Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.

Reklamy
Droga po szczęście

Czego nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

Jesteśmy już po rozprawie. Czekamy na uprawomocnienie postanowienia sądu i nowy akt urodzenia Księżniczki. Można więc powiedzieć, że nasza oficjalna współpraca z OAO dobiega końca. O tym, jak ona przebiegała, pisałam od samego początku istnienia tego bloga. Dzisiaj zajmę się kwestiami, których… nie było.

Od razu zaznaczam, że treścią ani celem tego wpisu nie jest oczernianie naszego ośrodka, bo też nie mamy ku temu żadnych powodów. Przeszliśmy ciekawy, wartościowy merytorycznie kurs, krótko czekaliśmy na dziecko i otrzymaliśmy propozycję nie tylko zgodną z oczekiwaniami, ale można powiedzieć, że je przewyższającą. Od początku mieliśmy też dostęp do wszystkich informacji o córeczce, którymi ośrodek dysponował. W trakcie całej, łącznie prawie dwuletniej procedury, pojawiły się może ze dwie sytuacje, które pozostawiły niewielki niesmak; pisałam o nich na bieżąco, nie ma sensu powtarzać. Dzisiejszy tekst zamieszczam jako pewne uzupełnienie, głównie z myślą o tych z Was, którzy dopiero rozważają adopcję lub są na początku drogi. Jest oparty o doświadczenia nasze oraz znajomych z innych OA.

Czego zatem nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

PO OTRZYMANIU PROPOZYCJI DZIECKA MACIE PRAWO DO SKRAJNYCH EMOCJI

Podczas jednego ze spotkań kursowych prowadząca opowiadała o parze, której zaproponowano zdrowe, śliczne maleństwo. Para podobno zareagowała szeregiem wątpliwości i poprosiła o czas do namysłu. Do dziś pamiętam, że pani, która o tym mówiła, wydawała się zdziwiona taką postawą. Uchylę Wam teraz rąbka tajemnicy: u nas było niemal identycznie. Nieważne, ile się czeka na telefon. Nieważne, czy ma się już gotowy pokoik i odłożone pieniądze na wyprawkę, czy też nie. TEN telefon zawsze jest szokiem, a natłok wiadomości o dziecku przyprawia o zawrót głowy. I nie ma w tym nic dziwnego, że pomimo 100 pozytywnych informacji o maleństwie uczepicie się akurat tej jedynej negatywnej i zaczniecie ją wyolbrzymiać. Ani w tym, że zaczniecie sobie zadawać pytania, na które wydawało Wam się, że dawno już znacie odpowiedzi (na przykład o to, co z Waszym życiem zawodowym albo kto w razie potrzeby pomoże Wam w opiece nad pociechą). To normalne, że macie wątpliwości i że radość przeplata się z paniką. Dajcie sobie czas na ochłonięcie i przemyślenie wszystkiego, zanim podejmiecie najważniejszą decyzję w Waszym (i być może dziecka!) życiu.

PROPOZYCJA MOŻE NIE ODPOWIADAĆ WASZYM OCZEKIWANIOM

Ta kwestia jest niełatwa do opisania, tym bardziej, że my akurat nie przeżyliśmy takiej sytuacji. Nie znaczy to niestety, że należą one do rzadkości. Dlaczego tak się dzieje? Ośrodek adopcyjny jest zobowiązany do szukania rodziców dzieciom z podległego sobie rejonu. To ich dobro stanowi priorytet, dlatego do każdego malucha próbuje się dopasować rodzinę. Jest to trudne dla obu stron, chociaż zdecydowanie bardziej traumatyczne dla kandydatów, którzy nierzadko długo i boleśnie przeżywają odmowę przyjęcia konkretnego dziecka (albo, co gorsza, godzą się na propozycję wbrew sobie, co może być katastrofalne w skutkach). Czasami zdarza się, że chociaż profil dziecka nieznacznie odbiega od oczekiwań potencjalnych rodziców, to po zapoznaniu się z nim odrzucają wcześniejsze wątpliwości i świadomie, z pełnym przekonaniem decydują się na adopcję. Słyszałam też – i to z pierwszej ręki – o takich przypadkach, kiedy np. parze czekającej na jedno zdrowe dziecko do 3. roku życia zaproponowano niepełnosprawne rodzeństwo w wieku szkolnym, a odmowę potraktowano jako obrazę majestatu i wykluczono owo małżeństwo z kolejki na długi czas – czyli ludzi po podwójnej traumie pozostawiono bez wsparcia, za to z wyrzutami sumienia. Mam nadzieję, że takich ośrodków w Polsce nie ma wielu. Wspomniana sytuacja dotyczy akurat koleżanki z innego województwa, szczegółów nie podam, żeby nikogo nie uprzedzać. Wiem jednak, że i w naszym OA zdarzają się dzieci – wybaczcie określenie – „trudno adoptowalne” i ośrodek już podczas podejmowania próby znalezienia im rodziny w pewnym sensie spodziewa się porażki. Myślę, że najistotniejsza jest tutaj empatia pracowników i zrozumienie tego, co przeżywają ludzie po drugiej stronie biurka.

MACIE PRAWO ODMÓWIĆ PRZYJĘCIA DZIECKA

O tym oczywiście ośrodki (chyba wszystkie) informują już na wstępie, ale niektóre straszą konsekwencjami: znacznym wydłużeniem czasu oczekiwania, koniecznością podjęcia terapii lub przejścia dodatkowych szkoleń etc. W naszym przypadku jedna z pań już na początku procedury powiedziała, że po ewentualnej odmowie trzeba dać sobie czas na uporanie się z własnymi emocjami – i z tym się jak najbardziej zgadzam. Pewnie istotny jest też powód odmowy; co innego, gdy ktoś nie decyduje się na adopcję np. dziecka chorego i w dodatku o wiele starszego, niż deklarowano przy kwalifikacji, a co innego, gdy para nagle okazuje się niegotowa na przyjęcie choćby takiej naszej Księżniczki. Kiedyś wyczytałam na Bocianie (to taka dygresja, bo w końcu użytkownicy forum to nie OA), że jeśli ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że odmówi po otrzymaniu propozycji, to nie nadaje się na rodzica. Absolutnie tak nie uważam. Wiadomo, że dziecko to nie przedmiot i chyba nikt, kto uzyskał kwalifikację, nie odmawia z błahego powodu typu niezgodny z marzeniami kolor oczu szkraba. Ja na przykład wiem, że nie dałabym sobie rady z maluchem o znacznym stopniu niepełnosprawności, wymagającym kosztownego i bardzo systematycznego leczenia. Myślę natomiast, że takiemu dziecku o wiele lepiej byłoby chociażby w większym mieście, gdzie jest lepszy dostęp do lekarzy i może w zamożniejszej rodzinie, która pełniej zaspokoiłaby jego potrzeby. I nie ma to nic wspólnego z tym, że gardzę chorym smykiem albo się nim brzydzę, bo to nieprawda. Jedna z pań na szkoleniu porównała  adopcję do małżeństwa: mało kto w dzisiejszych czasach decyduje się na ślub z partnerem, co do którego nie jest przekonany. Oczywiście nie wiadomo, co przyniesie przyszłość; partner może odejść, dziecko zachorować. Jednak do budowania trwałej więzi od samego początku potrzebna jest choć minimalna dawka chemii i zaufania. Jeżeli jej nie ma, to moim zdaniem lepiej nie zaczynać.

WSZYSTKO, CO POWIECIE W OŚRODKU, MOŻE BYĆ UŻYTE PRZECIWKO WAM

No dobra, trochę straszę. Przecież ośrodkom nie chodzi o to, żeby Was łapać za słówka i za wszelką cenę wyszukiwać w Was wady. Wręcz przeciwnie! Na podstawie własnego doświadczenia wiem jednak, że pracownicy OA rozmawiają o kandydatach również za ich plecami – i nie zawsze są to komentarze życzliwe. Tego właśnie dotyczył jeden z tych nielicznych zgrzytów we współpracy z ośrodkiem, o których wspomniałam we wstępie. Przyznaję, jest to taka gorzka piguła, która do tej pory stoi mi w gardle – bo okazuje się, że kiedy człowiek wychodzi z roli interesanta w instytucji, a staje się sobą, to czasem nieświadomie odkrywa jakieś słabości, które potem mogą zostać wytknięte i to całkiem oficjalnie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że sami jesteśmy sobie winni, może od kilku wypowiedzi należało się zwyczajnie powstrzymać. Jeżeli poczuliście się nieswojo, to na uspokojenie dodam, że mimo wszystko lubimy kontakt z paniami z OAO i większość spotkań z nimi przebiegła w naprawdę przyjaznej atmosferze – choćby ostatnia wizytacja w domu, która miała charakter miłej rozmowy o funkcjonowaniu ośrodka, a nie np. tropienia ewentualnych błędów w opiece nad Księżniczką.

BIUROKRACJA, WSZĘDZIE BIUROKRACJA!

Na zakończenie wspomnę jeszcze o kwestii, którą znam również z własnego podwórka. Pracą ośrodka, jak wielu innych instytucji czy firm, rządzą statystyki, przez nas w szkole nazywane po prostu słupkami. Wam pewnie też nie są one obce bez względu na uprawiany zawód: wykonanie planu sprzedaży, wyniki egzaminów zewnętrznych, liczba przeprowadzonych transakcji itd. Czasem potrafią skutecznie odebrać radość z wymarzonej pracy. Pracownicy siedzą zagrzebani po uszy w dokumentach (pomnóżcie zawartość Waszej teczki przez liczbę osób na kursie, a to przecież tylko wierzchołek góry lodowej), a  z wyników swojej pracy są rozliczani przez wojewodę (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś poprawi). Dzisiaj często się słyszy o rozwiązywaniu ośrodków adopcyjnych, dlatego tym ważniejsza jest skuteczność ich działania. Myślę, że trudno tutaj zachować balans pomiędzy indywidualnym i zwyczajnie ludzkim podejściem do kandydatów, a bezdusznymi zawodowymi formalnościami. A tego przecież my, kandydaci, oczekujemy przez całą naszą drogę do adopcji…

Rozpisałam się dzisiaj koszmarnie, ale jak widzicie, samych kwestii przemilczanych przez ośrodki nie ma wiele. Może następnym razem dla równowagi opiszę to, do czego nas ośrodek przygotował?