Takie tam różne

Hejt nasz powszedni

ODSŁONA I
wieś

Pamiętam opowieści mojej babci o tym, jak z dziadkiem w młodości zjeździli rowerami pół Polski. Spali najczęściej na wsiach u rolników. W zamian za pomoc w pracach gospodarskich otrzymywali kolację, kąt do spania, a rano świeże mleko i możliwość pozrywania owoców na drogę. Tym sposobem, nie mając ani zbyt wiele pieniędzy, ani zapasów, zwiedzili wiele pięknych miejsc i przeżyli mnóstwo przygód.

Bardzo lubiłam słuchać tych historii. Być może dlatego, że tak bardzo nie przystają do dzisiejszych czasów, kiedy to synonimem luksusu jest mieszkanie na strzeżonym osiedlu, osłoniętym dodatkowo wysokim płotem przed wzrokiem wścibskich przechodniów.

ODSŁONA II
shop-2607121_960_720

Pracowałam kiedyś w sklepie zlokalizowanym w centrum handlowym. Mieliśmy mnóstwo towaru o różnej wadze i gabarytach – od łatwo gubiących się i podlegających kradzieżom drobiazgów aż po przedmioty ciężkie i zajmujące sporo miejsca. Jako pracownicy byliśmy w większości zgraną ekipą, która umiała ze sobą współpracować. I dobrze, bo roboty było mnóstwo: a to dostawa, a to korekty faktur, a to zwroty do magazynu (szukaj sobie, człowieku, po całej sali sprzedaży „gumki do mazania małej” z odpowiednim kodem kreskowym, bo akurat taką trzeba było odesłać), a to reklamacje, uciążliwy klient, układanie promocji, raportowanie, rozliczanie i tak w kółko. Niedaleko nas w tej samej galerii mieścił się elitarny butik – taki, w którym na sukienkę i torebkę mogłabym wydać całą ówczesną wypłatę, a kto wie, czy by nie zabrakło. Były w nim zatrudnione dwie albo trzy dziewczyny, które przez większą część zmiany siedziały z nosem przyklejonym do monitora i przeglądały Naszą Klasę, bo o Facebooku to jeszcze mało kto w Polsce słyszał. Klientek było najwyżej kilkanaście dziennie (u nas >10x więcej), za to niektóre z nich zostawiały tam takie kwoty, że dzienny utarg butiku spokojnie dorównywał naszemu. Czasem rozmawialiśmy z jego pracownicami i zawsze dochodziliśmy do wniosku, że jednak byśmy się nie zamienili: ani one na to nasze latanie jak w ukropie, ani my na ich pozorny spokój, pod płaszczykiem którego ukrywało się na przykład wynoszenie zużytych podpasek z przymierzalni, bo to, że klientka majętna, nie zawsze oznaczało, że kulturalna.

Zmierzam do tego, że łatwo jest oceniać po pozorach, a jeszcze łatwiej przypinać innym wygodne łatki. Wszak i wspomniane dziewczyny z butiku, i my, pracowaliśmy na tym samym stanowisku. Teoretycznie zajmowaliśmy się również tym samym, nawet w identycznej lokalizacji. A jednak trudno zestawić ze sobą specyfikę jednej i drugiej pracy…
purchase-3090818_960_720

Powyższy przykład przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pewnej dyskusji, w której przedstawiciele różnych zawodów (m.in. pielęgniarka, nauczyciel, pracownica korporacji i „pan od łopaty”, jak sam się przedstawił) spierali się, czyja praca jest trudniejsza, bardziej odpowiedzialna i wymagająca wyższych kwalifikacji. Właściwie nie wiadomo, czy po takiej lekturze śmiać się, czy płakać… Jeżeli dojdziemy kiedyś (my, społeczeństwo) do absurdalnego wniosku, że prawdziwie ważny i potrzebny jest tylko zawód np. lekarza, to za chwilę nikt nie będzie chciał nas strzyc, wozić do pracy, ratować na kąpielisku, a na końcu pochować.

ODSŁONA III
manifestation-3608918_960_720.png

Kilka tygodni temu pracownicy jednej z państwowych instytucji w moim mieście rozpoczęli akcję protestacyjną (i tym razem nie byli to nauczyciele, przysięgam!!!). Od dawna mówiło się, że w tej placówce dzieje się źle, ludzie masowo odchodzili do prywatnych firm. Wydawało się, że strajk jest tylko kwestią czasu. Jednak kiedy w końcu wybuchł, a informacja o tym pojawiła się mediach, większość (!!!) komentarzy zawierała hejt. Internauci pisali, że paniom zza biurek się w d***ch poprzewracało, że znudziło im się picie kawy na ciepłych krzesełkach. Ktoś udostępnił link do jakiegoś artykułu o rzekomych zarobkach osób tam zatrudnionych (tia, skądś to znam…), ktoś inny napisał, że sam musi tyrać za najniższą krajową, więc jakim prawem urzędnicy chcą podwyżek… i tak dalej.

Znacie ten stary, suchy dowcip o Polakach w piekle? Przytoczę go, bo stanowi idealną ilustrację ostatniego z powyższych argumentów.

fire-1311163_960_720

Otóż święty Piotr postanowił któregoś dnia zwiedzić piekło. Już u bram zapytał oprowadzającego go Lucyfera, jak diabłom udaje się zapanować nad taką rzeszą przeklętych dusz. Lucyfer odparł, że dla ułatwienia dzielą skazańców według przynależności narodowej.
W tym kotle po prawej są Niemcy – wyjaśnił – twardy, waleczny naród, więc jak widzisz, pilnuje ich cały pułk szatanów. Obok Francuzi; to z kolei tchórze, wystarczy jeden diabełek z widełkami na straży i już jest spokój.

A tamci na końcu, bez nadzoru? – zapytał św. Piotr.

To Polacy.

Polacy? – zdumiał się gość – Ale jak to? Przecież to nacja z tak bogatą historią, pełną wojen i przekrętów, a nikt ich nie pilnuje? I jeszcze wam piekła nie roznieśli?

Nie, mój drogi – zaśmiał się Lucyfer – Polacy pilnują się sami. Kiedy tylko jeden próbuje wyleźć z kotła, zaraz reszta go wciąga z powrotem. Polak nigdy nie pozwoli, żeby jego bliźni miał lepiej od innych.

Wiadomo, że dowcip wykorzystuje stereotypy i że takie postawy można znaleźć w każdym państwie. Jest to jednak coś, czego kompletnie nie pojmuję. Postawa typu „ja mam źle, to nie pozwolę, żeby innym wiodło się lepiej”.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Trzy powyższe odsłony powstały z niepokoju. Mam ponad 30 lat i po raz pierwszy naprawdę boję się sytuacji w moim kraju (a może i na świecie, kto wie). Co się z nami dzieje, że po tragicznej śmierci człowieka, zadźganego na oczach całej Polski podczas koncertu charytatywnego, wylewamy wiadro pomyj na jego żonę, dzieci, przyjaciół, zwolenników i przeciwników politycznych, a przy okazji każdego myślącego inaczej niż my? Nawet nie widzimy, że sami też już jesteśmy od tych pomyj brudni. Jak to możliwe, że kiedy jakaś grupa zawodowa domaga się godnych pensji albo uczciwych warunków zatrudnienia, to wszystkie pozostałe zaczynają udowadniać, że są lepsze, ważniejsze i bardziej potrzebne? A co najsmutniejsze, strajkujące pielęgniarki szydzą ze strajkujących policjantów, stróże prawa z protestujących nauczycieli, ci z kolei z górników i tak dalej. Kopiemy pod sobą nawzajem doły, byle głębsze i brudniejsze, kompletnie nie zastanawiając się, kto tak naprawdę w nie wpadnie i jakie będą tego konsekwencje.

Pół biedy, gdyby ta wzajemna nienawiść ograniczała się tylko do sieci, w której, jak wiadomo, łatwiej być „odważnym” (celowo w cudzysłowie). Gorzej, że słyszę ją w sklepie, kiedy facet w kolejce głośno komentuje nagłówek z wyłożonej przy kasie gazety; widzę w oczach kobiety, która z pogardliwym prychnięciem mija wolontariuszy WOŚP; czytam w wiadomościach od rodziców moich uczniów, którym nie podoba się, że Jasio bierze udział w konkursie/nie bierze udziału w konkursie/nie wygrał konkursu/wygrał konkurs/wygrał ex aequo z Marysią (właściwe podkreślić, można wszystkie) etc…

Co trzeba zrobić, żebyśmy wszyscy otrzeźwieli, zanim będzie za późno???

Reklamy
Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Taki tam QUIZ na otarcie kataru

stress-391657_960_720

Latorośl chwilowo niedomaga, więc siedzimy dzisiaj obie na zwolnieniu. Nie wiem, czy to normalne, ale ilekroć nie mogę iść do pracy, ogarnia mnie poczucie winy. Czuję, jakbym kogoś oszukiwała lub miała coś na sumieniu – mimo że naprawdę rzadko choruję i nigdy nie brałam żadnego „lewego” L-4. Nawet nie wiem, jak się takowe załatwia. W każdym razie moment, w którym muszę zadzwonić do pracodawców i powiedzieć, że nie będzie mnie w szkole, jest dla mnie źródłem ogromnego stresu. Tak czy siak, dodatkowy wolny dzień na pewno nie poszedł na marne. Przynajmniej nadgoniłam trochę papierkowej roboty. Drugim plusem obecnej sytuacji jest fakt, że po raz pierwszy od sierpnia mam chwilkę na tak zwane bzdury. Z tej okazji stworzyłam dla Was quiz dotyczący… yyy… szeroko pojętego Księżniczkowania. Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach 🙂 . Prawidłowe rozwiązanie wraz z listą zwycięzców podam w kolejnym wpisie.

quiz-2074324_960_720

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada:

a) Księżniczka

b) Ićka

c) Mimi

d) Kuku

  1. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest:

a) Spacer

b) Śniadanie

c) Podwieczorek

d) Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica

  1. Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w:

a) Fartuchu w Minionki

b) Czapie w kształcie kota

c) Kaloszach

d) Różowym śliniaku

  1. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi?

a) Cztery

b) Osiem i pół

c) 7(2+8-3):1+14,56×0,73

d) Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris*

  1. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka?

a) Oversize jest w modzie

b) Jakoś tak jej się urosło czy coś

c) Odzież w sieciówkach pochodzi głównie z Chin, więc i rozmiarówkę ma chińską

d) Kupujemy jej ubrania wielosezonowe, co się będziemy rozdrabniać

  1. Jak robi pingwinek? (Kto czytał niedawno komentarze pod blogiem, ten wie)

a) Tip-top lub tup-tup

b) Kwa-kwa lub kua-kua

c) Kaboom! lub… Kaboom!

d) Taś-taś lub aś-aś

 

I na koniec pytanie otwarte, tym trudniejsze, że sama nie znam na nie odpowiedzi…

  1. Gdzie Księżniczka upchnęła (dodam, że w ciągu maksymalnie 10 sekund) zaślepkę od kontaktu? Wzięła do ręki i rozpłynęła się w powietrzu… na szczęście zaślepka, nie Księżniczka. Jakieś sugestie? Dla wirtualnego znalazcy przewidziana specjalna nagroda.

 

*W razie gdyby ktoś nie znał tego starego dowcipu:

  • Ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris?
  • Wszystkie!
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Buraki, cebula i reszta towarzystwa

detox-1995433_960_720

Popatrz, Księżniczko. Mama sprząta i przegląda przepisy na ciasta. To znaczy, że przyjdą goście – powiedział złośliwiec, czyli P., do naszej córy, na co rzuciłam mu mordercze spojrzenie. A potem szmatę. I dodałam, żeby sam się wziął do roboty.

Właściwie mam wrażenie, że od pół roku nie robię w domu nic poza sprzątaniem… a raczej nie robimy, bo i mój małżonek zaczyna odpoczynek po pracy od pozbierania zewsząd klocków, skarpetek, chusteczek, sznurowadeł i łyżeczek do miodu (nawet nie pytajcie). Trochę racji P. jednak miał w powyższej wypowiedzi, bo wiadomo – inaczej sprząta się dla siebie, a inaczej przed przyjęciem gości, zwłaszcza takich, którzy przychodzą do nas po raz pierwszy. Niedawno powiedziałam Gośce, iż akceptowanie stanu naszych czterech kątów sprowadza się ostatnio do tego, że jeśli można przejść przez mieszkanie, o nic się nie potykając i do niczego nie przyklejając, to znaczy, że jest czysto. Sama zresztą Gośka, którą znałam jako pedantkę, zaśmiała się w głos i odparła, iż odkąd ma dziecko, sprzątanie przed wizytą gości polega na wrzuceniu szpargałów córki i męża do najbliższej szafy, przyklepaniu nogą i zamknięciu na cztery spusty, w nadziei, że nikt tam nie zajrzy.

Od momentu adopcji właściwie ciągle ktoś nas odwiedza. Dzisiaj czekamy na F. i jej męża, którego jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać. Na szczęście z F. znamy się na tyle, że nie musimy się jakoś specjalnie spinać przed tym wydarzeniem – wiadomo, że będziemy się czuli swobodnie w swoim towarzystwie.  Ciasta nie piekę, bo Księżniczka ma od niedawna fazę na wchodzenie do piekarnika i boję się, że będzie próbowała to zrobić nawet przy temperaturze 180 stopni. Tego manewru może nie przetrwać bez uszczerbku ani mała, ani sernik czy inna szarlotka…

Tak czy inaczej, każda wizyta gości przypomina mi, chcąc nie chcąc, o kilku zasadach savoir-vivre’u, których w naszym domu absolutnie się nie przestrzega. Czyli całkiem możliwe, że dla niektórych jestem Cebulą, mój mąż Burakiem, a odwiedzający mogą być ewentualnie Selerami, wzdychającymi „A to feler…” jak u Brzechwy.

legs-59789_960_720

Po pierwsze – obowiązuje u nas zakaz chodzenia w butach, chociaż podobno proszenie gości o zdjęcie obuwia jest w złym tonie. Zresztą przyznaję, że nigdy tej reguły nie rozumiałam… Sama nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wleźć do czyjegoś mieszkania w ubłoconych buciorach albo rysować szpilkami po zadbanych panelach. A już tym bardziej, jeśli w domu jest małe dziecko.

cigar-362183_960_720

Po drugie – nie pozwalamy palić w mieszkaniu papierosów. Niby się powinno, a popielniczka dla gości świadczy o dobrym wychowaniu gospodarza. Może i tak, ale nie widzę powodów, dla których miałabym się zgadzać na to, żeby ktoś mnie podtruwał w moim własnym domu.

business-suit-690048_960_720

 

Po trzecie – kwestia stroju. Wiadomo, że są takie okazje, kiedy wypada wyglądać odświętnie. Absolutnie z tym nie dyskutuję. Chyba nie umiałabym zasiąść do kolacji wigilijnej w piżamie ani pójść w dresie na imieniny pradziadka. Natomiast, zapraszając znajomych na zwykłe towarzyskie spotkanie, przeważnie zaznaczam, żeby ubrali się przede wszystkim wygodnie. Wychodzę z założenia, że posiadówa przy kawie nie wymaga przywdziewania garsonki ani garnituru. Zwłaszcza jeśli w domu są małe dzieci lub wszędobylskie zwierzęta i łatwo o pobrudzenie się lub podarcie rajstop…

W poprzednim wpisie wspominałam, że mama bardzo się starała kontrolować moje życie towarzyskie. Jako nastolatka mogłam zapraszać gości, ale w bardzo ograniczonym zakresie. U mojego męża było podobnie, choć z zupełnie innych powodów. Być może dlatego teraz oboje lubimy wizyty znajomych, którzy zresztą chętnie nas odwiedzają…

bonding-1985863_960_720

… chociaż może nie aż tak chętnie, jak znajomi córek Olitorii, bo biedna jak raz otworzyła drzwi, to już nie może ich zamknąć. 😉 Izzy z kolei mieszka za daleko od wszystkich, żeby niechcący i niezapowiedzianie wpaść na kawę – no, chyba że jest się jej teściami, ale to inna bajka.

A jak jest u Was z odwiedzinami? Lubicie gości? Czego od nich oczekujecie?

Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…