Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy 😉 ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? 😉

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

Księżniczka ma cztery miesiące.

No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  😆 )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

Bestiariusz - kto jest kim na Stożkach, Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym 😆 . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa 😉 .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  😎 . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA – DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie 🙂

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie 😳 . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Droga po szczęście, Taka tam ja...

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

– opiekunem,

– towarzyszem zabaw,

– przyjacielem i powiernikiem sekretów,

– nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

– lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

– osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

– sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

– adwokatem,

– głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.