Droga po szczęście

Wylewanie dziecka z polityczną kąpielą

Staram się nie zajmować polityką na Stożkach. Obawiam się zabłądzenia pomiędzy te  zakamarki internetu, w których ludzie skaczą sobie do gardeł, obwiniając na zmianę PiS i PO o to, że pada deszcz albo że po niedzieli następuje poniedziałek, a nie na przykład środa.

time-1485384_960_720

O niektórych kwestiach jednak nawet mnie trudno milczeć. Jedną z nich jest pomysł wydłużenia czasu na potwierdzenie zrzeczenia się dziecka po porodzie z obecnych 6 do 14 tygodni. W teorii brzmi to mądrze: przeciwdziała pochopnemu rozdzieleniu matki z noworodkiem, daje dodatkowe miesiące na znalezienie pomocy materialnej oraz innych form wsparcia. Medialna propaganda działa zwłaszcza na wyobraźnię osób niemających nic wspólnego z rodzicielstwem zastępczym ani adopcyjnym, którym się wydaje, że obecnie kobiety w trudnej sytuacji życiowej są zachęcane lub wręcz zmuszane do rezygnacji z praw rodzicielskich.

A jak to wygląda w praktyce? Zacznę od opisania rzeczywistego przypadku z mojego otoczenia; na jego podstawie będzie mi łatwiej omówić szkodliwość takiej ustawy. Karolina ma 22 lata i jest narkomanką. Niedawno sąd odebrał jej prawa do dwojga małych dzieci – trzyletniego i półtorarocznego. Podczas rozprawy nie protestowała; przeciwnie, przyznała, że nie chce walczyć z nałogiem i nie potrafi się zająć dziećmi. Przy okazji ujawniła też, że jest w trzeciej ciąży i zadeklarowała oddanie maluszka do adopcji zaraz po porodzie. Formalnie (w myśl aktualnych przepisów) będzie to mogła zrobić dopiero wtedy, kiedy bobas przyjdzie na świat, a po sześciu tygodniach i tak będzie musiała potwierdzić swoją decyzję przed sądem.

Dlaczego uważam, że wydłużenie tego czasu jest szkodliwe? Pytanie do pomysłodawców tej ustawy: jak sądzicie, co się wtedy dzieje z dzieckiem? Podpowiem: po porodzie nie zostaje z matką biologiczną, która chce się go zrzec. Trafia do domu dziecka, ewentualnie do ośrodka preadopcyjnego, rzadziej do pogotowia opiekuńczego. Jest zatem umieszczane w placówce, w której nie ma większych szans na nawiązanie stałej, bezpiecznej więzi z jednym lub dwoma opiekunami. Takie sytuacje jak nasza, czyli preadopcja noworodka, należą do wyjątków i są obarczone sporym ryzykiem. Nie wszyscy rodzice adopcyjni są gotowi przyjąć dziecko, które w każdej chwili może zostać im odebrane – tym bardziej, że w naszym kraju nie funkcjonuje żadna forma pomocy psychologicznej dla takich osób. Wracając do meritum: 6 tygodni to być może niewiele dla kobiety po porodzie, ale niezmiernie długo dla noworodka, który w tym czasie bardzo intensywnie się rozwija. Obecnie rząd chce skazać opuszczone maluszki na minimum 3,5 miesiąca pobytu w placówce, a w rzeczywistości nawet dłużej, bowiem dopiero po upływie tego czasu ruszy cała machina adopcyjna.

Może też się zdarzyć tak, że matka biologiczna nie stawi się w sądzie w wyznaczonym terminie, żeby potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się potomka. Wtedy oczywiście należy wyznaczyć nową datę posiedzenia sądu, a przede wszystkim ustalić miejsce pobytu kobiety, co czasem graniczy z niemożliwością (wiem, co mówię, bo takie ryzyko istniało również w naszej historii; na szczęście wszystko zakończyło się pozytywnie dla Księżniczki). Przez cały ten czas dziecko nadal pozostaje w placówce lub, co gorsza, jest przenoszone do innego domu dziecka czy rodziny zastępczej – czyli doświadcza kolejnej zmiany miejsca, opiekunów i rytuałów. Dla noworodka to prawdziwa rewolucja, w jak najgorszym znaczeniu tego słowa.

Jeśli wierzyć ośrodkom adopcyjnym, po wprowadzeniu programu 500+ niewiele kobiet decyduje się na zrzeczenie praw do noworodka, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre – bo oznacza, że źródłem takich decyzji nie jest bieda. Złe – gdyż perspektywa korzyści finansowej nie zawsze idzie w parze z troską o zaspokojenie potrzeb maluszka… czasem oznacza po prostu więcej pieniędzy na używki. Matki, które mimo wszystko rezygnują z opieki nad dzieckiem zaraz po porodzie, czynią to  z różnych powodów, np.:
– świadomość uzależnienia od używek i brak motywacji do podjęcia leczenia (jak u wspomnianej Karoliny);
– niedojrzałość do roli mamy albo niechęć do posiadania dziecka;
– ciąża w wyniku gwałtu lub/i kazirodztwa;
– urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego, nieakceptowanego przez współmałżonka;
– brak warunków (nie tylko materialnych!) do wychowania potomka – np. przemoc w domu, styl życia kolidujący z rodzicielstwem etc.

Większość tych kobiet podejmuje decyzję już na etapie ciąży, dlatego przywoływana często jako argument za zmianą prawa depresja poporodowa nie znajduje tu zastosowania. Inna sprawa, że w przypadku podejrzenia takiej depresji każda pacjentka powinna uzyskać specjalistyczne wsparcie, żeby uniknąć różnego rodzaju tragedii, z samobójstwem włącznie.

Ostatnio zastanawiałyśmy się z Izzy, czy istnieją jakieś statystyki, obrazujące, ile kobiet faktycznie zmienia decyzję o oddaniu dziecka do adopcji w trakcie tych ustawowych 6 tygodni. Obie słyszałyśmy o takich przypadkach, ale nie na tyle często, żeby uznać je za regułę. Mnie się wydaje, że skoro odwołanie woli zrzeczenia następuje bez żadnych kroków prawnych, to takie statystyki nie są prowadzone – poprawcie mnie proszę, jeżeli nie mam racji, bo chętnie się z nimi zapoznam, jeśli istnieją.

Jedną kwestię muszę w tym miejscu jasno zaznaczyć: uważam, że rozdzielanie biologicznej matki z jej dzieckiem zawsze jest złem. Gdyby Księżniczka mogła pozostać z tą, która ją urodziła, to chciałabym tego dla niej, nawet za cenę własnej traumy albo długiego czekania na ten właściwy telefon z OA. Tak się jednak nie stało… i właśnie dzięki obecnym przepisom ona  i wiele innych dzieci mogło bardzo szybko trafić do kochających rodzin, w których otrzymały szansę na normalne dorastanie. Biologicznym rodzicom pokrzywdzonym przez los naprawdę szczerze, z serca współczuję. Trzeba natomiast pamiętać, że w znacznej większości mówimy tu o dorosłych, którzy z założenia powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Bywa z tym różnie, a konsekwencje ponoszą niestety dzieci, które najwyraźniej mało obchodzą kolejnych rządzących.

alkoghol-2714482_960_720

Pamiętacie Marka – ojca zastępczego, który był bohaterem jednego z niedawnych wpisów?[KLIK]  Rozmawiałam z nim ostatnio właśnie na temat, który poruszam w tym tekście. Marek nakreślił mi portret rodziców biologicznych swoich (byłych i obecnych) podopiecznych. Z jego opowieści wyłania się niestety ponury obraz ludzi, którzy kompletnie nie panują nad swoim życiem: przegrywają z nałogami, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, nie potrafią w minimalnym stopniu zadbać o dom. Większość z nich deklaruje miłość do dzieci i zapowiada walkę o nie, po czym… ani razu się nie pojawia, nie dzwoni, nie interesuje się nimi… aż do kolejnej rozprawy, gdzie historia zatacza koło. Taki stan zawieszenia trwa nierzadko latami, bowiem sądy dają wiarę zapewnieniom rodziców i ofiarowują im kolejne szanse. Jak to znoszą dzieci? Część z nich bardzo tęskni i karmi się marzeniami o tym, że mama przestanie pić, tata znajdzie pracę i rodzina będzie znowu razem. Część natomiast rozpaczliwie wypatruje normalności, czeka na nową mamę, która jednak nie może się pojawić, dopóki sąd nie uwolni ich prawnie. Obie te postawy generują bunt, rozczarowanie, problemy emocjonalne i ogólnorozwojowe.
Marek uświadomił mi też, że po zmianie przepisów gminy mają dostawać jakieś gratyfikacje finansowe od rządu, jeżeli określony odsetek dzieci odebranych rodzinom biologicznym w ciągu roku do nich wróci. Według mnie ta praktyka jest ogromnie niebezpieczna, bo będzie oznaczała naciski na oddawanie dzieci rodzicom stosującym przemoc lub głęboko uzależnionym – tylko po to, żeby statystyki się zgadzały.

Aż mnie korci, żeby zastosować tutaj taki infantylny sarkazm i zaproponować wydłużenie czasu na wszelkie decyzje rodziców biologicznych aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości, ale boję się, że niechcący dostarczę inspiracji komuś na Wiejskiej…

Napiszę więc tylko, że tytułowe wylewanie dziecka z kąpielą to robienie mu krzywdy pod pozorem zapewnienia integralności rodziny, która w rzeczywistości i tak nie istnieje.

Reklamy
Takie tam różne

Obywatel kontra instytucja, epizod III

Zdarza Wam się oglądać „Star Wars”? Mnie owszem, zwłaszcza że moje drugie pół zalicza się do grona wiernych fanów całej sagi. Wspólnie z nim śledzę więc kolejne odsłony walki Republiki z Imperium (czy jakoś tak). Przyznaję, że trochę plączą mi się poszczególne wątki, ale za to ogromną sympatią darzę R2D2, Mistrza Yodę i kilkoro innych bohaterów, dlatego każdy epizod oglądam z przyjemnością.

Być może losy międzygalaktycznych antagonistów są mi tak bliskie, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że gwiezdne wojny to ja mam na co dzień – a przynajmniej wtedy, kiedy muszę załatwić coś w jakimś urzędzie. Tam też panuje przeważnie Ciemna Strona Mocy, poza tym podobnie jak w „Starłorsach” można pogubić się w fabule – co, gdzie, z kim i w jakiej kolejności należy załatwić.

Ostatnio przeznaczenie skierowało mnie na Gwiazdę Śmierci do sądu rejonowego. Pozwólcie jednak, że w przeciwieństwie do producentów „Gwiezdnych wojen” zacznę swoją opowieść od początku.

Dawno, dawno temu, w nieodległej galaktyce, P. uczestniczył w rozprawie sądowej – jednej z tych, przez które człowiek marnuje pół dnia, żeby finalnie złożyć pojedynczy podpis pod papierkiem, który i tak niczego w jego życiu nie zmienia. Tak właściwie to sprawa dotyczyła jego ciotki, ale jako krewny czy tam znajomy przysłowiowego Kenobiego królika musiał się stawić przed wymiarem sprawiedliwości i poświadczyć, że on to on, a ciotka to ciotka. Jak to w instytucjach bywa, sąd obciążył P. kosztami rozprawy w zawrotnej kwocie kilkudziesięciu złotych polskich, którą to kwotę rzeczony obywatel niezwłocznie uiścił… a właściwie troszeczkę zwłocznie, bo najpierw musiał pobiec do bankomatu. Najwyraźniej międzygwiezdna technologia zwana terminalem płatniczym jeszcze do Najwyższego Porządku nie dotarła.

Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale niestety Imperium postanowiło kontratakować. Któregoś pięknego dnia mój mąż otrzymał wezwanie do zapłaty. Sygnatura akt, data i kwota idealnie pokrywały się z tym, co już zapłacił i o czym właściwie zdążył zapomnieć. Sąd był tak życzliwy, że założył mu nawet Kartę Dłużnika (wielkimi literami!) z osobnym numerem. (Wiem, wiem, taka jest procedura, co nie zmienia faktu, że przerost formy nad treścią powala…) Cóż było robić? Mój nieustraszony Jedi wyprodukował na poczekaniu kilka dokumentów (kserokopię dowodu wpłaty, sprostowanie na piśmie, upoważnienie dla mnie, dekret przejęcia władzy nad galaktyką, takie tam…) i wysłał swojego ulubionego padawana (żonę znaczy, no bo kogo innego) do siedziby nieprzyjaciela.

                                                         

Nie żebym znajdowała jakąś masochistyczną rozkosz w bieganiu po sądowych korytarzach, po prostu i tak miałam tam coś do załatwienia, więc przy okazji wzięłam też papiery P.  Uzbrojony szturmowiec przy wejściu skierował mnie do odpowiedniego losowego pomieszczenia na drugim piętrze. Sprawę wyłuszczyłam, spotkałam się nawet ze zrozumieniem i życzliwością Pani Zza Biurka, ale na tym lista przyjemności się skończyła. Czekałam 25 (słownie: dwadzieścia pięć) minut, aż urzędniczka znajdzie właściwą teczkę. I wiecie co? Nie znalazła. Beztrosko oznajmiła, że akta tej konkretnej sprawy zaginęły, ale nie ma się czym martwić, bo to się przecież zdarza. Jasne. Tylko że w naszym sądzie „to się przecież zdarza” za często. Kilka lat temu, w wezwaniu na sprawę o uznanie spadku po mojej mamie, oprócz nazwiska taty i mojego znalazły się dane jakiegoś obcego faceta. Kiedy zapytałam sędzinę, kto to jest, odparła, że nie ma pojęcia, pewnie pani Zosi z sekretariatu „się przekopiowało” z szablonu albo z dokumentów innej podobnej sprawy. Całe szczęście, że nie „przekopiował się” jej przy moich danych jakiś wyrok skazujący za morderstwo, bo dopiero byłoby co wnukom opowiadać, kiedy w końcu wyszłabym z więzienia.

No dobra, ale wróćmy do teczki. To znaczy do jej poszukiwań; do teczki nie możemy wrócić, bo się nie znalazła. Pani Zza Biurka coś tam przebąkiwała, że jak Vader wróci z misji, to go zapyta (a może nie Vader, tylko Waldek? Już nie pamiętam dokładnie)… Tymczasem ja zostałam skierowana piętro wyżej do kwestury, bo skoro chodzi o kasę, to tam na pewno będą wiedzieli, co z tym zrobić. Poszłam zatem, dziękując po drodze samej sobie, że jednak zostawiłam Księżniczkę u cioci, bo pokonywanie schodów i korytarzy z niemowlakiem na ręku albo w wózku stanowiłoby w istocie mission impossible (tak, wiem, to nie ta bajka, tak mi się tylko skojarzyło).

W kwesturze Inna Pani Zza Biurka z radością odkryła, że podpis na wezwaniu do zapłaty należy do niej. Pomyślałam, że wreszcie tę sprawę zamkniemy. O, ja naiwna. Urzędniczka owszem, znalazła w komputerze stosowny plik, po czym potwierdziła, że faktycznie takie pismo wysłała. Czyż to nie wspaniałe? Zawsze mogła zasugerować, że P. (aż by się chciało powiedzieć: Łotr 1) sam sobie taki monit wystawił, na przykład żeby sabotować działania Imperium… albo cokolwiek. Położyłam przed nią kopię dowodu dawno uiszczonej opłaty. Ku mojemu rozczarowaniu wyciągnęła z szuflady nie miecz świetlny, a najzwyklejszy ołówek, po czym otworzyła pękaty segregator i postawiła tym ołówkiem parafkę na jakimś dokumencie, wypowiadając jednocześnie słowo: „już”.  Zapytałam, jak to „już”, dodając nieśmiało, że chciałabym jakieś potwierdzenie tego, iż ta wpłata jednak wpłynęła, coby za kilka tygodni znowu nie otrzymać podobnego wezwania. Urzędniczka popatrzyła na mnie, jakbym rzeczywiście przybyła z innego uniwersum. Wyjaśniła jednak cierpliwie, że:
a) przecież mam potwierdzenie, w związku z czym ona nie może wydać potwierdzenia potwierdzenia, bo co tu potwierdzać, skoro jest potwierdzone;

b) jeżeli mąż uiścił opłatę zaraz po rozprawie, to mamy się niczym nie martwić, właściwie to mogłam nawet nie przychodzić, po co sobie (w domyśle: i jej) kłopot robiłam, bo w końcu na co komu udowadnianie, że pismo było bezzasadne…

c) ona pracuje tylko w kwesturze, a kwestura zajmuje się tym, co przyjdzie z księgowości (tutaj moja chora wyobraźnia zaczyna mi wygrywać w głowie „Marsz imperialny”, w rytm którego przychodzą z owej księgowości rozmaite stwory z „Gwiezdnych wojen”, od Ewooków do Sithów, a Inna Pani Zza Biurka musi dzielnie stawiać im czoła… hm… zdecydowanie miecz świetlny sprawdziłby się tu lepiej niż ołówek… ale ja nie o tym). Czyli sprawa zostanie definitywnie zamknięta dopiero w momencie, kiedy z księgowości przyjdzie teczka z oryginalnym dowodem wpłaty. Yyy… czyżby ta zaginiona?

Pozostało mi więc zgarnąć z powrotem wszystkie (bez)wartościowe papiery i wrócić moim, he he, Sokołem Millennium* na własną planetę…

                                                              https://i1.wp.com/cdn.wegotthiscovered.com/wp-content/uploads/MillenniumFalcon-SWE.jpg

*Muszę mu jutro powtórzyć ten komplement przy wsiadaniu. Jeśli usłyszy, jak go ciepło nazywam, to może te cholerne wtryski przetrzymają do wiosny, bo teraz nie mam za co ich wymienić… a jak padną, to nie dolecę nawet na parking pod Biedronką, o międzygwiezdnych podróżach nie mówiąc. 😉

Droga po szczęście

Czekanie nasze codzienne. O ośrodku i nie tylko

Jakiś czas temu mieliśmy drugą wizytację z ośrodka. Już dawno miałam o niej napisać, ale na plan pierwszy wysunęły się pieskie sprawy. Tak à propos – Reksio nadal jest z nami i niestety wciąż bez zmian… Od jutra zaczyna brać leki. Jeśli one nie zadziałają, to naprawdę zrobię z niego mielone. Reflektuje ktoś?

O czym to ja… a no tak, wizytacja. Tym razem była u nas inna pani z OA, zresztą przesympatyczna i bardzo przez nas lubiana. Czuliśmy się raczej jak podczas odwiedzin ukochanej cioci albo bliskiej kuzynki, niż formalnego spotkania z urzędnikiem. I tylko skrupulatne notatki odnośnie rytmu dnia Księżniczki, czynione na bieżąco przez naszego gościa, przypominały o rzeczywistym celu wspólnych pogaduszek. Co ciekawe, ważne było nawet to, ile córcia je i czy przyjmuje jakieś lekarstwa. Przy okazji otrzymaliśmy kilka praktycznych porad od bardziej doświadczonej mamy – na przykład taką, żeby witaminę D kupować w kropelkach, a nie wyciskanych kapsułkach. Swoją drogą (że tak sobie pozwolę na dygresję) polecam preparat ze specjalną pompką dozującą; można go podawać dziecku bezpośrednio do buzi, ale bez ryzyka zadławienia się osłonką kapsułki, jeśli ta przypadkiem wypadłaby z ręki któremuś z rodziców.

Poza rozmową o Księżniczce odbyły się oczywiście oględziny mieszkania i, z tego co doszło do moich uszu podczas parzenia kawy, P. po raz kolejny miał okazję opowiedzieć o naszych planach odnośnie remontu pokoiku córeczki. Póki co na planach niestety się kończy, bo oszczędności przelaliśmy – dosłownie i w przenośni – na wyprawkę,  ale mamy już pewien koncept, jak sfinansować metamorfozę Księżniczkowej komnaty. Będzie trzeba troszkę poczekać, jednak cierpliwość ma w tym przypadku wszelkie szanse popłacić.

Wizytacja przebiegła i zakończyła się w miłej atmosferze. Mamy nadzieję, że kolejnym krokiem okaże się już sprawa o przysposobienie, choć na nią z kolei się nie zanosi. Łapię się na tym, że przy każdym wejściu do domu zaglądam do skrzynki pocztowej… ostatnio robiłam tak jeszcze jako nastolatka, czekając na list od ukochanego. Kto wie, czy rozczarowanie z powodu braku upragnionej koperty tym razem nie jest jeszcze gorsze. Dzwoniłam do sądu – wstyd przyznać ile razy (tak właściwie od ilu połączeń w ciągu doby zaczyna się stalking? 😉 ) – ale bezskutecznie, ciągle zajęte. Nadal więc nic nie wiemy.

I ciągle czekamy.

Droga po szczęście

WIZYTACJA Z OAO – czego się spodziewać?

Dzisiaj krótko i rzeczowo, z myślą o tych, którzy jeszcze czekają na TEN telefon lub są na innym z wcześniejszych etapów procedury.

Powierzając nam pieczę, sąd zaznaczył, że opiekę nad Księżniczką ma nadzorować ośrodek adopcyjny. W związku z powyższym personel OA umówił się z nami na wizytację. Odwiedziła nas pani kierowniczka. Obejrzała i pochwaliła pokoik małej i wypytała, jak się nią zajmujemy. Pytania były dosyć typowe: czym karmimy, gdzie śpimy, kto kąpie córeczkę. Mąż musiał też odpowiedzieć, czy jest jakaś czynność pielęgnacyjna, której by się nie podjął. Na szczęście takiej nie ma 🙂 .

Spotkanie było też okazją do wyjaśnienia sobie nawzajem ewentualnych wątpliwości związanych ze współpracą z ośrodkiem. Muszę uczciwie przyznać, że pojawiło się tu po obu stronach kilka zgrzytów, ale wizyta zakończyła się w miłej atmosferze, więc jest nadzieja, że opinia o nas jednak będzie pozytywna 😉 .

Uspokajam zatem czekających, że wizytację da się przeżyć. A my tymczasem czekamy na upływ magicznych 6 tygodni i dalszą część naszej procedury. Trzymajcie kciuki, żeby Księżniczka jak najszybciej była nasza również formalnie!

Droga po szczęście

Preadopcja noworodka od strony formalnej

Księżniczka odsypia ciężką noc, a ja tworzę ten post z myślą o tych, którzy czekają na TEN telefon lub w ogóle myślą o przysposobieniu maleństwa.

Postaram się opisać początek procedury na naszym przykładzie. Wiem, że ośrodki nie działają identycznie, więc część procesów może się różnić w zależności od placówki. Do rzeczy.

Kiedy pani z OA zadzwoniła z propozycją dziecka, musieliśmy właściwie rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia pojechać do ośrodka. Tam zostaliśmy zapoznani z informacjami o córci – póki co w formie ustnej, bez wglądu w dane osobowe. Ponieważ był to piątek, dostaliśmy weekend na przemyślenie, czy chcemy poznać małą (dla porównania – inna para od nas z grupy pojechała do dziecka prosto z OA, więc tak też bywa). W poniedziałek rano potwierdziliśmy chęć spotkania z Księżniczką, a w południe już do niej pędziliśmy.

Kiedy zaakceptowaliśmy dziecko (przepraszam za ten urzędowy bełkot, koszmarne sformułowanie, ale próbuję pisać rzeczowo…), otrzymaliśmy wykaz dokumentów, jakie trzeba będzie złożyć w sądzie. Niby nic wymyślnego (nowe zaświadczenia o niekaralności, lekarskie o stanie zdrowia i z pracy o dochodach), ale okazało się, że zdobycie ich w półtora dnia nie było wykonalne. U mnie w szkole księgowa poszła na zwolnienie, a lekarz P. nie przyjmuje we wtorki, więc dwóch „papierków” nam zabrakło. Mimo tego podpisaliśmy w OA podanie o wszczęcie procedury przysposobienia oraz o powierzenie pieczy nad dzieckiem i następnego dnia zawieźliśmy je do sądu właściwego dla miejsca urodzenia dziewczynki.

Słyszałam różne wersje tego, jak wygląda sprawa o pieczę. W naszym przypadku była to merytoryczna i w gruncie rzeczy przyjemna rozmowa z sędziną, która upewniła się, że wiemy, w co się pakujemy :). Potem musieliśmy poczekać około półtorej godziny na wydanie postanowienia. Jego kopię zostawiliśmy następnego dnia w szpitalu, kiedy odbieraliśmy Księżniczkę. Na podstawie oryginału będę mogła uzyskać urlop macierzyński.

Od personelu oddziału neonatologii dostaliśmy  z kolei wszystkie wyniki badań córeczki, jej książeczkę zdrowia i cały plik skierowań. Zresztą już od pierwszej wizyty byliśmy tam traktowani jak rodzice małej (przez wszystkich poza jedną panią doktor, która najwyraźniej minęła się z powołaniem – ale cóż, trudno, takie typy są niestety w każdym zawodzie…).

Teraz oczywiście musimy odczekać ustawowe 6 tygodni i liczyć, że matka biologiczna stawi się przed sądem, żeby formalnie zrzec się praw do dziecka. Trudno powiedzieć, czy to nastąpi. Jeżeli nie, możliwych jest kilka scenariuszy (niekoniecznie czarnych), o których nie chcę jeszcze dzisiaj zbyt szczegółowo pisać.

Na zakończenie, jako bonus dla tych, którzy dobrnęli aż tutaj, opiszę pewną historyjkę o… podróży w czasie. Kiedy czekaliśmy na wydanie postanowienia o pieczy, aby nie tkwić bezczynnie na sądowych korytarzach, postanowiliśmy pójść na kawę. Spacerując po obcym mieście, trafiliśmy do baru o całkiem swojskiej nazwie. Pachniało w nim typową stołówką, a jego wnętrze zdecydowanie pamiętało czasy głębokiego PRL; wiszące na ścianie stare logo Coca-Coli wyglądało wręcz jak imperialistyczna prowokacja. W tle rozbrzmiewały przeboje Abby, Bee Gees i inne hity, przy których nasi rodzice bawili się na prywatkach. I nie tylko oni, bo średnia wieku obsługi również zdrowo przekraczała 50 lat. Za barem dostrzegłam ekspres do kawy – i to o dziwo zupełnie współczesny. Ponieważ w cenniku widniały tylko gołąbki, flaczki i tym podobne dobra, zapytałam grzecznie pani w białym czepku (kucharki? Barmanki? Kelnerki? Bufetowej?), jaką kawę mogę u niej wypić.

Pani: A nie, niestety nie.

Ja: Nie ma kawy?

Pani: No nie, nie.

P.: To poprosimy dwie herbaty.

Pani: Ale kartą i tak pan nie zapłaci.

P.: Nie szkodzi, może być gotówka.

Pani: Ale pani pytała o kartę.

Ja: O KAWĘ. KA-WĘ. Pytałam, jaką mają państwo KAWĘ.

Pani: Aaaa, no bo ja myślałam, że chce pani płacić kartą, a u nas nie można. A kawę mamy, tak.

Ja: Jaką?

Pani: A jaką pani chce!

I tu następuje punkt kulminacyjny: naiwnie sądziłam, że bufetowa uruchomi ekspres, z którego popłynie choćby zwyczajne latte. Nic z tych rzeczy!!!  Kobieta otworzyła wiszącą szafkę (tak, tak, taką jak macie w kuchni… albo raczej, sądząc po designie, Wasze babcie) i zaprezentowała dumnie…  trzy słoiki z kawą, zapewne kupione w najbliższym markecie. Triumfalnym głosem zapytała:
– Rozpuszczalna Nescafe, Sypana Jacobs czy kawa Premium?

Bałam się pytać, co oznacza to „Premium”. Poprosiłam grzecznie o rozpuszczalną z mlekiem, którą otrzymałam… niestety nie w szklance z koszyczkiem (to byłaby wisienka na torcie!), ale za to w takim zwykłym przezroczystym kubku z uszkiem. Została nalana od serca, prawie „z górką” i tak mocna, że pomimo kilku nieprzespanych nocy nie dałam rady jej wypić. Co ciekawe, w miarę zbliżania się pory obiadowej w barze przybywało klientów, a serwowane porcje ładnie pachniały i były naprawdę solidne. To wszystko razem tworzyło niesamowity klimat, który na pewno będziemy z P. jeszcze długo i miło wspominać.

A jeżeli Księżniczka zapyta kiedyś, co robiliśmy, czekając na nią – kto wie, może zaczniemy opowieść od wizyty w tej knajpce. 🙂