Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

O Księżniczce, co roczek skończyła

Zaczęłam w ostatnich dniach dwa wpisy i to na zupełnie odmienne tematy. Żadnego nie dokończyłam. Dosłownie jakby się wszyscy uwzięli. Znane powiedzenie mówi, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, wystarczy opowiedzieć Mu o swoich planach. Nie lubię tego porzekadła, ale tym razem wyjątkowo pasuje.

Zapro

Imprezy roczkowe Księżniczki zaplanowaliśmy z naprawdę sporym wyprzedzeniem i wydawało nam się, że wzięliśmy  pod uwagę wszystkie możliwe zmienne. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie stanęło na tym, że urządzimy dwa kameralne przyjęcia u nas w domu: pierwszego dnia dla przyjaciół, drugiego dla rodziny. Dużo wcześniej załatwiłam sobie wolny weekend, mąż zrezygnował z wyjazdu firmowego, co więc mogło pójść nie tak? Ano mogło. I poszło.

Najpierw okazało się, że jedyny wolny termin u okulisty dziecięcego jest akurat dwa dni przed uroczystością – no cóż, zdarza się, dwie godziny mnie nie zbawią, jakoś się ze wszystkim wyrobię. Tylko potem doszła jeszcze tego samego dnia rada pedagogiczna, a dzień wcześniej spędziłyśmy z Księżniczką popołudnie u pediatry na kontroli po chorobie. Oprócz tego zadzwoniła córka znajomej z prośbą o pilne korepetycje, bo ma ważny sprawdzian, a grozi jej jedynka na koniec klasy maturalnej. Może naoglądałam się za dużo reklamy Grześków, bądź co bądź dziecku nie odmówię. I tak oto mój tydzień roboczy, zaplanowany na porządki i gotowanie, skurczył się do dwóch dni.

W międzyczasie teściowa otrzymała skierowanie do sanatorium – akurat na czas urodzin wnuczki i Święta Wielkanocne. Kiedy zapytała o możliwość przesunięcia wyjazdu, dowiedziała się, że najbliższy dostępny turnus jest w 2021. Tym sposobem odpadł nam nie tylko ważny gość, ale też nieoceniona pomoc w opiece nad Księżniczką, kiedy my z P. krzątalibyśmy się przy podawaniu do stołu. Niedługo później wykruszyły się też kolejne cztery osoby i przez chwilę myśleliśmy, że imprezy w ogóle nie dojdą do skutku.

Na szczęście limit pecha wreszcie się wyczerpał… No, prawie, bo dzień przed pierwszym przyjęciem mała zrobiła sobie szramę na samym środku czoła. Jak? To jest niestety zagadka. Siedziała z tatą na kanapie, w pewnej chwili podniosła głowę i już miała ranę. Do teraz wygląda jak Balladyna, ewentualnie Harry Potter. Ze swoją gęstą, potarganą czupryną i tą krwawą krechą nad nosem o wiele bardziej przypomina weterana wojennego niż Księżniczkę. No cóż, przynajmniej teść jest dumny (wiecie, to ten dziadek od „czołgania przez pełzanie”).

Z braku zestawu moro założyliśmy jej biało-złotą sukienkę z falbankami i jeszcze przed pierwszą imprezą pojechaliśmy na sesję zdjęciową, podczas której nasza pociecha ochoczo rzucała plastikowymi (uff…)  pisankami i konsumowała papierowe pompony. Ona w ogóle najchętniej jadłaby wszystko, co papierowe. Ostatnio podczas przewijania znalazłam w jej pieluszce paragon… (Izzy, chciałaś kupę na blogu, to proszę bardzo 😉 !)

Po południu natomiast przyjmowaliśmy gości. Może zabrzmi to tandetnie i patetycznie, ale  mamy naprawdę wspaniałych Przyjaciół. Księżniczka otrzymała tyle uwagi i troski, że sama w pewnej chwili przestałam nadążać za tym, u kogo aktualnie jest na rękach albo kto ją właśnie zabawia. I tu od razu podkreślam, że wszyscy obecni to ukochane ciocie i wujkowie naszej małej, do których sama się garnie i których uwielbia. Nie oznacza to jednak wcale, że do każdej osoby z naszego otoczenia odnosi się z taką ufnością – ale o tym za chwilę. K. i M. zrobili nam niespodziankę, bowiem przyjechali z obiema córkami, dzięki czemu mogliśmy poznać ich najmłodszą, zaledwie dwumiesięczną latorośl. Patrzyłam na to maleństwo, śpiące słodko w foteliku albo machające nieporadnie rączkami i zastanawiałam się, jak to właściwie możliwe, że nasza pociecha rok temu wyglądała tak samo.

Pamiętam to i nie pamiętam zarazem… tuliłam przecież w ramionach tę kruszynkę, zwaną wówczas przez mojego męża Orzeszkiem, dbając o podtrzymywanie jej główki i odbicie po karmieniu. Oboje z mocniejszym biciem serca czekaliśmy na jej pierwsze świadome spojrzenie, zauważaliśmy pierwszy uśmiech albo samodzielne przewrócenie się na boczek. Tego się rzecz jasna nie da zapomnieć! Tylko że dzisiaj ten Orzeszek zdejmuje mi książki z regału i samodzielnie je przegląda (ostatnio gustuje w ilustrowanej biografii Karola Wojtyły, na którą przerzuciła się po „Podstawie programowej kształcenia ogólnego”), a na pytanie, kto zrobił bałagan w kuchni, odpowiada „MAMA!”… Jesteśmy dumni z każdego jej drobnego sukcesu, każdej zdobytej umiejętności, a jednocześnie żałujemy, że ten rok minął tak strasznie szybko…

Kolejnego dnia gościliśmy najbliższą rodzinę. Mimo moich początkowych obaw, związanych choćby z nieobecnością teściowej albo z podeszłym wiekiem naszych krewnych, było naprawdę bardzo sympatycznie. Księżniczka spędziła większość czasu na rękach i kolanach jednego z dziadków, który dzięki niej z góry zaliczył trening kardio na następny rok, a z imprezy wyszedł w przepoconej koszuli i obsmarkanej marynarce, za to szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Jako rekompensatę dostał michę kotletów, wiaderko sałatki i pudełko słodkości. Mam nadzieję, że wszystkiego nie wyrzuci, bo jakoś wyjątkowo odniosłam wrażenie, że roczkowe menu, chociaż bardzo proste i klasyczne, nie za bardzo przypadło do gustu ani jednym, ani drugim gościom. A może tylko tak mi się wydawało. Nikt nie krytykował głośno niczego poza… talerzami. Po raz pierwszy w takiej sytuacji skorzystałam bowiem z jednorazowych naczyń. Przyczynił się do tego fakt organizowania dzień po dniu przyjęć planowanych dla łącznie 24 osób oraz… brak zmywarki. Przeklinam moment, w którym uznałam, że nie będzie nam potrzebna, ale mówi się trudno. O ile M. zapytał żartem, czy przypadkiem nie zapomniałam o ekologii (co w ustach przyjaciela z lat harcerskich brzmiało całkiem logicznie i naturalnie), o tyle ciotka C. (tak, ta od makowca i łyżki do butów) była zdegustowana, że wyprawiam dziecku urodziny turystycznie. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że ten przysłówek może mieć zabarwienie pejoratywne, a jednak… P. natychmiast pospieszył z ripostą, że jeżeli ciotka zgłasza się na ochotnika do zmywania, to chętnie wymieni zastawę na tradycyjną. Nie doczekał się odpowiedzi, a sama zainteresowana turystycznie zjadła turystycznym plastikowym widelcem z turystycznego papierowego talerza.

sdr

Nie umiem określić, na czym konkretnie polega ten fenomen ciotki C. Wystarczyło, że teść przekazał na chwilę Księżniczkę w jej ręce, a mała zaczęła wrzeszczeć jak obdzierana ze skóry. Przypominam, że to to samo dziecko, które dzień wcześniej ochoczo pozowało do zdjęć w ramionach K., drapało po szyi moją Siostrę  i z płaczem domagało się przytulenia przez chrzestną. Ba, to jest nawet to samo dziecko, które drugiego dnia imprezy witało wszystkich z uśmiechem i zaczepiało na różne sposoby. Sekunda u ciotki C. zaowocowała natomiast pięcioma minutami uspokajania przez tatę. Wiedziałam, że zwierzęta instynktownie wyczuwają dobrych (i niedobrych) ludzi, ale nie przypuszczałam, że małe dziewczynki też mają tę cenną umiejętność. No nic. Na zakończenie tego wątku dodam tylko, że dziadek męża przyniósł ze sobą łyżkę do butów i celowo ją u nas zostawił (w domyśle: żeby się C. nie czepiała).

W każdym razie jesteśmy już po roczkowych szaleństwach. Zostały po nich jeszcze tylko balony, rozstawiony stół i cała góra uroczych upominków, spośród których Księżniczka tradycyjnie najbardziej upodobała sobie puste koperty i torebki po prezentach. Wybaczcie ten przydługi wpis, chciałam po prostu szczegółowo wytłumaczyć, gdzie byłam, kiedy mnie nie było na Stożkach. Zapewne wieszałam dekoracje albo piekłam tort… ewentualnie zmywałam, bo garnków jednorazowych nigdzie nie znalazłam. 😉

Pozytywnym skutkiem ubocznym weekendowego szaleństwa jest to, że mieszkanie mam już właściwie posprzątane na Wielkanoc. A jak Wam idą przygotowania?

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą

O przydziałach na pomidory i o tym, jak miłość rujnuje dzieciństwo

Na potrzeby poniższego wpisu zdecydowałam się nadać pseudonimy dwóm „literkom”, które niektórzy Czytelnicy już znają z dawniejszych postów. Sądzę, że same „literki” nie pozwoliłyby odpowiednio wybrzmieć niektórym sentencjom, jakie pojawią się poniżej. Zatem: E. zostanie tymczasowo Jagodą (od jej harcerskiego imienia),
C. będzie figurować jako Mandaryna (nie mylić z pewną wokalistką… C., wybacz!!!)

Dopiero względnie niedawno odkryłam, że pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje” ma trzecią zwrotkę. Brzmi ona tak:

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
Że na zawsze łączą nas:
Wspólne troski i radości życia,
Serc harcerskich zjednoczone bicia
I ta przyjaźń najszczersza, prawdziwa
Którą Bóg połączył nas.

Słucham jej właśnie w nieco unowocześnionym wydaniu. Zamykam oczy i natychmiast z łatwością przenoszę się… w las. Jest chłodny letni wieczór, ognisko powoli dogasa. Mam na sobie szary mundur z granatowym sznurem drużynowej, a na karku jakieś 19 lat. Zapach drzew łączy się z wonią dymu z płonących gałęzi. Stoję w kręgu, wśród ludzi takich jak ja. Może po prawej mam moją Siostrę, a po lewej jedną ze swych późniejszych następczyń? A może G., który za kilka lat zagra na organach na moim ślubie albo M., który urwał się z pobliskiej kolonii zuchowej na krótkie odwiedziny? Nie to jest w tej chwili ważne. Istotniejsze, że właśnie ktoś intonuje „Pieśń pożegnalną”, po niej przekażemy sobie iskrę przyjaźni, a niedługo później tę leśną ciszę przetnie płynąca z oddali melodia „Idzie noc”, grana na trąbce przez druha P., komendanta jednego z podobozów. Jak zawsze charakterystycznie zafałszuje, dzięki czemu nikt nie będzie miał wątpliwości co do osoby trębacza. Za moment moje harcerki pójdą spać, a ja zejdę na odprawę kadry, żeby podsumować dzień i zaplanować następny. Lubię siebie w tamtej chwili. Wiem, kim jestem, co tam robię, czego chcę.

ognisko

Piosenka się skończyła, ale nie otwieram jeszcze oczu. Cofam się w czasie o kolejne cztery lata. Siedzimy we cztery – najbardziej zgrany zastęp świata, a przynajmniej tak nam się wtedy wydaje –  na wydeptanej trawie i zastanawiamy się, co za cymbał załatwił nam na obóz te kanciaste namioty z podłogą. „Oficerskie”, psia kość, ale tylko z nazwy. Jakiż to był szatański wynalazek! Przez tę gumowaną podłogę nie dało się zbudować porządnej pionierki, bo niczego nie można było wkopać. Postawiona naprędce półka zawaliła się po tygodniu, skazując nas na mniejszy lub większy (częściej większy) chaos w naszym zielonym m4. O pryczach z tych samych względów mogliśmy wszyscy zapomnieć, a zamiast kanadyjek czy innych łóżek polowych dostaliśmy takie grube, gąbczaste materace. Po kilku deszczowych dniach wszystko w tych namiotach gniło, bo wilgoć nie miała jak wsiąkać w podłoże. Wsiąkała więc w materace (pod którymi, oprócz pleśni, Jagoda znalazła któregoś razu jakieś zapomniane zapasy z domu – żadna z nas nie wiedziała, jak się tam znalazły). W czasie upału natomiast nie dało się w tym ustrojstwie oddychać, bo nie istniała możliwość wietrzenia. Namiot miał tylko jedno wyjście, a podłoga nie przepuszczała powietrza od ziemi.

616619101_2_1000x700_namiot-n6-dodaj-zdjecia_rev001
źródło: OLX

Szybko porzucamy jednak temat otaczającej nas infrastruktury (przynajmniej do czasu, gdy D. znajdzie pod damskim prysznicem żywą żmiję…) i uciekamy myślami do oddalonej o 200 km miejscowości, w której obozowały nasze zaprzyjaźnione męskie drużyny. „Zaprzyjaźnione” to właściwie eufemizm, bo oprócz Jagody każda z nas miała tam swoją „miłość życia”. Do dziś wspominam te historie z pewną nostalgią. W każdym razie cierpiałyśmy wtedy straszliwie, że musiałyśmy pojechać na obóz razem z młodszą częścią naszego środowiska, zamiast tam, dokąd rwały się serca. Owe uczuciowe perypetie miały oczywiście swój ciąg dalszy, choć żadna nie związała się na stałe z ówczesnym obiektem westchnień.

tomatoes-1993695_1280

Jakiś czas później, podczas dłużącej się podróży dokądś tam, siedziałyśmy z Siostrą jak zwykle na tyłach autokaru, tym razem jednak obok Sz., byłego chłopaka Mandaryny. I w pewnej chwili, właściwie niepytany, nasz towarzysz westchnął głęboko, po czym wyznał śmiertelnie poważnym tonem: „Miałem szczęśliwe dzieciństwo. A potem poznałem Mandarynę.” Ta fraza błyskawicznie stała się pewnego rodzaju mottem naszego zastępu, powtarzanym do teraz przy okazji różnych (i zdecydowanie za rzadkich) przyjacielskich spotkań. Mandaryna zazwyczaj od razu dodaje: „Jeny, jak ja go kochałam!” – a stąd już prosta droga do odtwarzania rozmaitych wspomnień, czasami wielokrotnie powtarzanych, a czasem wygrzebywanych z najgłębszych zakamarków pamięci. Miałyśmy też inne hasła, jak choćby „przydział się skończył”, którego geneza była dość… osobliwa. Otóż któregoś razu wpadłyśmy wszystkie do Siostry i spustoszyłyśmy jej kuchenne zapasy, przez co obawiała się, że dla jej braci zabraknie posiłku; zabrała nam więc chleb i dżem sprzed nosa, oznajmiając półżartem, że przydział się skończył. To powiedzonko również na dobre weszło nam w krew, używałyśmy go za każdym razem, kiedy czegoś nam brakowało. Tym sposobem „przydział się skończył” było odpowiedzią na deficyt gwoździ podczas obozowej pionierki, trudności finansowe drużyny, a nawet filozoficzne rozważania na temat uczuciowych niepowodzeń. O, albo jeszcze „mieć z kimś pomidora” oznaczało tyle, co całować się. Mandaryna grała na gitarze i potrafiła (zapewne nadal potrafi) pięknie śpiewać, posiadałyśmy zatem także repertuar ulubionych piosenek, będących nierzadko przeróbkami znanych harcerskich utworów. Na przykład:

Znów pewnie ci włożą
Kaftanik przez głowę,
I znowu karetka
Powiezie cię w dal,
Psychiatra obejrzy,
Postawi diagnozę,
Pasami do łóżka
Cię przycisną tak…

Z tym domem wariatów to w ogóle musiało być coś na rzeczy, bo wspomniany druh P., ten od fałszowania na trąbce, wymyślił cały dział tzw. „sprawności psychiatrycznych”, które (oczywiście nieoficjalnie) zdobywali jego harcerze. Pamiętam między innymi, jak pewien młody bydgoszczanin wbiegł do naszego obozu przebrany za krasnoludka (czapkę miał z worka na śpiwór, a płaszcz ze sztormiaka swojego drużynowego) z szyszką w zębach i saperką w rękach; tu niestety moja pamięć zawodzi, bo nie potrafię sobie przypomnieć, co miał za zadanie zrobić… zapewne albo zatańczyć na środku placu apelowego, albo zdobyć jakiś przedmiot należący do komendantki. W każdym razie obecność takich oszołomów współtworzyła niepowtarzalną atmosferę tych obozów.

Co się zaś tyczy historii naszych wzajemnych zastępowych relacji, którą opisywałam rok temu (KLIK), to jest ona dla mnie nadal nierozwiązaną zagadką. Nadawałyśmy na tak różnych falach, że teoretycznie nie miałyśmy prawa się zaprzyjaźnić:

Jagoda – najstarsza i najbardziej rozsądna, wiecznie trafiała ze mną do jakiejś kostnicy (serio! Chyba każda nasza wyprawa we dwie kończyła się gdzieś w pobliżu zwłok). Siostra – wrażliwa i zakręcona,  a jednocześnie nasz zastępowy architekt, budowlaniec i mechanik. Ja – najbardziej zachowawcza i beznadziejnie romantyczna, ale też najbardziej wygadana. I wreszcie Mandaryna – najmłodsza, najpiękniejsza i najbardziej śmiała z naszej czwórki; nigdy nie istniały dla niej tematy tabu ani przeszkody nie do pokonania.

A jednak trzymałyśmy się razem, dopóki Jagoda nie wyjechała za granicę. Potem kontakty uległy rozluźnieniu, ale nie wygasły.

Dzisiaj potrafimy się nie widzieć przez długie miesiące (albo i lata), a zachowujemy się tak, jak gdyby minęło zaledwie kilka dni. Mandaryna dowiodła tego po raz kolejny podczas niedawnych odwiedzin u Księżniczki, kiedy okazało się, że bez problemu łączymy przeróżne wątki naszych życiorysów, pozornie zupełnie od siebie odległe.

Dla mnie jest w tym jakaś magia, chociaż zapewne psychologia ma na to zjawisko dziesiątki specjalistycznych nazw i kryjących się za nimi teorii. Jednak to tę właśnie magię, razem z trzaskiem płonących w ognisku gałęzi, szumem drzew i chóralnymi dźwiękami pieśni harcerskich, wspominam podczas tegorocznego Dnia Myśli Braterskiej.

Powyższy wpis ma dwie dedykacje. Pierwsza – to życzenia dla wszystkich, którzy czują harcerskiego ducha, aby nie tracili w sobie tych iskier sprzed lat – czyli pozostali wewnątrz młodymi, wiernymi zasadom (i sobie!) druhami czy druhnami, wierzącymi,  że mogą zmienić świat. Druga – specjalna – dla Mandaryny. Niech nadchodzący przełom w Twoim życiu będzie tym właściwym i wymarzonym, a jednocześnie pozwoli Ci, Kochana,  pozostać sobą i pamiętać o latach spędzonych w szarym mundurze… chociaż jestem o to jakoś dziwnie spokojna. 🙂

Droga po szczęście

Galeria okołoadopcyjnych postaci

Kilka dni temu byłam z Małą Księżniczką na pierwszej wizycie u lekarza. Oczywiście zdarzyło się małe opóźnienie, więc w poczekalni mamy umilały sobie czas rozmową. Wszystko szło idealnie, dopóki wymiana doświadczeń nie zeszła na temat porodu. Siedziałam zatem w samym oku cesarkowo-rozwarciowo-skurczowego cyklonu, modląc się w duchu, żeby nikt nie zapytał mnie, jak rodziłam. Kłamać nie umiem, nie lubię i nie chcę, ale nie czuję też potrzeby wtajemniczania obcych w nasze rodzinne sprawy. Na szczęście cudem kolejka utyskiwań mnie ominęła.

Nieco inna refleksja towarzyszyła mi w drodze do domu: czego właściwie się wystraszyłam? Oceny kilku osób, których prawdopodobnie już nigdy nie spotkam? Przecież większość ludzi reaguje przewidywalnie – do tego stopnia, że można ich na potrzeby niniejszego wpisu nieco zaszufladkować i przyporządkować do określonych kategorii. Niektóre z nich pasują także do rodzicielstwa biologicznego.

Poniższą listę potraktujcie proszę z mocnym przymrużeniem oka, zwłaszcza jeśli sami się na niej odnajdujecie. Jakoś przecież zareagować trzeba… Pewnie siebie też mogłabym gdzieś tam przypisać, więc się nie gniewajcie. 🙂

ALFRED HITCHCOCK – najczęściej jest dalekim znajomym o bujnej wyobraźni. Ogląda horrory, thrillery, programy informacyjne i „Trudne sprawy”, dzięki czemu jest przekonany, że adoptowane dziecko okaże się mutantem o patologicznych genach, który w pijackim szale zarąbie siekierą matkę, ojca, psa, ekspedientkę z Żabki i byłą żonę Waldka spod 10, choć tej ostatniej to akurat nie żal, bo to zła kobieta jest. Jednym słowem w dniu poznania Waszego dziecka ma już ułożony scenariusz oscarowego dreszczowca.

AS WYWIADU – sąsiad, przeważnie starszy o minimum dwie dekady od świeżo upieczonych rodziców. Wie wszystko o wszystkich, a jeśli nie wie, to tym gorzej dla zainteresowanych. Po adopcji rozmawia o dziecku konspiracyjnym szeptem nawet w jego obecności. Koniecznie wypowiada dwa zdania, kto wie, być może będące jakimiś zaszyfrowanymi komunikatami: „Nikt nie musi wiedzieć, że jest adoptowane” oraz „Już dawno wiedziałem, że coś jest nie tak, skoro tyle lat po ślubie nie macie dzieci”. As Wywiadu często uprawia też osiedlowy monitoring, więc mimo wszystko warto żyć z nim w zgodzie.

BOB BUDOWNICZY – przyjaciel rodziny, ewentualnie wujek lub dziadek maleństwa. O nic nie pyta, niczego nie komentuje, za to składa. Najpierw gratulacje, a potem łóżeczko. Odwiedza młodych rodziców z torbą ubranek w jednej ręce i skrzynką narzędzi w drugiej. W zębach trzyma kluczyki od auta, cedząc przez nie coś w stylu: „gybysie poszeoali, fo ja fas wszezie safioze”. Na wieść o tym, że trzeba zrobić dziecku jakieś badania w stolicy województwa, wyciąga ogromny plan miasta i zaznacza trasę niczym wojskowy strateg przed bitwą. Kiedy zakłopotana mama lub tata próbuje go lekko przystopować, odpowiada (już bez kluczyków w zębach): „Dobra jest, damy radę!”

EWA DRZYZGA – bliska znajoma, ale jeszcze nie przyjaciółka. Odwiedza młodych rodziców w pierwszym możliwym terminie. Jest zafascynowana tematem adopcji. Dopytuje o emocje, procedurę, historię dziecka, reakcje otoczenia. Zadaje pytania raz mamie, raz tacie, zachowując przy tym idealne proporcje, jak gdyby chciała dobrze wykorzystać czas antenowy. Uważnie słucha, rzadko się wtrąca, a jeśli już, to oferuje konkretne wsparcie. W gruncie rzeczy jest to bardzo miłe, o ile taką Ewę Drzyzgę ma się w otoczeniu jedną albo dwie. Odpowiadanie piętnasty raz w ciągu weekendu na pytanie „jak się czujesz w nowej roli?” powoduje uporczywe deja vu, a w skrajnych przypadkach może budzić agresję niewyspanego rodzica adopcyjnego.

KSIĘŻNICZKA DISNEYA – koleżanka z pracy mamy albo taty lub inna bliska znajoma. Wzruszenie odbiera jej mowę, a przynajmniej zdolność wypowiadania się pełnymi zdaniami. Wydaje z siebie liczne „ochy” i „achy”, okraszając je obficie łzami. Kiedy wreszcie odzyskuje jako taką równowagę, nazywa rodziców adopcyjnych aniołami, do których okazane dobro na pewno powróci. Następnie lituje się nad „biedną uroczą kruszynką”, by potem snuć sielankowe wizje jej przyszłości w nowej rodzinie. Wycierając opuchnięte oczy, zapewnia jeszcze, że zawsze można na nią liczyć – i zwykle nie jest to pusta deklaracja.

MATKA POLKA – to dosyć ciekawy typ. Ma dzieci biologiczne, przysposobieniem nigdy dotąd się nie interesowała, więc teraz dopytuje. Wyraża święte oburzenie na wieść o tym, że ona również musiałaby przejść kurs w OA, gdyby chciała adoptować. Przecież urodziła, wychowuje, zatem to ona powinna takie szkolenia prowadzić. Dziecko to dziecko, potrzebuje cyca lub pełnej butelki i świeżej pieluchy, żadna filozofia. Testy psychologiczne i tzw. USG domu uważa za marnotrawienie czasu – bo skoro jej pociechy do tej pory żyją i biegają po mieszkaniu, to znaczy że mają ku temu warunki i emocjonalne, i lokalowe. E tam, fanaberie jakieś z tą adopcją, chyba jednak łatwiej jest urodzić.

PAN PREZES – przełożony w pracy, rzadziej ktoś z kręgu znajomych. Nie zadaje pytań, nie okazuje emocji. Rzeczowym i urzędowym tonem winszuje: „Gratuluję państwu. Niech się zdrowo chowa”, po czym odbiera niecierpiące zwłoki połączenie telefoniczne i zapomina, że w ogóle przed chwilą z kimś rozmawiał. No cóż, takie życie biznesmena.

WRÓŻ MACIEJ – w tej roli występują przeróżne osoby. Ich cechą wspólną jest to, że znają rodziców adopcyjnych lepiej, niż oni je. Na wieść o adopcji Wróż Maciej mówi „wiedziałem”. No oczywiście, że wiedział, skoro jest Wróżem. Postawienie tarota z fusów albo innego pasjansa na Windowsie XP pozwala mu też z całą pewnością stwierdzić, że z dziecka będzie wspaniała pociecha, a właściwie z dzieci, bo po adopcji to już na bank matka zajdzie w ciążę i urodzi biologiczne. On wie, że tak się dzieje. Cóż… skoro wie, to najlepiej go z tą (nie)wiedzą pozostawić.

WUJEK DOBRA RADA – przyjaciel lub krewny. Ma najszlachetniejsze intencje, nieba by przychylił dziecku i jego adopcyjnym rodzicom. Jest trochę podobną kategorią do Boba Budowniczego, ale bardziej wkurza (szczerze mówiąc, to jest jedyny typ z opisanych tutaj, który podnosi mi ciśnienie). Zwykle ma już dziecko – jeśli nie swoje, to przynajmniej w najbliższym otoczeniu. I dlatego sypie jak z rękawa receptami na wychowanie pociechy. Świeżo upieczeni rodzice w kilka minut dowiadują się, że źle trzymają malucha do karmienia, kupują za drogie mleko i za tanie pieluchy (albo na odwrót), wózek wybrali niewygodny, a łóżeczko nie powinno stać pod oknem. Czasem dziecko jeszcze nie zdąży zrobić pierwszej kupy w nowym domu, a Wujek Dobra Rada już wybierze mu przedszkole, szkołę i zapisze na balet. Na szczęście tylko teoretycznie, bo za praktykę matka i ojciec gotowi byliby udusić delikwenta. Delikatnych prób zwrócenia uwagi, żeby pozwolił rodzicom być rodzicami i wychowywać po swojemu, nie rozumie. Na bardziej stanowcze reaguje wielkim fochem. Najwyraźniej trzeba dać jemu i sobie czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji.

A z jakimi reakcjami Wy się spotkaliście po adopcji lub narodzinach dziecka? Czy kogoś Waszym zdaniem pominęłam? Podzielcie się w komentarzach!

Droga po szczęście, Takie tam różne

Nowy Rok, nowe nadzieje

Co roku powtarzam, że 2 stycznia powinien być dniem ustawowo wolnym od pracy, żeby spokojnie dojść do siebie po pierwszym. Leczący dzisiaj kaca na pewno się ze mną zgodzą, chociaż w moim przypadku wcale nie chodzi o przypadłości poalkoholowe. Jestem z zasady niepijąca. Jako typowy skowronek chadzam za to spać wcześnie i wcześnie też wstaję, dlatego nocne szaleństwa i późniejszą niż zwykle pobudkę najczęściej przypłacam migreną i takim dziwnym poczuciem odrealnienia, które nie opuszcza mnie aż do następnego, roboczego już poranka.

Dziś jest podobnie, ale mimo tego inaczej. Po pierwsze dlatego, że przed chwilą zamknęłam drzwi za naszymi sylwestrowymi gośćmi i właściwie dopiero zaczynam swoją codzienną rutynę (zmywanie, pranie, szykowanie do pracy – wiecie, o co chodzi). Drugim powodem jest natomiast to, że wstałam o w miarę normalnej porze, dlatego mój organizm nie doznał aż takiego szoku czasowego. Czekam więc właśnie aż mi wyschnie podłoga w przedpokoju, co stanowi dobrą okazję do naskrobania kilku przemyśleń i podsumowań. Jako że Nowy Rok sprzyja porządkowaniu spraw i tworzeniu różnych list, moje refleksje również będą w punktach.

  1. Rok 2016 zdecydowanie nie należał do udanych. Choroba taty, ciągnące się miesiącami problemy z autem, telenowela z ogrzewaniem i komplikacje w pracy naprawdę dały się nam obojgu we znaki. Zresztą nie tylko nam. W nocy dostałam wiadomość od E., dla której bilans minionych 12 miesięcy był jeszcze gorszy. Z ulgą więc (choć jak wiadomo tylko symbolicznie) oddzielam poprzednie 366 dni grubą kreską i zaczynam nowy rozdział.
  2. Pomimo powyższego przynajmniej ostatnie chwile zeszłego już roku spędziliśmy najlepiej, jak tylko można, bo w gronie przyjaciół. Cyngiel za pomocą projektora potrafił w naszym zagraconym „salonie” stworzyć iście imprezowy nastrój, którego nie zburzyły nawet wywody o wyższości wakeboardingu nad wyczynową jazdą na nartach 😉 M. z K. wreszcie zdecydowali się nas odwiedzić, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju świętem. Oboje stanowią ten rodzaj gości (przepraszam za to etykietowanie, tak jest wygodniej :)), których obecność nawet po dłuższym czasie nie męczy, a wydaje się zupełnie naturalna. Obrazu dopełnia ich córeczka – mały, rozczochrany aniołek, bardzo bystry i komunikatywny jak na swoje „rok i trochę”. Dwa dni spędzone w kuchni na gotowaniu i pieczeniu warte były tego spotkania. Zabrakło w naszym gronie jeszcze jednego przyjaciela, który wykruszył się w ostatniej chwili – oby ta z pewnych względów ryzykowna decyzja okazała się dla niego korzystna, czego mu szczerze życzymy.
  3. Reksio znosił huk petard dzielniej niż zwykle i tym razem obyło się bez 24 godzin nieustannego szczekania. Dał się nawet w nocy wyprowadzić na spacer, co w poprzednich latach było nie do pomyślenia. Córeczki naszych gości trochę się bał. Widać, że nie jest przyzwyczajony do takich małych dzieci, bo brakuje mu wyczucia. Albo szczekał na małą z daleka i zrywał się z miejsca, kiedy tylko ona wstawała, albo przeciwnie – podchodził do niej i próbował zalizać ją na śmierć. Już widzę, że czeka nas sporo pracy po TYM telefonie, ale widać przynajmniej światełko w tunelu. 🙂
  4. Moje noworoczne postanowienie jest takie, żeby… nie formułować żadnych noworocznych postanowień. Pewnie, że coś by się znalazło. Muszę zrzucić kilka kilogramów, zacząć pisać pracę na studiach, chciałabym więcej biegać i częściej odwiedzać babcię – ale nie planuję uczynić z tego żadnej „TO DO LIST”, z której będę musiała się potem sama przed sobą rozliczać. Zamierzam zacząć ten rok z nadzieją i optymizmem.

I tego właśnie Wam wszystkim życzę. Pozytywnego nastawienia do świata przez całe najbliższe 365 dni. „Dobra wola przyciąga dobrą wolę” jak mawiał ojciec mojej Siostry. I oby tak było. Niech MOC będzie z Wami!

Droga po szczęście

Lady Makbet i życie pozaadopcyjne

Specyficzną cechą ludzkiej natury jest to, że lubimy wyznaczać sobie jakieś cele. Po osiągnięciu jednego zaraz na horyzoncie pojawia się kolejny, a potem następny i następny… Zdanie matury, ukończenie studiów, znalezienie dobrej pracy, kupno mieszkania lub budowa domu i tak dalej. Te cele nas motywują, nadają sens życiu, inspirują. Istnieje jednak ryzyko, że przesadne skupienie na jednym z nich spowoduje, iż nie dostrzeżemy wielu okazji, które można by było wykorzystać.

Główną „misją” P. i moją jest w tej chwili adopcja dziecka, co do tego żadne z nas nie ma wątpliwości. Odpowiadając na zasłyszany niedawno zarzut, mogę z całą pewnością stwierdzić, że nie jest jedyną. Przez lata nauczyliśmy się żyć bez potomstwa i nadal funkcjonujemy zwyczajnie, przeżywając jak wszyscy małżeńskie wzloty i upadki, daj Boże, że z przewagą tych pierwszych.

Oprócz ewentualnej dziecięcej wyprawki odkładamy też pieniądze na wakacje. Być może za sprawą pewnych pozytywnych zbiegów okoliczności uda się w przyszłym roku pojechać w miejsce, w które sami raczej byśmy się nie wybrali, głównie ze względów finansowych. Poza tym odbywam dodatkowe studia, które mają poprawić moją atrakcyjność na rynku pracy (co może się okazać ważne, jeśli szkoły będą masowo zwalniać nauczycieli; i mówię nie tylko o gimnazjach, ale to temat na inny post).

Nie ograniczamy się tylko do rodzicielskich przygotowań. Cieszymy się z chwil we dwoje i pielęgnujemy znajomości. Wczoraj spędziliśmy cały dzień z Cynglem i jeszcze jednym dobrym kolegą męża. Ani razu nie padło słowo „adopcja”, choć obaj wiedzą, że się o nią staramy. Zwyczajnie mamy też inne tematy, na które lubimy rozmawiać. Ogólnie rzecz ujmując, chyba jesteśmy po prostu normalni. Staramy się zachowywać proporcje pomiędzy różnymi sferami wspólnego życia i sądzę, że nam się to udaje. Monotematyczność ograniczam do bloga, głównie dlatego, że właśnie w tym celu powstał. Skoro czytają go osoby, którym bliskie są tematy rodzicielstwa zastępczego, to raczej nie zainteresuje ich, że robiłam tosty z cukinii, idę dziś do teatru albo że mam zakwasy po siłowni, chociaż wszystko to jest prawdą.

Bo ty mi nie opowiadasz o swoich problemach” – usłyszałam ostatnio od innej bliskiej osoby. Hmm… może dlatego, że je oswoiłam? Znam wroga, wiem, z czym muszę się zmierzyć i nie czuję potrzeby przerzucania niepowodzeń na otoczenie. Zresztą ostatnio o wiele bardziej od procedury adopcyjnej frustruje mnie praca (nie, nie samo nauczanie ani obcowanie z uczniem, tylko kwestie… hmm… administracyjne).

Konkluzja mojego powyższego marudzenia jest taka, że idąc drogą do miejsca przeznaczenia, choćby najbardziej stromą i krętą, warto rozglądać się na boki. Celu nie straci się na stałe z oczu, a można przy okazji zauważyć, jak wokół jest pięknie i niepowtarzalnie.

Ci, bez których nie jestem sobą, Droga po szczęście

Co czuje otoczenie przyszłych rodziców adopcyjnych?

Koleżanka z kursu pożyczyła mi książkę „Dzieci z chmur”, którą właśnie kończę czytać. Sama lektura bardzo uspokaja, gdyż dowodzi, że skrajne emocje i irracjonalne myśli ludzi dotkniętych bezpłodnością i starających się o przysposobienie nie są niczym dziwnym. Z łatwością mogę się utożsamić z obiema bohaterkami tej historii. Nie o tym jednak chcę dzisiaj pisać.

W „Dzieciach z chmur” jest opisane, jak jedna z narratorek od razu po poznaniu swojego dziecka rozsyła wszystkim znajomym SMS-y z tą radosną nowiną. Trudno się dziwić jej radości, ale o ile znam siebie, będę bardziej wstrzemięźliwa. Nie wiem, czy potrafiłabym poinformować świat tak natychmiast. Myślę, że P. i ja najpierw powiadomimy rodzinę i najbliższych przyjaciół, potem, małymi kroczkami, resztę globu. Sytuacja opisana w książce sprawiła jednak, że postanowiłam pochylić się trochę nad tym, co czuje otoczenie takich świeżo upieczonych RA lub kandydatów do tej roli.

My, przyszli rodzice adopcyjni, bywamy egocentryczni. Tak bardzo skupiamy się na swoich przeżyciach i pragnieniach, że zaczynamy oczekiwać od otoczenia określonych, modelowych reakcji. Szkolenia w ośrodkach adopcyjnych powodują, że wyrabiamy sobie konkretne, w naszym mniemaniu oczywiście słuszne poglądy na temat przysposobienia i przekładamy je na relacje ze światem zewnętrznym. Zapominamy, że sami kiedyś nie wiedzieliśmy, jak wygląda cały ten proces i irytujemy się, kiedy ktoś np. pyta, czy możemy sami sobie wybrać dziecko spośród licznego grona rumianych i słodziutkich opuszczonych maleństw.

Próbując wczuć się w sytuację moich najbliższych, przypomniałam sobie, jak wyglądały ich reakcje na wieść o naszych planach. Spróbuję się do nich tutaj odnieść.

1. Mama P. (w ogóle wspaniała i rozsądna kobieta): „Jeśli to wasza wspólna, dobrze przemyślana decyzja, to popieram. Chcę mieć wnuki, mogą być i adoptowane.” Taki komentarz był chyba tym, czego oczekiwaliśmy: bez naiwnego hurraentuzjazmu, bez niepotrzebnego sceptycyzmu. Jako matka mojego męża teściowa na pewno nie jest obojętna wobec faktu, że nie mamy biologicznych dzieci, natomiast słysząc o adopcji po prostu okazała wsparcie, które w takich momentach jest potrzebne.

2. Mój tata: „Świetnie, super, adoptujcie! Nie mogę się doczekać, aż zostanę przyszywanym dziadkiem. I w ogóle weźcie dziecko, jakie chcecie, ale najlepiej wnuczkę dla mnie.” Tata jest niepoprawnym optymistą, więc reakcja u niego jak najbardziej na miejscu. Sprostowałam rzecz jasna informację o przyszywanym dziadku, bo skoro ja jestem prawdziwą córką, to i wnuk będzie prawdziwy. Sądzę jednak, że ojciec nie miał niczego złego na myśli, a to określenie pokazuje, że nie dla wszystkich więzi rodzinne po adopcji są takie oczywiste. Życzenie dotyczące płci dziecka mnie nie dziwi, bo tata od zawsze miał świetne podejście do dziewczynek.

3. Moja Siostra: „No w końcu! Ile wy jeszcze chcieliście czekać?” Z ust innej osoby takie słowa mogłyby brzmieć co najmniej nietaktownie, ale tutaj raczej dowodzą tego, że moja najstarsza stażem przyjaciółka po prostu dobrze zna nas oboje. Przypuszczam, iż wiedziała szybciej niż my, że w końcu zgłosimy się do OA.

4. Moja przyjaciółka: „Zawsze marzyłam, żeby zostać ciocią waszego dziecka. Mogę mu coś kupić? A mogę jakoś pomóc? Informuj mnie na bieżąco, jak idzie procedura.” J., bo o niej tu mowa, jest jedną z osób, o której myślę, zaczynając większość wpisów na tym blogu. Jej reakcja na wieść o naszych planach, choć bardzo luźna w formie, jest jedną z najlepszych, z jakimi się spotkałam. Dobrze jest czuć, że ma się czyjeś bezwarunkowe poparcie.

5. Mój przyjaciel 1: „Mądra i odważna decyzja, gdybym mógł jakoś pomóc, to mów… ale wiesz, co jest NAJGORSZE? Że kiedy już adoptujecie, to urodzi się wam WŁASNE.” Wczuwając się w jego stanowisko, przypuszczam, że chciał nie tylko okazać wsparcie, ale i przestrzec przed ewentualnymi konsekwencjami. Co prawda nie zapytałam, dlaczego urodzenie dziecka miałoby być „najgorsze”, ale za to powiedziałam, że adoptowane też będzie własne. Bo czyje niby ma być? Co do powielonego przez przyjaciela stereotypu, że adopcja leczy bezpłodność, to przyznam szczerze, że (w przeciwieństwie do bohaterek „Dzieci z chmur”) bardziej mnie bawi, niż irytuje. Wiem natomiast, że oboje z P. mamy w nim sojusznika i to jest chyba najważniejsze.

6. Mój przyjaciel 2: „Popieram, popieram, no bo kto ma się nadawać na rodziców adopcyjnych, jeśli nie wy?” Czasem też dzwoni lub pisze, pytając, jak nam idzie – życzliwie, bez wścibstwa ani niezdrowej ciekawości. Zawsze wysłuchuje naszych relacji, a przy tym mądrze je komentuje, nie raz zwracając uwagę na kwestie, które nam umknęły. Lubię ten jego wewnętrzny spokój i zdolność do chłodnej oceny rzeczywistości. Pomaga mi opanować własne emocje.

7. Przyjaciel męża 1: „Adopcja? Fajnie… ale byliście u jakiegoś lekarza? Może wam znaleźć porządnego specjalistę? A szukaliście w mieście X, tam ponoć są dobrzy…? Nie no, jak się zdecydowaliście, to spoko, szanuję…”. Wspominałam już na tym blogu, że mój P. nie jest człowiekiem wylewnym, więc tym bardziej nie przypuszczam, żeby zwierzał się kumplom z naszych „łóżkowych” problemów. I myślę, że reakcja tego przyjaciela, chociaż zupełnie demotywująca, wynika po prostu z jego niewiedzy. Był świadomy, że staramy się o dziecko, ale przecież nie omawialiśmy z nim każdej wizyty u lekarza. I też uważam, że nie ma co się denerwować, bo na pewno jego słowa stanowiły o chęci pomocy, a nie złej woli.

8. Przyjaciel męża 2: „Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? Powinienem chyba wiedzieć jako pierwszy!” Z jednej strony takie oburzenie dowodzi więzi między chłopakami, jest świadectwem, że ów przyjaciel chce być częścią naszego życia i to jest piękne. Jednak z drugiej strony świadczy o chwilowym braku empatii… Tym bardziej, że ja wiem, dlaczego P. nie powiedział mu wcześniej. Otóż dlatego, że poza ogromem zalet ma zdecydowanie za długi język, a oprócz tego zbyt często uważa, że posiada gotowe (i oczywiście najlepsze) rozwiązania wszystkich problemów świata, w tym i naszej bezpłodności… I tu  właśnie wracam do punktu wyjścia: mówienie o adopcji jest indywidualną sprawą rodziców. To oni decydują, kiedy, komu i jak powiedzą o swoich planach, a potem przedstawią dziecko.

Jak widać – ilu ludzi, tyle reakcji. Jestem pewna, że każdy z nich jest z nami sercem i chciał okazać wsparcie. I myślę, że nie ma się co oburzać, gdy ktoś nieświadomie powieli jakiś stereotyp albo zareaguje nie tak, jak byśmy to sobie wyobrażali. Pomijam oczywiście jakieś skrajnie złośliwe komentarze, przy których i święty by nie wytrzymał, ale z takimi się na szczęście nie spotkaliśmy.

Wypada jeszcze podziękować naszym najbliższym za dobre chęci… i liczyć, że nie osłabną, kiedy rodzina nam się powiększy. 🙂