Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. 😉

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. 🙂

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… 😀 ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    https://i2.wp.com/resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          https://i0.wp.com/i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg