Taka tam rodzina adopcyjna

Skarpetka z napisem love

Dobrze, że zdecydowaliśmy się na tę całą adopcję. To była najlepsza decyzja w życiu mamy i moim – powiedział P. do Księżniczki, jedną ręką wycierając jej nos, drugą machając pluszowym królikiem, trzecią podtrzymując małą, żeby nie spadła z jego kolan, a czwartą odkładając telefon poza pole widzenia naszej latorośli.

Księżniczka w odpowiedzi przyfasoliła mu w czoło różową skarpetką w serduszka, którą w czasie powyższych zabiegów ojca z satysfakcją ściągnęła z lewej stopy. Prawa skarpetka zaginęła w akcji jakiś kwadrans wcześniej.

I to by było właściwie na tyle, jeżeli chodzi o naszą Wielką Sobotę. Rano P. poszedł ze święconką – sam, bowiem córcia wciąż jest mocno przeziębiona, a zimny wiatr dodatkowo nie sprzyjał spacerom. Zostałyśmy więc w domu i robiłyśmy sernik. Po południu ogarnęliśmy trochę mieszkanie… Poza tym wczoraj upiekłam mazurek, jutro przygotuję jeszcze białą kiełbasę w piwie i karkówkę na obiad. To z grubsza wszystko. Wygląda na to, że Wielkanoc spędzimy tylko we troje, więc staramy się przede wszystkim świętować, zamiast po raz kolejny szorować czystą już armaturę.

cleaning-service-3194504_960_720

W ogóle nie wiem, czy zauważyliście, ale w tym roku wyjątkowo „modny” stał się temat (nie)sprzątania przed świętami. Na blogach można przeczytać albo o tym, jak to domownicy padają na twarz od porządków i ze zmęczenia myją okna żurkiem zamiast płynem, albo odwrotnie – całe cykle porad, jak olać (najlepiej tymże żurkiem) pucowanie chałupy, żeby teściowa nie zauważyła (lub co jej powiedzieć, jeżeli jednak zauważy). O ironio, ja też właśnie powyższą kwestię poruszam (sprzątania, nie teściowej…). Tak jakby nie było przed Wielkanocą bardziej palących spraw niż wytrzepanie wszystkich dywanów. Dziwne, bo przecież dla wierzących dzień Zmartwychwstania Pańskiego jest najważniejszym świętem w roku, więc powinno się go przeżywać przede wszystkim duchowo. Dla ateistów Wielkanoc albo nie ma znaczenia, albo jest miłą tradycją, okazją do spędzenia czasu z bliskimi. Dla jednych i drugich są w tych dniach istotniejsze rzeczy do zrobienia niż pucowanie i pichcenie. Coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy na święta (którekolwiek) wyjeżdżają daleko od domu i w nosie mają pranie firanek.

fence-2733591_640

Wracając jeszcze na moment do meritum, muszę przyznać, że po pojawieniu się Księżniczki całkowicie zmieniły nam się priorytety. Zauważam to na co dzień w pracy, ale jeszcze bardziej widzę ten proces właśnie w okolicach świąt. Nagle okazuje się, że prasowanie obrusa może poczekać, aż po raz osiemnasty policzymy wszystkie dziewięć pasków na grzbiecie tygrysa w książeczce, zaś walające się po mieszkaniu malutkie skarpetki (obecnie w liczbie sześciu, ale sytuacja jest dynamiczna) nie rzucają się w oczy aż tak bardzo. Mój mąż ma rację, że adopcja córeczki była najlepszą decyzją w naszym wspólnym życiu. W ten właśnie sposób dotarłam do życzeń:

Kochani Czytelnicy, życzę Wam, żebyście spędzili Wielkanoc po swojemu – wszystko jedno, czy oznacza to pieczenie bab, mazurków, serników i schabów, wyjazd na Karaiby czy leniwe oglądanie „Mody na sukces” przez bite trzy dni. Żebyście wypoczęli i nabrali sił na spotkanie kolejnych życiowych wyzwań. Aby pogoda się poprawiła i wreszcie nadeszła wiosna – ciepła, słoneczna i kwitnąca tysiącami kolorów.

Niech Zmartwychwstały Zbawiciel obdarza Was wszelkimi łaskami, jeżeli tylko tego chcecie.

Wesołego Alleluja!

sheep-3264732_960_720

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

Kto komu dodaje skrzydeł przed Świętami?

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie (Adam Mickiewicz)

Tam sięgaj, gdzie wzrost dosięga, łam, czego rodzic nie złapie (Księżniczka)

Pisząc „Odę do młodości”, nasz wieszcz narodowy miał 22 lata i chyba nie był jeszcze ojcem, a przynajmniej nie oficjalnie. Podejrzewam, że mimo tego w jego otoczeniu znajdowały się jakieś dzieci, bowiem fragmenty tego przełomowego utworu wypisz-wymaluj prezentują codzienność niemowlaka (bądź z niemowlakiem). Spójrzcie tylko na taki dwuwers:

„Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory”

Ową bryłą może być stolik kawowy, śmietnik na pieluchy tudzież trzykilowy worek ziemniaków. Słowem – wszystko, co da się przesunąć. Księżniczka literalnie pcha te przedmioty nowymi tory, zamieniając często także przód z tyłem albo pion z poziomem i dzielnie (inna rzecz, że mało skutecznie) walcząc z prawami grawitacji.

O, albo na ten fragment:

„W krajach ludzkości jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha.”

U Księżniczki te żywioły chęci często uaktywniają się właśnie wtedy, kiedy w naszej sypialni jeszcze noc głucha. Na przykład przedwczoraj o piątej rano wstała w łóżeczku, oparła się o barierkę niczym o balustradę balkonu i zaczęła… śpiewać. Nie wiem co, nie znałam tego kawałka… być może własną wersję „Ody do młodości”. No i niestety, w takich sytuacjach to już „nie ma zmiłuj”, jej miłość zionie takim ogniem, że nasz zaspany świat ducha musi wyjść z zamętu i okazać małej przynajmniej minimum zainteresowania.

W związku z tym, że Księżniczka opanowała do perfekcji sztukę raczkowania i wstawania, a także wspinania się na wszystko (choć to akurat w stopniu średnio zaawansowanym), musieliśmy obniżyć jej łóżeczko do najniższego poziomu. Lada chwila przyjdzie czas na wymontowanie trzech ruchomych szczebelków, a wtedy to już tylko witaj, jutrzenko swobody!

christmas-2994875_960_720

No dobra, a teraz poważnie. Ciasteczka upieczone, prezenty zapakowane, zakupy zrobione, sprzątanie w toku (a przynajmniej tak sobie wmawiam dla lepszego samopoczucia). Za chwilę zaczniemy z P. ubierać choinkę, co jest tym zabawniejsze, że jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie ją postawimy… ani tym bardziej jak ustrzeżemy przed naszym dziewięciomiesięcznym terminatorem. Rozważaliśmy powieszenie jej za oknem (choinki, nie terminatora), tak aby była widoczna tylko przez szybę, postawienie na balkonie u sąsiada naprzeciwko, namalowanie drzewka na ścianie zmywalną farbą albo przyczepienie kilku gałązek pod sufitem. Ponieważ jednak żadna z opcji i tak nie jest w stanie uchronić mieszkania przed destrukcyjną siłą raczkującego bobasa, P. zrezygnowany przytachał przed chwilą z piwnicy nasz sztuczny świerk.

Zmykam zatem go dekorować, natomiast Wam, Kochani, życzę, co następuje:

Żeby przy Waszych wigilijnych stołach zasiedli ci, którzy są najbliżsi Waszym sercom;

Żeby ciotka tym razem nie zalała obrusu barszczem, teściowa nie skrytykowała pierogów, a ojciec wyjątkowo nie mówił o polityce… a nawet, jeśli coś z tego nastąpi, życzę, abyście umieli skwitować to ze szczerym i beztroskim uśmiechem;

Żeby pod choinką czekały na Was prezenty dane z serca, choćby miały to być skarpety w renifery (tak sobie teraz myślę, dlaczego nikt nigdy mi takich nie kupił?);

Żeby w Waszych rodzinach ani w te Święta, ani w nadchodzącym 2018 roku nie zabrakło miłości, wyrozumiałości, wzajemnego szacunku, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Kochani!

Ps1. Izzy, Ahaja, J. – dziękuję za wspaniałe niespodzianki. Jesteście niesamowite!!!

Ps2. Rzucam się w wir przedświątecznych przygotowań, więc pewnie na kilka dni zamilknę. Zakładam, że Wy podobnie. Gdybyście jednak znaleźli chwilę oddechu pomiędzy karpiem a pasterką, to zapraszam już w wigilię do lektury króciutkiego, chociaż bardzo osobistego wpisu.

Ci, bez których nie jestem sobą

Mama 2

Kiedy się nie wie, od czego zacząć, podobno najlepiej zrobić to od początku. Dzisiaj jednak opowiem pewną historię od środka.

Byłam chyba w siódmej klasie podstawówki. Asia*, moja bratnia dusza, wróciła właśnie z sanatorium na drugim końcu kraju i nie bardzo wiedziała, jak mi powiedzieć, że spotkała tam P. (tak, tak, mojego przyszłego wówczas męża). P. i ja nie rozmawialiśmy ze sobą od kilku lat i udawaliśmy, że się nie znamy, ale w pewien sposób nie byliśmy sobie obojętni. Trudno to logicznie wytłumaczyć. W każdym razie Asia nie przyznała się od razu, kto towarzyszył jej podczas turnusu. Napomknęła tylko enigmatycznie, że wśród nowych znajomych znalazł się chłopak z naszych okolic. I dodała, że miał świetny kontakt z mamą. „Chłop jak dąb, matka mówiła do niego zdrobniale per „P…”, a jakoś to wszystko brzmiało naturalnie, choć zabawnie” – to zdanie wryło mi się w pamięć, bo niemal od razu intuicyjnie skojarzyłam, kogo dotyczy ten opis – choć oficjalnie Asia wyznała mi to dopiero rok później.

Ta krótka charakterystyka idealnie pasuje do matki mojego męża. To ona jest bohaterką dzisiejszego wpisu, a to z okazji podwójnego święta: swoich urodzin oraz Dnia Teściowej. Z wielu powodów podziwiam relację, jaka łączy ją z jedynym synem. Po pierwsze, na co zwróciła uwagę już Asia, jest naturalna. Nie ma w niej nadopiekuńczości ani fałszu. P. i jego mama rozumieją się bez słów, mają ze sobą stały kontakt, a mimo tego nigdy nie czułam, że kiedy otworzę lodówkę albo pralkę, to wyjdzie z niej „teściówka” z tysiącem uwag i „dobrych” rad. Jednym słowem pozwala nam żyć swoim życiem i popełniać własne błędy, a jednocześnie zawsze służy wsparciem, kiedy tego potrzebujemy.

Jeśli chodzi o mnie, to przez długie lata (tzn. zanim związałam się z P. na dobre) Teściowa kojarzyła mi się z żurnalową elegancją. Pamiętam ją w idealnie skrojonym czerwonym płaszczu i czarnym kapeluszu, co strasznie mnie na początku onieśmielało. Moja mama, mimo że też zawsze zadbana, nosiła wtedy kurtki i wełniane czapki, dzięki czemu wydawała się bliższa i bardziej dostępna – nie tylko dlatego, że była moją mamą. Pamiętam, jak w drugiej klasie liceum P. zaprosił mnie do siebie na Walentynki. To był pierwszy raz od lat, kiedy miałam spotkać się z jego rodzicielką. Nie wiedziałam, jak na mnie zareaguje po tych kilku burzliwych historiach, jakie działy się między mną a jej jedynakiem. Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Zostałam przywitana z życzliwym uśmiechem. Obyło się bez żadnego przesłuchania czy innej inwigilacji.

I tak jest właściwie do dzisiaj. Podczas pierwszej Wigilii po naszym ślubie Teściowa oficjalnie przywitała mnie w rodzinie – i to tak, że łzy wzruszenia ciekły mi po policzkach, choć nie należę do płaczliwych. Pół roku wcześniej, gdy dopadł mnie przedślubny kryzys, poszłam właśnie do niej i nie żałuję, bo dzięki jej mądrości mogłam sobie wszystko na nowo poukładać w głowie. Stając przed ołtarzem, byłam już pewna, że jestem tam, gdzie powinnam.

Moja Teściowa jest dla mnie Matką. W tej chwili już nawet numer 1, a nie 2 jak w tytule. Zawsze mogę na nią liczyć. Choć nie we wszystkim się zgadzamy, nigdy nie zostawiła mnie bez dobrego słowa albo niezbędnej pomocy. Mam nadzieję, że ona również czuje, jak bardzo jest mi bliska. Czasem słucham opowieści koleżanek z pracy, które narzekają na mamy swoich mężów. Od niektórych historii włosy się jeżą na głowie. Cieszę się, że nie mogę do nich dołożyć własnej.

Kochana Mamo!

Z okazji Twojego podwójnego święta życzę Ci:  częstszych wizyt u nas, więcej wolnego czasu (myślałaś kiedyś  o napisaniu książki? Nie? To może warto?), deszczu pieniędzy, samoobrabiającej się działki, niezawodnego zdrowia i podróży dookoła świata (chętnie zabierzemy się z Tobą, a co tam!) i dalszego konsekwentnego zwalczania stereotypu Teściowej – Wiedźmy (sorry, Mamo, ale nawet z tą chruścianą miotłą wyglądasz sympatycznie…  no i co zrobić?).

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

*koleżanka miała na imię inaczej, ale pani od chemii nazywała ją Asią, więc tak zostawiłam 🙂

Droga po szczęście, Takie tam różne

Nowy Rok, nowe nadzieje

Co roku powtarzam, że 2 stycznia powinien być dniem ustawowo wolnym od pracy, żeby spokojnie dojść do siebie po pierwszym. Leczący dzisiaj kaca na pewno się ze mną zgodzą, chociaż w moim przypadku wcale nie chodzi o przypadłości poalkoholowe. Jestem z zasady niepijąca. Jako typowy skowronek chadzam za to spać wcześnie i wcześnie też wstaję, dlatego nocne szaleństwa i późniejszą niż zwykle pobudkę najczęściej przypłacam migreną i takim dziwnym poczuciem odrealnienia, które nie opuszcza mnie aż do następnego, roboczego już poranka.

Dziś jest podobnie, ale mimo tego inaczej. Po pierwsze dlatego, że przed chwilą zamknęłam drzwi za naszymi sylwestrowymi gośćmi i właściwie dopiero zaczynam swoją codzienną rutynę (zmywanie, pranie, szykowanie do pracy – wiecie, o co chodzi). Drugim powodem jest natomiast to, że wstałam o w miarę normalnej porze, dlatego mój organizm nie doznał aż takiego szoku czasowego. Czekam więc właśnie aż mi wyschnie podłoga w przedpokoju, co stanowi dobrą okazję do naskrobania kilku przemyśleń i podsumowań. Jako że Nowy Rok sprzyja porządkowaniu spraw i tworzeniu różnych list, moje refleksje również będą w punktach.

  1. Rok 2016 zdecydowanie nie należał do udanych. Choroba taty, ciągnące się miesiącami problemy z autem, telenowela z ogrzewaniem i komplikacje w pracy naprawdę dały się nam obojgu we znaki. Zresztą nie tylko nam. W nocy dostałam wiadomość od E., dla której bilans minionych 12 miesięcy był jeszcze gorszy. Z ulgą więc (choć jak wiadomo tylko symbolicznie) oddzielam poprzednie 366 dni grubą kreską i zaczynam nowy rozdział.
  2. Pomimo powyższego przynajmniej ostatnie chwile zeszłego już roku spędziliśmy najlepiej, jak tylko można, bo w gronie przyjaciół. Cyngiel za pomocą projektora potrafił w naszym zagraconym „salonie” stworzyć iście imprezowy nastrój, którego nie zburzyły nawet wywody o wyższości wakeboardingu nad wyczynową jazdą na nartach 😉 M. z K. wreszcie zdecydowali się nas odwiedzić, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju świętem. Oboje stanowią ten rodzaj gości (przepraszam za to etykietowanie, tak jest wygodniej :)), których obecność nawet po dłuższym czasie nie męczy, a wydaje się zupełnie naturalna. Obrazu dopełnia ich córeczka – mały, rozczochrany aniołek, bardzo bystry i komunikatywny jak na swoje „rok i trochę”. Dwa dni spędzone w kuchni na gotowaniu i pieczeniu warte były tego spotkania. Zabrakło w naszym gronie jeszcze jednego przyjaciela, który wykruszył się w ostatniej chwili – oby ta z pewnych względów ryzykowna decyzja okazała się dla niego korzystna, czego mu szczerze życzymy.
  3. Reksio znosił huk petard dzielniej niż zwykle i tym razem obyło się bez 24 godzin nieustannego szczekania. Dał się nawet w nocy wyprowadzić na spacer, co w poprzednich latach było nie do pomyślenia. Córeczki naszych gości trochę się bał. Widać, że nie jest przyzwyczajony do takich małych dzieci, bo brakuje mu wyczucia. Albo szczekał na małą z daleka i zrywał się z miejsca, kiedy tylko ona wstawała, albo przeciwnie – podchodził do niej i próbował zalizać ją na śmierć. Już widzę, że czeka nas sporo pracy po TYM telefonie, ale widać przynajmniej światełko w tunelu. 🙂
  4. Moje noworoczne postanowienie jest takie, żeby… nie formułować żadnych noworocznych postanowień. Pewnie, że coś by się znalazło. Muszę zrzucić kilka kilogramów, zacząć pisać pracę na studiach, chciałabym więcej biegać i częściej odwiedzać babcię – ale nie planuję uczynić z tego żadnej „TO DO LIST”, z której będę musiała się potem sama przed sobą rozliczać. Zamierzam zacząć ten rok z nadzieją i optymizmem.

I tego właśnie Wam wszystkim życzę. Pozytywnego nastawienia do świata przez całe najbliższe 365 dni. „Dobra wola przyciąga dobrą wolę” jak mawiał ojciec mojej Siostry. I oby tak było. Niech MOC będzie z Wami!