Taka tam rodzina adopcyjna

Księżniczki sposób na…

Proste rozwiązania bywają najlepsze. Poza sytuacjami, kiedy nie bywają. Tak czy siak, nasza dwulatka wydaje się mieć sposoby na wszystko. Czasem zaskakujące, o czym poniżej.

Zatem – jak w tytule.
KSIĘŻNICZKI SPOSÓB NA…

telemarketing

  1. Natrętnych telemarketerów.

Czekałam na ważny telefon. Nie aż tak ważny, jak ten z OA dwa lata temu, ale jednak istotny.  Oczywiście usłyszałam sygnał w chwili, kiedy miałam namydlone ręce. Poprosiłam więc Księżniczkę, żeby przyniosła mi telefon, a sama starałam się doprowadzić dłonie do porządku. Kilka sekund później dowiedziałam się, że moja córka potrafi nie tylko odebrać połączenie, ale jeszcze włączyć głośnik… Usłyszałam mianowicie taki dialog:
– Halo?
– … dzień dobry, czy…
– Halo halo?
– Czy mogłabym rozmawiać z Lady Makbet?
– NIE!
– bip, bip, bip.

W popłochu wybiegłam z łazienki i sprawdziłam, kogo moje dziecko tak stanowczo spławiło. Wujek Google wskazał, że telemarketerkę z jakichś chwilówek czy innych ubezpieczeń, która zresztą wydzwaniała do mnie już któryś raz. Chyba uczynię z tej sytuacji precedens 🙂

cat-1846356_960_720

  1. Schodzenie po schodach.
    • Na Zosię Samosię

Polega to na tym, że Księżniczka próbuje zejść z naszego piętra „siama, siama!” – czytaj: nie za rękę, nie trzymając się poręczy i nie będąc w żaden sposób asekurowaną. Nie zraża się nawet tym, że kilka razy już ją łapałam w locie (bo oczywiście idę tuż przed nią mimo jej zdecydowanego sprzeciwu…).

  • Na mamę
    Czyli: z torbą na zakupy w ręce, komenderując co chwilę: powolutku! lub sibciutko! – ewentualnie jedno zaraz po drugim.
  • Na kota sąsiadów

Nawet lubię tego sierściucha, chociaż jego komitywa z Księżniczką zaczyna być kłopotliwa. Na przykład dlatego, że kocur często wyleguje się na „naszych schodach”, a młoda próbuje go naśladować. Konkretnie – schodząc na czworakach, rzecz jasna głową w dół. I jednocześnie liżąc sobie łapę… tfu, rękę.

yellow-2344417_960_720

  1. Sprzątanie łazienki

Gdyby ktoś nie wiedział, jak usunąć osad z drzwiczek pralki… Perfekcyjna Pani Chaosu podpowiada: wylać na swoją osobistą gąbkę tyle mydła w płynie, ile tylko się zmieści, a potem szorować nią bęben urządzenia. Nadmiar specyfiku można później rozsmarować na szafce, podłodze, lustrze i koszulce – dokładnie w tej kolejności.

old-2701952_960_720

  1. Rozróżnianie wujków i dziadków.

Trochę to bez sensu, że tata jest jeden, dziadkowie dwaj, a wujków od groma, nie uważacie? W każdym razie do takiego wniosku doszła zapewne Księżniczka, bo pomija zupełnie formuły grzecznościowe i wali do krewnych po imieniu. Oczywiście walczymy z tą praktyką, ale trudno się pod nosem nie uśmiechnąć, kiedy mała biegnie za wujem i krzyczy: „Jajek! Pociekaj!”. Co ciekawe, babcię nasza latorośl ma jedną i tutaj problem z tytułowaniem nie istnieje. Psiapsia to psiapsia i tyle.

little-girl-570865_960_720

  1. Modę.

Niepostrzeżenie weszłyśmy (a raczej mała weszła) w etap sukienek i spódniczek, najlepiej tiulowych bądź takich, które pięknie wirują w tańcu. Ok, tego się mogłam spodziewać, tym bardziej, że już córeczki Izzy udowodniły, iż Księżniczki w spodniach nie chodzą. Nie doceniałam natomiast pragmatyzmu mojej pociechy. Najlepszym dopełnieniem balowego stroju okazują się bowiem adidasy bądź inne trampki – żadne tam balerinki czy sandały. Całkiem rozsądny wybór, bo kto to widział robić „Hopaj, siupaj, łupaj, cupaj” w szpilkach? No cóż… jeżeli nasz Kopciuszek trafi kiedyś na księcia z bajki, to gościu może się mocno zdziwić…

family-684652_960_720

  1. Rodzicielskie nerwy

Księżniczka od początku zamiast „przepraszam” mówi „sisiapam”. Jest to tak urocze, że chociaż staramy się ją poprawiać, to czasem sami to słówko przejmujemy, nawet rozmawiając ze sobą, kiedy małej nie ma w pobliżu. W każdym razie, kiedy młoda nabroi i czuje, że podniosła nam ciśnienie, przychodzi się mocno przytulić i dodaje to swoje „sisiapam”. Konia z rzędem temu, kto nie zmięknie po takich przeprosinach…

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Kim są rodzice adopcyjni?

O, jaka podobna do mamy! – zagadnęła mijana na ulicy kobieta. Jeszcze nie nauczyłam się reagować na takie komentarze, czego nie można powiedzieć o Księżniczce.

Do mamy! – powtórzyła ochoczo i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Wracałyśmy właśnie ze spaceru. Chwilę później, przed klatką schodową, natknęłyśmy się na sąsiadów z piętra niżej.

Cieeeeść! – zawołała z daleka moja latorośl i pomachała rączką.

Nie „cześć”, tylko „dzień dobry” – poprawiłam ją.

Nie przesadzaj, sąsiadka, przecież się kulturalnie przywitała… -uspokoił mnie pan J. i dodał: kulturalni rodzice, to i kulturalne dziecko.

Nie zdążyłam się całkiem rozpłynąć po tym komplemencie, bo do akcji wkroczyła jego żona. Złapała mnie za łokieć i teatralnym szeptem powiedziała:

Ona się robi taka do was podobna, że nikomu do głowy nie przyjdzie, że adoptowana.

Pani J. jest przesympatyczną kobietą, traktującą Księżniczkę niemal jak jedno ze swoich wnucząt (ma ich zresztą tyle, że nie umiemy się z mężem doliczyć). Należy jednak do pokolenia uważającego przysposobienie za wstydliwy sekret, którego nie należy zdradzać nikomu, a zwłaszcza adoptowanemu dziecku. Trudno powiedzieć, za kogo uważa w takim razie rodziców ado – pewnie sama nigdy się nad tym nie zastanawiała.

taxi-3695843_960_720

Pomysł na dzisiejszy wpis zaczerpnęłam od Izzy – nie tylko dlatego, że sama dopiero co poruszyła podobną tematykę. Opowiadała mi kiedyś o dalekiej znajomej, która twierdziła, że pamięta ją w ciąży. Otóż niedawno spotkała mnie identyczna sytuacja. Pani taksówkarka (jest takie słowo?), z którą zdarza mi się czasem jeździć, zapytała o wiek mojej córeczki. Odpowiedź skomentowała w stylu: „Jejku, to już dwa latka? A pamiętam, jak jeszcze panią w ciąży woziłam…” Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że też to pamiętam. Nie dlatego, że chciałam skłamać… ani dlatego, że mam urojenia ;). Po prostu nasza rodzina rozwija się tak naturalnie, że na co dzień nie myślimy o tym, iż jej początki były niestandardowe.

I tu dochodzę do sedna sprawy: KIM SĄ RODZICE ADOPCYJNI?

MAMĄ i TATĄ. Ludźmi często po przejściach, po latach prób, starań i wyrzeczeń – ale czyż nie jest to charakterystyka również wielu rodziców biologicznych? Nie są natomiast żadnymi bohaterami, którzy dokonali nie wiadomo czego. Chyba że nazwiemy tak wszystkich zjadaczy chleba, herosów dnia codziennego, którzy łączą wychowanie dziecka z pracą, spłacaniem kredytu i innymi obowiązkami. Wtedy jestem się w stanie zgodzić z taką nomenklaturą ;). A poważnie – rozróżnienie na rodziców adopcyjnych i nieadopcyjnych miało dla nas znaczenie na etapie samej procedury i krótko po przysposobieniu, kiedy jeździliśmy z malutką po lekarzach i każdemu z nich musieliśmy od początku opowiadać część jej historii. Na pewno ten temat wróci, kiedy będziemy rozmawiać z Księżniczką o jej korzeniach. Na co dzień jednak jesteśmy zupełnie zwyczajną rodziną ze zwyczajnymi problemami.

stormtrooper-2296199_960_720.jpg

Na przykład takimi, że młoda jednym ruchem wyrwała drzwi szafki, które owszem, dało się z powrotem przykręcić, ale wyregulować to już za diabła się nie da. Albo że uwielbia udawać chorą. Wyciąga wtedy swój zestaw małego lekarza, kładzie się do łóżka i woła: „Mama (tata, psiapsia etc.) chodź, badamy Księżniczkę!” – i czeka na wszelkiej maści zabiegi niecierpliwie jak pacjent w kolejce na NFZ ;). Albo jeszcze takimi, że przedwczoraj zdrzemnęła się w samochodzie teścia przez 10 minut, wskutek czego do 22. nie dała się położyć spać, za to przez pół godziny płakała, bo podaliśmy jej nie tę podusię 😉

To są takie problemy, o których jeszcze kilka lat temu marzyłam, patrząc na kolejny negatywny test ciążowy…

Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Droga po szczęście

O adopcji po szkolnemu

Jak to zwykle bywa w przypadku adopcji, odchodziłam na urlop macierzyński z dnia na dzień i to jak najbardziej dosłownie. W poniedziałek poznaliśmy Księżniczkę, od środy już nie było mnie w pracy. Wtorek wykorzystałam natomiast na pożegnanie się ze swoją klasą wychowawczą, której powiedziałam wprost, jak sprawa wygląda. Kiedy dyrekcja zapytała mnie, co ma mówić gronu pedagogicznemu i uczniom, wzruszyłam tylko ramionami i odrzekłam, że prawdę. W związku z tym po moim powrocie z urlopu wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z mamą adopcyjną.

rodzina

Nie planowałam w żaden sposób ani podkreślać tego faktu, ani też go na siłę ukrywać. Oczywiście życie spłatało mi figla już po kilku tygodniach. Rozmawiałam z licealistami na temat reklam telewizyjnych, gdy ktoś wspomniał ten nieszczęsny spot ministerstwa zdrowia o króliczkach. Powiedziałam młodzieży bardzo szczerze (może nawet za bardzo, choć oczywiście bez wdawania się w intymne szczegóły), co o nim myślę. Najpierw zapadła grobowa cisza, a potem przerwała ją D., moja była wychowanka, dziękując, że potraktowałam ich jak dorosłych.

rabbit-2505034_960_720

Drugi raz zetknęłam się z podobną kwestią zaraz po wakacjach, w bieżącym roku szkolnym. Omawialiśmy na zajęciach tekst, którego bohaterka tułała się po różnych rodzinach zastępczych, a kiedy w końcu – już jako nastolatka – została adoptowana przez bardzo dobrych ludzi, nie potrafiła się wyzbyć nieufności do nich, a w efekcie uciekła z nowego domu, mimo że nie miała dokąd. W ten oto sposób zapoznałam piętnastolatków z pojęciem RAD. Muszę w tym momencie przyznać, że młodzież wykazała się podczas tej dyskusji większą dojrzałością i otwartością niż wielu dorosłych. Zapewne jest to wynik młodzieńczej naiwności, ale to tylko dowodzi, że to my, ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo, często zbyt wiele analizujemy i za bardzo zamykamy się na drugiego człowieka…

ucieczka

Trzecia sytuacja miała miejsce kilkanaście dni temu. Pisałam o tym w komentarzu u Izzy, może ktoś z Was czytał. Poszło o losy mitycznego Edypa. Odwołując się do jego adopcyjnej rodziny, licealistka (akurat nieświadoma mojej sytuacji życiowej) użyła określenia „nieprawdziwa mama”. Najpierw mocno ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mi z racji stanowiska nie wypada, a potem zapytałam, czy według niej w takim razie „prawdziwą mamą” jest Jokasta, która bez skrupułów pozwoliła przebić swojemu nowo narodzonemu synkowi stopy kolcami, a potem porzucić go w dziczy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna zawahała się przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała cokolwiek niepewnie, że owszem, bo przecież go urodziła. Z pomocą przyszedł jeden z chłopaków, który rzucił jakiś suchy dowcip na temat braku 500+ w starożytnych Tebach, rozładowując w ten sposób atmosferę. Ponieważ tym razem nie chciałam się dzielić własnym doświadczeniem, wyjaśniłam tylko w dwóch zdaniach, dlaczego nie zgadzam się z takim podejściem.

baby-feet-2612403_960_720

Ostatni przypadek dotyczy prawdziwej historii adopcyjnej, ale nie mojej. Otóż mam od tego roku uczennicę, która została przysposobiona jako kilkuletnie dziecko. Doskonale zatem pamięta zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, w której przez pewien czas przebywała. Mimo tego, że jej niektóre przeżycia mogą mrozić krew w żyłach, dziewczyna nie boi się o nich mówić. Sam temat adopcji traktuje zupełnie naturalnie i nie robi z niego tabu.

hands-1005412_960_720

Wszystkie te sytuacje prowadzą do kilku wniosków:

– problem adopcji jest obecny w szkole w sposób całkiem naturalny; pojawia się w luźnych dyskusjach oraz w treściach podręcznikowych; młodzież chętnie na ten temat dyskutuje, zadaje pytania i dzieli się spostrzeżeniami;

– mimo tego dla wielu jest to kwestia wciąż zupełnie obca (przeważnie z przyczyn oczywistych, rzadziej z powodu ignorancji), dlatego tym bardziej warto ją poruszać;

– młodzież potrzebuje autorytetów; szuka w pedagogach autentyczności i oczekuje od nich szczerości, toteż nie powinno się unikać trudnych tematów.

I na koniec: nie myślcie proszę, że jestem jakąś adoterrorystką albo inną adooszołomką, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego wplata temat adopcji do nauczania tabliczki mnożenia, budowy pantofelka i skoku przez kozła. Uważam jedynie, że tam, gdzie on się naturalnie pojawia, warto się nad nim dłużej zatrzymać. Choćby po to, żeby „odczarować adopcję”, jak to ujęła kiedyś Magdalena Modlibowska.

female-100319_960_720
To nie ja, przysięgam!!!
Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉