Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Reklamy
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Buraki, cebula i reszta towarzystwa

detox-1995433_960_720

Popatrz, Księżniczko. Mama sprząta i przegląda przepisy na ciasta. To znaczy, że przyjdą goście – powiedział złośliwiec, czyli P., do naszej córy, na co rzuciłam mu mordercze spojrzenie. A potem szmatę. I dodałam, żeby sam się wziął do roboty.

Właściwie mam wrażenie, że od pół roku nie robię w domu nic poza sprzątaniem… a raczej nie robimy, bo i mój małżonek zaczyna odpoczynek po pracy od pozbierania zewsząd klocków, skarpetek, chusteczek, sznurowadeł i łyżeczek do miodu (nawet nie pytajcie). Trochę racji P. jednak miał w powyższej wypowiedzi, bo wiadomo – inaczej sprząta się dla siebie, a inaczej przed przyjęciem gości, zwłaszcza takich, którzy przychodzą do nas po raz pierwszy. Niedawno powiedziałam Gośce, iż akceptowanie stanu naszych czterech kątów sprowadza się ostatnio do tego, że jeśli można przejść przez mieszkanie, o nic się nie potykając i do niczego nie przyklejając, to znaczy, że jest czysto. Sama zresztą Gośka, którą znałam jako pedantkę, zaśmiała się w głos i odparła, iż odkąd ma dziecko, sprzątanie przed wizytą gości polega na wrzuceniu szpargałów córki i męża do najbliższej szafy, przyklepaniu nogą i zamknięciu na cztery spusty, w nadziei, że nikt tam nie zajrzy.

Od momentu adopcji właściwie ciągle ktoś nas odwiedza. Dzisiaj czekamy na F. i jej męża, którego jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać. Na szczęście z F. znamy się na tyle, że nie musimy się jakoś specjalnie spinać przed tym wydarzeniem – wiadomo, że będziemy się czuli swobodnie w swoim towarzystwie.  Ciasta nie piekę, bo Księżniczka ma od niedawna fazę na wchodzenie do piekarnika i boję się, że będzie próbowała to zrobić nawet przy temperaturze 180 stopni. Tego manewru może nie przetrwać bez uszczerbku ani mała, ani sernik czy inna szarlotka…

Tak czy inaczej, każda wizyta gości przypomina mi, chcąc nie chcąc, o kilku zasadach savoir-vivre’u, których w naszym domu absolutnie się nie przestrzega. Czyli całkiem możliwe, że dla niektórych jestem Cebulą, mój mąż Burakiem, a odwiedzający mogą być ewentualnie Selerami, wzdychającymi „A to feler…” jak u Brzechwy.

legs-59789_960_720

Po pierwsze – obowiązuje u nas zakaz chodzenia w butach, chociaż podobno proszenie gości o zdjęcie obuwia jest w złym tonie. Zresztą przyznaję, że nigdy tej reguły nie rozumiałam… Sama nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wleźć do czyjegoś mieszkania w ubłoconych buciorach albo rysować szpilkami po zadbanych panelach. A już tym bardziej, jeśli w domu jest małe dziecko.

cigar-362183_960_720

Po drugie – nie pozwalamy palić w mieszkaniu papierosów. Niby się powinno, a popielniczka dla gości świadczy o dobrym wychowaniu gospodarza. Może i tak, ale nie widzę powodów, dla których miałabym się zgadzać na to, żeby ktoś mnie podtruwał w moim własnym domu.

business-suit-690048_960_720

 

Po trzecie – kwestia stroju. Wiadomo, że są takie okazje, kiedy wypada wyglądać odświętnie. Absolutnie z tym nie dyskutuję. Chyba nie umiałabym zasiąść do kolacji wigilijnej w piżamie ani pójść w dresie na imieniny pradziadka. Natomiast, zapraszając znajomych na zwykłe towarzyskie spotkanie, przeważnie zaznaczam, żeby ubrali się przede wszystkim wygodnie. Wychodzę z założenia, że posiadówa przy kawie nie wymaga przywdziewania garsonki ani garnituru. Zwłaszcza jeśli w domu są małe dzieci lub wszędobylskie zwierzęta i łatwo o pobrudzenie się lub podarcie rajstop…

W poprzednim wpisie wspominałam, że mama bardzo się starała kontrolować moje życie towarzyskie. Jako nastolatka mogłam zapraszać gości, ale w bardzo ograniczonym zakresie. U mojego męża było podobnie, choć z zupełnie innych powodów. Być może dlatego teraz oboje lubimy wizyty znajomych, którzy zresztą chętnie nas odwiedzają…

bonding-1985863_960_720

… chociaż może nie aż tak chętnie, jak znajomi córek Olitorii, bo biedna jak raz otworzyła drzwi, to już nie może ich zamknąć. 😉 Izzy z kolei mieszka za daleko od wszystkich, żeby niechcący i niezapowiedzianie wpaść na kawę – no, chyba że jest się jej teściami, ale to inna bajka.

A jak jest u Was z odwiedzinami? Lubicie gości? Czego od nich oczekujecie?

Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…

Takie tam różne

Potwory z głębin i reszta menażerii

Podobno podczas naszego pobytu nad Bałtykiem w jednym z mieleńskich hoteli ludzie potruli się salmonellą. Jako że Polak Polakowi zawsze dobrze życzy, medialne wzmianki o tym zdarzeniu były okraszone najszczerszymi wyrazami współczucia, w  stylu: „Dobrze im tak, 500+ na wakacjach” czy też „Do Mielna jeździ tylko patologia” lub bardziej wyrafinowanych: „Janusz z Grażyną i Sebastianem będą rzygali za parawanem”. I to jest właśnie ten moment, w którym czuję, że muszę coś sprostować. Turyści nad polskim morzem to nie tylko Janusz, Grażyna, 500+, parawany i salmonella. Galeria postaci jest o wiele bogatsza i ciekawsza!

fonsz

Wąż piaskowy

Bardzo pospolity gatunek. Wypełza na plażę bladym świtem i wygrzewa się w słońcu aż do jego ostatnich promieni. Żywi się lodami Bambino oraz piwem przechowywanym w mokrym piasku. Można go poznać po czerwonej (rzadziej złotobrązowej) skórze, którą często zrzuca całymi płatami, co jednak nie zniechęca go do dalszego opalania. Najczęściej leży na otwartej przestrzeni, czasem także chłodzi się w morzu lub kryje za krzewami parawanowymi. Można go wtedy wywabić okrzykami: „Prażona kukurydza, mrożona kawa, jagodzianki, zimne piweczko” lub „Nawet Neptun wyszedł z wody, żeby zjeść Bambino lody”.

beach-1436821_960_720

Klasyka gatunku

Skoro jesteśmy przy plażowaniu, to nie można ich pominąć: łysiejącego pana z brzuszkiem zakrytym rozciągniętym białym podkoszulkiem, obowiązkowo noszącego klapki i skarpetki… oraz towarzyszącej mu pani z widoczną nadwagą, w wielkim słomianym kapeluszu i plastikowych okularach przeciwsłonecznych, dla której ikoną stylu jest Mamoniowa z „Rejsu”. Pobyt nad wodą rozpoczynają od rozbicia parawanu, wbijanego w piasek klapkiem i najlepiej otaczającego ich całkowicie – bo po co komu widok na morze?

penguin-156669_960_720.png

Bałtyckie pingwiny

To my! I wcale nie dlatego, że lubimy zimno. Pingwinią rodzinkę można poznać po tym, że na jej czele pingwinim kroczkiem człapie roczne pingwiniątko, a za nim w identycznym stylu  stroskani rodzice, w razie czego osłaniający pisklaka skrzydłami, żeby nie spadł z promenady albo przypadkiem nie odfrunął – taki maluch przecież jeszcze nie wie, że nie umie latać, więc może mu się niechcący ta sztuka udać i co wtedy? Pingwin i Pingwinowa zwykle mają bardzo sprecyzowane wymagania dotyczące zakwaterowania i wyżywienia: najbardziej atrakcyjna miejscówka to taka pomiędzy placem zabaw, placem zabaw a placem zabaw i względnie niedaleko od plaży.

pool-690034_960_720

Royal Family na urlopie

Ten gatunek zamieszkuje wyłącznie hotele cztero- i pięciogwiazdkowe, najchętniej z basenem, prywatną plażą i oddzielnym pomostem. Jego przedstawiciele wybrali Mielno tylko dlatego, że Emiraty są już passé, a na Malediwy nie można dolecieć z Radomia. Przeważnie gardzą pieszym transportem, miejscami publicznymi i przesmażonymi frytkami. Dlatego też stołują się jedynie w hotelowej restauracji, ewentualnie jeżdżą (koniecznie samochodem) do modnych wśród wyższych sfer lokali w sąsiednich miejscowościach. W innych przypadkach rzadko opuszczają swoją luksusową enklawę. Zarażenie salmonellą po prostu nie może ich dotyczyć, wszak wiadomo, że bakcyl wybiera tylko ofiary z czterocyfrową wypłatą i nigdy nie odważyłby się zaatakować Royal Family.

advertise-768067_960_720

Łowca okazji

Interesujący gatunek drapieżnika. Ma silnie rozwinięty instynkt łowiecki, dzięki któremu zaraz po przyjeździe wie już, gdzie można zjeść dwa dania w cenie jednego, gdzie jest najtańsze piwo, a gdzie w godzinach szczytu nie ma tłumów. Zwykle porusza się na czele stada, dając sygnały głośnymi okrzykami i nerwowymi ruchami kończyn, kiedy tylko zobaczy wolny stolik w restauracji, krótszą kolejkę do kasy w supermarkecie albo obniżkę cen pamiątkowych skarpetek z napisem „Wilk morski”.

man-2555188_960_720

Niemiecki emeryt

Nosi szorty, koszulę z krótkim rękawem, okulary polaryzacyjne i kaszkiet albo kapelusz. Porusza się pieszo lub mercedesem, ewentualnie audi bądź volkswagenem. Głośno mówi, żeby nikt nie miał wątpliwości co do jego pochodzenia. Robi mnóstwo zdjęć – najczęściej budynków lub innych obiektów, najrzadziej towarzyszącej mu żonie. Stołuje się w lokalach serwujących bigos, pierogi, schabowego i piwo regionalne, które następnie z grymasem niezadowolenia porównuje z rodzimym. Chętnie stosuje nieliczne znane mu polskie zwroty, głównie grzecznościowe. Zostawia wysokie napiwki w euro, a obsługa jeszcze długo po jego wyjściu zastanawia się, dlaczego wolał spędzić urlop w takiej dziurze, zamiast na niemieckim wybrzeżu…

hat-1427027_960_720
Nie znalazłam odpowiedniego zdjęcia 😦

 

Miss promenady

Najwyraźniej dba o bezpieczeństwo, bo jest widoczna z daleka. Wszystko to za sprawą odblaskowych kolorów, w które jest odziana: żarówiastych zielonych spodenek, pomarańczowej bluzki i lakierowanej różowej torby. Sama również się świeci od samoopalacza z brokatem. Często nosi ogromny słomkowy kapelusz z wielką kokardą. Nie gardzi też pobrzękującą biżuterią. Jej ciało zdobią wymyślne tatuaże z henny, a głowę supermodne w tym roku kolorowe afrykańskie warkoczyki. Zazwyczaj porusza się w towarzystwie przyjaciółek z tego samego gatunku, rzadziej nieprzyciągającego uwagi samca.

thumb-1006395_960_720

Malkontent

Zdarzyło mu się raz być na urlopie w Bułgarii/NRD/Chorwacji/Egipcie* (*niepotrzebne skreślić) i od tamtej pory żadna rodzima atrakcja nie jest w stanie go zadowolić. W Bułgarii (NRD, Chorwacji, Egipcie…) morze było cieplejsze, ceny niższe, kobiety ładniejsze, hotele bardziej luksusowe, a z prysznica leciała dwudziestoletnia whisky (albo raczej woda w tym kolorze, tylko że Malkontent skutecznie wyparł ten fakt z pamięci). Wtedy to były (w)czasy! Bo teraz to już nie ma (w)czasów…

geese-2494952_960_720.jpg

500+ na wakacjach

Celowo użyłam tego sformułowania, chociaż okropnie mnie drażni. Zaczerpnęłam je z internetowego hejtu. Według niektórych każda wielodzietna rodzina to patologia, która powinna siedzieć w domach, chlać wódę i wyciągać łapy po zasiłki, zamiast wyjeżdżać wspólnie nad morze i zabierać przestrzeń prawdziwym turystom. Noż urwał nać! Sam program 500+ uważam za chybiony, ale skoro już jest, to świetnie, że dzięki niemu więcej ludzi stać na rodzinne wakacje. Miło się patrzy na uśmiechniętych małżonków, spacerujących promenadą z gromadką szkrabów. Ot co.

Jak już wspomniałam, my jesteśmy przede wszystkim pingwinią familią, chociaż pewnie tkwią w nas też pierwiastki innych gatunków. A Wy w których typach się odnajdujecie?

Czytała Krystyna Czubówna Lady Makbet

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉