Taka tam rodzina adopcyjna, Uncategorized

Mikołajki to są kwiatki z bajki… czy jak to tam leciało

Bardzo dziękuję tym, którzy wzięli udział w quizie. Poniżej podaję prawidłowe odpowiedzi:

  1. Zapytana o swoje imię, Księżniczka odpowiada: Mimi – nie mamy pojęcia, skąd jej się to wzięło, ale skubana jest konsekwentna.
  2. Idealną porą na zjedzenie kruchej, chrupiącej buły, jest: Chwila tuż po odkurzeniu mieszkania przez rodzica… i to najlepiej tuż przed przyjściem gości.
  3.  Na żądanie Jej Księżniczkowej Wysokości P. i ja naprzemiennie paradujemy po domu w: Czapie w kształcie kota – takiej oto:
    47460505_505367103292353_8708463710705811456_n.jpg
  4. Ile razy z rzędu Księżniczka może słuchać piosenki o pingwinku, zanim jej się znudzi? Tyle, ile pompek potrafi zrobić Chuck Norris. Niestety.
  5. Dlaczego Księżniczka, mając półtora roku, nosi ubranka na 3-4 latka? Jakoś tak jej się urosło czy coś – chociaż w pozostałych odpowiedziach też pewnie tkwi ziarnko prawdy… 😉
  6. Jak robi pingwinek?  Tip-top lub tup-tup, przynajmniej według Księżniczki. „Kaboom” najwyraźniej robi inny gatunek pingwina 😉
  7. Gdzie Księżniczka upchnęła zaślepkę od kontaktu? Zaślepka znalazła się w przedpokoju obok półki na buty. Pytanie, gdzie była wcześniej (bo na pewno nie tam), pozostaje otwarte.

Pierwsze miejsce przypadło Olitorii – 5 poprawnych odpowiedzi i o włos od rozwiązania zagadki z zadania 7. Od miejsca znalezienia zaślepki najbliżej jest właśnie do listwy przypodłogowej. Olitorio, warunkiem otrzymania nagrody-niespodzianki jest zmierzenie stópki Tamalugi. Wiesz po co :).

Sponsorem dzisiejszych mikołajek jest literka „A” jak antybiotyk. Nabiegałam się po całym mieście, żeby kupić młodej czapę Mikołaja, a tu ze żłobkowej imprezy nici… Księżniczka leży w łóżku biega po domu z zapaleniem migdałków, gardła i krtani. Ja wiem, że moje ostatnie wpisy brzmią tak, jakby mała bez przerwy chorowała, ale to nie do końca prawda. Po prostu kiedy ona śpi, a ja nie jestem w pracy, mam chwilkę na pisanie, co też skwapliwie wykorzystuję.

cap-147417_960_720

Zasób słów naszej córy z każdym dniem poszerza się o nowe elementy. Część z nich jest wymawiana tak uroczo, że oboje z P. po prostu się rozpływamy. Kiedy doszła paczka z jej mikołajkowym prezentem (pluszakiem z akcji „Podaruj Misia”), Księżniczka wyciągnęła go, przytuliła i zawołała: „Mi-siuu”. Miny mieliśmy zapewne takie, jakie zwykle robi się na widok szczeniaczków golden retrievera z kokardkami na szyjach. Skubana od razu to zauważyła, więc „misiowała” nam przez cały wieczór. „Mi-siuuu” pojawił się w jej osobistym słowniku zaraz obok wyrazów: „jajaa” (lalka), „apa” („na opa” – i tu ciekawostka, bo my tego zwrotu nie używamy) „psiapsia” (babcia), „dziadzia”, „mleko” i „piciu”. Ze znajomością takich wyrazów z głodu nie zginie na pewno.

Jej rozwój nieustannie nas zaskakuje, chociaż pewnie nie powinien, bo to przecież normalne, że dzieci rosną. Dziś na przykład wylałam trochę mleka na podłogę. Kiedy je wytarłam, Księżniczka wzięła ode mnie ścierkę i równiutko rozwiesiła na grzejniku. Na co dzień chętnie pomaga mi wstawiać i rozwieszać pranie. Od Tamalugi przejęła zamiłowanie do mopa, którym najchętniej myje dywan w salonie i ekran telewizora. Razem robiłyśmy też styropianowe zawieszki na prezenty świąteczne – mała wycinała kształty foremkami do ciasteczek i naprawdę nieźle jej szło.

santas-elf-2999729_960_720

Co poza tym? Sklepy już od miesiąca się reniferzą, śnieżą, mikołają i bombkują. Odkąd zostałam mamą, jakoś mnie ta sztucznie tworzona atmosfera mniej drażni. W tym roku sama czekam na Boże Narodzenie jak małe dziecko – chyba dlatego, że te święta będą dla Księżniczki już bardziej świadome, choć i tak zapewne wiele z nich nie zapamięta. Plany wigilijne mamy bliżej niesprecyzowane. Trochę się pomieszało u nas w rodzinie i nie do końca nadążamy, kto z kim co, a kto z kim absolutnie nic. Póki co wygląda na to, że zasiądziemy przy stole z rodzicami P. i moim tatą, a co dalej, to się okaże.

A jak Wasze pociechy, mikołajki i przygotowania do świąt? Jeśli macie sprawdzony przepis na pierniczki, to chętnie przygarnę. Pozdrawiamy grudniowo: P., Księżniczka, Mi-siuu i ja.

Reklamy
Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Takie tam różne

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to nie wiadomo, o co chodzi

Mam: męża, dziecko, przyjaciół, pracę, kredyt, dobrych sąsiadów, głupiego zarządcę nieruchomości, chorobę lokomocyjną, dziurę w kieszeni ulubionej kurtki, mnóstwo roboty, kubek z pingwinkiem*, ścianę popisaną długopisem, kapryśne auto i zdarte gardło.

Nie mam: zielonego pojęcia, piątej klepki, czasu, pieniędzy, cierpliwości, planów na Święta, jajek do ciasta, zdolności dyplomatycznych, porządku, pamięci wzrokowej ani pomysłu, jak ogarnąć rzeczywistość.

Izzy pytała ostatnio, kiedy wyjdę z Matrixa. Uświadomiła mi tym pytaniem, że z Matrixa w ogóle musi istnieć jakieś wyjście, bo sama nawet na to nie wpadłam. Izzy, zostaniesz moją Ariadną? Tylko się pospiesz z tą nicią, Kochana, zanim z Tezeusza przepoczwarzę się w Minotaura. A że jestem zodiakalnym bykiem, to pewnie wiele mi nie potrzeba.

Czy Wy też macie wrażenie, że wszystko drożeje w zastraszającym tempie? Teoretycznie mam mniej wydatków, niż w zeszłym roku (choćby przez to, że żłobek jest tańszy od niani), a praktycznie – na koniec pieniędzy zostaje zawsze za dużo miesiąca. Matrix jak nic.

To tyle, jeśli chodzi o zaległości w narzekaniu. Poza tym nie jest źle. Księżniczka świetnie zaaklimatyzowała się w żłobku. Nawet rano na hasło „idziemy do dzieci” od razu melduje się przy drzwiach wyjściowych. Też bym chciała się rozbudzać w takim tempie. Zwłaszcza w poniedziałki, kiedy bladym świtem człowiek wmawia sobie na głos, że to będzie dobry tydzień, a echo (jak w starym dowcipie o bacy) powtarza z przyzwyczajenia „mać, mać, mać”. Opiekunki mówią, że jest przekochana (Księżniczka, nie echo). Ze zdrowiem też – odpukać – nie najgorzej. I oby tak zostało, czego i Wam życzę.

Zakończę dwiema deklaracjami, tym razem całkiem na serio:

  1. Obiecuję pojawić się jeszcze w ten weekend na Waszych blogach i doczytać, czego dotąd nie zdążyłam.
  2. W najbliższych dniach opublikuję tekst o podejmowaniu tematu adopcji na lekcjach w polskiej szkole.

Miłego świętowania zatem… i zooostaaaańmyyy raaaaazem, jak zawodził Stachursky.

tux-161406_960_720.png

*Spróbujcie napić się kawy z kubka z pingwinkiem, mając w domu półtotraroczniaka, który uwielbia wszystko, co się pingwini. Wygrywa ten, kto pierwszy upije trzy łyki bez poparzenia się, oblania i wydawania dźwięków w stylu: „Kochanie, nie dotykaj!”

Takie tam różne

Życie z depresją

„Kiedy masz depresję, to tak jakby żyć gdzieś, gdzie codziennie pada śnieg”.

snow-1051713_960_720

Wydawało mi się, że o tej chorobie wiem już wszystko i żaden kolejny opis mnie nie zaskoczy. A jednak. Trafiłam na ten tekst (KLIK) zupełnie przypadkiem i poczułam, że to jest to. Kiedy człowiek walczy z depresją, ma wrażenie, jakby jego dom ciągle był zasypywany śniegiem…  Śnieżyca dopada więc nie tylko osobę chorą, ale też jej najbliższe otoczenie. Wszyscy zmagają się z zawieją. Skąd wiem?

Moja mama cierpiała na depresję. Nigdy nie udawała przede mną, że jest inaczej. Tłumaczyła mi, że to taka choroba, która u każdego może się objawiać i przebiegać inaczej. Wielu ludzi świetnie ukrywa tę przypadłość przed światem, chodząc do pracy i uczestnicząc w życiu towarzyskim. Są też tacy, którzy niemal bez przerwy myślą o samobójstwie. W przypadku mojej mamy depresja polegała na współwystępowaniu całkowitego „tumiwisizmu” i niezdolności do czynu z obsesyjną potrzebą kontroli.

depression-72318_960_720.jpg

Wyobraźcie sobie, że właśnie zostaliście rodzicami noworodka. Krewni sprezentowali Wam z tej okazji ultranowoczesną nianię-robota, która po odpowiednim zaprogramowaniu robi przy dziecku niemal wszystko: karmi, kąpie, przewija, usypia etc. Można nią sterować za pomocą aplikacji w telefonie. W związku z tym cały dzień nie ruszacie się z kanapy, jednocześnie bez przerwy wlepiając wzrok w ekran smartfona, żeby sprawdzić, jak sprawuje się niania. W pewnym momencie coś idzie źle: dzidziuś coraz głośniej płacze. Pomimo nakarmienia, przebrania i ukołysania w automatycznych ramionach nie chce przestać. Krzyczycie więc na robota, jednocześnie kompulsywnie naciskając wszystkie przyciski w aplikacji. W końcu płaczecie z bezsilności, ale nie możecie się zdobyć na najprostsze rozwiązanie, czyli samodzielne utulenie maluszka.

Mniej więcej tak było z moją mamą. Może przykład z noworodkiem nie jest idealny, bo mama nie miała typowej depresji poporodowej, choć czasem tak twierdziła. Objawy choroby obserwowano u niej już wcześniej, tylko jeszcze wtedy nikt nie wiedział, co z tym zrobić. Później właściwie też nie, bo chociaż mama się leczyła, to efekty były mizerne. W gorszych okresach zachowywała się właśnie tak, jak w historyjce powyżej – leżała w łóżku, oglądając telenowele, a równocześnie próbowała sprawować kontrolę nad tym, co się dzieje w domu. W praktyce sprowadzało się to do wydawania rozkazów, co oczywiście napotykało mój opór, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

Depresja

Kiedy mama zmarła (z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z depresją), miałam 27 lat. Właściwie aż do jej śmierci byłam rozdarta pomiędzy współczuciem a wewnętrznym sprzeciwem. Często spotykam się z opiniami, że depresja nie istnieje, tylko ludziom się z dobrobytu przewraca w wiadomej części ciała. Takie osądy są bardzo krzywdzące, ale częściowo potrafię zrozumieć tych, którzy je głoszą. Ja też czasem wolałam myśleć, że mama udaje, że wykorzystuje sytuację dla własnej wygody. Czułam się dzięki temu mniej odpowiedzialna za to, co się z nią dzieje. Tyle że to jest myślenie życzeniowe. Chory na depresję ma ograniczony wpływ na swój stan. Może chcieć się leczyć albo nie chcieć, przyjmować regularnie leki albo nie. I tyle. Wsparcie najbliższych jest oczywiście ważne, może mieć znaczenie terapeutyczne, ale to nie jest tak, że miłość leczy depresję. Reszta przychodzi sama…

Moja mama, choć pewnie źle się z tym czuła,  nie potrafiła wyjść poza raz przyjęty przez siebie schemat myślowy, nawet jeśli był kompletnie irracjonalny. Przykładem może być pewien dialog, brzmiący jak gotowy scenariusz do „Teatrzyku Zielona Gęś” albo skeczu Monty Pythona.

Pierwszy rok moich studiów. Późne popołudnie, wracam właśnie z zajęć do wynajmowanego mieszkania. Dzwoni telefon.

– Halo? Mamo? Zadzwonię później, bo jestem w tramwaju i słabo cię słyszę.

– A dlaczego jesteś w tramwaju?

– Bo wracam z uczelni.

– To dlaczego się teraz nie uczysz?

– Yyy… bo jadę tramwajem…?

– Pojechałaś tam się uczyć, a nie jeździć tramwajem.

Tata nauczył mnie obracać takie sytuacje w żart, ale zajęło mi wiele lat, zanim w pełni opanowałam tę sztukę. Innym przykładem było układanie przez mamę planu dnia. Jeżeli postanowiła (bez konsultacji z kimkolwiek), że mam do niej przyjść powiedzmy na 16.00, to nie przyjmowała do wiadomości, że ta godzina może mi nie pasować. I nijak nie można było jej nakłonić do spotkania o innej porze, pomimo tego, że nie pracowała, a ja owszem. Kiedy byłam młodsza, w podobny sposób próbowała organizować mi chociażby spotkania ze znajomymi. Efekt był łatwy do przewidzenia – po prostu zaczęłam ją okłamywać. Mówiłam, że idę do koleżanki, a szłam do chłopaka – albo na odwrót. Nie, nie jestem z tego dumna, ale w pewnym sensie sama się rozgrzeszam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co mogłoby zaboleć moją mamę, gdyby była zdrowa. Nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie upijałam się, nie wagarowałam, nie uciekałam z domu. Jak każdy dorastający człowiek potrzebowałam natomiast prywatności, samodzielności, własnej przestrzeni, a to dla mamy było zbyt wiele.

Pamiętam też taką sytuację sprzed kilku lat. Byłam już nie tylko dorosła, ale też zamężna i w pełni niezależna od rodziców. Mama zadzwoniła do mnie w nocy, mniejsza o powód. Kiedy usłyszała, że razem z P. jesteśmy na urodzinach kolegi, zaczęła krzyczeć, że źle się prowadzę, bo kobiecie nie wypada być o tej porze poza domem. To też efekt choroby i tej obsesyjnej potrzeby kontroli, bo sama w młodości imprezowała o wiele więcej niż ja.

Kiedy miałam 16 czy 17 lat, podczas wakacyjnej pracy czymś się zatrułam. Całą noc walczyłam z objawami – łatwo się domyślić, jakimi. Tata siedział przy mnie, parzył mi ziółka, podawał leki i trzymał włosy. Mama wstała raz, nakrzyczała, że na pewno jestem w ciąży i spaprałam sobie życie, po czym z powrotem poszła spać. Opisuję ten przykład, bo idealnie ilustruje życie pod jednym dachem z osobą chorą na depresję. Niezdolność do działania w połączeniu z lękiem przeradza się we frustrację, którą najłatwiej wyładować na najbliższych.

depresja3

Do podjęcia tematu depresji na „Stożkach” szykowałam się przez ponad dwa lata. Już dawno chciałam go poruszyć, ale zwyczajnie jest dla mnie trudny; chyba nawet bardziej osobisty niż niepłodność. Poza tym wiem, że mama pragnęła mojego dobra. Wiele jej zawdzięczam. Jestem pewna, że mnie kochała – tak, jak potrafiła. Nie chcę myśleć i mówić o niej źle. Lektura podlinkowanego wyżej tekstu o ciągle padającym śniegu ostatecznie przekonała mnie jednak, że warto poruszyć ten problem na blogu. Z trzech powodów:

– o tej chorobie trzeba mówić, bo jest coraz bardziej powszechna, nie tylko wśród dorosłych. Z roku na rok w szkołach przybywa uczniów z depresją i to nawet takich w wieku 12-13 lat. Mimo tego nadal spore grono osób wątpi w jej istnienie lub ją bagatelizuje;

– depresja, tak jak każda niepełnosprawność, dotyka zarówno chorego, jak i jego otoczenie. W pewnym sensie wszyscy domownicy na nią cierpią. Im bliżej są związani z chorym, tym bardziej.

–  kandydaci na rodziców adopcyjnych często boją się chorób psychicznych (w tym depresji) u biologicznych przodków swoich dzieci. Niepotrzebnie. Odziedziczyć można skłonność, a nie samą chorobę – dokładnie tak, jak w przypadku innych problemów ze zdrowiem.

Wyznam Wam, że sama bardzo się obawiałam depresji poadopcyjnej. Tego, że powielę schemat mojej mamy i nie będę umiała się cieszyć wymarzonym macierzyństwem. Lęk okazał się jednak bezpodstawny. Jestem zdrowa, a Księżniczka każdego dnia dodaje mi sił i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szkoda, że moja mama jej nie poznała…

Taka tam rodzina adopcyjna

Nadmorskie przygody Małej Księżniczki

IMG_20180720_202117.jpg

Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na urlopie nad Bałtykiem. Konkretnie w Unieściu. Wpłynęło na to kilka czynników, z których głównym był fakt, że moja znajoma niedawno się tam przeprowadziła i wraz z mężem wynajmują pokoje turystom. Mieliśmy więc pewność, że nie jedziemy w ciemno. Poza tym owa znajoma ma dwoje małych dzieci, dzięki czemu wiedzieliśmy, że jest to miejsce przyjazne maluchom (czytaj: że wszędobylskość Księżniczki ani jej ewentualny płacz nie będą przeszkadzać właścicielom, a w razie potrzeby będzie kogo poprosić np. o podgrzanie mleka lub przepranie ubranka). Nie pomyliliśmy się. Warunki były naprawdę przyzwoite, zwłaszcza za tak niską cenę. Dostaliśmy niewielki pokój ze świeżo wyremontowaną łazienką i dostępem do aneksu kuchennego. Sam budynek jest świetnie usytuowany – mniej więcej w połowie drogi między jeziorem a morzem. Jedynym minusem naszej kwatery było to, że pokój znajdował się na parterze od strony północnej i niestety w deszczowe dni wilgoć była odczuwalna niemal wszędzie. Poza tym same zalety 🙂 . Gdyby ktoś chciał namiary, to proszę o wiadomość prywatną. Chętnie się podzielę.

Znając temperament naszej córy, mieliśmy sporo obaw odnośnie tego wyjazdu. Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzimy np. podczas posiłków w restauracji albo pobytów na zatłoczonej plaży. Na szczęście żaden czarny scenariusz nie doczekał się realizacji. Księżniczka przez znakomitą większość czasu była pogodna i ciekawa świata. Właściwie dała nam się we znaki tylko raz, podczas końcowego etapu drogi na urlop. Najwyraźniej znudzona jazdą w foteliku przez dobre pół godziny płakała, nijak nie dając się uspokoić.  Awantura ustała zaraz po dotarciu na miejsce i już się nie powtórzyła.

Tytułowe przygody zaczęły się drugiego dnia pobytu. Otóż mała obudziła się rano… cała w czerwone kropki. Dosłownie, od stóp do głów. Czuła się przy tym bardzo dobrze, nie gorączkowała, nie miała żadnych innych objawów. Wygląd wysypki nie pozwalał na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy to ospa, pogryzienie przez jakieś owady czy może reakcja alergiczna np. na środki, w których prana była pościel. Internetowe konsultacje ze znajomymi rodzicami kazały przypuszczać, że to pierwsze. Ponieważ rzecz miała miejsce w niedzielę, nie było mowy o dostaniu się do lekarza. Postanowiliśmy obserwować córę i poczekać do następnego dnia. Wieczorem zauważyliśmy, że kropki w większości zanikły. Kolejnego ranka pojawiły się nowe, ale było ich zdecydowanie mniej. We wtorek po wysypce nie został nawet ślad. Do tej pory nie wiemy, co ją wywołało. Najważniejsze, że przeszło.

Druga przygoda była jednocześnie zabawna i smutna. W niedzielne popołudnie sąsiedni pokój zajęło starsze małżeństwo – na oko pomiędzy 70. a 80. rokiem życia. Pan cierpiał już na demencję, której objawem było m.in. to, że nie mógł zapamiętać, w którym pokoju mieszka, przez co ciągle niechcący wchodził do naszego. Było to tym smutniejsze, że na korytarzu znajdowało się tylko troje oddalonych od siebie drzwi, z czego jedne wyjściowe… Zdrowy człowiek, choćby nie wiem jak roztargniony, po prostu nie miał możliwości się tam zgubić. Nawet nasza kilkunastomiesięczna latorośl bez problemu trafiała do właściwego pomieszczenia… Wspomniany zabawny aspekt tej historii stanowił fakt, że nasz sąsiad mimo swojej przypadłości wciąż zachowywał pogodę ducha. Kiedy wchodził do naszego pokoju i odkrywał swoją pomyłkę, mówił na przykład: „Szukam pokoju, w którym sypia ta stara, no wiecie, moja żona” albo „Cholera, tutaj też nie mieszkam?”, ewentualnie „Melduję, że żyję i idę dalej”. Z rozmowy z gospodarzami dowiedzieliśmy się później, że starsza pani na co dzień opiekuje się nie tylko mężem, ale także zupełnie już niesamodzielną i schorowaną siostrą. Kilkudniowy wypad nad morze z małżonkiem był dla niej chwilą wytchnienia od codziennych obowiązków…

Z okazji opisywania naszych nadbałtyckich perypetii pozwolę sobie na małe lokowanie produktów, ale zaznaczam, że wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany ani nie powstaje na niczyje zamówienie. Po prostu dzielę się swoim doświadczeniem, licząc, że może komuś się przyda.

Krótko przed wyjazdem sprawiliśmy Księżniczce silikonową bransoletkę z wytłoczonym jej imieniem oraz naszymi numerami telefonów, tzw. „niezgubkę”. Wybraliśmy taką, której treść nie ulegnie przypadkowemu zatarciu, zalaniu lub innemu zniszczeniu ani też nie będzie zbyt dobrze widoczna z daleka. Oczywiście pilnowaliśmy naszej pociechy na każdym kroku i niezgubka się nie przydała. Mimo tego czuliśmy się odrobinę pewniej w tłumie plażowiczów, wiedząc, że w razie czego łatwiej będzie odnaleźć małą uciekinierkę. Poniżej wklejam link do aukcji, z której zamawialiśmy opaskę. Polecam z czystym sumieniem, bowiem wykonana jest naprawdę porządnie, a wysyłka nastąpiła ekspresowo.

https://allegro.pl/oryginalna-niezgubka-opaska-info-na-reke-dziecka-i7448779951.html

Drugi product placement dotyczy miejsca. Pierwszego dnia pobytu w Unieściu trafiliśmy na obiad do smażalni Rekin przy pensjonacie Stella Spa. Wbrew nazwie lokal ma w ofercie nie tylko ryby, ale także zupy, dania mięsne, pierogi, sałatki i inne pyszności, a w sąsiedniej sali znajduje się kawiarnia z bogatym wyborem kaw i deserów. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś szuka pięciogwiazdkowej restauracji z przewodnika Michelin, to pewnie się zawiedzie. Natomiast dla zwykłego Kowalskiego, który chce zjeść smacznie, czysto, estetycznie, do syta, w przystępnej cenie i miłej atmosferze, jest to strzał w dziesiątkę. Zdecydowaliśmy się na zestaw dnia – zupę oraz kotlet de volaille z frytkami (do wyboru też ziemniaki lub ryż) i surówką. Wielkość porcji była dla mnie zaskoczeniem, bo właściwie najadłam się samą pomidorówką, resztę wchłonęłam z łakomstwa przy wsparciu Księżniczki. Wszystko było smaczne i świeże. Można powiedzieć, że zostaliśmy „tymczasowymi stałymi klientami” tego przybytku, bo tylko dwa razy poszliśmy na obiad w inne miejsce. Nade wszystko jednak na pochwałę zasługuje obsługa zarówno smażalni, jak i kawiarni. W całości złożona była z młodych ludzi, prawdopodobnie studentów, szukających wakacyjnego zarobku. Kultury osobistej, znajomości menu i otwartości na klienta naprawdę mógłby się od nich uczyć personel niejednej luksusowej restauracji.  Przykłady można by mnożyć, podam jeden, według mnie najbardziej wymowny.  Siedząca w wózku Księżniczka upuściła smoczek na posadzkę. Zanim się ruszyłam, doskoczył do nas kelner, podniósł go i od razu zaproponował, że pójdzie wyparzyć. Dla porównania – w zeszłym roku w jednej z sopockich kawiarni baristka bardzo niechętnie podała nam odrobinę ciepłej wody do rozmieszania mleka dla małej… Tak więc szczerze polecam wspomniany wyżej lokal. Nie ma własnej strony internetowej, ale można go znaleźć na Facebooku:

https://www.facebook.com/Sma%C5%BCalnia-Rekin-Bar-Bistro-Stella-928178717321600/?ref=py_c

IMG_20180717_103340.jpg

Wracając do głównej bohaterki niniejszego tekstu, trzeba podkreślić, że była ewidentnie zadowolona z wyjazdu. Lęk przed morzem pokonała bardzo szybko i pokochała zabawy w falach – do tego stopnia, że dorobiłam się konkretnych zakwasów w rękach :). Plażowanie też jej się bardzo podobało, a jakże. Musieliśmy je jednak ograniczyć, ponieważ Księżniczka nie daje sobie założyć absolutnie żadnego nakrycia głowy, co przy bezchmurnym niebie i upale może mieć niewesołe konsekwencje. Poza tym młoda coraz pewniej chodzi, a właściwie biega… Narobiliśmy za nią naprawdę sporo kilometrów, męcząc się przy tym oczywiście bardziej niż sama zainteresowana. Mała jest też bardzo otwarta na ludzi. Objawia się to tym, że próbuje wszystkich zaczepiać (co nie oznacza, że zawsze jej na to pozwalamy).

W każdym razie jesteśmy już w domu, nawet w miarę wypoczęci i zrelaksowani. Najmłodsza domowniczka właśnie robi sobie prysznic z zestawu Duplo, czyli wszystko w normie.

A jak Wam mijają wakacje?

Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…