Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Nadmorskie przygody Małej Księżniczki

IMG_20180720_202117.jpg

Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na urlopie nad Bałtykiem. Konkretnie w Unieściu. Wpłynęło na to kilka czynników, z których głównym był fakt, że moja znajoma niedawno się tam przeprowadziła i wraz z mężem wynajmują pokoje turystom. Mieliśmy więc pewność, że nie jedziemy w ciemno. Poza tym owa znajoma ma dwoje małych dzieci, dzięki czemu wiedzieliśmy, że jest to miejsce przyjazne maluchom (czytaj: że wszędobylskość Księżniczki ani jej ewentualny płacz nie będą przeszkadzać właścicielom, a w razie potrzeby będzie kogo poprosić np. o podgrzanie mleka lub przepranie ubranka). Nie pomyliliśmy się. Warunki były naprawdę przyzwoite, zwłaszcza za tak niską cenę. Dostaliśmy niewielki pokój ze świeżo wyremontowaną łazienką i dostępem do aneksu kuchennego. Sam budynek jest świetnie usytuowany – mniej więcej w połowie drogi między jeziorem a morzem. Jedynym minusem naszej kwatery było to, że pokój znajdował się na parterze od strony północnej i niestety w deszczowe dni wilgoć była odczuwalna niemal wszędzie. Poza tym same zalety 🙂 . Gdyby ktoś chciał namiary, to proszę o wiadomość prywatną. Chętnie się podzielę.

Znając temperament naszej córy, mieliśmy sporo obaw odnośnie tego wyjazdu. Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzimy np. podczas posiłków w restauracji albo pobytów na zatłoczonej plaży. Na szczęście żaden czarny scenariusz nie doczekał się realizacji. Księżniczka przez znakomitą większość czasu była pogodna i ciekawa świata. Właściwie dała nam się we znaki tylko raz, podczas końcowego etapu drogi na urlop. Najwyraźniej znudzona jazdą w foteliku przez dobre pół godziny płakała, nijak nie dając się uspokoić.  Awantura ustała zaraz po dotarciu na miejsce i już się nie powtórzyła.

Tytułowe przygody zaczęły się drugiego dnia pobytu. Otóż mała obudziła się rano… cała w czerwone kropki. Dosłownie, od stóp do głów. Czuła się przy tym bardzo dobrze, nie gorączkowała, nie miała żadnych innych objawów. Wygląd wysypki nie pozwalał na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy to ospa, pogryzienie przez jakieś owady czy może reakcja alergiczna np. na środki, w których prana była pościel. Internetowe konsultacje ze znajomymi rodzicami kazały przypuszczać, że to pierwsze. Ponieważ rzecz miała miejsce w niedzielę, nie było mowy o dostaniu się do lekarza. Postanowiliśmy obserwować córę i poczekać do następnego dnia. Wieczorem zauważyliśmy, że kropki w większości zanikły. Kolejnego ranka pojawiły się nowe, ale było ich zdecydowanie mniej. We wtorek po wysypce nie został nawet ślad. Do tej pory nie wiemy, co ją wywołało. Najważniejsze, że przeszło.

Druga przygoda była jednocześnie zabawna i smutna. W niedzielne popołudnie sąsiedni pokój zajęło starsze małżeństwo – na oko pomiędzy 70. a 80. rokiem życia. Pan cierpiał już na demencję, której objawem było m.in. to, że nie mógł zapamiętać, w którym pokoju mieszka, przez co ciągle niechcący wchodził do naszego. Było to tym smutniejsze, że na korytarzu znajdowało się tylko troje oddalonych od siebie drzwi, z czego jedne wyjściowe… Zdrowy człowiek, choćby nie wiem jak roztargniony, po prostu nie miał możliwości się tam zgubić. Nawet nasza kilkunastomiesięczna latorośl bez problemu trafiała do właściwego pomieszczenia… Wspomniany zabawny aspekt tej historii stanowił fakt, że nasz sąsiad mimo swojej przypadłości wciąż zachowywał pogodę ducha. Kiedy wchodził do naszego pokoju i odkrywał swoją pomyłkę, mówił na przykład: „Szukam pokoju, w którym sypia ta stara, no wiecie, moja żona” albo „Cholera, tutaj też nie mieszkam?”, ewentualnie „Melduję, że żyję i idę dalej”. Z rozmowy z gospodarzami dowiedzieliśmy się później, że starsza pani na co dzień opiekuje się nie tylko mężem, ale także zupełnie już niesamodzielną i schorowaną siostrą. Kilkudniowy wypad nad morze z małżonkiem był dla niej chwilą wytchnienia od codziennych obowiązków…

Z okazji opisywania naszych nadbałtyckich perypetii pozwolę sobie na małe lokowanie produktów, ale zaznaczam, że wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany ani nie powstaje na niczyje zamówienie. Po prostu dzielę się swoim doświadczeniem, licząc, że może komuś się przyda.

Krótko przed wyjazdem sprawiliśmy Księżniczce silikonową bransoletkę z wytłoczonym jej imieniem oraz naszymi numerami telefonów, tzw. „niezgubkę”. Wybraliśmy taką, której treść nie ulegnie przypadkowemu zatarciu, zalaniu lub innemu zniszczeniu ani też nie będzie zbyt dobrze widoczna z daleka. Oczywiście pilnowaliśmy naszej pociechy na każdym kroku i niezgubka się nie przydała. Mimo tego czuliśmy się odrobinę pewniej w tłumie plażowiczów, wiedząc, że w razie czego łatwiej będzie odnaleźć małą uciekinierkę. Poniżej wklejam link do aukcji, z której zamawialiśmy opaskę. Polecam z czystym sumieniem, bowiem wykonana jest naprawdę porządnie, a wysyłka nastąpiła ekspresowo.

https://allegro.pl/oryginalna-niezgubka-opaska-info-na-reke-dziecka-i7448779951.html

Drugi product placement dotyczy miejsca. Pierwszego dnia pobytu w Unieściu trafiliśmy na obiad do smażalni Rekin przy pensjonacie Stella Spa. Wbrew nazwie lokal ma w ofercie nie tylko ryby, ale także zupy, dania mięsne, pierogi, sałatki i inne pyszności, a w sąsiedniej sali znajduje się kawiarnia z bogatym wyborem kaw i deserów. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś szuka pięciogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin, to pewnie się zawiedzie. Natomiast dla zwykłego Kowalskiego, który chce zjeść smacznie, czysto, estetycznie, do syta, w przystępnej cenie i miłej atmosferze, jest to strzał w dziesiątkę. Zdecydowaliśmy się na zestaw dnia – zupę oraz kotlet de volaille z frytkami (do wyboru też ziemniaki lub ryż) i surówką. Wielkość porcji była dla mnie zaskoczeniem, bo właściwie najadłam się samą pomidorówką, resztę wchłonęłam z łakomstwa przy wsparciu Księżniczki. Wszystko było smaczne i świeże. Można powiedzieć, że zostaliśmy „tymczasowymi stałymi klientami” tego przybytku, bo tylko dwa razy poszliśmy na obiad w inne miejsce. Nade wszystko jednak na pochwałę zasługuje obsługa zarówno smażalni, jak i kawiarni. W całości złożona była z młodych ludzi, prawdopodobnie studentów, szukających wakacyjnego zarobku. Kultury osobistej, znajomości menu i otwartości na klienta naprawdę mógłby się od nich uczyć personel niejednej luksusowej restauracji.  Przykłady można by mnożyć, podam jeden, według mnie najbardziej wymowny.  Siedząca w wózku Księżniczka upuściła smoczek na posadzkę. Zanim się ruszyłam, doskoczył do nas kelner, podniósł go i od razu zaproponował, że pójdzie wyparzyć. Dla porównania – w zeszłym roku w jednej z sopockich kawiarni baristka bardzo niechętnie podała nam odrobinę ciepłej wody do rozmieszania mleka dla małej… Tak więc szczerze polecam wspomniany wyżej lokal. Nie ma własnej strony internetowej, ale można go znaleźć na Facebooku:

https://www.facebook.com/Sma%C5%BCalnia-Rekin-Bar-Bistro-Stella-928178717321600/?ref=py_c

IMG_20180717_103340.jpg

Wracając do głównej bohaterki niniejszego tekstu, trzeba podkreślić, że była ewidentnie zadowolona z wyjazdu. Lęk przed morzem pokonała bardzo szybko i pokochała zabawy w falach – do tego stopnia, że dorobiłam się konkretnych zakwasów w rękach :). Plażowanie też jej się bardzo podobało, a jakże. Musieliśmy je jednak ograniczyć, ponieważ Księżniczka nie daje sobie założyć absolutnie żadnego nakrycia głowy, co przy bezchmurnym niebie i upale może mieć niewesołe konsekwencje. Poza tym młoda coraz pewniej chodzi, a właściwie biega… Narobiliśmy za nią naprawdę sporo kilometrów, męcząc się przy tym oczywiście bardziej niż sama zainteresowana. Mała jest też bardzo otwarta na ludzi. Objawia się to tym, że próbuje wszystkich zaczepiać (co nie oznacza, że zawsze jej na to pozwalamy).

W każdym razie jesteśmy już w domu, nawet w miarę wypoczęci i zrelaksowani. Najmłodsza domowniczka właśnie robi sobie prysznic z zestawu Duplo, czyli wszystko w normie.

A jak Wam mijają wakacje?

Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…

Droga po szczęście

Wylewanie dziecka z polityczną kąpielą

Staram się nie zajmować polityką na Stożkach. Obawiam się zabłądzenia pomiędzy te  zakamarki internetu, w których ludzie skaczą sobie do gardeł, obwiniając na zmianę PiS i PO o to, że pada deszcz albo że po niedzieli następuje poniedziałek, a nie na przykład środa.

time-1485384_960_720

O niektórych kwestiach jednak nawet mnie trudno milczeć. Jedną z nich jest pomysł wydłużenia czasu na potwierdzenie zrzeczenia się dziecka po porodzie z obecnych 6 do 14 tygodni. W teorii brzmi to mądrze: przeciwdziała pochopnemu rozdzieleniu matki z noworodkiem, daje dodatkowe miesiące na znalezienie pomocy materialnej oraz innych form wsparcia. Medialna propaganda działa zwłaszcza na wyobraźnię osób niemających nic wspólnego z rodzicielstwem zastępczym ani adopcyjnym, którym się wydaje, że obecnie kobiety w trudnej sytuacji życiowej są zachęcane lub wręcz zmuszane do rezygnacji z praw rodzicielskich.

A jak to wygląda w praktyce? Zacznę od opisania rzeczywistego przypadku z mojego otoczenia; na jego podstawie będzie mi łatwiej omówić szkodliwość takiej ustawy. Karolina ma 22 lata i jest narkomanką. Niedawno sąd odebrał jej prawa do dwojga małych dzieci – trzyletniego i półtorarocznego. Podczas rozprawy nie protestowała; przeciwnie, przyznała, że nie chce walczyć z nałogiem i nie potrafi się zająć dziećmi. Przy okazji ujawniła też, że jest w trzeciej ciąży i zadeklarowała oddanie maluszka do adopcji zaraz po porodzie. Formalnie (w myśl aktualnych przepisów) będzie to mogła zrobić dopiero wtedy, kiedy bobas przyjdzie na świat, a po sześciu tygodniach i tak będzie musiała potwierdzić swoją decyzję przed sądem.

Dlaczego uważam, że wydłużenie tego czasu jest szkodliwe? Pytanie do pomysłodawców tej ustawy: jak sądzicie, co się wtedy dzieje z dzieckiem? Podpowiem: po porodzie nie zostaje z matką biologiczną, która chce się go zrzec. Trafia do domu dziecka, ewentualnie do ośrodka preadopcyjnego, rzadziej do pogotowia opiekuńczego. Jest zatem umieszczane w placówce, w której nie ma większych szans na nawiązanie stałej, bezpiecznej więzi z jednym lub dwoma opiekunami. Takie sytuacje jak nasza, czyli preadopcja noworodka, należą do wyjątków i są obarczone sporym ryzykiem. Nie wszyscy rodzice adopcyjni są gotowi przyjąć dziecko, które w każdej chwili może zostać im odebrane – tym bardziej, że w naszym kraju nie funkcjonuje żadna forma pomocy psychologicznej dla takich osób. Wracając do meritum: 6 tygodni to być może niewiele dla kobiety po porodzie, ale niezmiernie długo dla noworodka, który w tym czasie bardzo intensywnie się rozwija. Obecnie rząd chce skazać opuszczone maluszki na minimum 3,5 miesiąca pobytu w placówce, a w rzeczywistości nawet dłużej, bowiem dopiero po upływie tego czasu ruszy cała machina adopcyjna.

Może też się zdarzyć tak, że matka biologiczna nie stawi się w sądzie w wyznaczonym terminie, żeby potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się potomka. Wtedy oczywiście należy wyznaczyć nową datę posiedzenia sądu, a przede wszystkim ustalić miejsce pobytu kobiety, co czasem graniczy z niemożliwością (wiem, co mówię, bo takie ryzyko istniało również w naszej historii; na szczęście wszystko zakończyło się pozytywnie dla Księżniczki). Przez cały ten czas dziecko nadal pozostaje w placówce lub, co gorsza, jest przenoszone do innego domu dziecka czy rodziny zastępczej – czyli doświadcza kolejnej zmiany miejsca, opiekunów i rytuałów. Dla noworodka to prawdziwa rewolucja, w jak najgorszym znaczeniu tego słowa.

Jeśli wierzyć ośrodkom adopcyjnym, po wprowadzeniu programu 500+ niewiele kobiet decyduje się na zrzeczenie praw do noworodka, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre – bo oznacza, że źródłem takich decyzji nie jest bieda. Złe – gdyż perspektywa korzyści finansowej nie zawsze idzie w parze z troską o zaspokojenie potrzeb maluszka… czasem oznacza po prostu więcej pieniędzy na używki. Matki, które mimo wszystko rezygnują z opieki nad dzieckiem zaraz po porodzie, czynią to  z różnych powodów, np.:
– świadomość uzależnienia od używek i brak motywacji do podjęcia leczenia (jak u wspomnianej Karoliny);
– niedojrzałość do roli mamy albo niechęć do posiadania dziecka;
– ciąża w wyniku gwałtu lub/i kazirodztwa;
– urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego, nieakceptowanego przez współmałżonka;
– brak warunków (nie tylko materialnych!) do wychowania potomka – np. przemoc w domu, styl życia kolidujący z rodzicielstwem etc.

Większość tych kobiet podejmuje decyzję już na etapie ciąży, dlatego przywoływana często jako argument za zmianą prawa depresja poporodowa nie znajduje tu zastosowania. Inna sprawa, że w przypadku podejrzenia takiej depresji każda pacjentka powinna uzyskać specjalistyczne wsparcie, żeby uniknąć różnego rodzaju tragedii, z samobójstwem włącznie.

Ostatnio zastanawiałyśmy się z Izzy, czy istnieją jakieś statystyki, obrazujące, ile kobiet faktycznie zmienia decyzję o oddaniu dziecka do adopcji w trakcie tych ustawowych 6 tygodni. Obie słyszałyśmy o takich przypadkach, ale nie na tyle często, żeby uznać je za regułę. Mnie się wydaje, że skoro odwołanie woli zrzeczenia następuje bez żadnych kroków prawnych, to takie statystyki nie są prowadzone – poprawcie mnie proszę, jeżeli nie mam racji, bo chętnie się z nimi zapoznam, jeśli istnieją.

Jedną kwestię muszę w tym miejscu jasno zaznaczyć: uważam, że rozdzielanie biologicznej matki z jej dzieckiem zawsze jest złem. Gdyby Księżniczka mogła pozostać z tą, która ją urodziła, to chciałabym tego dla niej, nawet za cenę własnej traumy albo długiego czekania na ten właściwy telefon z OA. Tak się jednak nie stało… i właśnie dzięki obecnym przepisom ona  i wiele innych dzieci mogło bardzo szybko trafić do kochających rodzin, w których otrzymały szansę na normalne dorastanie. Biologicznym rodzicom pokrzywdzonym przez los naprawdę szczerze, z serca współczuję. Trzeba natomiast pamiętać, że w znacznej większości mówimy tu o dorosłych, którzy z założenia powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Bywa z tym różnie, a konsekwencje ponoszą niestety dzieci, które najwyraźniej mało obchodzą kolejnych rządzących.

alkoghol-2714482_960_720

Pamiętacie Marka – ojca zastępczego, który był bohaterem jednego z niedawnych wpisów?[KLIK]  Rozmawiałam z nim ostatnio właśnie na temat, który poruszam w tym tekście. Marek nakreślił mi portret rodziców biologicznych swoich (byłych i obecnych) podopiecznych. Z jego opowieści wyłania się niestety ponury obraz ludzi, którzy kompletnie nie panują nad swoim życiem: przegrywają z nałogami, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, nie potrafią w minimalnym stopniu zadbać o dom. Większość z nich deklaruje miłość do dzieci i zapowiada walkę o nie, po czym… ani razu się nie pojawia, nie dzwoni, nie interesuje się nimi… aż do kolejnej rozprawy, gdzie historia zatacza koło. Taki stan zawieszenia trwa nierzadko latami, bowiem sądy dają wiarę zapewnieniom rodziców i ofiarowują im kolejne szanse. Jak to znoszą dzieci? Część z nich bardzo tęskni i karmi się marzeniami o tym, że mama przestanie pić, tata znajdzie pracę i rodzina będzie znowu razem. Część natomiast rozpaczliwie wypatruje normalności, czeka na nową mamę, która jednak nie może się pojawić, dopóki sąd nie uwolni ich prawnie. Obie te postawy generują bunt, rozczarowanie, problemy emocjonalne i ogólnorozwojowe.
Marek uświadomił mi też, że po zmianie przepisów gminy mają dostawać jakieś gratyfikacje finansowe od rządu, jeżeli określony odsetek dzieci odebranych rodzinom biologicznym w ciągu roku do nich wróci. Według mnie ta praktyka jest ogromnie niebezpieczna, bo będzie oznaczała naciski na oddawanie dzieci rodzicom stosującym przemoc lub głęboko uzależnionym – tylko po to, żeby statystyki się zgadzały.

Aż mnie korci, żeby zastosować tutaj taki infantylny sarkazm i zaproponować wydłużenie czasu na wszelkie decyzje rodziców biologicznych aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości, ale boję się, że niechcący dostarczę inspiracji komuś na Wiejskiej…

Napiszę więc tylko, że tytułowe wylewanie dziecka z kąpielą to robienie mu krzywdy pod pozorem zapewnienia integralności rodziny, która w rzeczywistości i tak nie istnieje.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.

Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczkowy savoir-vivre

Życzyłabym sobie, żeby moi licealiści przyswajali wiedzę w takim tempie, w jakim czyni to Księżniczka. Mam nadzieję, że to pragnienie nie dowodzi, iż jestem dobrą matką, ale za to beznadziejną nauczycielką. 😉 W każdym razie nasza córa eksploruje świat całą sobą, wlewając radość w serca rodziców i wylewając na podłogę zawartość wszystkich napotkanych naczyń.

Ostatnio w modzie są u nas szczególnie zwroty i gesty grzecznościowe. Na przykład wczoraj pociecha załapała, że kiedy coś nam podaje, odpowiadamy „dziękuję”. W związku z powyższym w przeciągu zaledwie kilkunastu minut otrzymałam 17 razy ten sam klocek, dwukrotnie pluszowego kota (przy akompaniamencie Księżniczkowego „miau”) oraz mój własny telefon. Latorośl w napięciu czekała na każde „dziękuję”, po czym naśladowała mnie, kiwając główką i mówiąc „je”. Uparcie każe nam też udawać, że telefonujemy; przykłada do naszych uszu komórki – raz prawdziwe, raz swoje zabawkowe, bez znaczenia – wołając „haa, haa”, czyli „halo”. Jest to tym ciekawsze, że ani jej tata, ani ja nie należymy do telefonicznych gaduł i widok nas rozmawiających przez smartfony wcale nie jest zjawiskiem powszednim. P. parę razy wciągnął córę w dyskusję na odległość z babcią i być może to tak jej się spodobało.

Obloczenia

Oprócz tego Księżniczka wreszcie zaczęła chodzić, choć nadal nie możemy powiedzieć, że ruszyła w pełni. Zwykle wygląda to tak, że analizuje po swojemu, jaką metodą bardziej opłaca jej się pokonać określony dystans (np. między kanapą a stolikiem) i w oparciu o sobie tylko znane, aczkolwiek na pewno skomplikowane obliczenia, decyduje się na transport dwu- lub czteronożny. Najważniejsze, że w ogóle próbuje; coraz bliższy jest dzień, w którym na dobre wystartuje w pionie. Ponieważ jej chodzenie zbiegło się w czasie z urlopem ojcowskim mojego męża, jasnym jest, komu należy przypisać ten sukces. 😉 Żałuję, że P. nie może zostać z małą przez kolejny tydzień, bo kto wie, może zaczęłaby czytać albo chociaż mówić biegle w trzech językach. A tak – muszę się zadowolić pięcioma kroczkami, zwieńczonymi spektakularnym „bam” na pupę.

Do spisu Księżniczkowych rzeczy ulubionych doszedł ostatnio plac zabaw. Mała uwielbia huśtawki i bujane koniki na sprężynach. Zjeżdżalnia też jest dobra, ale to dla niej rozrywka na jeden, góra dwa zjazdy, potem się nudzi. Nie za bardzo za to zwraca uwagę na inne dzieci, choć to może dlatego, że obok ma mamę i tatę. Poza tym rośnie jej miłość do literatury; staje się molem książkowym i to nie tylko w przenośni… fragmenty opowieści o losach niesfornego konika w ostatniej chwili wyciągnęłam jej spomiędzy zębów. Coraz częściej (i bardziej nachalnie) wkłada nam w ręce książeczki i każe czytać. Jeżeli więc przypadkiem zapomnielibyście, czym jest kwadrat, to z pamięci spieszę z odpowiedzią, że „znaczek, okno, domek, stół – jakże inne są od kół! Cztery boki, cztery rogi, oto kwadrat, malcu drogi!”. Z trójkątem i owalem mam podobnie, zresztą z podstawowymi kolorami również. Jeszcze chwila i dojdę do takiej wprawy, że będę jej recytować wierszyki bez zaglądania do książki. Niestety na niewiele się to przyda, bo mała czytelniczka jest czujna i nie da się tak łatwo nabrać.

bear-3112496_960_720

Planów na najbliższe wolne dni nie mam żadnych, poza czytaniem Księżniczce, że „Książę tańczył tylko z Kopciuszkiem”, a „Kasztan żwawo mknie po łące”. Ze spacerów pewnie i tak nic nie wyjdzie, bo wedle prognoz wszelakich ma lać, wiać i grzmieć. Jak to w majówkę. No cóż, może przynajmniej porządnie posprzątam i upiekę jakieś ciasto… Kto chętny?