Ci, bez których nie jestem sobą

Tańce przytulańce i trupy z szafy, ale przynajmniej grającej

Miało nie być o Walentynkach, ale będzie. To nie moja wina, przysięgam!!! Wszystko przez Księżniczkę. Otóż nasze dziecko jest coraz bardziej muzykalne, tańczy (a raczej kręci pupcią i robi półprzysiady) do każdej zasłyszanej melodii. Puszczamy jej więc przeróżne utwory, próbując znaleźć balans pomiędzy ich rytmicznością i „skocznością”, a naszym gustem muzycznym – ergo „Miłość w Zakopanem” nie wchodzi w grę, ale już Shakira i Lady Gaga rozbrzmiewają ostatnio w naszym domu dosyć często, chociaż sami wolimy klimaty rockowe. W każdym razie włączyłam wczoraj Księżniczce jedną ze swoich youtubowych playlist, zawierającą moje ulubione (głównie polskie) utwory. Razem z nimi wróciły wspomnienia, zatem poczułam się sprowokowana, aby o nich z dzisiejszej okazji napisać.

Zanim to zrobię, podzielę się z Wami jeszcze jednym spostrzeżeniem, pośrednio związanym z tematem. Niedawno opisywałam w komentarzu u Izzy wynik pewnego… eksperymentu, któremu poddała moją grupę na studiach wykładowczyni psychologii. Mianowicie kazała nam narysować ludzką postać tej samej płci, co autor rysunku; więcej wskazówek nie podała. Naszkicowałam na kartce sylwetkę młodej dziewczyny w krótkiej spódniczce i włosach ostrzyżonych „na pazia”. Pani profesor przeanalizowała moją pracę, po czym orzekła, że nie myślę jeszcze poważnie o mężczyznach i nie szukam stałego związku. Ciekawa teoria, zważywszy, że od blisko trzech lat byłam zaręczona, a dwa czy trzy miesiące po tym „teście” wychodziłam za mąż za P. Oczywiście poinformowałam o tym panią psycholog, dodając, że z narzeczonym jesteśmy parą od liceum. Kobieta spojrzała na mnie zza okularów, podumała chwilę, po czym orzekła, że takie małżeństwa (cokolwiek znaczył ten zaimek) mają szansę powodzenia, o ile nie pojawią się w nich dzieci. Tak sobie myślę, że mój rozwój plastyczny naprawdę musiał się zatrzymać w podstawówce, skoro wykładowczyni uznała mnie za aż tak niedojrzałą na podstawie tego jednego rysunku… W każdym razie dzisiaj nie tylko jestem od dekady szczęśliwą mężatką, ale dodatkowo mój małżonek ma w domu jeszcze jedną, niespełna roczną „walentynkę”. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mieli się rozstać, a już na pewno nie przez Księżniczkę. I może dlatego właśnie warto ten Dzień Zakochanych świętować nawet pomimo jego komercyjnego i kiczowatego charakteru.

DJ Stożek Entertainment przedstawia zatem sentymentalno – symboliczną playlistę państwa Makbet (w porządku chronologicznym):

  1. „Pocałuj mnie, jakbyś to robił pierwszy raz”dancing-2972960_960_720

Ekhm. To jest krępujący moment w naszej wspólnej biografii. Kiedyś pisałam już o tym, że z P. znamy się od dziewiątego roku życia. Jako że chodziliśmy do jednej podstawówki, to zdarzyło nam się być razem na szkolnej dyskotece – organizowanej w (jak na tamte czasy) modnym klubie, co dzisiaj chyba nieczęsto się zdarza. P. poprosił mnie do tańca – mieliśmy po 10 lat, więc raczej było to takie skakanie obok siebie, niż tańczenie razem. W pewnym momencie podeszła do nas jakaś starsza dziewczyna (nie mam pojęcia, kto to był! Uczennica starszej klasy? Czyjaś siostra? Diabeł wcielony?) i kazała nam się przytulić… chociaż „kazała” to wybitnie złe słowo, ona nas po prostu ze sobą splotła. No i tańczyliśmy w ten sposób dalej w rytm przeboju I&I, mimo własnego wstydu i kpiących spojrzeń równolatków… Chociaż na pierwszy pocałunek musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, to refren tego utworu skutecznie utkwił w mojej pamięci. Dopiero niedawno odkryłam, jak beznadziejny tekst ma ta piosenka.  🙂

2. „If you believe in love tonight…”

MUUUSIC
P. pożyczył mi kiedyś płytę Sashy, podobno należącą do jego mamy. Było to tuż po tym, jak odnowiliśmy kontakt po kilkuletniej przerwie. Nie prosiłam o ten krążek ani też nie byłam jakąś specjalną fanką owego wykonawcy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało, że P. zaproponował mi akurat tamten album. Faktem pozostaje natomiast, że dzięki temu mieliśmy pretekst do kolejnego spotkania. A samej płyty słuchało się całkiem przyjemnie.

  1.  „Rozumiem, już rozumiem swój błąd…”

iphone-500291_960_720

Słuchaliście kiedyś Varius Manx? (E., jeśli to czytasz, to wiedz, że w tej chwili ciepło o Tobie myślę 😉 ) Przebój tej grupy – „Ruchome piaski” – przyczynił się do przełomu w moich relacjach z P. Byliśmy w drugiej klasie liceum i przechodziliśmy dosyć dziwny etap znajomości; byliśmy dla siebie kimś więcej, niż przyjaciółmi, ale zdecydowanie nie był to związek. Trochę się zresztą mijaliśmy, bo kiedy ja w końcu wyleczyłam się z poprzedniej miłości, P. akurat znalazł dziewczynę – tak więc jakoś nie mogliśmy się zejść. Pod koniec września pojechałam na szkolny biwak. Któregoś ranka do mojego domku wpadł w odwiedziny B. – kumpel z klasy, z którym znałam się od przedszkola i który kolegował się również z moim P. Ponieważ sam był wtedy ślepo zakochany, rozmowa szybko zeszła na tematy damsko – męskie. I tak mi, skubany, wiercił dziurę w brzuchu, że zaczęłam na nowo analizować swoje uczucia do P. Jakoś tak się złożyło, że B. miał również przy sobie płytę z polskimi balladami, a na niej właśnie „Ruchome piaski”. Nie mogę sobie przypomnieć, czy puścił ją już podczas tej rozmowy, czy też usłyszałam powyższą piosenkę przy innej okazji tego dnia – bądź co bądź dopatrzyłam się w jej słowach… siebie. I przyszło mi do głowy, że być może tracę szansę na miłość życia. Dzisiaj, przez pryzmat czasu, patrzę oczywiście z pewnym pobłażaniem na tę nastoletnią siebie, ale trudno odmówić racji tamtym spostrzeżeniom. Pierwszym, co zrobiłam po powrocie z biwaku, był telefon do P. Niespełna miesiąc później zostaliśmy parą…

  1. „Wielka miłość, wielka siła…”

wedding-2954579_960_720.jpg

Kiedyś, jeszcze jako nastolatka, marzyłam, abyśmy z moim przyszłym mężem mieli „naszą piosenkę” niczym bohaterowie amerykańskich filmów. No i mamy! P. przez wiele lat pisał do mnie listy. W jednym z nich, na początku naszego związku, zacytował tekst utworu Krajewskiego, który mi zadedykował. I chyba od tamtego momentu „Czekasz na tę jedną chwilę” aka „Wielka miłość” towarzyszy nam w różnych okolicznościach. Był to również nasz pierwszy taniec na weselu, chociaż zespół próbował nas przekonać do wyboru innego, bardziej oryginalnego kawałka. Zgadzam się, że utwór jest oklepany, ale co z tego, skoro NASZ?

  1. „Zamigotał świat tysiącem barw!”

 

concert-2527495_960_720Po „Wielkiej miłości” przybyło jeszcze mnóstwo kawałków, które na stałe wpisały się w historię naszego małżeństwa.  Ich pochodzenie wiąże się ze wspólnymi wyjazdami, koncertami albo romantycznymi wieczorami we dwoje. Jednak takim naprawdę przełomowym stał się dopiero utwór wspomnianego już Variusa. Słowa jego refrenu były pierwszymi, które zabrzmiały mi w głowie po decyzji o adopcji naszej Księżniczki. Tak się w istocie stało – świat zamigotał tysiącem barw i wita nas nimi każdego dnia.

Tymczasem kończę imprezę i idę spać. Walentynki obchodziliśmy w weekend, a dziś pora w końcu zregenerować siły po ostatnich zawodowych wyzwaniach, które m.in. zmusiły mnie do jazdy samochodem o 4 rano po nieprzespanej prawie całej dobie, ale o tym może kiedy indziej. 🙂

A jak Wam minęło Święto Zakochanych?

Reklamy
Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

(PO)ADOPCYJNA MITOLOGIA

Jeszcze przed przysposobieniem Księżniczki popełniłam wpis na temat okołoadopcyjnych stereotypów. Teraz nadszedł czas na drugą część, tym razem dotyczącą życia z adoptowanym dzieckiem.

  1. PO ADOPCJI NIE JEST SIĘ RODZICEM, TYLKO OPIEKUNEM PRAWNYM

Prawny

Takie zdanie usłyszałam od rejestratorki w przychodni podczas wypełniania karty pacjenta. Na szczęście miałam przy sobie akt urodzenia małej, z którego jasno wynika, kto jest kim. W rzeczywistości po adopcji (zwłaszcza pełnej) powstaje według prawa identyczna relacja pomiędzy dzieckiem przysposobionym a jego rodziną, jak w przypadku pokrewieństwa biologicznego. Formalnie Księżniczka nie ma zatem żadnych rodziców poza nami.

  1. RODZINA ADOPCYJNA PODLEGA STAŁEJ KONTROLI RÓŻNYCH INSTYTUCJI PAŃSTWOWYCH

control-427510_960_720

Zdecydowanie mit – z tych samych powodów, co wyżej. Prawo pod tym względem nie rozróżnia rodzin biologicznych i adopcyjnych. Zdarzyło mi się, usłyszeć, że to źle, „bo przecież w telewizji mówią, co to się w tych rodzinach adopcyjnych dzieje”. Tu mamy do czynienia z kolejnym mitem, bardzo trudnym do obalenia. Niestety przemoc i zaniedbania zdarzają się w każdym typie rodzin. Być może te ze strony rodziców adopcyjnych poruszają szczególnie, bo przecież teoretycznie powinni oni być lepiej przygotowani do swojej roli i sprawdzeni pod każdym względem. Dodatkowo rozmiar tragedii potęguje świadomość, że pokrzywdzone dzieci już raz przeszły przez piekło, a teraz system zafundował im kolejne. Nie staram się bronić sprawców, wręcz przeciwnie, bowiem ich postępowanie rykoszetem odbija się na opinii normalnych, tych najzwyczajniejszych pod słońcem rodzin adopcyjnych. Mam na myśli, że przemoc w rodzinach biologicznych wydaje się czymś nagannym, ale mimo wszystko jakoś społecznie akceptowanym, natomiast ta w domach dzieci przysposobionych wywołuje niechęć do adopcji w ogóle i powoduje powstawanie właśnie tego rodzaju stereotypów.

  1. RODZICE ADOPCYJNI REGULARNIE OTRZYMUJĄ PIENIĄDZE OD PAŃSTWA

pieniądze.jpg

Rodziny adopcyjne są ciągle mylone z zastępczymi, być może stąd przekonanie, że przysposobienie jest równoznaczne z dodatkowym dochodem. O tym, jak silnie zakorzeniony jest ten mit, miałam okazję już kilka razy się przekonać. Znajomi pytali nawet nie „czy”, ale „ile” dostajemy miesięcznie na Księżniczkę. Otóż – okrągłe zero, bowiem nawet na 500+ się nie łapiemy ;). Jak pisałam wyżej, prawo nie rozróżnia pod tym względem rodzin adopcyjnych i biologicznych.

  1. ADOPCJĘ NAJLEPIEJ UTRZYMAĆ W TAJEMNICY PRZED OTOCZENIEM… I PRZED SAMYM DZIECKIEM

tajność

Co do pierwszej części – aby wcielić taką myśl w życie, musielibyśmy mieszkać na pustyni albo bezludnej wyspie. Oczywiste, że nie chwalę się każdemu, iż nie urodziłam mojej córki, ale też nie staram się jakoś specjalnie tego faktu ukryć. Jaki miałby być tego cel? Chyba jedynie narażenie siebie na śmieszność, kiedy okazałoby się, że rozmówca już dawno zna prawdę. Jeżeli chodzi o okłamywanie swojego dziecka, to w ogóle sobie tego nie wyobrażam. Ono jest żywym człowiekiem, nie maskotką. Ma prawo do pełnej wiedzy o sobie, ma też prawo do rodziców, którym zawsze będzie mogło ufać. Koniec, kropka.

  1. RODZINA ADOPCYJNA MUSI UTRZYMYWAĆ KONTAKT Z BIOLOGICZNĄ

girl-1897828_960_720

Przeciwieństwo poprzedniego punktu – i oczywiście mit. Nie musi. Adopcja w Polsce jest objęta tajemnicą, co oznacza, że rodzina pochodzenia nie zna nowych danych ani adresu dziecka. Dopiero gdy osiągnie ono pełnoletniość, może wystąpić do właściwego urzędu o udostępnienie mu danych sprzed przysposobienia i w ten sposób odnaleźć swoich biologicznych krewnych. Tyle w kwestii prawa. Znam natomiast przypadki, w których rodzice adopcyjni zdecydowali się wcześniej pomóc dziecku w poszukiwaniach jego korzeni. Myślę, że każdą z tych sytuacji należy rozpatrywać osobno, jednak faktem jest, że stare dane dziecka zostają po adopcji utajnione, zaś nowe nie zostają udostępnione rodzinie biologicznej.

  1. ADOPTOWANE DZIECKO UPODABNIA SIĘ DO SWOICH NOWYCH RODZICÓW

mom-20666_960_720

Nie jestem pewna, czy to tak do końca jest mit. Przede wszystkim dziecko wychowywane w konkretnej rodzinie (czy to biologicznej, czy adopcyjnej) w sposób naturalny przejmuje gestykulację, mimikę lub choćby styl wypowiedzi swoich opiekunów, dzięki czemu ewentualny brak wizualnego podobieństwa jest mniej zauważalny.  Wiem też, że niektóre ośrodki adopcyjne starają się dobrać rodziców do dziecka także pod względem aparycji (choć zapewne nie jest to kryterium decydujące). Nie mam pojęcia, czy w naszym przypadku tak było, ale Księżniczka wyglądem bardzo do nas pasuje. Kolor włosów ma zbliżony do mojego, oczu z kolei do P. Nie umiem powiedzieć, czy mieszkanie pod jednym dachem wpływa na fizyczne upodabnianie się do siebie, ale nie wykluczałabym takiej możliwości.  Pikuś Incognito popełnił kiedyś ciekawy wpis na ten temat (klik).

A z jakimi poglądami Wy się zetknęliście?

Taka tam rodzina adopcyjna

Krótka notka o tym, dlaczego czasem lepiej nie odbierać domofonu

Motto dzisiejszej notki:

„To nie jest bałagan, tylko bardzo skomplikowany porządek” /Kubuś Puchatek/

Napisałam całkiem przemyślany post o prawdach i mitach dotyczących życia po adopcji dziecka. Planowałam go dziś wieczorem dopracować i zamieścić, ale najpierw muszę Wam coś opowiedzieć.

Miałam ostatnio sporo pracy, takiej czysto zawodowej.  Nie chciałam, żeby Księżniczka to odczuła, więc absolutnie cały wolny czas poświęcałam jej – zaniedbując blogi (Wasze i mój własny) oraz domowe porządki niezaliczające się do niezbędnych. Dodatkowo wczoraj, kiedy mała już poszła spać, do późnych godzin piekłam babeczki dla męża do firmy, zmywanie zostawiając sobie na dzisiaj. Wróciłam więc z zajęć, zjadłam w biegu cokolwiek, popiłam szybką kawą i poszłam się przebrać w domowe ubranie. Księżniczka w tym czasie ściągnęła z półki paczkę zielonej herbaty i rozerwała dwie torebki, wysypując na podłogę ich zawartość, wyglądającą w tej formie co najmniej dwuznacznie. Westchnęłam, zakasałam rękawy i wzięłam się do sprzątania… a raczej planowałam się wziąć, bo zanim cokolwiek zrobiłam, zadzwonił domofon. Stawiałam, że to świadkowie Jehowy, ale rzeczywistość okazała się zaskakująca.

door-1590024_960_720

– Dzień dobry, inspekcja sanitarna, proszę otworzyć.

– SŁUCHAM??? – zapytałam, wietrząc jakiś idiotyczny dowcip albo jeszcze głupsze nieporozumienie.

– Czy to Lady Makbet?

– Tak.

– Dzień dobry, inspekcja sanitarna, proszę otworzyć, chcemy porozmawiać.

Przez głowę przemknęło mi milion myśli, spośród których ta, że to sąsiad z bloku naprzeciwko doniósł na mój rozgardiasz w kuchni, bo szpecił mu widok z balkonu, była chyba najmniej absurdalna. Rozejrzałam się błyskawicznie po mieszkaniu, spojrzałam na kubek po kawie, stojący na stole zaraz obok Księżniczkowego kapcia (nie pytajcie…), a potem na zielony herbaciany susz, zdobiący kuchenną podłogę i doszłam do wniosku, że teraz to na pewno odbiorą mi dziecko. Zastanawiałam się nawet, czy nie ukryć młodej w jakiejś szafie, ale w bezpośrednim pobliżu miałam tylko pralkę, w dodatku z przezroczystym bębnem, więc bez sensu.

Tymczasem panie wizytatorki (też chodzą parami, jednak mają coś ze świadków Jehowy) wdrapały się po schodach i, nawet nie czekając, aż je wpuszczę do mieszkania, ryknęły na całą klatkę:

– Ze szpitala w X wpłynęło do wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej (tak to się nazywa?) zawiadomienie, że pod tym adresem przebywa dziecko, mogące być nosicielem choroby zakaźnej.

Niesamowicie spodobało mi się słowo „przebywa”. No pewnie. Wszak przeciętne dziesięciomiesięczne niemowlę od poniedziałku do piątku studiuje w Londynie, weekendy spędza z przyjaciółmi w modnych klubach, a u ojca i matki jedynie czasem łaskawie „przebywa”. Zaprosiłam babki do środka, jednocześnie przepraszając za bałagan i starając się zasłonić sobą zielony susz na podłodze. Odsunęłam ze stołu wspomniany kubek, kapcie, inhalator, pilot do telewizora i jeszcze kilka rzeczy, które najwyraźniej ktoś celowo tam podrzucił i wskazałam im miejsca. Urzędniczkom, nie rzeczom. Znaczy rzeczom też, ale wcześniej… eee… nieważne.  W międzyczasie dowiedziałam się, że tak wygląda rutynowe postępowanie w podobnych przypadkach i dlatego muszą przeprowadzić wywiad środowiskowy.

– Niech mi pani powie, jak do tego doszło? – zapytała starsza z wizytatorek.

– „Do tego” czyli do czego? (Że na talerzu po kanapce leży fioletowy gryzak w kształcie psa, czy że mam spodnie umazane rozgniecionym biszkoptem? – dodałam w myślach)

Chcemy wiedzieć, kiedy i gdzie pani córka się zaraziła.

Z dalszej części dialogu wynikło w końcu, co następuje: zaraz po narodzinach, jako dziecko z obciążonym wywiadem, Księżniczka została przebadana na wszystko, co możliwe, włącznie z HIV, HCV, kiłą i rzeżączką. Ponieważ niektóre wyniki były niejednoznaczne (głównie ze względu na wiek malutkiej), szpital, w którym przyszła na świat, powiadomił sanepid, że dziecko może być nosicielem takich a takich chorób. Do tego momentu wszystko jest zrozumiałe. Gdyby jednak nie było żadnego „ALE”, to w ogóle bym o tym wydarzeniu nie wspominała. Otóż sukcesywnie, jeżdżąc po różnych placówkach rozsianych po województwie, WSZYSTKIE te choroby wykluczyliśmy. Absolutnie wszystkie. Ba, część nawet w tym samym szpitalu. Większość już w pierwszych tygodniach życia małej. O tym fakcie, jak widać, sanepid nie został powiadomiony, bo i po co.

Role się zatem odwróciły i zdziwienie przeszło na panie wizytatorki. Spisały informacje z ostatniego zaświadczenia lekarskiego Księżniczki, przeprosiły za nieporozumienie i sobie poszły. Zostałam ja – z niczego nieświadomą córeczką i bałaganem do posprzątania.

Jeśli ochłonę do jutra, to wrzucę wspomniany wpis o mitach poadopcyjnych.

PS. Chciałam znaleźć w internecie jakieś poglądowe zdjęcie bałaganu. Przejrzałam fotki na pixabay.com i stwierdziłam, że jednak u mnie nie wyglądało tak źle. 😉

Taka tam rodzina adopcyjna

Słodki smak spokoju

Siedzę wygodnie na kanapie, rozkoszuję się ulubioną kawą i zagryzam pralinkami – dokładnie tymi, których jeść nie powinnam. Jeszcze przed Nowym Rokiem ustaliliśmy z P., że przestajemy kupować do domu jakiekolwiek słodycze. Postanowiliśmy zjeść to, co nam zostało ze Świąt, po czym zrobić sobie odwyk od niezdrowego – zwłaszcza słodkiego – żarcia.

pusta bom

Udało nam się dotrzymać tego połowicznie. Faktycznie, od Bożego Narodzenia nie kupiliśmy nawet kostki cukru. W pierwszych dniach stycznia skończyły nam się gwiazdkowe zapasy. I wszystko byłoby ok, gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń, że tak sobie pozwolę zapożyczyć sformułowanie z literatury 😉 . Najpierw dorwała mnie na parkingu sąsiadka, której dałam kiedyś dwie torby ubrań po Księżniczce – na tyle dawno, że zdążyłam o tym zapomnieć. Sąsiadka jednak najwidoczniej pamiętała, bowiem postanowiła w ramach wdzięczności obdarować mnie Ptasim Mleczkiem – takim, wiecie, XXL, +25% gratis, milion pięćset sto dziewięćset dodatkowych kosteczek. Próbowałam protestować, ale skrobanie auta przy mrozie, wietrze i perspektywie spóźnienia do pracy nie jest najlepszym tłem do przesadnie długiej demonstracji wrodzonej skromności, toteż w końcu wpakowałam słodkości na tylne siedzenie, jednocześnie zapewniając sąsiadkę, że Księżniczka ciągle rośnie, więc pewnie niebawem zapukam do niej z kolejną porcją fatałaszków. Ptasie Mleczko zamierzałam postawić na stole w pokoju nauczycielskim, ale zapomniałam go zabrać z samochodu i tym sposobem znalazło się w naszym domu. Dzień później odwiedziła nas towarzyszka moich dawnych harcerskich wędrówek z kolejną bombonierą, zaś jeszcze następnego dnia, jakby się ktoś zmówił, jedna z uczennic wręczyła mi kartonik Raffaello w podziękowaniu za pomoc w wypełnianiu dokumentów na zagraniczne studia. Odmówiłam przyjęcia upominku, nie tyle nawet ze względu na dietę, ile na niezręczność sytuacji, bo w końcu nie zrobiłam dla niej niczego, co nie należałoby do moich obowiązków. Sprytna podopieczna chwilę później zaniosła to pudełeczko do pokoju nauczycielskiego i poprosiła któregoś z kolegów, żeby mi je przekazał. Zjadłam jedno, resztę zostawiłam na stole, dumna, że robię jednocześnie coś dla innych i dla siebie. Myślałam, że to już koniec tej słodkiej passy, ale nie. W sobotę rano przyjechali teściowie, zostawiając nam kawał ciasta („Bo kupiłam w tej pysznej cukierni koło was, to macie, co wam będę żałować”) i torbę pralinek („Nie wiem, skąd je mam, zjedzcie sobie”). Po południu odwiedziła nas jeszcze J. ze swoją mamą i kolejną bombonierą.

Ta ostatnia nadal stoi zamknięta, póki co dobierała się do niej wyłącznie Księżniczka. Mnie się „niechcący” sięgnęło do tej torby od teściowej, no i zajadam do kawy, tłumacząc samej sobie, że  chwila warta jest tej grzesznej celebracji. I tu dochodzę do meritum. Pamiętacie mój wpis o wizycie w przychodni na NFZ? Dzisiaj byliśmy na kontroli, polegającej głównie na omówieniu wyników ostatnich badań. Księżniczka jest zdrowa!!!

Nasza córcia, jak większość adoptowanych dzieci, miała tzw. obciążony wywiad. Wśród kilku niepokojących informacji najbardziej spędzała nam sen z powiek ta o chorobie jej mamy biologicznej, którą mogła niestety przekazać także dziecku. Lekarzy również to zaalarmowało, dlatego od razu dostaliśmy pilne skierowanie to odpowiedniej poradni. Co oznacza „pilne” według Narodowej Fabryki Zwątpienia, pisałam ostatnio. W każdym razie dzisiaj, po 10 miesiącach niepewności, otrzymaliśmy wreszcie potwierdzenie, że Księżniczka jest wolna od tego paskudztwa! (Tzn. choroby, nie eNeFZetu, ale dobre i to). Musicie przyznać, że jest to powód do świętowania. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym (prawie jak w tej cholernie irytującej reklamie Hepaslimin) jest to, że – poza jedną kontrolną wizytą za rok – nie będziemy musieli już jeździć do tej obskurnej przychodni. Nie wiem, kto i z jakim założeniem projektował jej budynek, ale według mnie nadaje się bardziej na biuro pobliskiego cmentarza (swoją drogą bardzo wymowna lokalizacja)… a na pewno nie na siedzibę zespołu poradni, w którym zagęszczenie pacjentów na metr kwadratowy bije na głowę Chiny, Indie, Biedronkę przed Sylwestrem i szczecińską komunikację miejską w godzinach szczytu. Dopełnienie tego uroczego obrazu stanowi jedna (koedukacyjna, a jakże) toaleta na całą przychodnię oraz spory kącik zabaw dla dzieci, wypełniony różnej maści zabawkami, z których brud sam już odpada. Chociaż na co dzień bywam dosyć wyluzowana w kwestii sterylności – w tym sensie, że np. nie wyparzam smoczka za każdym razem, kiedy wypadnie małej z buzi ani nie dezynfekuję dziecka, kiedy przypadkiem dorwie kota sąsiadów (kota też nie odkażam, żeby nie było) – to nie potrafię sobie wyobrazić Księżniczki bawiącej się albo, co gorsza, biorącej do ust obsmarkane przez innych pacjentów maskotki… Brr!!!

potw

W każdym razie jesteśmy już w domu – zdrowi, bezpieczni i szczęśliwi.

Komu pralinkę?

pralinki

Takie tam różne, Uncategorized

Dziadostwo i inne koligacje

Dziadkowie

Za kilka dni babcia i dziadkowie Księżniczki będą obchodzić swoje pierwsze święto w tej roli. Na szczęście do wszystkich mamy blisko. Sama bardzo źle wspominam z dzieciństwa przedszkolne akademie z powyższej okazji. Rodzice moich rodziców mieszkali kilkaset kilometrów od nas, przez co nigdy nie miałam komu wręczyć laurki. Uśmiechnięte koleżanki mówiły wierszyki dla dziadków i wskakiwały babciom na kolana, a mnie było przykro… dzieci w takiej sytuacji było kilkoro.  Nawet dzisiaj, już z punktu widzenia pedagoga, uważam urządzanie takich uroczystości za nie do końca rozsądne. Są przecież maluchy, które w ogóle nie mają dziadków (a czasem nikogo poza rodziną zastępczą). Myślę, że czują się wtedy podwójnie opuszczone.

Ponieważ Dni Babci i Dziadka są z zasady dniami radosnymi, nie chcę, aby mój dzisiejszy wpis był smutny. Porzucam zatem przykre wspomnienia i wracam do meritum, czyli do tego, kim są dziadkowie w życiu wnucząt. (Swoją drogą, zachodzi tu pewna słowotwórcza ciekawostka, nie uważacie? Jeżeli brat i siostra stanowią rodzeństwo, wujek z ciotką to wujostwo, ich dzieci to kuzynostwo, a żona plus mąż równa się małżeństwo, to dlaczego dziadostwo kojarzy się zupełnie z czymś innym?) Usilnie próbujemy wymyślić dla naszych rodziców jakieś ciekawe upominki w imieniu Księżniczki. Sprawa nie jest prosta, bowiem trudno znaleźć coś, czego jeszcze nie mają, a co jednocześnie nie jest kiczowate ani oklepane. I właśnie rozważania z zakresu prezentologii stosowanej naprowadziły mnie na charakterystykę rodzajów babć i dziadków. Nie ukrywam, iż każdy z tych typów oparty jest na osobistych (bliższych lub dalszych, że tak to określę) doświadczeniach.

  1. DZIADEK – ARTYSTA

Artysta1

Namalował portret wnuczki, zanim jeszcze przyszła na świat, co (w jego mniemaniu) czyni go wieszczem wśród artystów. O samej zainteresowanej mówi, że jest prawie tak piękna, jak na jego obrazie, co oczywiście stanowi najwyższy komplement. Jak na twórcę przystało, żyje w alternatywnej rzeczywistości. Właściwie nie za bardzo wie, co można robić z takim niemowlęciem poza namalowaniem go. Tę właściwość Dziadka-Artysty warto wykorzystać, kupując mu nowe pędzle albo komplet farb i od razu zamawiając kolejną podobiznę wyczekanej wnuczki.

  1. BABCIA-BOGU-MIŁA

Babciaw

Imię ma tutaj charakter wyłącznie symboliczny, po prostu moim zdaniem brzmi lepiej niż „babcia-moher”. Na wieść o tym, że będzie miała wnuka, pyta, czy był spłodzony po Bożemu i czy aby nie w Wielkim Poście. Uzyskawszy satysfakcjonującą (inna rzecz, czy zgodną ze stanem faktycznym) odpowiedź, wymyśla mu imię, koniecznie biblijne i wyłącznie z Nowego Testamentu, żeby, broń Panie Boże, nikt go nie pomylił z Żydem. Następnie dzwoni do zaprzyjaźnionego (a jakże) proboszcza z pytaniem, czy dziecko można ochrzcić już w łonie matki. Odmowę traktuje jak herezję, w związku z czym obdzwania jeszcze ośmiu innych kapłanów, włącznie z misjonarzem z Zimbabwe i stuletnim arcybiskupem. Niczego z żadnym z nich nie załatwia, co wyraźnie psuje jej humor, ale tylko na chwilę. Szybko bowiem przypomina sobie, że nienarodzone maluszki dosyć szybko zaczynają słyszeć, więc przynosi przyszłym rodzicom w prezencie swoje radio, rzecz jasna nastawione na odbiór jedynej słusznej rozgłośni. Jak będą wyglądały jej relacje z wnukiem? Na pewno dopilnuje, by przystąpił do wszystkich sakramentów i zorganizuje mu udział w każdym możliwym turnusie parafialnych półkolonii. Co jej kupić na Dzień Babci? Kalendarz z papieżem już pewnie ma, więc dobrym pomysłem będzie np. oprawione zdjęcie wnusia, grającego aniołka w szkolnych jasełkach. Gorzej, jeżeli wnusiowi przypadła rola Heroda…

  1. DZIADEK-PIOTRUŚ PAN

PiotruśPan

Typ wiecznego chłopca, który dzieciństwo wnuka traktuje jak przedłużenie własnego. Chętnie buduje z dziedzicem zamki z lego, organizuje wyścigi resoraków, a nawet gra w przygodówkę na Playstation. Trudności (nie do przeskoczenia!!!) zaczynają się w momencie, kiedy malucha trzeba przewinąć, ubrać albo podać mu do jedzenia coś innego niż obiadek ze słoiczka. Piotruś Pan zawsze deklaruje gotowość zaopiekowania się wnukiem pod nieobecność jego rodziców, ale lepiej dla bezpieczeństwa pozwalać na to tylko wtedy, kiedy w bezpośrednim pobliżu znajduje się babcia. Dla tego rodzaju dziadka łatwo jest wybrać prezent. Ucieszy się z każdego zabawnego gadżetu, na przykład koszulki lub kubka ze śmiesznym napisem.

  1. BABCIA-DOBRA WRÓŻKA

wróżka

Wychodzi z założenia, że wnuki są po to, by je rozpieszczać. Od pierwszych dni malucha pomaga w pielęgnacji i zasypuje prezentami. Starsze dziecko chętnie zabiera do kina, na łyżwy albo na zakupy. Jedyną wadą Dobrej Wróżki (aczkolwiek przeważnie niedostrzegalną dla wnuków) jest to, że często WIE LEPIEJ niż rodzice, co jest dobre dla ich pociechy. Takiej babci można podarować np. voucher do salonu urody, aby choć przez chwilę zrobiła coś dla siebie, zamiast dla innych.

  1. DZIADEK-ERUDYTA

Erudyta

Posiada imponujący zasób wiedzy z wielu dziedzin. Nałogowo czyta książki i prasę specjalistyczną, a reszta rodziny nie może zrozumieć, dlaczego dotąd nie wziął udziału w „Jednym z dziesięciu” albo „Milionerach”. On sam twierdzi, że skoro zna odpowiedzi na wszystkie pytania, to nie widzi w tym zabawy.  Wnuki od pierwszych dni życia zapoznaje z klasyką światowej literatury, a zaraz po chrzcinach robi im wykład z podstaw oszczędzania i inwestowania otrzymanej gotówki. Erudycie można kupić książkę lub grę logiczną, w której będzie mógł rywalizować z najmłodszym pokoleniem.

  1. BABCIA-TRADYCJONALISTKA

tradycjonalistka.jpg

Wychowała pięcioro dzieci za komuny, kiedy nie było niczego – no i proszę, wszystkie wyrosły na porządnych ludzi. Nie to, co teraz… Pampersy, mokre chusteczki, fiszerprajsy i inne fanaberie, które do niczego dobrego nie prowadzą. Babcia-Tradycjonalistka przywiezie wygrzebany  z piwnicznych czeluści stos ubranek noszonych kolejno przez wszystkie jej dzieci oraz pudło zabawek sprzed czterdziestu lat, ale o co chodzi, przecież jeszcze posłużą. Właściwie nie wiem, co kupić takiej babci… Może jakiś poradnik w stylu „Jak wychować wnuki w XXI wieku”?

  1. DZIADEK-KAPRAL

Kapral

Lubi porządek… ale wyłącznie idealny. Co prawda niestraszne mu żadne pole minowe, ale kiedy przewija wnuczkę, zapina pieluszkę przy użyciu linijki i poziomnicy, żeby było równo. Ku uciesze małej cierpliwie odkłada po niej zabawki na swoje miejsce, co powoduje efekt perpetuum mobile – wiecie, o czym mówię. 😉 Jest do bólu punktualny. Jeżeli powie mu się, że dziecku trzeba dać jeść o piątej po południu, to równo o 16:59:59’ będzie stał na baczność przed podgrzewaczem do butelek, meldując gotowość do nakarmienia szeregowej najmłodszej rangą wiekiem. Kapralowi można kupić prosty w stylu zegarek albo organizer.

  1. BABCIA INCOGNITO

incognito

Jest młoda duchem, zadbana, sprawna, pełna energii. Chodzi w jeansach, szpilkach i dopasowanych bluzkach. Zrobi przy maluchach wszystko, byleby tylko nikt nie nazywał jej babcią. Podczas wspólnych wyjść pozwala wnukom mówić sobie po imieniu, w końcu „Wiola” brzmi o wiele przyjemniej niż „babunia”, a przy tym nie konotuje zmarszczek, nietrzymania moczu i wszystkich innych wątpliwych radości kojarzonych z podeszłym wiekiem. Prezenty zawierające słowo „babcia” także zdecydowanie odpadają, ale za to strzałem w dziesiątkę okażą się kosmetyki (byle nie żadne „50+”!) albo karta upominkowa do odzieżowej sieciówki.

A jak Wy planujecie świętować Dzień Babci i Dzień Dziadka?