Taka tam ja...

Kolędy, prezenty, renifery i inne składowe świątecznej atmosfery

Był początek grudnia, jakoś u progu obecnego tysiąclecia. Pewien licealista przyszedł właśnie w odwiedziny do swojej ukochanej. Już od wejścia (oprócz dziewczyny) powitało go tubalne (i chóralne) „Gdy się Chrystus rodzi” w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, wybrzmiewające z komputera na całe mieszkanie.

Jak tu u was fajnie, tak świątecznie. Twój tata chyba już czuje atmosferę Bożego Narodzenia, co? – zauważył z uśmiechem.

Atmosferę? Co ty! Tata kupił nowe głośniki do komputera i od wczoraj testuje ich moc… na pierwszej płycie, która akurat była pod ręką.

No tak, nowa zabawka… – pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ów licealista to P.,  jego dziewczyna to oczywiście ja, a prawda o tym wydarzeniu leżała gdzieś pośrodku. Faktycznie, mój tata nie odbiega po tym względem od stereotypowego wyobrażenia mężczyzny, który nie potrafi się oderwać od nowej zabawki. Całe szczęście, że kupił głośniki, a nie na przykład piłę łańcuchową albo młot pneumatyczny. Mazowsze brzmi zdecydowanie przyjemniej. Tylko dlaczego przez 8 godzin dziennie…? Natomiast skutkiem ubocznym testowania wspomnianego nabytku rzeczywiście było stworzenie w domu namiastki gwiazdkowego klimatu.

To wspomnienie cały czas budzi we mnie uśmiech. Z ową świąteczną atmosferą bywało w naszym domu różnie, zwłaszcza w samą Wigilię, ale o tym nie chcę dzisiaj pisać. Do pewnego momentu, póki byłam jeszcze dzieckiem, faktycznie Boże Narodzenie miało dla mnie taką magię, jaką dziś pokazuje się w reklamach. Uwielbiałam ten przedgwiazdkowy klimat: porządki, ubieranie choinki, gotowanie i pieczenie. Większość Wigilii spędzaliśmy z rodzicami tylko we troje (najbliższą rodzinę mieliśmy albo 400 km od domu, albo za granicą) i chociaż zawsze marzyłam o licznych gościach przy stole, to taka kameralna kolacja też miała swój urok.

Odkąd pamiętam, do moich obowiązków należało ubieranie choinki, w czym zwykle towarzyszył mi tata. Kiedy byłam jeszcze zupełnie mała, wytrzasnął skądś dwa czarno-białe szablony aniołków z papieru, które po sklejeniu wieszało się na świątecznym drzewku. Jednego z nich kolorował sam, drugiego dał mnie. Nie wiem, co się stało z tym pierwszym, ale drugi, pogryzmolony przez moje trzyletnie rączki, wisiał na choince każdego roku przez dobre 20 lat. Tata nie pozwolił mi go wyrzucić. Razem z ojcem robiłam również pierogi, co praktykuję po dziś dzień. Mama z kolei zawsze piekła moje ulubione ciasto. Im byłam starsza, tym chętniej uczestniczyłam we wszystkich przygotowaniach, umilanych przez dźwięki jednej z dwóch płyt – oczywiście winylowych – z kolędami. Może nie powinnam się przyznawać, ale w dzieciństwie uwielbiałam tę z utworami Krzysztofa Krawczyka. W noc przed Wigilią przeważnie nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice nucili mi wtedy fragmenty dwóch jego pastorałek: „nie chcesz spać, bo dzisiaj noc, niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok kołysały nas do snu” albo „jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”. Mówcie, co chcecie, ale wciąż mam sentyment do tych piosenek. Już jako mężatka kupiłam mamie ten album w wersji CD. Dziś mam go w domu. Jest jedną z niewielu pamiątek, które zabrałam z mieszkania rodziców po jej śmierci.

Krawczyk24651112_1914484945260917_36890445_o

Krótko przed Bożym Narodzeniem przychodziły do nas dwie paczki. Pierwsza od babci I., zawierająca jakieś upominki i „ciasteczka babuni” – czyli różnokształtne kruche ciastka z cukrem na wierzchu. Co prawda nie przepadałam za nimi, ale ich pojawienie się w domu było nieomylnym znakiem, że święta tuż tuż. Druga przesyłka przybywała prawie z drugiego końca świata od wujka K. Były tam dobra, których w naszym kraju brakowało: pomarańcze, prawdziwe salami (z osła! Do dziś się dziwię, jak ja mogłam to jeść), kawa w charakterystycznym złotym opakowaniu i biała czekolada z kokosem, moja najulubieńsza na świecie. Zmieszanego zapachu tych produktów nie da się porównać z niczym innym. Do dziś Boże Narodzenie kojarzy mi się z wonią pomarańczy i kawy… (i tego salami w sumie też, jak się głębiej zastanowić… miało intrygujący aromat, silniejszy i przyjemniejszy niż popularne u nas wędliny tego typu). Kiedy myślę o współczesnych dzieciakach, mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie, że dorastają w czasach, kiedy niczego nie brakuje, a luksusowe niegdyś towary są na wyciągnięcie ręki w osiedlowej Biedronce. Z drugiej jednak mam wrażenie, że ulatuje gdzieś ta wyjątkowość, a przesyt wszystkiego sprawia, że mniej docenia się drobne rzeczy i gesty.

Innym elementem świątecznej magii było to, że pod choinką niemal zawsze znajdowałam wymarzony prezent; zarówno wtedy, kiedy jeszcze wierzyłam w św. Mikołaja, jak i później. Inna rzecz, że rodzice bardzo umiejętnie kierowali moimi dziecięcymi marzeniami. Chyba nie zdarzyło mi się pożądać czegoś, co byłoby poza zasięgiem rodzicielskich możliwości (nie tylko finansowych; listy do Gwiazdora zaczęłam pisać jeszcze wtedy, kiedy w sklepach w ogóle mało co było). Pamiętam, że któregoś roku zapragnęłam czerwonego wózka spacerowego dla lalki. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego akurat w tym kolorze. Co gorsza, był najwidoczniej niedostępny ani w naszym mieście, ani w dużo większym, gdzie mieszkały moje babcie. Mama już kilka tygodni przed świętami nastawiała mnie, że być może Mikołaj nie da rady wyprodukować czerwonego, bo jest ryzyko, że zabraknie mu materiału. Chyba faktycznie tak się stało, gdyż w prezencie otrzymałam spacerówkę  w odcieniu przybrudzonej żółci, z której zresztą bardzo się ucieszyłam i która naprawdę długo mi służyła. Trudno zapomnieć radość z odpakowywania wymarzonych upominków. Chciałabym, żeby moje dziecko również mogło jej doświadczyć…

…tylko tu pojawia się pewne „ale”, poruszone ostatnio m.in. na blogu Ahai. Nie chcę, żeby Księżniczka wiązała Boże Narodzenie głównie z prezentami i czekała na nie jedynie z myślą, że dostanie kolejną lalkę albo zestaw klocków. I już wiem, że wychowanie jej w takim duchu będzie naprawdę trudne; nie tylko dlatego, że jest jedyną córką i wnuczką (my z P. też byliśmy w takim położeniu), ale przede wszystkim ze względu na to, iż konsumpcjonizm atakuje z mediów, billboardów, ulotek i witryn sklepowych. Wyznacznikiem „fajności” w grupie rówieśniczej staje się model iPhone’a lub marka obuwia. To szaleństwo widać chyba najwyraźniej w przypadku I komunii świętej, a P. i ja ciągle naiwnie się łudzimy, że przez te parę lat, które dzielą Księżniczkę od wspomnianego sakramentu, jakoś ten wyścig (szczurów? zbrojeń? głupoty?) się zakończy. Mam świadomość, jak ważna dla dorastającego dziecka jest akceptacja przez grono koleżeńskie… i nie chcę, żeby nasze dziecko odstawało od innych wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Doświadczenie mówi mi, że często skutek tego typu działań rodzicielskich jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. W każdym razie myślę (może naiwnie), że złoty środek pomiędzy „być” i „mieć” jest możliwy, tylko na pewno niełatwy do osiągnięcia.

Póki co w ramach świątecznych przygotowań zrobiłam Księżniczce playlistę bożonarodzeniowych utworów (kolęd, pastorałek i nie tylko). Puszczam jej już niektóre z nich, wracając wspomnieniami do czasów, kiedy byłam niewiele starsza od niej… ale o gwiazdkowych piosenkach następnym razem. 🙂

PS. Kiedy szukałam dla Was zdjęcia tej winylowej płyty Krawczyka, Google rzuciło mnie na stronę z aukcjami pt. „Antyki i starocie”. Naprawdę? To już? Mówiąc po internetowemu, jestę antykię. I starocię. Heh.

Reklamy