Droga po szczęście

Rozdzielanie rodzeństw przy adopcji

Marka, a później jego żonę Ewę, poznałam kilka lat temu w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z przysposobieniem. Kontaktujemy się przeważnie służbowo, ale ponieważ oboje prowadzą rodzinę zastępczą, często dyskutujemy na wspólne nam tematy. Obecnie przebywa u nich w pieczy czworo dzieci, z których troje to przyrodnie rodzeństwo. Niedawno Marek opowiedział mi o ich niewesołej sytuacji.

Paweł ma 8 lat, Marta 6, a Weronika niecałe 5. Wszyscy są dotknięci jakimś spektrum FAS. Młodsza z sióstr cierpi pełnoobjawową formę tego syndromu, chłopiec teoretycznie mieści się w normie intelektualnej, ale nie potrafi zrozumieć ani tym bardziej zachowywać podstawowych norm społecznych (Marek przytoczył m.in. sytuację, w której Pawełek bez skrępowania sięgnął po portfel badającej go pani psycholog i wyciągnął z niego pieniądze, które następnie próbował schować sobie do kieszeni). Najmniej poszkodowana jest Marta, która co prawda wolno myśli i pracuje, przez co najpewniej będzie miała trudności w nauce, ale poza tym rozwija się prawidłowo i ma największe z całej trójki szanse na całkowicie samodzielne życie w przyszłości. Dzieci mają jedną matkę, ale różnych ojców… kobieta tak często zmienia partnerów, że równie dobrze sama może nie wiedzieć, z kim ma którą z pociech. Maluchy zostały jej odebrane po którejś z kolei libacji alkoholowej, ale rodzina ma też na koncie przemoc oraz różnego typu zaniedbania. Ewa i Marek robią wszystko, żeby, mówiąc potocznie, „wyprowadzić te dzieciaki na prostą”. Niedawno byli w tym celu u znanej w Polsce specjalistki od FAS (Ci z Was, którzy orientują się w temacie, bez problemu odgadną jej nazwisko). Ku zdziwieniu obojga, pani doktor jasno zasugerowała, że Marta powinna trafić do adopcji. Rodzice zastępczy nie zgodzili się z tym werdyktem, powołując się przede wszystkim na istniejącą więź między rodzeństwem. Specjalistka natomiast argumentowała, że dla Marty przysposobienie może być szansą na bezpieczne, normalne dorastanie; rodzeństwo od dawna jest już w ogólnopolskiej bazie dzieci wolnych prawnie i z dnia na dzień maleją szanse na to, że w kraju znajdzie się dla nich rodzina adopcyjna… z kolei sytuacja adopcji zagranicznych, jaka jest za obecnej władzy, każdy widzi.

Ani Marek, ani Ewa nie zmienili zdania, ale na pewno wizyta u pani doktor zasiała w nich ziarno niepewności.

Lady, a co, jeżeli ta lekarka ma rację? – zapytał mnie retorycznie (właśnie odkryłam, że tak się da) na zakończenie ostatniej rozmowy.

Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji to bardzo, bardzo złożony problem. Dowodzi tego chociażby liczba ludzi, którzy za pośrednictwem mediów społecznościowych poszukują utraconych w ten sposób braci i sióstr. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza osobom, które na co dzień nie mają do czynienia z żadną formą rodzicielstwa zastępczego, separacja dzieci od siebie wydaje się bezmyślnym okrucieństwem. Takie nastroje podsycają jeszcze programy telewizyjne, pokazujące najczęściej skrajne i łzawe historie…

rodz

…dlatego bardzo często, kiedy słyszymy gdzieś hasło „rozdzielono rodzeństwo”, z oczywistych względów mamy przed oczami stereotypowy obrazek: dwoje lub troje uroczych dzieci w zbliżonym wieku, wychowujących się razem od narodzin, nagle traci jedno lub oboje rodziców, po czym jest zabieranych przez bezdusznych urzędników do domu dziecka, skąd każde trafia do innej rodziny zastępczej lub adopcyjnej. I ani sąd, ani żadna inna instytucja nie liczy się z tym, że te dzieci już raz straciły wszystko i właściwie mają miały teraz tylko siebie… Trudno się nie zgodzić, że takie postępowanie jest rodzajem barbarzyństwa.

Problem w tym, iż rzeczywistość jest przeważnie o wiele bardziej skomplikowana.

Sytuacja pierwsza. Bezdzietne małżeństwo przysposabia trzymiesięcznego chłopca – jedynaka, spłodzonego gdzieś na imprezie przez pijaną nastolatkę. Dwa lata później okazuje się, że matka biologiczna urodziła kolejnego synka, który również trafia do adopcji. Ośrodki adopcyjne w pierwszej kolejności proponują adopcję „nowego” dziecka rodzinie, w której przebywa jego rodzeństwo. Małżonkowie liczyli się z taką ewentualnością, więc zgadzają się i od tej pory żyją we czwórkę. Po kolejnych kilkunastu miesiącach biologiczna matka chłopców rodzi bliźniaki. Nasi bohaterowie zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji – zarabiają przyzwoicie, ale nie luksusowo, mają trzypokojowe mieszkanie, które jakoś nie chce być z gumy… sumienie nie pozwala im jednak rozdzielać rodzeństwa, przysposabiają więc również i tę dwójkę. Pytanie brzmi, co zrobić w momencie, kiedy u matki biologicznej pojawią się kolejne dzieci? Jeżeli łącznie będzie ich ośmioro albo więcej? Czy można wymagać od rodziców adopcyjnych, aby zapewnili (dobro)byt dziesięciorgu osobom, jeżeli nie wymagało się tego od biologicznych?

Sytuacja druga. Parze alkoholików urodziła się córka. Rodzice, zajęci codziennymi libacjami, podrzucali małą różnym babkom i ciotkom. U jednej z nich została na dwa lata, po których trafiła do rodziny zastępczej, a następnie do adopcji. W międzyczasie matka biologiczna rozstała się z dotychczasowym konkubentem, znalazła nowego partnera i urodziła mu kolejną córkę, która po roku została zabrana rodzicom w wyniku interwencji policji. Czy obie siostry muszą trafić do jednej rodziny adopcyjnej, skoro się nie znają i nie ma pomiędzy nimi żadnej więzi?

Sytuacja trzecia. Po kilkuletniej bitwie o odebranie praw rodzicom biologicznym, stosującym przemoc fizyczną (w tym seksualną) i psychiczną, dwaj chłopcy w wieku 8 i 9 lat zostają przeznaczeni do adopcji. Problem w tym, że bracia nienawidzą się nawzajem do tego stopnia, iż nie są w stanie przebywać razem w jednym pomieszczeniu. W dodatku obaj cierpią na RAD i wymagają stałej opieki psychologa, psychiatry i seksuologa. Czy można w imię wyższego dobra zmuszać zarówno ich, jak i potencjalnych rodziców adopcyjnych, do wspólnego zamieszkania?

Sytuacja czwarta, ostatnia. W pieczy zastępczej przebywa troje rodzeństwa: zdrowa dziewczynka oraz jej dwóch braci, upośledzonych fizycznie i intelektualnie w stopniu znacznym. Szanse na znalezienie rodziców dla całej trójki są mniej niż nikłe. Czy należałoby szukać rodziny dla dziewczynki, dając jej szansę na kochający dom i normalne życie, czy niejako „skazać” ją na dożywotnie tułanie się po „bidulach” i opiekę nad braćmi, której nawet jej dorośli rodzice nie potrafili sprostać?

Z takimi przypadkami, jak powyższe, na co dzień pracują PCPR-y, ośrodki adopcyjne i sądy rodzinne. O ile zgadzam się z Ewą i Markiem, że nie należy niszczyć więzi pomiędzy przebywającym u nich rodzeństwem, o tyle w sprawie przedstawionych niżej przykładów nie byłabym już tak zdecydowana. Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji na pewno jest złem… ale myślę, iż czasami koniecznym.

Reklamy
Bestiariusz - kto jest kim na Stożkach, Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym 😆 . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa 😉 .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  😎 . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA – DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie 🙂

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie 😳 . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Droga po szczęście

Preadopcja noworodka od strony formalnej

Księżniczka odsypia ciężką noc, a ja tworzę ten post z myślą o tych, którzy czekają na TEN telefon lub w ogóle myślą o przysposobieniu maleństwa.

Postaram się opisać początek procedury na naszym przykładzie. Wiem, że ośrodki nie działają identycznie, więc część procesów może się różnić w zależności od placówki. Do rzeczy.

Kiedy pani z OA zadzwoniła z propozycją dziecka, musieliśmy właściwie rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia pojechać do ośrodka. Tam zostaliśmy zapoznani z informacjami o córci – póki co w formie ustnej, bez wglądu w dane osobowe. Ponieważ był to piątek, dostaliśmy weekend na przemyślenie, czy chcemy poznać małą (dla porównania – inna para od nas z grupy pojechała do dziecka prosto z OA, więc tak też bywa). W poniedziałek rano potwierdziliśmy chęć spotkania z Księżniczką, a w południe już do niej pędziliśmy.

Kiedy zaakceptowaliśmy dziecko (przepraszam za ten urzędowy bełkot, koszmarne sformułowanie, ale próbuję pisać rzeczowo…), otrzymaliśmy wykaz dokumentów, jakie trzeba będzie złożyć w sądzie. Niby nic wymyślnego (nowe zaświadczenia o niekaralności, lekarskie o stanie zdrowia i z pracy o dochodach), ale okazało się, że zdobycie ich w półtora dnia nie było wykonalne. U mnie w szkole księgowa poszła na zwolnienie, a lekarz P. nie przyjmuje we wtorki, więc dwóch „papierków” nam zabrakło. Mimo tego podpisaliśmy w OA podanie o wszczęcie procedury przysposobienia oraz o powierzenie pieczy nad dzieckiem i następnego dnia zawieźliśmy je do sądu właściwego dla miejsca urodzenia dziewczynki.

Słyszałam różne wersje tego, jak wygląda sprawa o pieczę. W naszym przypadku była to merytoryczna i w gruncie rzeczy przyjemna rozmowa z sędziną, która upewniła się, że wiemy, w co się pakujemy :). Potem musieliśmy poczekać około półtorej godziny na wydanie postanowienia. Jego kopię zostawiliśmy następnego dnia w szpitalu, kiedy odbieraliśmy Księżniczkę. Na podstawie oryginału będę mogła uzyskać urlop macierzyński.

Od personelu oddziału neonatologii dostaliśmy  z kolei wszystkie wyniki badań córeczki, jej książeczkę zdrowia i cały plik skierowań. Zresztą już od pierwszej wizyty byliśmy tam traktowani jak rodzice małej (przez wszystkich poza jedną panią doktor, która najwyraźniej minęła się z powołaniem – ale cóż, trudno, takie typy są niestety w każdym zawodzie…).

Teraz oczywiście musimy odczekać ustawowe 6 tygodni i liczyć, że matka biologiczna stawi się przed sądem, żeby formalnie zrzec się praw do dziecka. Trudno powiedzieć, czy to nastąpi. Jeżeli nie, możliwych jest kilka scenariuszy (niekoniecznie czarnych), o których nie chcę jeszcze dzisiaj zbyt szczegółowo pisać.

Na zakończenie, jako bonus dla tych, którzy dobrnęli aż tutaj, opiszę pewną historyjkę o… podróży w czasie. Kiedy czekaliśmy na wydanie postanowienia o pieczy, aby nie tkwić bezczynnie na sądowych korytarzach, postanowiliśmy pójść na kawę. Spacerując po obcym mieście, trafiliśmy do baru o całkiem swojskiej nazwie. Pachniało w nim typową stołówką, a jego wnętrze zdecydowanie pamiętało czasy głębokiego PRL; wiszące na ścianie stare logo Coca-Coli wyglądało wręcz jak imperialistyczna prowokacja. W tle rozbrzmiewały przeboje Abby, Bee Gees i inne hity, przy których nasi rodzice bawili się na prywatkach. I nie tylko oni, bo średnia wieku obsługi również zdrowo przekraczała 50 lat. Za barem dostrzegłam ekspres do kawy – i to o dziwo zupełnie współczesny. Ponieważ w cenniku widniały tylko gołąbki, flaczki i tym podobne dobra, zapytałam grzecznie pani w białym czepku (kucharki? Barmanki? Kelnerki? Bufetowej?), jaką kawę mogę u niej wypić.

Pani: A nie, niestety nie.

Ja: Nie ma kawy?

Pani: No nie, nie.

P.: To poprosimy dwie herbaty.

Pani: Ale kartą i tak pan nie zapłaci.

P.: Nie szkodzi, może być gotówka.

Pani: Ale pani pytała o kartę.

Ja: O KAWĘ. KA-WĘ. Pytałam, jaką mają państwo KAWĘ.

Pani: Aaaa, no bo ja myślałam, że chce pani płacić kartą, a u nas nie można. A kawę mamy, tak.

Ja: Jaką?

Pani: A jaką pani chce!

I tu następuje punkt kulminacyjny: naiwnie sądziłam, że bufetowa uruchomi ekspres, z którego popłynie choćby zwyczajne latte. Nic z tych rzeczy!!!  Kobieta otworzyła wiszącą szafkę (tak, tak, taką jak macie w kuchni… albo raczej, sądząc po designie, Wasze babcie) i zaprezentowała dumnie…  trzy słoiki z kawą, zapewne kupione w najbliższym markecie. Triumfalnym głosem zapytała:
– Rozpuszczalna Nescafe, Sypana Jacobs czy kawa Premium?

Bałam się pytać, co oznacza to „Premium”. Poprosiłam grzecznie o rozpuszczalną z mlekiem, którą otrzymałam… niestety nie w szklance z koszyczkiem (to byłaby wisienka na torcie!), ale za to w takim zwykłym przezroczystym kubku z uszkiem. Została nalana od serca, prawie „z górką” i tak mocna, że pomimo kilku nieprzespanych nocy nie dałam rady jej wypić. Co ciekawe, w miarę zbliżania się pory obiadowej w barze przybywało klientów, a serwowane porcje ładnie pachniały i były naprawdę solidne. To wszystko razem tworzyło niesamowity klimat, który na pewno będziemy z P. jeszcze długo i miło wspominać.

A jeżeli Księżniczka zapyta kiedyś, co robiliśmy, czekając na nią – kto wie, może zaczniemy opowieść od wizyty w tej knajpce. 🙂

Droga po szczęście

Nie jestem barbarzyńcą!

Stowarzyszenie Wolne Społeczeństwo nazywa adopcję oszustwem i określa ją mianem instytucji (sic!) nieludzkiej, sprzecznej z konstytucją, łamiącej prawa dziecka i prawa człowieka. Odmawia jej także jakiegokolwiek uzasadnienia moralnego i dziejowego. W dalszej części artykułu, będącego chyba wedle założeń petycją, można przeczytać m.in., że dziecko ma tylko jedną PRAWDZIWĄ rodzinę – rzecz jasna biologiczną, zaś jakiekolwiek trwałe oddzielenie go od krewnych jest okrucieństwem i barbarzyństwem.

Raczej nie muszę nikogo przekonywać, że po 10 latach (no dobra, trochę naciągam – dziesiąty rok jeszcze trwa) starań o potomstwo przeczytanie, iż pragnienie bycia rodzicem jest zbrodnią, stanowi cios w samo serce i poniżej pasa jednocześnie. Boli cholernie – i to tym bardziej, że dopiero przed trzema miesiącami skończyliśmy udowadniać całemu sztabowi pracowników OAO, lekarzowi rodzinnemu, urzędnikom z sądu, magistratu i pewnie samemu Panu Bogu, iż jesteśmy normalni i można nam powierzyć dziecko. Wbrew temu, co wydaje się autorom tego krzywdzącego tekstu, procedura adopcyjna nie polega na daniu łapówki sędziemu, za to wymaga mnóstwa różnych zaświadczeń, dokumentów i oczywiście badań psychologiczno-pedagogicznych. Pisanie o tym tutaj nie ma jednak sensu, bowiem ci z Was, którzy przeszli bądź przechodzą tę drogę albo nam w niej towarzyszą, doskonale o tym wiedzą. Pozostali zapewne też, bowiem nie jest to wiedza tajemna ani niedostępna, wystarczy wejść na stronę jakiegokolwiek ośrodka adopcyjnego.

Nie przeszkadza to jednakże członkom tego stowarzyszenia dowodzić, że celem adopcji jest kradzież dziecka jego naturalnej rodzinie. Przepraszam, może jestem za głupia, ale nadal nie rozumiem, co takiego może zyskać dziecko narażone na kontakty ze skrajnie dysfunkcyjnymi dorosłymi, choćby byli jego biologicznymi rodzicami. Podobnie nie pojmuję, skąd podnoszona do entej potęgi obawa o ukrycie prawdziwej tożsamości adoptowanego. Po pierwsze – już od dawna oczywistym jest, że dziecko ma prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu oraz do poszukiwania korzeni, a rodzice adopcyjni są przygotowywani, aby je w tym wspierać. Po drugie – co to znaczy „prawdziwa tożsamość”? Czy nazwisko i imię (jeśli zostało zmienione) nadane w rodzinie biologicznej jest bardziej rzeczywiste od otrzymanego w rodzinie adopcyjnej tylko dlatego, że było pierwsze? I co jest do ciężkiej cholery złego w tym, że przysposobiony malec ma się nazywać tak samo, jak inni członkowie jego nowej familii? Zgodnie z tym myśleniem moje obecne nazwisko też nie jest „prawdziwe”, bowiem przyjęłam je po mężu i zastąpiłam nim wcześniejsze, panieńskie, a więc RODOWE.

Przepraszam za dosadność, ale według mnie idiotyzmem jest skazywanie małych (i dużych też) dzieci na konieczność przebywania w pieczy instytucjonalnej, a przez to oczekiwanie latami, aż „jedyna prawdziwa” mamusia przestanie pić, a tatuś znajdzie pracę – co najprawdopodobniej się nigdy nie zdarzy, jak wynika z doświadczeń znanych mi rodzin zastępczych. Nieludzkie jest także zmuszanie tych dzieci, zdolnych jeszcze do nawiązania nowych, bezpiecznych więzi, do życia w ciągłym rozdarciu pomiędzy  ciocią i wujkiem z RZ, którzy co prawda kochają, ale są TYLKO ciocią i wujkiem, a rodzicami, których niby tytułuje się mamą i tatą, ale są to słowa zupełnie puste.

Żeby było jasne – uważam, że należy wzmocnić (poprawić, uaktualnić – wstawcie tu odpowiedni bezokolicznik) system pomocy rodzinom biologicznym, aby jak najrzadziej dochodziło do odbierania im pociech. Popieram też, o czym już pisałam, możliwość adopcji otwartej jako jednej z opcji, właściwej np. kiedy rodzic traci zdolność do opieki nad potomkiem z powodów niezawinionych przez siebie (wypadek, ciężka choroba…). Jednak nadal mówimy głównie o takich (dorosłych, do diabła!) ludziach, których obowiązkiem jest branie odpowiedzialności za własne czyny – tym bardziej, jeżeli powołali do istnienia nowe życie. Nie pojmuję, dlaczego konsekwencje skrajnie złych wyborów matki i ojca ma ponosić niewinne dziecko.

Autorzy wspominanego tekstu zdają się nie zauważać, że do adopcji nie trafiają (albo trafiają rzadko) maluchy, których rodzice chwilowo się zagubili w życiu. Decyzja o zerwaniu więzi z rodziną pochodzenia jest ostatecznością i podejmuje się ją ze względu na DOBRO MAŁOLETNIEGO. Nie rodziców adopcyjnych (którzy wedle stowarzyszenia traktują dziecko przedmiotowo i najchętniej kupiliby je w sklepie jak karton mleka), ale również nie biologicznych, którzy nie potrafili zadbać o swoje potomstwo.

Boli mnie (i to jak!) również kpienie sobie z motywacji rodziców adopcyjnych. Z takim krzywdzącym jej postrzeganiem spotkałam się już wcześniej, ale nie myślałam, że stereotypy są tak silne… Otóż pragnienie rodzicielstwa u zdrowych psychicznie (i moralnie) ludzi zawsze ma takie samo podłoże: chce się mieć dziecko (biologiczne, adoptowane, znalezione w kapuście – jak kto woli), aby stworzyć pełną, kochającą się rodzinę, spędzać razem czas i dzielić się owocami swojej pracy – zarówno materialnymi (przestrzeń w mieszkaniu, przedmioty codziennego użytku, kupowane ubranka, zabawki etc.), jak i niematerialnymi (wiedza, doświadczenie, zasady moralne itd.). Rodzice adopcyjni chcą pokochać dziecko i być przez nie kochani. Odmawianie im prawa do miłości jest o wiele bardziej barbarzyńskie i nieludzkie niż ta demonizowana adopcja.

Zamieszczam – aczkolwiek niechętnie – link do cytowanego artykułu, coby mnie ktoś nie posądził o plagiat albo zmyślanie: http://wolnespoleczenstwo.org/pl/oszustwo-i-okrucienstwo-adopcji/