Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

O Księżniczce, co roczek skończyła

Zaczęłam w ostatnich dniach dwa wpisy i to na zupełnie odmienne tematy. Żadnego nie dokończyłam. Dosłownie jakby się wszyscy uwzięli. Znane powiedzenie mówi, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, wystarczy opowiedzieć Mu o swoich planach. Nie lubię tego porzekadła, ale tym razem wyjątkowo pasuje.

Zapro

Imprezy roczkowe Księżniczki zaplanowaliśmy z naprawdę sporym wyprzedzeniem i wydawało nam się, że wzięliśmy  pod uwagę wszystkie możliwe zmienne. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie stanęło na tym, że urządzimy dwa kameralne przyjęcia u nas w domu: pierwszego dnia dla przyjaciół, drugiego dla rodziny. Dużo wcześniej załatwiłam sobie wolny weekend, mąż zrezygnował z wyjazdu firmowego, co więc mogło pójść nie tak? Ano mogło. I poszło.

Najpierw okazało się, że jedyny wolny termin u okulisty dziecięcego jest akurat dwa dni przed uroczystością – no cóż, zdarza się, dwie godziny mnie nie zbawią, jakoś się ze wszystkim wyrobię. Tylko potem doszła jeszcze tego samego dnia rada pedagogiczna, a dzień wcześniej spędziłyśmy z Księżniczką popołudnie u pediatry na kontroli po chorobie. Oprócz tego zadzwoniła córka znajomej z prośbą o pilne korepetycje, bo ma ważny sprawdzian, a grozi jej jedynka na koniec klasy maturalnej. Może naoglądałam się za dużo reklamy Grześków, bądź co bądź dziecku nie odmówię. I tak oto mój tydzień roboczy, zaplanowany na porządki i gotowanie, skurczył się do dwóch dni.

W międzyczasie teściowa otrzymała skierowanie do sanatorium – akurat na czas urodzin wnuczki i Święta Wielkanocne. Kiedy zapytała o możliwość przesunięcia wyjazdu, dowiedziała się, że najbliższy dostępny turnus jest w 2021. Tym sposobem odpadł nam nie tylko ważny gość, ale też nieoceniona pomoc w opiece nad Księżniczką, kiedy my z P. krzątalibyśmy się przy podawaniu do stołu. Niedługo później wykruszyły się też kolejne cztery osoby i przez chwilę myśleliśmy, że imprezy w ogóle nie dojdą do skutku.

Na szczęście limit pecha wreszcie się wyczerpał… No, prawie, bo dzień przed pierwszym przyjęciem mała zrobiła sobie szramę na samym środku czoła. Jak? To jest niestety zagadka. Siedziała z tatą na kanapie, w pewnej chwili podniosła głowę i już miała ranę. Do teraz wygląda jak Balladyna, ewentualnie Harry Potter. Ze swoją gęstą, potarganą czupryną i tą krwawą krechą nad nosem o wiele bardziej przypomina weterana wojennego niż Księżniczkę. No cóż, przynajmniej teść jest dumny (wiecie, to ten dziadek od „czołgania przez pełzanie”).

Z braku zestawu moro założyliśmy jej biało-złotą sukienkę z falbankami i jeszcze przed pierwszą imprezą pojechaliśmy na sesję zdjęciową, podczas której nasza pociecha ochoczo rzucała plastikowymi (uff…)  pisankami i konsumowała papierowe pompony. Ona w ogóle najchętniej jadłaby wszystko, co papierowe. Ostatnio podczas przewijania znalazłam w jej pieluszce paragon… (Izzy, chciałaś kupę na blogu, to proszę bardzo 😉 !)

Po południu natomiast przyjmowaliśmy gości. Może zabrzmi to tandetnie i patetycznie, ale  mamy naprawdę wspaniałych Przyjaciół. Księżniczka otrzymała tyle uwagi i troski, że sama w pewnej chwili przestałam nadążać za tym, u kogo aktualnie jest na rękach albo kto ją właśnie zabawia. I tu od razu podkreślam, że wszyscy obecni to ukochane ciocie i wujkowie naszej małej, do których sama się garnie i których uwielbia. Nie oznacza to jednak wcale, że do każdej osoby z naszego otoczenia odnosi się z taką ufnością – ale o tym za chwilę. K. i M. zrobili nam niespodziankę, bowiem przyjechali z obiema córkami, dzięki czemu mogliśmy poznać ich najmłodszą, zaledwie dwumiesięczną latorośl. Patrzyłam na to maleństwo, śpiące słodko w foteliku albo machające nieporadnie rączkami i zastanawiałam się, jak to właściwie możliwe, że nasza pociecha rok temu wyglądała tak samo.

Pamiętam to i nie pamiętam zarazem… tuliłam przecież w ramionach tę kruszynkę, zwaną wówczas przez mojego męża Orzeszkiem, dbając o podtrzymywanie jej główki i odbicie po karmieniu. Oboje z mocniejszym biciem serca czekaliśmy na jej pierwsze świadome spojrzenie, zauważaliśmy pierwszy uśmiech albo samodzielne przewrócenie się na boczek. Tego się rzecz jasna nie da zapomnieć! Tylko że dzisiaj ten Orzeszek zdejmuje mi książki z regału i samodzielnie je przegląda (ostatnio gustuje w ilustrowanej biografii Karola Wojtyły, na którą przerzuciła się po „Podstawie programowej kształcenia ogólnego”), a na pytanie, kto zrobił bałagan w kuchni, odpowiada „MAMA!”… Jesteśmy dumni z każdego jej drobnego sukcesu, każdej zdobytej umiejętności, a jednocześnie żałujemy, że ten rok minął tak strasznie szybko…

Kolejnego dnia gościliśmy najbliższą rodzinę. Mimo moich początkowych obaw, związanych choćby z nieobecnością teściowej albo z podeszłym wiekiem naszych krewnych, było naprawdę bardzo sympatycznie. Księżniczka spędziła większość czasu na rękach i kolanach jednego z dziadków, który dzięki niej z góry zaliczył trening kardio na następny rok, a z imprezy wyszedł w przepoconej koszuli i obsmarkanej marynarce, za to szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Jako rekompensatę dostał michę kotletów, wiaderko sałatki i pudełko słodkości. Mam nadzieję, że wszystkiego nie wyrzuci, bo jakoś wyjątkowo odniosłam wrażenie, że roczkowe menu, chociaż bardzo proste i klasyczne, nie za bardzo przypadło do gustu ani jednym, ani drugim gościom. A może tylko tak mi się wydawało. Nikt nie krytykował głośno niczego poza… talerzami. Po raz pierwszy w takiej sytuacji skorzystałam bowiem z jednorazowych naczyń. Przyczynił się do tego fakt organizowania dzień po dniu przyjęć planowanych dla łącznie 24 osób oraz… brak zmywarki. Przeklinam moment, w którym uznałam, że nie będzie nam potrzebna, ale mówi się trudno. O ile M. zapytał żartem, czy przypadkiem nie zapomniałam o ekologii (co w ustach przyjaciela z lat harcerskich brzmiało całkiem logicznie i naturalnie), o tyle ciotka C. (tak, ta od makowca i łyżki do butów) była zdegustowana, że wyprawiam dziecku urodziny turystycznie. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że ten przysłówek może mieć zabarwienie pejoratywne, a jednak… P. natychmiast pospieszył z ripostą, że jeżeli ciotka zgłasza się na ochotnika do zmywania, to chętnie wymieni zastawę na tradycyjną. Nie doczekał się odpowiedzi, a sama zainteresowana turystycznie zjadła turystycznym plastikowym widelcem z turystycznego papierowego talerza.

sdr

Nie umiem określić, na czym konkretnie polega ten fenomen ciotki C. Wystarczyło, że teść przekazał na chwilę Księżniczkę w jej ręce, a mała zaczęła wrzeszczeć jak obdzierana ze skóry. Przypominam, że to to samo dziecko, które dzień wcześniej ochoczo pozowało do zdjęć w ramionach K., drapało po szyi moją Siostrę  i z płaczem domagało się przytulenia przez chrzestną. Ba, to jest nawet to samo dziecko, które drugiego dnia imprezy witało wszystkich z uśmiechem i zaczepiało na różne sposoby. Sekunda u ciotki C. zaowocowała natomiast pięcioma minutami uspokajania przez tatę. Wiedziałam, że zwierzęta instynktownie wyczuwają dobrych (i niedobrych) ludzi, ale nie przypuszczałam, że małe dziewczynki też mają tę cenną umiejętność. No nic. Na zakończenie tego wątku dodam tylko, że dziadek męża przyniósł ze sobą łyżkę do butów i celowo ją u nas zostawił (w domyśle: żeby się C. nie czepiała).

W każdym razie jesteśmy już po roczkowych szaleństwach. Zostały po nich jeszcze tylko balony, rozstawiony stół i cała góra uroczych upominków, spośród których Księżniczka tradycyjnie najbardziej upodobała sobie puste koperty i torebki po prezentach. Wybaczcie ten przydługi wpis, chciałam po prostu szczegółowo wytłumaczyć, gdzie byłam, kiedy mnie nie było na Stożkach. Zapewne wieszałam dekoracje albo piekłam tort… ewentualnie zmywałam, bo garnków jednorazowych nigdzie nie znalazłam. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym weekendowego szaleństwa jest to, że mieszkanie mam już właściwie posprzątane na Wielkanoc. A jak Wam idą przygotowania?

Reklamy
Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Wyznania Ma(kbe)tki Polki

Dopijam właśnie poranną kawę i zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dosypać do niej łyżeczkę trzcinowego cukru. Herbaty nie słodzę od podstawówki, kawy od kilku lat i słodka już mi zwyczajnie nie smakuje. Podejrzliwie zatem patrzę np. na Cyngla, który najchętniej wrzuciłby torebkę Liptona do cukierniczki i zalał wodą. W każdym razie, z bliżej niezrozumiałych dla mnie samej przyczyn, posłodziłam to nieszczęsne latte, a teraz próbuję wypić, co nawarzyłam. Zemdliło mnie już w połowie.

No i na co mi to było? A jeszcze wczoraj zadeklarowałam w rozmowie z Żuczkiem, że biorę się za siebie, żeby przestać wyglądać jak matka Polka w wytartym dresie. (Jak na ironię, piszę te słowa jeszcze w piżamie…  i z kubkiem tej obrzydliwie słodkiej kawy w ręku). Tak sobie myślę, że może czas w końcu zacząć patrzeć w lustro. Teraz, żeby nie popaść w jeszcze większe kompleksy, robię to niemal wyłącznie wtedy, kiedy muszę.  Czasem jednak zdarzają się jakieś nieprzewidziane okoliczności, prowokujące do zweryfikowania swojej powierzchowności.

O, na przykład dwa dni temu… kumpel żalił mi się, że jego partnerka bywa chorobliwie zaborcza i nieufna. I na koniec wypalił: „Ona jest zazdrosna o wszystkie moje koleżanki… oprócz ciebie!”. Chyba w gruncie rzeczy powinnam się cieszyć, ale hmm… jakoś nie poczułam się dzięki tej informacji bardziej kobieco. Rany, aż tak ze mną źle, że nie nadaję się nawet na wyimaginowaną rywalkę? Chociaż najgorszego komplementu, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i tak nie przebił. Zdarzyło Wam się kiedyś, że ktoś próbował powiedzieć Wam coś miłego, a wyszło odwrotnie?

guinea-pig-498006_960_720

Część z Was już zna tę anegdotkę, bo czasem się nią dzielę dla rozładowania atmosfery. Otóż w czasach studiów miałam adoratora, chłopaka o niesamowicie romantycznym (choć jednocześnie dziwnym) usposobieniu. Któregoś razu, chyba w desperacji, nie wiedząc, jak ma mnie do siebie przekonać, wyznał: „Ty naprawdę dla mnie jesteś piękna! Zawsze podobały mi się takie dziewczyny o urodzie świnek morskich”. No niech go wszyscy diabli. Okej, urody mi Pan Bóg poskąpił, już to ustaliliśmy. Zapewne można mnie porównać do różnych straszydeł i kaszalotów. Ale żeby świnka morska??? Rozumiem, że mogłabym zrzucić parę kilo – jednak „parę” oznacza tu około 7, a nie 70! No i kurde, mogę swojej figurze sporo zarzucić, ale przynajmniej mam wyraźnie zaznaczone biodra. Widział ktoś biodra u świnki morskiej? J., czy Twoja pupilka miała widoczną talię? W swojej twarzy chyba prędzej (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) dostrzegę cechy znudzonego basseta, ewentualnie jakiejś średnio rozgarniętej małpy, niż kawii domowej.

basset-hound-345646_960_720

Dobra, wróćmy do tematu… Nie dość, że kawa za słodka, to jeszcze nie chce się odczepić ode mnie ta durna przyśpiewka. W zeszłym tygodniu chrzestny Księżniczki śpiewał jej dziecięcą piosenkę: „Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się, koła autobusu kręcą się cały czas” – etc. Mała oczywiście była zachwycona. Tylko że potem poszła spać, a P. i Cyngiel koncertowali dalej, wymyślając kolejne zwrotki. Na przykład:
„Biznes wujka J**** kręci się, kręci się, kręci się…” (Wujek J**** to ojciec Cyngla i właściciel niewielkiej firmy)
„Żule pod Biedronką kręcą się, kręcą się, kręcą się…”

I inne, niekoniecznie nadające się do zacytowania, zwłaszcza przed 22. Do teraz łapię się na tym, że nucę pod nosem niektóre z nich. Chociaż, co by nie mówić, chrzestni się Księżniczce udali. J. postawiła sobie za cel rozpieszczenie nam córki, a Cyngiel z kolei z chęcią budzi w sobie duże dziecko; czasem sam żartuje, że są z małą na podobnym poziomie rozwoju. Ostatnio usłyszałam na przykład taki monolog (to znaczy w założeniu dialog, tylko jedna jego uczestniczka jeszcze nie mówi):
– Księżniczko, jak robi kotek?

-…

– Miauuu… A jak robi piesek?

-….

– Hau, hau. A krówka?

– …

– Muuu, jak muuuuzyka!

(chwila ciszy)

– O, a jak robi biedronka?

– …

– „Codziennie niskie ceny!”

Miał szczęście, że nie niosłam wtedy żadnego kubka ani talerza, bo byłoby co sprzątać!

ladybug-3025203_960_720

I tak to się nam pomału żyje… Mała właśnie zasnęła, więc czas, żebym zakończyła pisanie i wzięła się do roboty, bo prace klasowe same się nie sprawdzą. A szkoda.

Udanego tygodnia, moi Mili!

PS. Czy komuś z Was zdarzyło się, że Stożki przekierowały go na jakąś zawirusowaną stronę w stylu „Wygrałeś Ajfona”? M. napisał mi niedawno, że tak się czasami dzieje… U Was też?

Taka tam rodzina adopcyjna

Rozgrzeszam rodziców Kevina, czyli Kopciuszek dla średnio zaawansowanych

Chrzciny Księżniczki uważamy za udane… nawet bardzo, zważywszy, że od początku ciążyło nad nimi jakieś fatum.

Zaczęło się od sukienki. Blisko cztery miesiące temu moja babcia wręczyła mi torbę z prezentem dla swojej prawnusi. Wyznam Wam, że z początku ucieszyłam się na pokaz. Nestorka rodu słynie niestety z nietrafionych upominków i nie mam tu na myśli kwestii gustu… Otóż potrafi obdarować kogoś na przykład niedomytym, wyszczerbionym talerzem, znalezionym gdzieś w czeluściach kredensu… albo torebką, co prawda jeszcze z metkami, ale za to nabytą na bazarze w czasach babcinej młodości, a więc dawno wyblakłą i zeżartą przez mole. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy odkryłam wewnątrz paczuszki śliczną, skromną, białą sukienusię, takież buciki, rajstopki i przepaskę, w dodatku wszystko zakupione w jednym z „lepsiejszych” sklepów dla dzieci. Babcia żyje tylko z emerytury, zatem taki podarunek musiał ją naprawdę wiele kosztować. Postanowiłam więc, że zrobię wszystko, aby Księżniczka została w tych rzeczach ochrzczona. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w rozmiarze. Nasze dziecko przybiera na masie jak mięśnie Hardkorowego Koksa, więc napis na ubranku „3-6 miesięcy” należy raczej traktować jak pobożne życzenie niż rzeczywistą wskazówkę. W ciągu czasu dzielącego otrzymanie prezentu od chrztu mierzyłam córci tę kieckę kilkakrotnie, za każdym razem z równym zdumieniem odkrywając, że jednak nie rośnie razem z dzieckiem. Dzień przed uroczystością nastąpiła próba generalna, podczas której okazało się, że owszem, sukienka jeszcze jako tako pasuje, za to buciki już jakby nieco mniej. I tu tragedii nie było, bowiem dysponowaliśmy zapasowymi, ale prezentującymi się niestety gorzej niż te od babci. Koniec końców ustaliliśmy, że na sesję zdjęciową założymy te mniejsze, a już na sam chrzest i przyjęcie parę luźniejszych.

No właśnie, sesja fotograficzna. Moja dobra znajoma zajmuje się zawodowo fotografowaniem dzieci. Umówiliśmy się z nią na zdjęcia tuż po sakramencie. Przyjęcie mieliśmy w bardzo malowniczym budynku, położonym na terenie parku. I tam też planowaliśmy plener, tym bardziej, że goście mogliby nam towarzyszyć. Problem w tym, że podczas nawałnic ów park poważnie ucierpiał, dlatego został zamknięty. Akurat na nasze chrzciny, kocia jego mać. Ustaliliśmy więc z naszą panią fotograf, że spotkamy się z samego rana w innym, równie nęcącym zielenią miejscu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby o świcie nie obudziła nas burza z gradem. Czekaliśmy do ostatniej chwili, w końcu przenieśliśmy sesję na wczesny wieczór. Pół godziny potem przestało padać… zaczęło ponownie późnym popołudniem, tuż przed tym, jak mieliśmy wyjeżdżać na zdjęcia. Sesja się więc nie odbyła, a raczej została przeniesiona na bliżej nieokreślony termin. Tyle tylko, że za tydzień lub dwa Księżniczka już naprawdę przestanie się mieścić w tę kieckę…

Chyba nigdy wcześniej nie pisałam, że jestem chorobliwie punktualna. Jeżeli się dokądś spóźniam, to znaczy, że naprawdę nastąpił atak kosmitów albo inne nieszczęście, które nie pozwoliło mi dotrzeć na czas. Dla innych to pewnie zaleta, dla mnie niekoniecznie. Spóźniona nie potrafię się zorganizować, zżera mnie stres. Sprawdza się tutaj powiedzenie, że pośpiech jest złym doradcą. Rano w dniu chrztu przygotowałam sobie wszystkie rzeczy, które mieliśmy zabrać do kościoła (biały kocyk do wózka, przebranie dla małej, aparat fotograficzny i mnóstwo innych pierdół). Księżniczkę udało się nakarmić (a nawet przewinąć z „dwójki”) o idealnej porze, więc teoretycznie powinniśmy ze wszystkim zdążyć. TE-O-RE-TYCZ-NIE, podkreślam. Bo w praktyce nie przewidziałam, że kiedy w naszym mieszkaniu będzie siedem osób, z których każda zacznie się przebierać, korzystać z toalety i pakować, to łatwo w tym chaosie coś przeoczyć. Przestałam się dziwić McCallisterom, że zapomnieli zabrać ze sobą Kevina na święta. Serio. Rozgrzeszam ich w pełni. Cud, iż sami nie zapomnieli pojechać. My na szczęście o dziecku pamiętaliśmy, ale o kocyku i tetrze już nie. Zresztą, pal sześć tę tetrę. Wyjechaliśmy z domu za późno. Pod kościół podjechaliśmy co prawda na czas, ale już przy samochodzie dopadła nas rodzinka – przyjezdna i miejscowa, z obu stron. I nie dało się wytłumaczyć, że chrzest za 10 minut, a my od pięciu powinniśmy być w zakrystii i podpisywać księgę sakramentu. W końcu załapali, że te kwiatki to jednak można dać później. Uff. No to biegiem. Dziecko z bagażnika, wózek z fotelika  czy tam odwrotnie – i w te pędy na tyły świątyni. No dobra, zdążyliśmy. Siedzimy w pierwszej ławce, zaczyna się msza. Słyszę szept chrzestnego: „Ej, a macie przypadkiem ten okapnik do świecy? Żebym sobie palców nie poparzył?” No pewnie, kurde, że mamy. „W samochodzie, na półce z tyłu, w tej szarej torbie, tam jest taki woreczek, a w nim pudełeczko…” Po minie Cyngla widziałam, że jednak nie ma sensu dawać mu kluczyków. Poradził sobie bez okapnika, dzielnie walcząc ze świecą, która przy okazji dwa razy zgasła.

Jeśli myślicie, że nie wzięłam z auta tylko tej jednej rzeczy, to jesteście optymistami. Kiedy P. wyciągał Księżniczkę z wózka już do samego chrztu, zorientowałam się, że mała nie ma… bucika! Lewego konkretnie. Było już za późno, żeby dla niepoznaki ściągnąć jej prawy. Nasz Kopciuszek został ochrzczony w jednym bucie. Drugi, a jakże, odnalazł się później na tylnym siedzeniu samochodu.

Na szczęście potem poszło już z górki. Sakramentu udzielał bardzo sympatyczny ksiądz z dużym poczuciem humoru, a sama msza była na tyle krótka, że maluchy nie zdążyły się za bardzo zniecierpliwić. Przyjęcie się udało, goście dopisali, jedzenie było pyszne. Jest nam niesamowicie miło, że prawie wszyscy odpowiedzieli na nasze zaproszenie. Niektórzy pokonali naprawdę długą drogę, aby uczestniczyć w chrzcie Księżniczki i zjeść z nami obiad. To ogromnie cieszy! Jedyne, czego żałujemy, to tego, że nie porozstawialiśmy winietek z imionami gości. Na naszym weselu ten sposób się świetnie sprawdził, ale teraz uznaliśmy, że przy tak małej uroczystości nie ma sensu tego robić. I to był jednak błąd, bo niektórzy usiedli tak, iż nie za bardzo mieli z kim rozmawiać. No i szkoda, że ten park był zamknięty – dzieciaki nawet nie mogły wyjść na plac zabaw, dlatego z nudów biegały po lokalu, gdzie nie było dla nich zbyt wielu atrakcji.

I to właśnie dzięki ludziom: chrzestnym, gościom, księdzu oraz obsłudze w lokalu, dzień chrztu córeczki uważamy za udany. Już planujemy powtórkę przy okazji roczku 😉

Droga po szczęście, Takie tam różne

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  😎 . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę 😉 ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy 🙂 .