Droga po szczęście

Rozdzielanie rodzeństw przy adopcji

Marka, a później jego żonę Ewę, poznałam kilka lat temu w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z przysposobieniem. Kontaktujemy się przeważnie służbowo, ale ponieważ oboje prowadzą rodzinę zastępczą, często dyskutujemy na wspólne nam tematy. Obecnie przebywa u nich w pieczy czworo dzieci, z których troje to przyrodnie rodzeństwo. Niedawno Marek opowiedział mi o ich niewesołej sytuacji.

Paweł ma 8 lat, Marta 6, a Weronika niecałe 5. Wszyscy są dotknięci jakimś spektrum FAS. Młodsza z sióstr cierpi pełnoobjawową formę tego syndromu, chłopiec teoretycznie mieści się w normie intelektualnej, ale nie potrafi zrozumieć ani tym bardziej zachowywać podstawowych norm społecznych (Marek przytoczył m.in. sytuację, w której Pawełek bez skrępowania sięgnął po portfel badającej go pani psycholog i wyciągnął z niego pieniądze, które następnie próbował schować sobie do kieszeni). Najmniej poszkodowana jest Marta, która co prawda wolno myśli i pracuje, przez co najpewniej będzie miała trudności w nauce, ale poza tym rozwija się prawidłowo i ma największe z całej trójki szanse na całkowicie samodzielne życie w przyszłości. Dzieci mają jedną matkę, ale różnych ojców… kobieta tak często zmienia partnerów, że równie dobrze sama może nie wiedzieć, z kim ma którą z pociech. Maluchy zostały jej odebrane po którejś z kolei libacji alkoholowej, ale rodzina ma też na koncie przemoc oraz różnego typu zaniedbania. Ewa i Marek robią wszystko, żeby, mówiąc potocznie, „wyprowadzić te dzieciaki na prostą”. Niedawno byli w tym celu u znanej w Polsce specjalistki od FAS (Ci z Was, którzy orientują się w temacie, bez problemu odgadną jej nazwisko). Ku zdziwieniu obojga, pani doktor jasno zasugerowała, że Marta powinna trafić do adopcji. Rodzice zastępczy nie zgodzili się z tym werdyktem, powołując się przede wszystkim na istniejącą więź między rodzeństwem. Specjalistka natomiast argumentowała, że dla Marty przysposobienie może być szansą na bezpieczne, normalne dorastanie; rodzeństwo od dawna jest już w ogólnopolskiej bazie dzieci wolnych prawnie i z dnia na dzień maleją szanse na to, że w kraju znajdzie się dla nich rodzina adopcyjna… z kolei sytuacja adopcji zagranicznych, jaka jest za obecnej władzy, każdy widzi.

Ani Marek, ani Ewa nie zmienili zdania, ale na pewno wizyta u pani doktor zasiała w nich ziarno niepewności.

Lady, a co, jeżeli ta lekarka ma rację? – zapytał mnie retorycznie (właśnie odkryłam, że tak się da) na zakończenie ostatniej rozmowy.

Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji to bardzo, bardzo złożony problem. Dowodzi tego chociażby liczba ludzi, którzy za pośrednictwem mediów społecznościowych poszukują utraconych w ten sposób braci i sióstr. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza osobom, które na co dzień nie mają do czynienia z żadną formą rodzicielstwa zastępczego, separacja dzieci od siebie wydaje się bezmyślnym okrucieństwem. Takie nastroje podsycają jeszcze programy telewizyjne, pokazujące najczęściej skrajne i łzawe historie…

rodz

…dlatego bardzo często, kiedy słyszymy gdzieś hasło „rozdzielono rodzeństwo”, z oczywistych względów mamy przed oczami stereotypowy obrazek: dwoje lub troje uroczych dzieci w zbliżonym wieku, wychowujących się razem od narodzin, nagle traci jedno lub oboje rodziców, po czym jest zabieranych przez bezdusznych urzędników do domu dziecka, skąd każde trafia do innej rodziny zastępczej lub adopcyjnej. I ani sąd, ani żadna inna instytucja nie liczy się z tym, że te dzieci już raz straciły wszystko i właściwie mają miały teraz tylko siebie… Trudno się nie zgodzić, że takie postępowanie jest rodzajem barbarzyństwa.

Problem w tym, iż rzeczywistość jest przeważnie o wiele bardziej skomplikowana.

Sytuacja pierwsza. Bezdzietne małżeństwo przysposabia trzymiesięcznego chłopca – jedynaka, spłodzonego gdzieś na imprezie przez pijaną nastolatkę. Dwa lata później okazuje się, że matka biologiczna urodziła kolejnego synka, który również trafia do adopcji. Ośrodki adopcyjne w pierwszej kolejności proponują adopcję „nowego” dziecka rodzinie, w której przebywa jego rodzeństwo. Małżonkowie liczyli się z taką ewentualnością, więc zgadzają się i od tej pory żyją we czwórkę. Po kolejnych kilkunastu miesiącach biologiczna matka chłopców rodzi bliźniaki. Nasi bohaterowie zostają postawieni w bardzo trudnej sytuacji – zarabiają przyzwoicie, ale nie luksusowo, mają trzypokojowe mieszkanie, które jakoś nie chce być z gumy… sumienie nie pozwala im jednak rozdzielać rodzeństwa, przysposabiają więc również i tę dwójkę. Pytanie brzmi, co zrobić w momencie, kiedy u matki biologicznej pojawią się kolejne dzieci? Jeżeli łącznie będzie ich ośmioro albo więcej? Czy można wymagać od rodziców adopcyjnych, aby zapewnili (dobro)byt dziesięciorgu osobom, jeżeli nie wymagało się tego od biologicznych?

Sytuacja druga. Parze alkoholików urodziła się córka. Rodzice, zajęci codziennymi libacjami, podrzucali małą różnym babkom i ciotkom. U jednej z nich została na dwa lata, po których trafiła do rodziny zastępczej, a następnie do adopcji. W międzyczasie matka biologiczna rozstała się z dotychczasowym konkubentem, znalazła nowego partnera i urodziła mu kolejną córkę, która po roku została zabrana rodzicom w wyniku interwencji policji. Czy obie siostry muszą trafić do jednej rodziny adopcyjnej, skoro się nie znają i nie ma pomiędzy nimi żadnej więzi?

Sytuacja trzecia. Po kilkuletniej bitwie o odebranie praw rodzicom biologicznym, stosującym przemoc fizyczną (w tym seksualną) i psychiczną, dwaj chłopcy w wieku 8 i 9 lat zostają przeznaczeni do adopcji. Problem w tym, że bracia nienawidzą się nawzajem do tego stopnia, iż nie są w stanie przebywać razem w jednym pomieszczeniu. W dodatku obaj cierpią na RAD i wymagają stałej opieki psychologa, psychiatry i seksuologa. Czy można w imię wyższego dobra zmuszać zarówno ich, jak i potencjalnych rodziców adopcyjnych, do wspólnego zamieszkania?

Sytuacja czwarta, ostatnia. W pieczy zastępczej przebywa troje rodzeństwa: zdrowa dziewczynka oraz jej dwóch braci, upośledzonych fizycznie i intelektualnie w stopniu znacznym. Szanse na znalezienie rodziców dla całej trójki są mniej niż nikłe. Czy należałoby szukać rodziny dla dziewczynki, dając jej szansę na kochający dom i normalne życie, czy niejako „skazać” ją na dożywotnie tułanie się po „bidulach” i opiekę nad braćmi, której nawet jej dorośli rodzice nie potrafili sprostać?

Z takimi przypadkami, jak powyższe, na co dzień pracują PCPR-y, ośrodki adopcyjne i sądy rodzinne. O ile zgadzam się z Ewą i Markiem, że nie należy niszczyć więzi pomiędzy przebywającym u nich rodzeństwem, o tyle w sprawie przedstawionych niżej przykładów nie byłabym już tak zdecydowana. Rozdzielanie rodzeństwa przy adopcji na pewno jest złem… ale myślę, iż czasami koniecznym.

Reklamy
Bestiariusz - kto jest kim na Stożkach, Ci, bez których nie jestem sobą

Rodzeństwo bez więzów krwi. Panie i Panowie, przedstawiam moją Siostrę!

Rozbierałam Księżniczkę z zimowego okrycia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ po pierwsze nie chciałam przerywać jej błogiego snu, po drugie kombinezonik, w którym jeszcze niedawno się topiła, pasował już na nią na styk i od dwóch dni obiecywałam sobie, że zakładam jej go naprawdę ostatni raz. Gdzieś w połowie tej szamotaniny usłyszałam głośne parsknięcie śmiechem.

Daj ją – zakomenderowała Siostra – pokażę ci, jak to robi doświadczona matka.

Wzięła małą na ręce i trzema wprawnymi ruchami ściągnęła z niej kombinezon. Księżniczka mruknęła tylko, wyrażając niezadowolenie z powodu nagłej zmiany pozycji ciała i natychmiast znowu zapadła w sen.

Moja Siostra jest typem zadaniowym. Kiedy trzeba coś zrobić, po prostu to robi, bez zbędnego filozofowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Od dawna ją za to podziwiam. Znamy się od wieków i choć różni nas prawie wszystko (od wykształcenia – u niej technicznego, u mnie humanistycznego – poprzez wygląd, styl ubierania i bycia aż po stosunki rodzinne), to połączone niegdyś przez wspólne nocne warty i miętową czekoladę zżyłyśmy się chyba na zawsze.

Kiedyś pisałam, że siostrami ochrzcił nas wędrowny sprzedawca noży i tak już zostało. A że był to czas, kiedy K. przebywała u mnie niemal codziennie, to określenie bardzo pasowało do naszej relacji.

Pamiętam taką scenkę z czasów szkoły średniej, kiedy Siostra przyszła do mnie i dosyć długo dzwoniła domofonem. Otworzył jej mój tata, zwykle nieco zachowawczy wobec moich znajomych. Powitał ją słowami:

Dlaczego dzwoniłaś? Zapomniałaś kluczy?

K. została więc potraktowana jak swoja i trudno o lepszy dowód, że już wtedy należała do rodziny. Do dziś zresztą podczas odwiedzin u mnie sama robi sobie herbatę i denerwuje się, że brakuje cukru (oboje z P. nie słodzimy napojów i czasem zapominamy uzupełnić zapasy w cukierniczce) albo wyciąga garnek, w którym następnie gotuje synkowi parówki i żadna z nas nie widzi w tym nic dziwnego.

Kiedyś, gdy do niej wpadłam, W. skrzywił się, że w domu bałagan, a ona zaprasza gości. Siostra popatrzyła na niego z politowaniem i poinformowała, iż przeżyłyśmy razem już tyle, że kilka śmieci na podłodze nie jest w stanie mnie wystraszyć. I vice versa zresztą.

W naszej przyjaźni przeszłość świetnie komponuje się z teraźniejszością. Wciąż mówimy do siebie tekstami z dawnych harcerskich wypadów (osławione „zimna woda w niebieskim wiaderku, a czerwona w ciepłym”  albo „miałem szczęśliwe dzieciństwo, a potem poznałem Olkę”[C., pamiętasz to?] 😉 ) i wspominamy co ciekawsze przygody, z których kilka już tu opisywałam. Siostra była świadkową na naszym ślubie, jest jedną z pierwszych czytelniczek tego bloga i obecnie moim guru w świecie macierzyństwa. Bo ma tę cudowną właściwość, że konkretnie doradza, a się nie wtrąca. Moje wątpliwości co do opieki nad Księżniczką kwituje zwykle krótkim „głupia jesteś”, które natychmiast sprowadza mnie na ziemię i uspokaja.

K. jest osobą, której prawie od samych narodzin życie nie rozpieszcza. Trochę jak w bajce o Kopciuszku, tylko póki co bez happy endu. Dlatego życzę jej, żeby Wróżka Chrzestna w końcu sobie o niej przypomniała i uruchomiła nieco magii, na którą i ona, i jej cudowne chłopaki w pełni zasługują.

Dzięki, Siostra. Ty wiesz, za co.