Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Reklamy
Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. 😉

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. 🙂

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… 😀 ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    https://i0.wp.com/resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          https://i1.wp.com/i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg

Taka tam rodzina adopcyjna

Dzień z życia matki pracującej

Trzynasty piątek ma to do siebie, że nie zawsze wypada trzynastego. Ani w piątek. Mnie się na przykład przydarzył w ostatnią niedzielę.

Zaczęło się od tego, że Księżniczka zapomniała obudzić mnie do pracy. Nie to, że zaspałam, czy coś. Mój telefon zagrał Marsz Imperialny dokładnie o czasie. Rzecz w tym, że już dawno przywykłam do wcześniejszych pobudek za sprawą córy, budzik był tylko jak szelki przy spodniach – na SZELKI wypadek. A ów zdarzył się właśnie wczorajszego ranka.

Wyskoczyłam więc z łóżka z radosnym „cholera, miałam umyć głowę!” na ustach i pognałam pod kran… nie myć włosy, rzecz jasna, tylko grzać wodę na Księżniczkowe mleko. Potem gdzieś pomiędzy zakładaniem rajstop a malowaniem rzęs upewniłam się jeszcze, że P. już wstał, żeby zająć się małą i pognałam do szkoły. Piechotą, coby się z rana trochę dotlenić. Jakoś w połowie drogi dotarło do mnie, że owszem, dziecku zrobiłam śniadanie, ale sobie jakimś cudem nie. Wpadłam więc w biegu do mijanej Żabki, myśląc przy okazji, że ja to mam jednak bajkowe życie – w domu księżniczka, za domem żabka, w pracy cała gromada chochlików (a i ogry by się znalazły), tylko mój rumak trochę nie teges, ale może dlatego, że w Dieslu.

Pierwsza lekcja płynęła jak krew z nosa, połowa grupy nie przyszła, druga mentalnie była jeszcze na sobotniej imprezie za miastem. Znudzona monologowaniem do prawie pustej sali i obsypana białym pyłem niczym piekarz albo początkujący dealer kokainy postanowiłam w czasie przerwy skonsumować moje kupione przed godziną „śniadanie”, złożone z wody mineralnej i paczuszki wafelków ryżowych z czekoladą. Chrupnęłam z lubością pierwszy kęs i dokładnie w tym momencie dosiadła się do mnie Marlena. Znacie tę nauczycielską przypadłość, zwaną w skrócie „zawsze-mam-rację-i-muszę-objawić-ją-całemu-światu”? Prawie wszyscy w tym zawodzie na to cierpimy, ale Marlena jest już w IV (nieuleczalnym) stadium, z ostrymi przerzutami na otoczenie. Od początku taksowała wzrokiem mój posiłek, ale wytrzymała w ten sposób tylko kilka sekund.

Och, Lady Makbet, ty pewnie nie wiesz, jakie to jest niezdrowe, prawda?

Przełknęłam powoli odgryziony kawałek, łudząc się naiwnie, że koleżanka ma na myśli pracę  w niedzielę o ósmej rano, ale nie…

No niestety, moja droga, niestety. Ja rozumiem, że to jest smaczne, ale ty nie powinnaś tego jeść.

Zabrzmiało co najmniej tak, jak gdybym ważyła 150 kg i w dodatku miała zaawansowaną cukrzycę, a do tego wcinała chrupki, przy których produkcji ucierpiały minimum ze cztery pandy albo przedstawiciele innych zagrożonych gatunków. Marlena niezrażona kontynuowała:

Nie przejmuj się, też kiedyś sądziłam, że one mają jakieś wartości odżywcze. Dopiero lekarz z Kliniki XYZ mi powiedział, że to śmierć dla organizmu!

Dziękuję za troskę, ale wiesz… ja i bez lekarza potrafię przeczytać skład wafli ryżowych w polewie czy tam bez. O, zobacz: „ryż brązowy, czekolada deserowa, w tym: cukier, tłuszcz kaka…”

No to ja nie rozumiem! – wtrąciła zdegustowana – Jesteś świadoma, że to świństwo i mimo tego się trujesz? Równie dobrze mogłabyś palić papierosy!

Mogłabym… – pomyślałam – przynajmniej miałabym pretekst, żeby zakończyć tę dyskusję i jak najszybciej stąd wyjść. W tym momencie mój wzrok padł na dyndający z wieszaczka klucz od pracowniczej toalety, z której natychmiast postanowiłam skorzystać. Niedojedzone wafelki (razem z cukrem, tłuszczem kakaowym, lecytyną sojową i innymi witaminami) zostawiłam na później, kiedy akurat Marleny nie będzie w pobliżu. Chwała niebiosom, że nie widziała, jak dosypuję sobie do kawy (o zgrozo, rozpuszczalnej!) śmietankę w proszku…

Dalsze lekcje minęły całkiem przyjemnie i prędko, aż w końcu pozostało tylko odłożyć książki, założyć kurtkę i można było wracać do domku. Wspominałam, iż przyszłam pieszo, prawda? A pisałam, że bez parasolki? Nie? No, to już wiecie. I jak się słusznie domyślacie, gdy wracałam, lało jak z cebra. W dodatku niosłam prezent dla Księżniczki. Kilka miesięcy temu pomagałam córce znajomej w przygotowaniach do matury. Nie wzięłam od niej pieniędzy, więc wcisnęła mi dla małej sporych rozmiarów pluszowego słonia… w ślicznej, ekologicznej, papierowej torbie. Nawet bardzo ekologicznej, bo w deszczu rozłożyła się w półtorej minuty. W ręku zostały mi tylko kartonowe uszy, no i ten słoń (znaczy słoń też miał uszy, ale pluszowe i na swoim miejscu). I tyle dobrego, że to był słoń, bo słonie lubią się taplać. Taki kot na przykład miałby bardziej przechlapane i to dosłownie. W mieszkaniu znaleźliśmy się więc przemoczeni do suchej nitki. Okazało się, że nie tylko my, bo rozszczelniła się rura pod zlewem i zastałam P. walczącego z kopą zalanych ścierek.

Księżniczka fikała radośnie na dywanie, najwyraźniej pływająca kuchnia i przedpokój nie zrobiły na niej wrażenia. Na szczęście na sąsiadach z dołu też nie, czyli tatuś w porę uratował sytuację. Ku mojej radości popołudnie minęło już bez większych atrakcji. No, może z wyjątkiem tego, że córci wychodzą dwa ząbki, w związku z powyższym wkłada sobie do buzi wszystko, co się nada… a jeszcze chętniej to, co się nie nada. Oznacza to mniej więcej tyle, że moja komunikacja z P. weszła na poziom znany chyba wszystkim rodzicom maluchów:

P: Jaki film chciałabyś wieczorem obejrzeć?

Ja: Nie jedz dywanu!

P: Tego nie znam, a coś innego?

Ja: Jakąś komedię? Na przykład… Kochanie, zostaw to krzesło! Ech, nie wiem, a co mam do wyboru?

P: Czekaj, sprawdzę… Księżniczko, tylko nie kapcie!

I tak dalej…

Jak widać, niedzielny repertuar był bardzo ciekawy. I to nie tylko ten filmowy. A jak Wam minął weekend?

Takie tam różne

Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

– Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

– Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

– Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?