Ci, bez których nie jestem sobą

Zwyczajna niezwyczajna. O mojej bohaterce

Siedzę od dobrych kilkunastu minut nad pustą stroną i nie wiem, jak zacząć. Kursor nieznośnie miga, jak gdyby ponaglając, ale wyjątkowo trudno jest mi znaleźć odpowiednie słowa. Chcę Wam dzisiaj przedstawić osobę, którą podziwiam za to, jakim jest człowiekiem. Nie będzie to historia żadnej Matki Teresy ani Ireny Sendlerowej, ale zwykłej kobiety, która imponuje mi siłą swojego charakteru. 

Anna, bohaterka niniejszej opowieści, będąc młodą, zdolną i ambitną studentką, poznała – jak sądziła – miłość swojego życia. Janusz nie miał konkretnego wykształcenia, pracował w fabryce jako mechanik. Był za to czarujący i wydawał się akceptować Annę pomimo jej licznych (choć w moim mniemaniu w większości niesłusznych) kompleksów. Wzięli szybki ślub, a niedługo później urodziła im się córka Kasia. Był sam środek stanu wojennego, wszystkiego brakowało, a Janusz zaczął coraz częściej znikać z domu. Kiedy się wreszcie pojawiał, nie wykazywał skruchy, a za swoje postępowanie obwiniał żonę, wymyślając coraz to gorsze przykrości, włącznie z wytykaniem jej, że po porodzie stała się nieatrakcyjna. Niedługo później małżeństwo się rozpadło, a Janusz na stałe się wyprowadził. Anna została sama z małą Kasią. Przy niewielkiej pomocy swojej rodziny jakoś sobie radziła, chociaż łatwo nie było…

Janusz jednak zreflektował się po dwóch czy trzech latach i zaczął błagać żonę o przebaczenie. Opiekował się też córką i wspierał je obie finansowo. Anna, walcząc ze sobą, postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę. Ponownie ze sobą zamieszkali, czego efektem było pojawienie się na świecie Zosi, ich drugiej pociechy. Malutka urodziła się dzięki cesarskiemu cięciu, niestety, wykonanemu fatalnie. Dziecko wypisano ze szpitala zdrowe, jego matkę już niekoniecznie. Nie chcę pisać, co dokładnie się stało, grunt, że powikłania po zabiegu były dla Anny koszmarne w skutkach, bowiem niestety powodowały przypadłości utrudniające normalne funkcjonowanie i będące szczególnie przykrymi dla kobiety. Jak łatwo się domyślić, Janusz wzgardził „wybrakowaną” żoną i porzucił ją po raz drugi. Tym razem było to wyjątkowe świństwo, ponieważ jako samotna matka Anna straciła prawo do zajmowanego dotychczas mieszkania – wygodnego, nowego i przestronnego (żeby nie wdawać się w zbędne szczegóły, nadmienię tylko, że było to coś w rodzaju lokalu służbowego jej męża, choć w nie do końca standardowym rozumieniu). Musiała zatem przeprowadzić się z dziewczynami w gorsze, ale na szczęście wciąż przyzwoite warunki. Stan zdrowia utrudniał jej podjęcie pracy, poza tym nie miała rodziny na miejscu,  zaś malutkie córki wymagały opieki. W dodatku, ze względu na przemiany ustrojowe, był to czas rosnącego gwałtownie bezrobocia, a i o alimentach na dzieci mogła jedynie pomarzyć…

Kolejne lata nie przyniosły żadnych pozytywnych zmian. Anna w końcu znalazła pracę, a raczej prace, bowiem harowała na dwa etaty, żeby jakoś związać koniec z końcem. W dodatku jedno ze stanowisk miała w swoim mieście, drugie 40 kilometrów dalej… Bywało więc tak, że o szóstej rano wysiadała z pociągu po całej nocy fizycznej pracy, aby o siódmej być już w kolejnym miejscu zatrudnienia i tkwić w nim do piętnastej, a wieczorem od nowa… Rodzice Anny podjęli się stałej opieki nad Zosią, zabierając ją na jakiś czas do swojego domu, co z jednej strony było dla samotnej matki ogromną pomocą, ale z drugiej narażało na szwank jej więzi z zaledwie kilkuletnim maluszkiem.

Piszę dzisiaj o Annie, ponieważ bardzo dobrze pamiętam ją z tamtego okresu, mimo że sama byłam wtedy jeszcze dzieckiem, niewiele zresztą starszym od Zosi. Wiedziałam, że jest w finansowych tarapatach i że ma kłopoty ze zdrowiem. Zawsze jednak emanowała od niej ogromna siła, połączona ze spokojem i pogodą ducha. Mnie, pewnie wówczas szczerbatą smarkulę, traktowała jak równą sobie, bez gombrowiczowskiego upupiania, charakterystycznego dla innych dorosłych. Miała (i ma do tej pory) ogromny talent do wszelkich robótek ręcznych. Przynosiła mi własnoręcznie zrobione ubranka dla lalek, a potem serwetki zdobiące mój pokój tak długo, dopóki go zajmowałam. Kiedy po latach zapraszaliśmy ją z P. na nasz ślub, poprosiłam, aby zamiast kupnego prezentu podarowała nam jakiś zrobiony na szydełku drobiazg. Otrzymaliśmy piękną serwetę, delikatne serwetki i misternie wydzierganą poszewkę na jaśka. Korzystamy z nich do tej pory, dbając jak o największy skarb. Nigdy też nie zapomnę smaku kruchych ciasteczek w kształcie serc, które przynosiła czasem do kawy. Były to jedne z lepszych wypieków tego typu, jakie w ogóle jadłam.

Lata mijały… córki Anny pokończyły szkoły, starsza wyszła za mąż i planowała zostać mamą, młodsza zaczynała pracę zawodową. Ich mamie w międzyczasie udało się zamienić dwa etaty na jeden, dający jako taką stabilizację. Wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu, tym bardziej, że Anna spotkała na swojej drodze mężczyznę, którego jako pierwszego od rozpadu swojego małżeństwa obdarzyła pełnym zaufaniem. Jak na ironię, był imiennikiem jej byłego męża, ale żartowała, że takie jest widocznie jej przeznaczenie. Wspólnie świętowali narodziny Amelki, córki Kasi. Anna zaczęła czuć, że naprawdę żyje.

Nie potrafię sobie przypomnieć, ile czasu trwał jej związek z nowym partnerem. Rok, dwa, może trzy… Janusz zginął w wypadku samochodowym, spowodowanym przez innego kierowcę. Kilka miesięcy przebywał w śpiączce, ale w końcu jego ciało się poddało. Niedługo później śmierć zabrała Annie także przyjaciółkę, na którą zawsze mogła liczyć i z którą przez trzydzieści lat wzajemnie wspierały się w trudnych chwilach. Moją mamę…

Krótko po zakończeniu kursu w OA przypadkiem spotkałam bohaterkę mojej historii w jej obecnym miejscu pracy. Od razu opowiedziałam o naszych adopcyjnych planach. Pogratulowała z całego serca, przy okazji dzieląc się radosną nowiną, że również Zosia spodziewa się dziecka. Jej synek i moja Księżniczka są zatem rówieśnikami. Kiedy zabraliśmy córcię do domu, Anna była jedną z pierwszych osób, którym wysłałam zdjęcie małej… Odkąd pamiętam, jest dla mnie jak rodzina. Może to głupie, ale uśmiecham się za każdym razem, kiedy jej nazwisko miga mi gdzieś w aktualnościach na Facebooku. Od zawsze imponuje mi swoją siłą charakteru, wiarą w ludzi i w lepsze jutro pomimo wszelkich przeciwności. Dlatego Wam o niej napisałam.

Pani Anno, jeżeli dotarła Pani do tego wpisu…

… proszę nie mieć mi za złe, że go popełniłam. Zasługuje Pani na pomnik albo przynajmniej medal, a na pewno coś więcej, niż tylko moją pisaninę. Proszę wybaczyć także drobne faktograficzne nieścisłości. Część z nich zaistniała celowo, przez szacunek dla Pani prywatności, inne być może wynikają z zawodności ludzkiej (zwłaszcza dziecięcej) pamięci.

Dziękuję za wszystkie soboty przy kawie i sweterki dla lalek, ale przede wszystkim za to, że wspierała Pani moją mamę bez względu na wszystko. Życzę, choć to może zabrzmi banalnie, aby choć raz los okazał się naprawdę sprawiedliwy i okazane dobro do Pani wróciło… najlepiej na stałe.

Reklamy
Droga po szczęście, Takie tam różne

Nowy Rok, nowe nadzieje

Co roku powtarzam, że 2 stycznia powinien być dniem ustawowo wolnym od pracy, żeby spokojnie dojść do siebie po pierwszym. Leczący dzisiaj kaca na pewno się ze mną zgodzą, chociaż w moim przypadku wcale nie chodzi o przypadłości poalkoholowe. Jestem z zasady niepijąca. Jako typowy skowronek chadzam za to spać wcześnie i wcześnie też wstaję, dlatego nocne szaleństwa i późniejszą niż zwykle pobudkę najczęściej przypłacam migreną i takim dziwnym poczuciem odrealnienia, które nie opuszcza mnie aż do następnego, roboczego już poranka.

Dziś jest podobnie, ale mimo tego inaczej. Po pierwsze dlatego, że przed chwilą zamknęłam drzwi za naszymi sylwestrowymi gośćmi i właściwie dopiero zaczynam swoją codzienną rutynę (zmywanie, pranie, szykowanie do pracy – wiecie, o co chodzi). Drugim powodem jest natomiast to, że wstałam o w miarę normalnej porze, dlatego mój organizm nie doznał aż takiego szoku czasowego. Czekam więc właśnie aż mi wyschnie podłoga w przedpokoju, co stanowi dobrą okazję do naskrobania kilku przemyśleń i podsumowań. Jako że Nowy Rok sprzyja porządkowaniu spraw i tworzeniu różnych list, moje refleksje również będą w punktach.

  1. Rok 2016 zdecydowanie nie należał do udanych. Choroba taty, ciągnące się miesiącami problemy z autem, telenowela z ogrzewaniem i komplikacje w pracy naprawdę dały się nam obojgu we znaki. Zresztą nie tylko nam. W nocy dostałam wiadomość od E., dla której bilans minionych 12 miesięcy był jeszcze gorszy. Z ulgą więc (choć jak wiadomo tylko symbolicznie) oddzielam poprzednie 366 dni grubą kreską i zaczynam nowy rozdział.
  2. Pomimo powyższego przynajmniej ostatnie chwile zeszłego już roku spędziliśmy najlepiej, jak tylko można, bo w gronie przyjaciół. Cyngiel za pomocą projektora potrafił w naszym zagraconym „salonie” stworzyć iście imprezowy nastrój, którego nie zburzyły nawet wywody o wyższości wakeboardingu nad wyczynową jazdą na nartach 😉 M. z K. wreszcie zdecydowali się nas odwiedzić, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju świętem. Oboje stanowią ten rodzaj gości (przepraszam za to etykietowanie, tak jest wygodniej :)), których obecność nawet po dłuższym czasie nie męczy, a wydaje się zupełnie naturalna. Obrazu dopełnia ich córeczka – mały, rozczochrany aniołek, bardzo bystry i komunikatywny jak na swoje „rok i trochę”. Dwa dni spędzone w kuchni na gotowaniu i pieczeniu warte były tego spotkania. Zabrakło w naszym gronie jeszcze jednego przyjaciela, który wykruszył się w ostatniej chwili – oby ta z pewnych względów ryzykowna decyzja okazała się dla niego korzystna, czego mu szczerze życzymy.
  3. Reksio znosił huk petard dzielniej niż zwykle i tym razem obyło się bez 24 godzin nieustannego szczekania. Dał się nawet w nocy wyprowadzić na spacer, co w poprzednich latach było nie do pomyślenia. Córeczki naszych gości trochę się bał. Widać, że nie jest przyzwyczajony do takich małych dzieci, bo brakuje mu wyczucia. Albo szczekał na małą z daleka i zrywał się z miejsca, kiedy tylko ona wstawała, albo przeciwnie – podchodził do niej i próbował zalizać ją na śmierć. Już widzę, że czeka nas sporo pracy po TYM telefonie, ale widać przynajmniej światełko w tunelu. 🙂
  4. Moje noworoczne postanowienie jest takie, żeby… nie formułować żadnych noworocznych postanowień. Pewnie, że coś by się znalazło. Muszę zrzucić kilka kilogramów, zacząć pisać pracę na studiach, chciałabym więcej biegać i częściej odwiedzać babcię – ale nie planuję uczynić z tego żadnej „TO DO LIST”, z której będę musiała się potem sama przed sobą rozliczać. Zamierzam zacząć ten rok z nadzieją i optymizmem.

I tego właśnie Wam wszystkim życzę. Pozytywnego nastawienia do świata przez całe najbliższe 365 dni. „Dobra wola przyciąga dobrą wolę” jak mawiał ojciec mojej Siostry. I oby tak było. Niech MOC będzie z Wami!