Ci, bez których nie jestem sobą

Tańce przytulańce i trupy z szafy, ale przynajmniej grającej

Miało nie być o Walentynkach, ale będzie. To nie moja wina, przysięgam!!! Wszystko przez Księżniczkę. Otóż nasze dziecko jest coraz bardziej muzykalne, tańczy (a raczej kręci pupcią i robi półprzysiady) do każdej zasłyszanej melodii. Puszczamy jej więc przeróżne utwory, próbując znaleźć balans pomiędzy ich rytmicznością i „skocznością”, a naszym gustem muzycznym – ergo „Miłość w Zakopanem” nie wchodzi w grę, ale już Shakira i Lady Gaga rozbrzmiewają ostatnio w naszym domu dosyć często, chociaż sami wolimy klimaty rockowe. W każdym razie włączyłam wczoraj Księżniczce jedną ze swoich youtubowych playlist, zawierającą moje ulubione (głównie polskie) utwory. Razem z nimi wróciły wspomnienia, zatem poczułam się sprowokowana, aby o nich z dzisiejszej okazji napisać.

Zanim to zrobię, podzielę się z Wami jeszcze jednym spostrzeżeniem, pośrednio związanym z tematem. Niedawno opisywałam w komentarzu u Izzy wynik pewnego… eksperymentu, któremu poddała moją grupę na studiach wykładowczyni psychologii. Mianowicie kazała nam narysować ludzką postać tej samej płci, co autor rysunku; więcej wskazówek nie podała. Naszkicowałam na kartce sylwetkę młodej dziewczyny w krótkiej spódniczce i włosach ostrzyżonych „na pazia”. Pani profesor przeanalizowała moją pracę, po czym orzekła, że nie myślę jeszcze poważnie o mężczyznach i nie szukam stałego związku. Ciekawa teoria, zważywszy, że od blisko trzech lat byłam zaręczona, a dwa czy trzy miesiące po tym „teście” wychodziłam za mąż za P. Oczywiście poinformowałam o tym panią psycholog, dodając, że z narzeczonym jesteśmy parą od liceum. Kobieta spojrzała na mnie zza okularów, podumała chwilę, po czym orzekła, że takie małżeństwa (cokolwiek znaczył ten zaimek) mają szansę powodzenia, o ile nie pojawią się w nich dzieci. Tak sobie myślę, że mój rozwój plastyczny naprawdę musiał się zatrzymać w podstawówce, skoro wykładowczyni uznała mnie za aż tak niedojrzałą na podstawie tego jednego rysunku… W każdym razie dzisiaj nie tylko jestem od dekady szczęśliwą mężatką, ale dodatkowo mój małżonek ma w domu jeszcze jedną, niespełna roczną „walentynkę”. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mieli się rozstać, a już na pewno nie przez Księżniczkę. I może dlatego właśnie warto ten Dzień Zakochanych świętować nawet pomimo jego komercyjnego i kiczowatego charakteru.

DJ Stożek Entertainment przedstawia zatem sentymentalno – symboliczną playlistę państwa Makbet (w porządku chronologicznym):

  1. „Pocałuj mnie, jakbyś to robił pierwszy raz”dancing-2972960_960_720

Ekhm. To jest krępujący moment w naszej wspólnej biografii. Kiedyś pisałam już o tym, że z P. znamy się od dziewiątego roku życia. Jako że chodziliśmy do jednej podstawówki, to zdarzyło nam się być razem na szkolnej dyskotece – organizowanej w (jak na tamte czasy) modnym klubie, co dzisiaj chyba nieczęsto się zdarza. P. poprosił mnie do tańca – mieliśmy po 10 lat, więc raczej było to takie skakanie obok siebie, niż tańczenie razem. W pewnym momencie podeszła do nas jakaś starsza dziewczyna (nie mam pojęcia, kto to był! Uczennica starszej klasy? Czyjaś siostra? Diabeł wcielony?) i kazała nam się przytulić… chociaż „kazała” to wybitnie złe słowo, ona nas po prostu ze sobą splotła. No i tańczyliśmy w ten sposób dalej w rytm przeboju I&I, mimo własnego wstydu i kpiących spojrzeń równolatków… Chociaż na pierwszy pocałunek musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, to refren tego utworu skutecznie utkwił w mojej pamięci. Dopiero niedawno odkryłam, jak beznadziejny tekst ma ta piosenka.  🙂

2. „If you believe in love tonight…”

MUUUSIC
P. pożyczył mi kiedyś płytę Sashy, podobno należącą do jego mamy. Było to tuż po tym, jak odnowiliśmy kontakt po kilkuletniej przerwie. Nie prosiłam o ten krążek ani też nie byłam jakąś specjalną fanką owego wykonawcy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało, że P. zaproponował mi akurat tamten album. Faktem pozostaje natomiast, że dzięki temu mieliśmy pretekst do kolejnego spotkania. A samej płyty słuchało się całkiem przyjemnie.

  1.  „Rozumiem, już rozumiem swój błąd…”

iphone-500291_960_720

Słuchaliście kiedyś Varius Manx? (E., jeśli to czytasz, to wiedz, że w tej chwili ciepło o Tobie myślę 😉 ) Przebój tej grupy – „Ruchome piaski” – przyczynił się do przełomu w moich relacjach z P. Byliśmy w drugiej klasie liceum i przechodziliśmy dosyć dziwny etap znajomości; byliśmy dla siebie kimś więcej, niż przyjaciółmi, ale zdecydowanie nie był to związek. Trochę się zresztą mijaliśmy, bo kiedy ja w końcu wyleczyłam się z poprzedniej miłości, P. akurat znalazł dziewczynę – tak więc jakoś nie mogliśmy się zejść. Pod koniec września pojechałam na szkolny biwak. Któregoś ranka do mojego domku wpadł w odwiedziny B. – kumpel z klasy, z którym znałam się od przedszkola i który kolegował się również z moim P. Ponieważ sam był wtedy ślepo zakochany, rozmowa szybko zeszła na tematy damsko – męskie. I tak mi, skubany, wiercił dziurę w brzuchu, że zaczęłam na nowo analizować swoje uczucia do P. Jakoś tak się złożyło, że B. miał również przy sobie płytę z polskimi balladami, a na niej właśnie „Ruchome piaski”. Nie mogę sobie przypomnieć, czy puścił ją już podczas tej rozmowy, czy też usłyszałam powyższą piosenkę przy innej okazji tego dnia – bądź co bądź dopatrzyłam się w jej słowach… siebie. I przyszło mi do głowy, że być może tracę szansę na miłość życia. Dzisiaj, przez pryzmat czasu, patrzę oczywiście z pewnym pobłażaniem na tę nastoletnią siebie, ale trudno odmówić racji tamtym spostrzeżeniom. Pierwszym, co zrobiłam po powrocie z biwaku, był telefon do P. Niespełna miesiąc później zostaliśmy parą…

  1. „Wielka miłość, wielka siła…”

wedding-2954579_960_720.jpg

Kiedyś, jeszcze jako nastolatka, marzyłam, abyśmy z moim przyszłym mężem mieli „naszą piosenkę” niczym bohaterowie amerykańskich filmów. No i mamy! P. przez wiele lat pisał do mnie listy. W jednym z nich, na początku naszego związku, zacytował tekst utworu Krajewskiego, który mi zadedykował. I chyba od tamtego momentu „Czekasz na tę jedną chwilę” aka „Wielka miłość” towarzyszy nam w różnych okolicznościach. Był to również nasz pierwszy taniec na weselu, chociaż zespół próbował nas przekonać do wyboru innego, bardziej oryginalnego kawałka. Zgadzam się, że utwór jest oklepany, ale co z tego, skoro NASZ?

  1. „Zamigotał świat tysiącem barw!”

 

concert-2527495_960_720Po „Wielkiej miłości” przybyło jeszcze mnóstwo kawałków, które na stałe wpisały się w historię naszego małżeństwa.  Ich pochodzenie wiąże się ze wspólnymi wyjazdami, koncertami albo romantycznymi wieczorami we dwoje. Jednak takim naprawdę przełomowym stał się dopiero utwór wspomnianego już Variusa. Słowa jego refrenu były pierwszymi, które zabrzmiały mi w głowie po decyzji o adopcji naszej Księżniczki. Tak się w istocie stało – świat zamigotał tysiącem barw i wita nas nimi każdego dnia.

Tymczasem kończę imprezę i idę spać. Walentynki obchodziliśmy w weekend, a dziś pora w końcu zregenerować siły po ostatnich zawodowych wyzwaniach, które m.in. zmusiły mnie do jazdy samochodem o 4 rano po nieprzespanej prawie całej dobie, ale o tym może kiedy indziej. 🙂

A jak Wam minęło Święto Zakochanych?

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tytułowy cytat pochodzi z wiersza ks. Jana Twardowskiego i odnosi się do przemijania. Pozwolę sobie jednak wyrwać go z macierzystego kontekstu, bo świetnie ilustruje to, o czym chcę teraz pisać.

Kilka dni temu minął nam rok od uzyskania kwalifikacji w ośrodku adopcyjnym. Panie z oceniającej nas komisji powiedziały, że okres oczekiwania na TEN telefon w naszym OA wynosi około półtora roku. I mimo iż wiedzieliśmy, że ten termin ma charakter orientacyjny, w związku z czym nie może być w jakikolwiek sposób wiążący, to jakoś wbiliśmy sobie do głowy te osiemnaście miesięcy i właściwie aż do TEGO dnia żyliśmy tak, jakbyśmy jeszcze mieli czas…

Pisałam już wcześniej, że na sam moment odebrania wiadomości o tym, że jest dziecko, nie da się przygotować. Bez względu na to, ile się czeka, on zawsze przychodzi niespodziewanie i przeważnie w najmniej odpowiedniej chwili; bo końcu większość kandydatów na rodziców adopcyjnych pracuje, ma jakieś zobowiązania rodzinne lub jeszcze inne pootwierane sprawy. Jak to w codziennym życiu – zawsze jesteśmy „w środku czegoś”. Tak było i w naszym przypadku, choć oczywiście udało się (z mniejszym lub większym trudem) wszystko pogodzić.

Ostatnio wspominaliśmy z P. tę zeszłoroczną kwalifikację i doszliśmy do wniosku, że właściwie dopiero teraz powinniśmy zacząć spodziewać się telefonu z propozycją dziecka – a tymczasem nasza „propozycja” nosi już ubranka na 74/80 i zasuwa po domu ruchem, którego rodzaju chyba żaden fizyk nie potrafiłby określić. Największą radochę ma z tego mój teść, bądź co bądź zawodowy żołnierz, który woła do Księżniczki: „czołganiem przez pełzanie – naprzód!” i sam cieszy się jak dziecko, że mała z roześmianą buzią wykonuje rozkaz. 😉 Wniosek z tego taki, że nasza pociecha będzie owszem, inżynierem, ale wojskowym.  Jest to tym bardziej prawdopodobne, że opanowała już:

–  technikę kamuflażu poprzez błyskawiczne okrycie się kocem/ręcznikiem/spodniami ojca/nie-chcecie-wiedzieć-czym-jeszcze;

– umiejętność okopywania się w łóżku i ostrzeliwania rodzica przeciwnika amunicją złożoną ze smoczka oraz pomniejszych zabawek;

– skuteczny sposób wysyłania sygnału S.O.S na wszystkich częstotliwościach jednocześnie;

– mechanizm produkcji własnej broni biologicznej o dużej skali rażenia.

Póki co ma niestety zdecydowany problem z karnością, zwłaszcza z komendami nakazującymi szeroko rozumiany odwrót, ale pracujemy i nad tym. 🙂

No cóż… gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że w naszym salonie wyląduje dywan w gwiazdki, a na nim dmuchane klocki, grająca małpka i pluszowy miś w bawarskich spodenkach, to pewnie uznalibyśmy, że ma bujną fantazję albo po prostu myśli życzeniowo. Tymczasem po tym obślinionym dywanie w gwiazdki tarza się nasze największe szczęście. 🙂