Takie tam różne, Uncategorized

Dziadostwo i inne koligacje

Dziadkowie

Za kilka dni babcia i dziadkowie Księżniczki będą obchodzić swoje pierwsze święto w tej roli. Na szczęście do wszystkich mamy blisko. Sama bardzo źle wspominam z dzieciństwa przedszkolne akademie z powyższej okazji. Rodzice moich rodziców mieszkali kilkaset kilometrów od nas, przez co nigdy nie miałam komu wręczyć laurki. Uśmiechnięte koleżanki mówiły wierszyki dla dziadków i wskakiwały babciom na kolana, a mnie było przykro… dzieci w takiej sytuacji było kilkoro.  Nawet dzisiaj, już z punktu widzenia pedagoga, uważam urządzanie takich uroczystości za nie do końca rozsądne. Są przecież maluchy, które w ogóle nie mają dziadków (a czasem nikogo poza rodziną zastępczą). Myślę, że czują się wtedy podwójnie opuszczone.

Ponieważ Dni Babci i Dziadka są z zasady dniami radosnymi, nie chcę, aby mój dzisiejszy wpis był smutny. Porzucam zatem przykre wspomnienia i wracam do meritum, czyli do tego, kim są dziadkowie w życiu wnucząt. (Swoją drogą, zachodzi tu pewna słowotwórcza ciekawostka, nie uważacie? Jeżeli brat i siostra stanowią rodzeństwo, wujek z ciotką to wujostwo, ich dzieci to kuzynostwo, a żona plus mąż równa się małżeństwo, to dlaczego dziadostwo kojarzy się zupełnie z czymś innym?) Usilnie próbujemy wymyślić dla naszych rodziców jakieś ciekawe upominki w imieniu Księżniczki. Sprawa nie jest prosta, bowiem trudno znaleźć coś, czego jeszcze nie mają, a co jednocześnie nie jest kiczowate ani oklepane. I właśnie rozważania z zakresu prezentologii stosowanej naprowadziły mnie na charakterystykę rodzajów babć i dziadków. Nie ukrywam, iż każdy z tych typów oparty jest na osobistych (bliższych lub dalszych, że tak to określę) doświadczeniach.

  1. DZIADEK – ARTYSTA

Artysta1

Namalował portret wnuczki, zanim jeszcze przyszła na świat, co (w jego mniemaniu) czyni go wieszczem wśród artystów. O samej zainteresowanej mówi, że jest prawie tak piękna, jak na jego obrazie, co oczywiście stanowi najwyższy komplement. Jak na twórcę przystało, żyje w alternatywnej rzeczywistości. Właściwie nie za bardzo wie, co można robić z takim niemowlęciem poza namalowaniem go. Tę właściwość Dziadka-Artysty warto wykorzystać, kupując mu nowe pędzle albo komplet farb i od razu zamawiając kolejną podobiznę wyczekanej wnuczki.

  1. BABCIA-BOGU-MIŁA

Babciaw

Imię ma tutaj charakter wyłącznie symboliczny, po prostu moim zdaniem brzmi lepiej niż „babcia-moher”. Na wieść o tym, że będzie miała wnuka, pyta, czy był spłodzony po Bożemu i czy aby nie w Wielkim Poście. Uzyskawszy satysfakcjonującą (inna rzecz, czy zgodną ze stanem faktycznym) odpowiedź, wymyśla mu imię, koniecznie biblijne i wyłącznie z Nowego Testamentu, żeby, broń Panie Boże, nikt go nie pomylił z Żydem. Następnie dzwoni do zaprzyjaźnionego (a jakże) proboszcza z pytaniem, czy dziecko można ochrzcić już w łonie matki. Odmowę traktuje jak herezję, w związku z czym obdzwania jeszcze ośmiu innych kapłanów, włącznie z misjonarzem z Zimbabwe i stuletnim arcybiskupem. Niczego z żadnym z nich nie załatwia, co wyraźnie psuje jej humor, ale tylko na chwilę. Szybko bowiem przypomina sobie, że nienarodzone maluszki dosyć szybko zaczynają słyszeć, więc przynosi przyszłym rodzicom w prezencie swoje radio, rzecz jasna nastawione na odbiór jedynej słusznej rozgłośni. Jak będą wyglądały jej relacje z wnukiem? Na pewno dopilnuje, by przystąpił do wszystkich sakramentów i zorganizuje mu udział w każdym możliwym turnusie parafialnych półkolonii. Co jej kupić na Dzień Babci? Kalendarz z papieżem już pewnie ma, więc dobrym pomysłem będzie np. oprawione zdjęcie wnusia, grającego aniołka w szkolnych jasełkach. Gorzej, jeżeli wnusiowi przypadła rola Heroda…

  1. DZIADEK-PIOTRUŚ PAN

PiotruśPan

Typ wiecznego chłopca, który dzieciństwo wnuka traktuje jak przedłużenie własnego. Chętnie buduje z dziedzicem zamki z lego, organizuje wyścigi resoraków, a nawet gra w przygodówkę na Playstation. Trudności (nie do przeskoczenia!!!) zaczynają się w momencie, kiedy malucha trzeba przewinąć, ubrać albo podać mu do jedzenia coś innego niż obiadek ze słoiczka. Piotruś Pan zawsze deklaruje gotowość zaopiekowania się wnukiem pod nieobecność jego rodziców, ale lepiej dla bezpieczeństwa pozwalać na to tylko wtedy, kiedy w bezpośrednim pobliżu znajduje się babcia. Dla tego rodzaju dziadka łatwo jest wybrać prezent. Ucieszy się z każdego zabawnego gadżetu, na przykład koszulki lub kubka ze śmiesznym napisem.

  1. BABCIA-DOBRA WRÓŻKA

wróżka

Wychodzi z założenia, że wnuki są po to, by je rozpieszczać. Od pierwszych dni malucha pomaga w pielęgnacji i zasypuje prezentami. Starsze dziecko chętnie zabiera do kina, na łyżwy albo na zakupy. Jedyną wadą Dobrej Wróżki (aczkolwiek przeważnie niedostrzegalną dla wnuków) jest to, że często WIE LEPIEJ niż rodzice, co jest dobre dla ich pociechy. Takiej babci można podarować np. voucher do salonu urody, aby choć przez chwilę zrobiła coś dla siebie, zamiast dla innych.

  1. DZIADEK-ERUDYTA

Erudyta

Posiada imponujący zasób wiedzy z wielu dziedzin. Nałogowo czyta książki i prasę specjalistyczną, a reszta rodziny nie może zrozumieć, dlaczego dotąd nie wziął udziału w „Jednym z dziesięciu” albo „Milionerach”. On sam twierdzi, że skoro zna odpowiedzi na wszystkie pytania, to nie widzi w tym zabawy.  Wnuki od pierwszych dni życia zapoznaje z klasyką światowej literatury, a zaraz po chrzcinach robi im wykład z podstaw oszczędzania i inwestowania otrzymanej gotówki. Erudycie można kupić książkę lub grę logiczną, w której będzie mógł rywalizować z najmłodszym pokoleniem.

  1. BABCIA-TRADYCJONALISTKA

tradycjonalistka.jpg

Wychowała pięcioro dzieci za komuny, kiedy nie było niczego – no i proszę, wszystkie wyrosły na porządnych ludzi. Nie to, co teraz… Pampersy, mokre chusteczki, fiszerprajsy i inne fanaberie, które do niczego dobrego nie prowadzą. Babcia-Tradycjonalistka przywiezie wygrzebany  z piwnicznych czeluści stos ubranek noszonych kolejno przez wszystkie jej dzieci oraz pudło zabawek sprzed czterdziestu lat, ale o co chodzi, przecież jeszcze posłużą. Właściwie nie wiem, co kupić takiej babci… Może jakiś poradnik w stylu „Jak wychować wnuki w XXI wieku”?

  1. DZIADEK-KAPRAL

Kapral

Lubi porządek… ale wyłącznie idealny. Co prawda niestraszne mu żadne pole minowe, ale kiedy przewija wnuczkę, zapina pieluszkę przy użyciu linijki i poziomnicy, żeby było równo. Ku uciesze małej cierpliwie odkłada po niej zabawki na swoje miejsce, co powoduje efekt perpetuum mobile – wiecie, o czym mówię. 😉 Jest do bólu punktualny. Jeżeli powie mu się, że dziecku trzeba dać jeść o piątej po południu, to równo o 16:59:59’ będzie stał na baczność przed podgrzewaczem do butelek, meldując gotowość do nakarmienia szeregowej najmłodszej rangą wiekiem. Kapralowi można kupić prosty w stylu zegarek albo organizer.

  1. BABCIA INCOGNITO

incognito

Jest młoda duchem, zadbana, sprawna, pełna energii. Chodzi w jeansach, szpilkach i dopasowanych bluzkach. Zrobi przy maluchach wszystko, byleby tylko nikt nie nazywał jej babcią. Podczas wspólnych wyjść pozwala wnukom mówić sobie po imieniu, w końcu „Wiola” brzmi o wiele przyjemniej niż „babunia”, a przy tym nie konotuje zmarszczek, nietrzymania moczu i wszystkich innych wątpliwych radości kojarzonych z podeszłym wiekiem. Prezenty zawierające słowo „babcia” także zdecydowanie odpadają, ale za to strzałem w dziesiątkę okażą się kosmetyki (byle nie żadne „50+”!) albo karta upominkowa do odzieżowej sieciówki.

A jak Wy planujecie świętować Dzień Babci i Dzień Dziadka?

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna

Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca

Zgodnie z oczekiwaniami tegoroczna wigilia na pewno była niezapomniana, głównie w znaczeniu pozytywnym. Nie tylko dlatego, że to pierwsza z Księżniczką. Powodów było o wiele więcej. Zatem – po kolei.

Kilka minut przed „godziną zero” zjawił się mój tata, który w naszym mieszkaniu czuje się bardzo swobodnie, co 24 grudnia stanowiło tyleż błogosławieństwo, ile przekleństwo. Z jednej strony super, że sam sobie chowa buty do szafki, robi herbatę czy rozsiada się na kanapie; z drugiej, kiedy wszystko już jest gotowe na tip-top i pięknie nakryte, ojciec kręcący się po naszej malutkiej kuchni z ogromnym, pełnym earl greya kubkiem z napisem „THE BOSS” i przestawiający po swojemu krzesła przy stole… jak by to powiedzieć… nie jest najlepszym lekarstwem na przedwigilijną nerwówkę ;).

Teściowie przybyli równo z resztą gości i od razu rzucili się na wnuczkę, dzięki czemu mogliśmy z P. spokojnie podać do stołu.  Wspólne życzenia składał mój mąż jako głowa domu. Bardzo go lubię w tej roli. Przebiegu samej wieczerzy chyba nie ma co streszczać; minęła tradycyjnie i w przemiłej atmosferze. Nikt nikomu nie dogadywał ani nie kłócił się o politykę (czego się obawiałam, bo wśród zebranych znajdowali się zarówno zagorzali zwolennicy, jak i przeciwnicy obecnej władzy), za to wszyscy zachwycali się smakiem potraw. Nawet ciotka C. (ta od wymówek i sałatki jarzynowej), wzruszona, podziękowała, że wyciągnęliśmy ją z domu i może być w ten wieczór z nami.

„Fajerwerki” zaczęły się później, wraz z wniesieniem na stół ciasta. Ponieważ, jak już wiecie, większość naszych gości stanowili ludzie starsi, których (bądź co bądź) taka impreza bardzo męczyła, to, aby nie przedłużać, zbiegły nam się jednocześnie trzy rzeczy do zrobienia: podanie deseru, rozdanie prezentów i karmienie Księżniczki, która bardzo głośno i wyraźnie zaczęła manifestować głód (oraz, co tu ukrywać, znużenie).  Na jej wrzask każdy z obecnych zareagował po swojemu. P. poszedł przygotować mleko, teściowie próbowali małą rozbawić (z dokładnie odwrotnym skutkiem), pradziadkowie współczuli, że maluszek płacze, mój ojciec wzruszył ramionami, bo to przecież normalne, iż niemowlę robi awanturę o jedzenie. Ja nie zrobiłam nic, gdyż uznałam, że dwoje dziadków nachylających się nad bujakiem w zupełności wystarczy. Księżniczce żadna krzywda się przecież nie działa, zaś „amu” było już w drodze. A ciotka C.? Ciotka C. wyraziła niezadowolenie, że boli ją głowa od hałasu, zresztą kto to widział, żeby tak się drzeć. No ale nic to, sytuację opanowaliśmy. Dziecię zostało nakarmione i przebrane, a chwilę później zaniesione do łóżeczka na drzemkę. Ciotce jednak najwyraźniej ból głowy dał się we znaki, bowiem, zlustrowawszy wzrokiem talerze z ciastem, wypomniała nam brak makowca. „Lady, jak to nie piekłaś? Święta bez makowca, to nie święta”. Puściłam tę uwagę mimo uszu, chociaż miałam na końcu języka ripostę, że ciotka jako jedyna z gości nie przyniosła absolutnie niczego na wspólny stół. Wypominanie jej tego byłoby małostkowe i nie na miejscu, natomiast przyznaję, pomyślałam, że mogła chociaż kupić ten cholerny makowiec, jeśli tak jej był potrzebny do szczęścia. Nawiasem mówiąc, nie piekłam, bo za nim nie przepadam, a i nikt inny nie był tym ciastem zainteresowany, kiedy ustalaliśmy menu. Postawiliśmy sernik, piernik, tort węgierski i kruche ciasteczka. Moim zdaniem wystarczająco.

                                        Schody

Ze względu na nasze raczkujące tornado prezenty ustawialiśmy nie pod choinką, a na schodach. Podawaliśmy je gościom po kolei, co wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Jako pierwszy trafił w moje ręce akurat podarunek dla Księżniczki, która zresztą drzemała wówczas w swoim pokoju. Powiedziałam więc, że paczuszka jest dla małej (J., to była ta od Ciebie!) i że otworzymy ją, kiedy adresatka już wstanie. I wtedy nastąpiła kulminacja, kwintesencja i eksplozja usposobienia ciotki C. „No chyba przesadzacie!” – stwierdziła obrażona – „Księżniczka w ogóle nie powinna dostać prezentu, bo jest niegrzeczna!” Jako pierwszy zaoponował mój teść, który przecież miał jeszcze świeżo w pamięci naszą przeprawę z przychodnią specjalistyczną i godny podziwu spokój malutkiej. Gdzieniegdzie podniosły się głosy protestu, natomiast ciotka, niezjednana, oznajmiła: „Jest niegrzeczna, bo krzyczała i nie dała zjeść w spokoju”. Tia. Krzyczała dwa razy. Pierwszy, kiedy prześliczna wieczorowa sukienka (Ahaja, uściski!!!) przeszkadzała jej w raczkowaniu, drugi, kiedy zgłodniała. Zastanawiam się, czy dzieci, a później wnuki ciotki C.  potrafiły w tym wieku siedzieć przez trzy godziny wśród tylu ludzi w jednym miejscu i w całkowitym milczeniu… Jeżeli tak, to sama nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Niestety, ciotka musiała jakoś pogodzić się z faktem, że najwięcej prezentów było właśnie dla Księżniczki, co nas akurat wcale nie zdziwiło. Na sam koniec wysłuchaliśmy jeszcze piętnastominutowego (z zegarkiem w ręku!) wykładu na temat tego, że nie dysponujemy w domu łyżką do butów, a powinniśmy.

Przez moment po wyjściu gości byłam zła, ale chyba mogę zrzucić winę za ten stan na zmęczenie. W gruncie rzeczy jest mi ciotki żal. Wśród rodziny krążą o niej legendy, które znałam od bardzo dawna, ale nie miałam okazji przekonać się na własnej skórze o jej specyficznym podejściu do życia, a zwłaszcza do bliźniego. Mam wrażenie, że ona nie jest do końca świadoma tego, iż zraża do siebie innych. Nie sądzę, aby robiła to z premedytacją. Taki po prostu ma charakter. Chętnie zaproszę ją na wigilię również w przyszłym roku. Upiekę nawet ten makowiec i kupię łyżkę do butów, niech ma. Tylko tak sobie gdybam, że mnie jest łatwo, bo nie obcuję z ciotką na co dzień.  Nie jest moją siostrą, matką ani teściową…

Mojej mamie też zresztą daleko było do ideału, chociaż na pewno nie chciała dla mnie źle. W tych naprawdę złych momentach tata próbował jej tłumaczyć, że jeżeli nie zmieni swojego postępowania, to zostanie sama na starość; że pewnego dnia zamknę za sobą drzwi i już nie wrócę. Nie wiem, czy byłabym do tego zdolna, chociaż przyznaję, że i takie myśli krążyły mi po głowie. W każdym razie przypuszczam, że taki właśnie los spotkał ciotkę C. Jej dzieci wyjechały za granicę i bardzo rzadko ją odwiedzają. Nawet podczas pobytu w rodzinnym mieście wpadają najwyżej na przysłowiową kawkę i uciekają do znajomych albo dalszych krewnych. Faktem jest więc, że ciotka nie ma na miejscu nikogo, na kogo mogłaby liczyć. Dlatego zaprosiliśmy ją na wigilię… i być może dlatego ciotka C. stała się gwiazdą wieczoru.

 

Taka tam rodzina adopcyjna

Kto komu dodaje skrzydeł przed Świętami?

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie (Adam Mickiewicz)

Tam sięgaj, gdzie wzrost dosięga, łam, czego rodzic nie złapie (Księżniczka)

Pisząc „Odę do młodości”, nasz wieszcz narodowy miał 22 lata i chyba nie był jeszcze ojcem, a przynajmniej nie oficjalnie. Podejrzewam, że mimo tego w jego otoczeniu znajdowały się jakieś dzieci, bowiem fragmenty tego przełomowego utworu wypisz-wymaluj prezentują codzienność niemowlaka (bądź z niemowlakiem). Spójrzcie tylko na taki dwuwers:

„Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory”

Ową bryłą może być stolik kawowy, śmietnik na pieluchy tudzież trzykilowy worek ziemniaków. Słowem – wszystko, co da się przesunąć. Księżniczka literalnie pcha te przedmioty nowymi tory, zamieniając często także przód z tyłem albo pion z poziomem i dzielnie (inna rzecz, że mało skutecznie) walcząc z prawami grawitacji.

O, albo na ten fragment:

„W krajach ludzkości jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha.”

U Księżniczki te żywioły chęci często uaktywniają się właśnie wtedy, kiedy w naszej sypialni jeszcze noc głucha. Na przykład przedwczoraj o piątej rano wstała w łóżeczku, oparła się o barierkę niczym o balustradę balkonu i zaczęła… śpiewać. Nie wiem co, nie znałam tego kawałka… być może własną wersję „Ody do młodości”. No i niestety, w takich sytuacjach to już „nie ma zmiłuj”, jej miłość zionie takim ogniem, że nasz zaspany świat ducha musi wyjść z zamętu i okazać małej przynajmniej minimum zainteresowania.

W związku z tym, że Księżniczka opanowała do perfekcji sztukę raczkowania i wstawania, a także wspinania się na wszystko (choć to akurat w stopniu średnio zaawansowanym), musieliśmy obniżyć jej łóżeczko do najniższego poziomu. Lada chwila przyjdzie czas na wymontowanie trzech ruchomych szczebelków, a wtedy to już tylko witaj, jutrzenko swobody!

christmas-2994875_960_720

No dobra, a teraz poważnie. Ciasteczka upieczone, prezenty zapakowane, zakupy zrobione, sprzątanie w toku (a przynajmniej tak sobie wmawiam dla lepszego samopoczucia). Za chwilę zaczniemy z P. ubierać choinkę, co jest tym zabawniejsze, że jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie ją postawimy… ani tym bardziej jak ustrzeżemy przed naszym dziewięciomiesięcznym terminatorem. Rozważaliśmy powieszenie jej za oknem (choinki, nie terminatora), tak aby była widoczna tylko przez szybę, postawienie na balkonie u sąsiada naprzeciwko, namalowanie drzewka na ścianie zmywalną farbą albo przyczepienie kilku gałązek pod sufitem. Ponieważ jednak żadna z opcji i tak nie jest w stanie uchronić mieszkania przed destrukcyjną siłą raczkującego bobasa, P. zrezygnowany przytachał przed chwilą z piwnicy nasz sztuczny świerk.

Zmykam zatem go dekorować, natomiast Wam, Kochani, życzę, co następuje:

Żeby przy Waszych wigilijnych stołach zasiedli ci, którzy są najbliżsi Waszym sercom;

Żeby ciotka tym razem nie zalała obrusu barszczem, teściowa nie skrytykowała pierogów, a ojciec wyjątkowo nie mówił o polityce… a nawet, jeśli coś z tego nastąpi, życzę, abyście umieli skwitować to ze szczerym i beztroskim uśmiechem;

Żeby pod choinką czekały na Was prezenty dane z serca, choćby miały to być skarpety w renifery (tak sobie teraz myślę, dlaczego nikt nigdy mi takich nie kupił?);

Żeby w Waszych rodzinach ani w te Święta, ani w nadchodzącym 2018 roku nie zabrakło miłości, wyrozumiałości, wzajemnego szacunku, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Kochani!

Ps1. Izzy, Ahaja, J. – dziękuję za wspaniałe niespodzianki. Jesteście niesamowite!!!

Ps2. Rzucam się w wir przedświątecznych przygotowań, więc pewnie na kilka dni zamilknę. Zakładam, że Wy podobnie. Gdybyście jednak znaleźli chwilę oddechu pomiędzy karpiem a pasterką, to zapraszam już w wigilię do lektury króciutkiego, chociaż bardzo osobistego wpisu.

Taka tam ja...

Kolędy, prezenty, renifery i inne składowe świątecznej atmosfery

Był początek grudnia, jakoś u progu obecnego tysiąclecia. Pewien licealista przyszedł właśnie w odwiedziny do swojej ukochanej. Już od wejścia (oprócz dziewczyny) powitało go tubalne (i chóralne) „Gdy się Chrystus rodzi” w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, wybrzmiewające z komputera na całe mieszkanie.

Jak tu u was fajnie, tak świątecznie. Twój tata chyba już czuje atmosferę Bożego Narodzenia, co? – zauważył z uśmiechem.

Atmosferę? Co ty! Tata kupił nowe głośniki do komputera i od wczoraj testuje ich moc… na pierwszej płycie, która akurat była pod ręką.

No tak, nowa zabawka… – pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ów licealista to P.,  jego dziewczyna to oczywiście ja, a prawda o tym wydarzeniu leżała gdzieś pośrodku. Faktycznie, mój tata nie odbiega po tym względem od stereotypowego wyobrażenia mężczyzny, który nie potrafi się oderwać od nowej zabawki. Całe szczęście, że kupił głośniki, a nie na przykład piłę łańcuchową albo młot pneumatyczny. Mazowsze brzmi zdecydowanie przyjemniej. Tylko dlaczego przez 8 godzin dziennie…? Natomiast skutkiem ubocznym testowania wspomnianego nabytku rzeczywiście było stworzenie w domu namiastki gwiazdkowego klimatu.

To wspomnienie cały czas budzi we mnie uśmiech. Z ową świąteczną atmosferą bywało w naszym domu różnie, zwłaszcza w samą Wigilię, ale o tym nie chcę dzisiaj pisać. Do pewnego momentu, póki byłam jeszcze dzieckiem, faktycznie Boże Narodzenie miało dla mnie taką magię, jaką dziś pokazuje się w reklamach. Uwielbiałam ten przedgwiazdkowy klimat: porządki, ubieranie choinki, gotowanie i pieczenie. Większość Wigilii spędzaliśmy z rodzicami tylko we troje (najbliższą rodzinę mieliśmy albo 400 km od domu, albo za granicą) i chociaż zawsze marzyłam o licznych gościach przy stole, to taka kameralna kolacja też miała swój urok.

Odkąd pamiętam, do moich obowiązków należało ubieranie choinki, w czym zwykle towarzyszył mi tata. Kiedy byłam jeszcze zupełnie mała, wytrzasnął skądś dwa czarno-białe szablony aniołków z papieru, które po sklejeniu wieszało się na świątecznym drzewku. Jednego z nich kolorował sam, drugiego dał mnie. Nie wiem, co się stało z tym pierwszym, ale drugi, pogryzmolony przez moje trzyletnie rączki, wisiał na choince każdego roku przez dobre 20 lat. Tata nie pozwolił mi go wyrzucić. Razem z ojcem robiłam również pierogi, co praktykuję po dziś dzień. Mama z kolei zawsze piekła moje ulubione ciasto. Im byłam starsza, tym chętniej uczestniczyłam we wszystkich przygotowaniach, umilanych przez dźwięki jednej z dwóch płyt – oczywiście winylowych – z kolędami. Może nie powinnam się przyznawać, ale w dzieciństwie uwielbiałam tę z utworami Krzysztofa Krawczyka. W noc przed Wigilią przeważnie nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice nucili mi wtedy fragmenty dwóch jego pastorałek: „nie chcesz spać, bo dzisiaj noc, niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok kołysały nas do snu” albo „jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”. Mówcie, co chcecie, ale wciąż mam sentyment do tych piosenek. Już jako mężatka kupiłam mamie ten album w wersji CD. Dziś mam go w domu. Jest jedną z niewielu pamiątek, które zabrałam z mieszkania rodziców po jej śmierci.

Krawczyk24651112_1914484945260917_36890445_o

Krótko przed Bożym Narodzeniem przychodziły do nas dwie paczki. Pierwsza od babci I., zawierająca jakieś upominki i „ciasteczka babuni” – czyli różnokształtne kruche ciastka z cukrem na wierzchu. Co prawda nie przepadałam za nimi, ale ich pojawienie się w domu było nieomylnym znakiem, że święta tuż tuż. Druga przesyłka przybywała prawie z drugiego końca świata od wujka K. Były tam dobra, których w naszym kraju brakowało: pomarańcze, prawdziwe salami (z osła! Do dziś się dziwię, jak ja mogłam to jeść), kawa w charakterystycznym złotym opakowaniu i biała czekolada z kokosem, moja najulubieńsza na świecie. Zmieszanego zapachu tych produktów nie da się porównać z niczym innym. Do dziś Boże Narodzenie kojarzy mi się z wonią pomarańczy i kawy… (i tego salami w sumie też, jak się głębiej zastanowić… miało intrygujący aromat, silniejszy i przyjemniejszy niż popularne u nas wędliny tego typu). Kiedy myślę o współczesnych dzieciakach, mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie, że dorastają w czasach, kiedy niczego nie brakuje, a luksusowe niegdyś towary są na wyciągnięcie ręki w osiedlowej Biedronce. Z drugiej jednak mam wrażenie, że ulatuje gdzieś ta wyjątkowość, a przesyt wszystkiego sprawia, że mniej docenia się drobne rzeczy i gesty.

Innym elementem świątecznej magii było to, że pod choinką niemal zawsze znajdowałam wymarzony prezent; zarówno wtedy, kiedy jeszcze wierzyłam w św. Mikołaja, jak i później. Inna rzecz, że rodzice bardzo umiejętnie kierowali moimi dziecięcymi marzeniami. Chyba nie zdarzyło mi się pożądać czegoś, co byłoby poza zasięgiem rodzicielskich możliwości (nie tylko finansowych; listy do Gwiazdora zaczęłam pisać jeszcze wtedy, kiedy w sklepach w ogóle mało co było). Pamiętam, że któregoś roku zapragnęłam czerwonego wózka spacerowego dla lalki. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego akurat w tym kolorze. Co gorsza, był najwidoczniej niedostępny ani w naszym mieście, ani w dużo większym, gdzie mieszkały moje babcie. Mama już kilka tygodni przed świętami nastawiała mnie, że być może Mikołaj nie da rady wyprodukować czerwonego, bo jest ryzyko, że zabraknie mu materiału. Chyba faktycznie tak się stało, gdyż w prezencie otrzymałam spacerówkę  w odcieniu przybrudzonej żółci, z której zresztą bardzo się ucieszyłam i która naprawdę długo mi służyła. Trudno zapomnieć radość z odpakowywania wymarzonych upominków. Chciałabym, żeby moje dziecko również mogło jej doświadczyć…

…tylko tu pojawia się pewne „ale”, poruszone ostatnio m.in. na blogu Ahai. Nie chcę, żeby Księżniczka wiązała Boże Narodzenie głównie z prezentami i czekała na nie jedynie z myślą, że dostanie kolejną lalkę albo zestaw klocków. I już wiem, że wychowanie jej w takim duchu będzie naprawdę trudne; nie tylko dlatego, że jest jedyną córką i wnuczką (my z P. też byliśmy w takim położeniu), ale przede wszystkim ze względu na to, iż konsumpcjonizm atakuje z mediów, billboardów, ulotek i witryn sklepowych. Wyznacznikiem „fajności” w grupie rówieśniczej staje się model iPhone’a lub marka obuwia. To szaleństwo widać chyba najwyraźniej w przypadku I komunii świętej, a P. i ja ciągle naiwnie się łudzimy, że przez te parę lat, które dzielą Księżniczkę od wspomnianego sakramentu, jakoś ten wyścig (szczurów? zbrojeń? głupoty?) się zakończy. Mam świadomość, jak ważna dla dorastającego dziecka jest akceptacja przez grono koleżeńskie… i nie chcę, żeby nasze dziecko odstawało od innych wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Doświadczenie mówi mi, że często skutek tego typu działań rodzicielskich jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. W każdym razie myślę (może naiwnie), że złoty środek pomiędzy „być” i „mieć” jest możliwy, tylko na pewno niełatwy do osiągnięcia.

Póki co w ramach świątecznych przygotowań zrobiłam Księżniczce playlistę bożonarodzeniowych utworów (kolęd, pastorałek i nie tylko). Puszczam jej już niektóre z nich, wracając wspomnieniami do czasów, kiedy byłam niewiele starsza od niej… ale o gwiazdkowych piosenkach następnym razem. 🙂

PS. Kiedy szukałam dla Was zdjęcia tej winylowej płyty Krawczyka, Google rzuciło mnie na stronę z aukcjami pt. „Antyki i starocie”. Naprawdę? To już? Mówiąc po internetowemu, jestę antykię. I starocię. Heh.

Droga po szczęście, Takie tam różne

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  😎 . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę 😉 ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy 🙂 .

Bajki adopcyjne

Najpiękniejszy prezent

Zbliżało się kolejne Boże Narodzenie. W sklepach pełno było już świątecznych dekoracji i upominków, a po zmroku ulice miast tonęły w blasku kolorowych iluminacji. Wszyscy sprzątali mieszkania, kupowali prezenty i piekli pachnące pierniczki.

Daleko na Biegunie Północnym Święty Mikołaj siedział w wielkim czerwonym fotelu i z uwagą czytał listy od dzieci z całego świata. Tak naprawdę większość z nich była do siebie podobna. Na przykład Lisa z Londynu prosiła o lalkę Elzę – tak samo jak 20784 dziewczynki z różnych krajów. Michałek z Wrocławia wymarzył sobie zestaw klocków Lego z postaciami z „Gwiezdnych wojen”. 33862 innych chłopców chciało dostać to samo. Każde z dzieci zapewniało, że było grzeczne i zasłużyło na upominek pod choinką. Mikołaj dopisywał więc do swojej listy kolejne imiona, adresy i nazwy prezentów, po czym przekazywał je Elfom, które pracowały w jego fabryce.

W pewnym momencie, kiedy był już bardzo, bardzo zmęczony i właśnie zamierzał iść spać, w jego ręce wpadł nietypowy list, zapakowany w zwykłą białą kopertę, opatrzony znaczkiem z Polski i zaadresowany dorosłym pismem. Często się zdarzało, że rodzice wyręczali najmłodsze dzieci w pisaniu do Mikołaja, ale tym razem staruszek czuł, że było inaczej. Koperty od maluchów pachną kaszką albo kremem Bambino, czasem są poklejone od czekolady lub lizaków. Ta natomiast była czyściutka i pachniała szczerymi łzami. Święty otworzył ją i był już pewien, że się nie pomylił. List rzeczywiście napisali dorośli, a brzmiał on tak:

Szanowny Panie Mikołaju!

Przepraszamy, że zawracamy Panu głowę tuż przed Bożym Narodzeniem. Wiemy, że przychodzi Pan tylko do dzieci, w dodatku grzecznych. Od dawna już sami kupujemy sobie prezenty. Niestety, jest taki jeden podarunek, którym pomimo chęci nie potrafimy siebie obdarować. Nie możemy mieć dziecka… W ten wigilijny wieczór puste nakrycie przy stole po raz kolejny będzie przypominało, że kogoś wśród nas brakuje. I zamiast się cieszyć świętami, będziemy na pewno bardzo smutni. Próbowaliśmy już wszystkiego, żeby mieć potomka! Byliśmy u Pani Doktor, Dobrej Wróżki i w Biurze Rzeczy Zaginionych. Bezskutecznie. Braliśmy nawet udział w licznych konkursach, ale niestety udało nam się wygrać tylko parę skarpetek i garść cukierków, które rozdaliśmy pociechom sąsiadów. Jest Pan więc naszą ostatnią nadzieją! Wiemy, że obserwuje Pan wszystkie dzieci świata. Może jest gdzieś takie, które potrzebuje rodziców? Tak bardzo pragnęlibyśmy się nim zaopiekować… Prosimy, Panie Mikołaju, niech nam Pan pomoże!

Z poważaniem

Mama i Tata

Święty Mikołaj bardzo się wzruszył. Pamiętał nadawców listu jeszcze z czasów ich dzieciństwa i wiedział, że mają dobre serduszka. Pomimo zmęczenia i późnej pory postanowił więc im pomóc. Wezwał do siebie Elfy i kazał im na nowo poustawiać wszystkie lunety, a potem patrzeć przez nie tak długo, aż zobaczą dziecko, które nie ma swoich rodziców. Elfy patrzyły, szukały, przecierały soczewki i tysiące razy ustawiały ostrość obrazu, aż w końcu znalazły małego chłopca, który najpierw długo leżał w szpitalu, a potem zamieszkał z ciocią, wujkiem i wieloma innymi dziećmi w Pogotowiu Opiekuńczym. Nie mógł tam jednak zostać na zawsze, dlatego trzeba było szybko odnaleźć jego rodziców. Elfy natychmiast zameldowały o tym Mikołajowi. Staruszek zaś od razu zadzwonił do Śnieżynki – swojej pomocnicy w mieście, w którym mieszkali Mama i Tata. Wystarczyło jedno słowo, żeby wiedziała, co ma robić. Prędziutko pozałatwiała Pilne Sprawy, wypełniła Ważne Dokumenty i powiadomiła Mamę i Tatę, że w Boże Narodzenie ich rodzina się powiększy.

W ten sposób dzięki pomocy Świętego Mikołaja, Elfów i Śnieżynki Mama i Tata dostali pod choinkę najwspanialszy prezent na świecie. Zostali rodzicami cudownego chłopczyka. Od tamtej pory żyją sobie szczęśliwie we troje jako pełna rodzina i co roku wspólnie obchodzą Gwiazdkę, a Święty Mikołaj zawsze o nich pamięta i przesyła im jakiś mały podarek.