mu się, że dziecku trzeba dać jeść o piątej po południu, to równo o 16:59:59’ będzie stał na baczność przed podgrzewaczem do butelek, meldując gotowość do nakarmienia szeregowej najmłodszej rangą wiekiem. Kapralowi można kupić prosty w stylu zegarek albo organizer.

  1. BABCIA INCOGNITO

incognito

Jest młoda duchem, zadbana, sprawna, pełna energii. Chodzi w jeansach, szpilkach i dopasowanych bluzkach. Zrobi przy maluchach wszystko, byleby tylko nikt nie nazywał jej babcią. Podczas wspólnych wyjść pozwala wnukom mówić sobie po imieniu, w końcu „Wiola” brzmi o wiele przyjemniej niż „babunia”, a przy tym nie konotuje zmarszczek, nietrzymania moczu i wszystkich innych wątpliwych radości kojarzonych z podeszłym wiekiem. Prezenty zawierające słowo „babcia” także zdecydowanie odpadają, ale za to strzałem w dziesiątkę okażą się kosmetyki (byle nie żadne „50+”!) albo karta upominkowa do odzieżowej sieciówki.

A jak Wy planujecie świętować Dzień Babci i Dzień Dziadka?