Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna

Między młotem a pryczą. Jak punkt siedzenia zmienia punkt myślenia

Mojego przyjaciela M. długo uważałam za pirata drogowego. Do tej pory czasem mu w żartach dogryzam, że nie umie prowadzić, mimo iż w rzeczywistości jest dużo lepszym kierowcą ode mnie. Sprawa miała swój początek dawno temu, kiedy M. wkręcał mnie, że nie ma prawa jazdy, a ja, patrząc na jego drogowe wyczyny, prawie mu uwierzyłam. Jakiś czas później jechałam z delegacją moich harcerek na pewną imprezę. Ponieważ pociąg zatrzymywał się kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego, M. zaproponował odebranie nas z dworca samochodem. Zgodziłam się głównie dlatego, że druga z możliwych opcji była jeszcze gorsza 😉 . Moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem dojechaliśmy wszyscy cało, spokojnie i bezpiecznie. Musiałam jednak mieć niepokój wymalowany na twarzy, bo nasz kierowca w pewnym momencie rzucił z naganą w głosie: „czyżbyś wątpiła, że z dziećmi na pokładzie będę jechał ostrożnie?”.

auto-2546073_960_720

Dzisiejszy wpis nie jest jednak ani o M., ani o popisach za kółkiem. Jest o tęsknocie duszy.

Kiedyś popełniłam tekst o zapachach(KLIK), które przywodzą na myśl konkretne skojarzenia. Być może pamiętacie, że są dwie takie wonie, bez których nie wyobrażam sobie życia: aromat świeżo zmielonej kawy oraz letni zapach lasu. O ile pierwszy z nich dodaje energii, o tyle drugi niezmiennie roztapia moje serducho…

Wczoraj wczesnym rankiem byłyśmy z Księżniczką na długim spacerze. Kiedy weszłyśmy w mniej uczęszczaną alejkę parku, zapachniało… obozem. Jeśli ktoś z Was był w harcerstwie, to wie, o czym mówię. Ściółka wilgotna jeszcze od porannej rosy, w powietrzu wyczuwalna już duchota upalnego dnia. Żywica, igliwie, mdła woń słodkiej wody i wodorostów. Na mnie to działa jak impuls, wyzwalający coś wdrukowanego przez jakiegoś przebiegłego hipnotyzera z przeszłości: mam ochotę natychmiast rzucić wszystko (no, może poza Księżniczką) i wyjechać nad jezioro pod namiot. Kompletnie nic nie potrafię na to poradzić, mimo że jestem starą babą i wielu rzeczy już mi nie wypada. Nie wyrosłam z munduru i chyba to się już nie zmieni.

nature-3474826_960_720

Spacerując tymi ścieżkami z córką, która z zachwytem dotykała każdego nowego krzaczka i pokazywała paluszkiem każdy kamyczek, gałązkę czy listek, uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała ją kiedyś zapisać do harcerstwa, to kurczę, w naszej okolicy nie ma gdzie… Moje środowisko wymarło kilka lat po tym, jak oddałam drużynę. Bratnia organizacja w moim mieście działa bardzo prężnie pod względem struktur i bazy materialnej, ale za grosz nie ufam tamtej kadrze. Spore grono młodziutkich instruktorów stamtąd jest lub było moimi uczniami. Pomimo całej sympatii do nich, nie powierzyłabym im własnego dziecka na dłużej niż godzinę.

I teraz właśnie dochodzę do związku początku wpisu z jego głównym wątkiem. Wśród znanych mi opiekunów z (różnych) organizacji młodzieżowych nie umiem dostrzec takiego balansu pomiędzy odpowiedzialnością a zdrowym szaleństwem, jaki cechował moje pokolenie. M., mimo tego, że na co dzień wariat, o swoje zuchy troszczył się jak ojciec. Dlatego we wstępie podałam ten przykład z prowadzeniem samochodu: kiedy w grę wchodzi troska o podopiecznych, trzeba schować do kieszeni własne ego, a wyciągnąć wyobraźnię i dojrzałość, czy się tego chce, czy nie. W swojej drużynie przeżyłam (włącznie ze sobą i dwiema moimi następczyniami) pięć drużynowych. Za każdą mogłabym ręczyć, podobnie jak za wiele koleżanek i wielu kolegów z zaprzyjaźnionych środowisk.

Nie chcę narzekać na „dzisiejszą młodzież”, bo byłaby to z mojej strony niekonsekwencja i w pewnym sensie hipokryzja. Uwielbiam moich uczniów, a większość z nich uważam za bardzo obiecujących, zdolnych (w najszerszym możliwym znaczeniu tego słowa), twórczych i przesympatycznych młodych ludzi. Mam jednak wrażenie, potwierdzane nie tylko przez innych nauczycieli, ale także przez specjalistów, że kolejne pokolenia dojrzewają coraz później. W końcu normą stają się trzydziestolatkowie, mieszkający nadal z rodzicami. W swojej praktyce dostrzegam, że zachowania, które kiedyś charakteryzowały dzieci z podstawówek, dzisiaj coraz częściej pojawiają się w szkołach średnich. Pierwszy z brzegu przykład: chłopak z klasy maturalnej, zapytany, co lubi robić w wolnych chwilach, ku uciesze gawiedzi odpowiedział: „kupę!”. Kiedyś wspominałam też o osiemnastolatku, który chciał, żeby liceum nauczyło go prasować koszule. Trudno mi jakoś jednoznacznie zinterpretować to zjawisko. Nawet nie wiem, czy jest sens szukać winnych (czytaj: zły system edukacji, „bezstresowe wychowanie” w domu, głupkowata rozrywka w mediach etc.). Być może to po prostu znak czasów. A może to ja, z perspektywy kobiety w wieku 30+, zaczynam surowiej oceniać młodzieńcze wybryki…

jump-1209647_960_720

… w końcu wsadzenie podopiecznych do jednego samochodu z M., któremu nie ufałam jako kierowcy, też nie było z mojej strony zbyt rozsądne. Tylko że mnie chodzi o trochę inny rodzaj odpowiedzialności: o takie, mówiąc potocznie, życiowe ogarnięcie. O umiejętność przyjęcia konkretnej postawy i podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. O to, żeby wiedzieć, co robić, kiedy wydarzy się coś niespodziewanego…

Nie wiem jeszcze, co będzie za te kilka czy kilkanaście lat, kiedy Księżniczka zacznie rozwijać swoje pasje. Nie chcemy jej z P. ani do niczego zmuszać, ani tym bardziej zniechęcać. Pewnie, że gdzieś w sercu marzę o tym, żeby zobaczyć ją w szarym mundurku z Krzyżem Harcerskim na piersi. Raczej nie jestem jednak typem rodzica, który będzie przelewał na dziecko swoje niespełnione ambicje. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się pod żadnym względem niespełniona. Po drugie – to się nigdy dobrze nie kończy. Jeżeli będzie okazja i młodej harcowanie się spodoba, to super. Jeśli zamiast tego wybierze balet, klub karate albo lekcje fińskiego, też świetnie. I tak pewnie będę umierać z niepokoju, czy jest pod właściwą opieką…

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉

Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Takie tam różne

Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

–  A chcielibyście?

Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

Taka tam ja...

Ja, BELFER

Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, od dawna wiedzą, czym się zajmuję zawodowo. Początkowo wzbraniałam się przed ujawnianiem tego na blogu – głównie z tej przyczyny, że potrzebowałam jakiejkolwiek przestrzeni wolnej od pracy. Dom niestety się do niej nie zalicza ze względu na wszechobecne konspekty, karty pracy, książki metodyczne i kartkówki, o innych papierach nie mówiąc. Ponieważ temat mojego zarabiania na chleb wypłynął ostatnio podczas kilku dyskusji na różnych forach i blogach, czas skończyć z tą tajemnicą Poliszynela i wyznać otwarcie: jestem nauczycielką. Z powołania. Jest to zawód, który zawsze chciałam wykonywać i chociaż pierwsza otrzymana przeze mnie oferta zatrudnienia w szkole była obarczona dość dużym ryzykiem, przyjęłam ją i nie żałuję.

W mojej pracy najbardziej kocham…

Młodzież. Serio. Uwielbiam moich uczniów. Wcale nie widzę w nich rozpieszczonych, niesamodzielnych bachorów, które potrafią jedynie obsługiwać dotykowy ekran iPhone’a i których nie interesuje nic poza grą w CS-a. Przeciwnie. Codziennie mam przed sobą grono pełnych pasji, ciekawych świata, wrażliwych młodych ludzi, potrzebujących jedynie mądrego przewodnika. Staram się takim być, choć do ideału zapewne mi daleko.

Swoje przedmioty (a uczę dwóch). Stanowią moją pasję, którą wykonywana praca pozwala mi rozwijać i doskonalić umiejętności w ich zakresie. Motywują mnie do coraz to nowych poszukiwań, pogłębiania wiedzy, ciągłego poznawania i odkrywania.

Nieustanny rozwój. Osoby spoza kręgu oświatowego nie wiedzą na ogół (co zrozumiałe, bo niby skąd i po co miałyby?), ile godzin szkoleń, konferencji, warsztatów, kursów i studiów podyplomowych odbywają rocznie nauczyciele. (Szkoda tylko, że za własne pieniądze, ale kto by się tam przejmował 😉 ). Jasne, część z nich (jak zapewne w każdej firmie) jest nudna i powoduje frustrację z powodu zmarnowanego czasu. Większość jednak nie tylko realnie wpływa na wzrost jakości pracy, ale jest zwyczajnie ciekawa, rozwijająca i stanowi źródło przeróżnych inspiracji.

W mojej pracy nie cierpię…

Papierologii stosowanej. Opisywania tego samego dwugodzinnego wyjścia do kina w czterech różnych dokumentach. Wypełniania dziesiątek stron danymi, które w każdej chwili można znaleźć gdzieś indziej. Raportowania wszystkich podejmowanych działań – czasem nawet najbardziej oczywistych – tylko po to, żeby „papiery się zgadzały”.

Przewrażliwionych rodziców. Nie, nie tych, którzy regularnie się ze mną kontaktują, żeby zapytać o dziecko. Również nie tych, którzy mają wątpliwości, proszą o wyjaśnienia lub konstruktywnie krytykują. Ich akurat bardzo lubię i sądzę, że z wzajemnością. Mam na myśli takich, którzy po każdym zwróceniu uwagi na problem z uczniem odpowiadają: „bzdura! JA ZNAM SWOJE DZIECKO!”. Otóż nie, drogi rodzicu, nie znasz. Jasio w domu i Jasio w szkole to często dwaj różni Jasiowie. A zasygnalizowanie jakichś nieprawidłowości przez nauczyciela najczęściej służy temu, żeby pomóc podopiecznemu, a nie oskarżyć go, oczernić i zostawić samemu sobie. Od razu zaznaczam – takich rodziców jest naprawdę garstka, ale czasem wystarczy jeden na klasę, żeby skutecznie popsuć atmosferę.

Stereotypów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w medialnym dyskursie (tym zupełnie oficjalnym i tym nieco mniej) krążą dwie obiegowe opinie o nauczycielach. I jakoś nikomu nie przeszkadza, że one się wzajemnie wykluczają.

1. Belfer to sfrustrowany przeciętniak, któremu w życiu nie wyszło, więc poszedł do szkoły wyżywać się na słabszych. Leń i cwaniak, który pracuje 2-3 godziny dziennie, zarabia 5000 złotych netto i jeszcze ma dwa miesiące wakacji na koszt podatnika. W dodatku nie można go, nieroba jednego, zwolnić z pracy, bo Karta Nauczyciela gwarantuje całkowitą nietykalność, skuteczniejszą nawet niż odpowiednie zaklęcie Hermiony Granger.

2. Nauczyciel to taki ciapowaty, zahukany naiwniak, który poświęca się w pracy z niewdzięcznymi bachorami i jeszcze gorszymi rodzicami. Haruje od rana do wieczora, sprawdzając testy, układając kartkówki, przygotowując lekcje i ucząc do konkursów. Otrzymuje za to miesięcznie marne grosze, za które stać go jedynie na wytarty sweter z second-handu i paliwo do skody starszej niż on sam. Na studiach wierzył, że może zmienić świat, a okazało się, że nie może nic, bo prawo związuje mu ręce. Nawet zabranie uczniowi komórki, przez którą rozmawia sobie na lekcji, jest nielegalne.

Chyba nie muszę mówić, że obie te opinie są nieprawdziwe i krzywdzące. Może nieco bliższa faktom jest ta druga, bo ani 5000 wypłaty, ani dwumiesięcznych wakacji jakoś nigdy nie uświadczyłam, natomiast pracę 24 na dobę przez kilka dni z rzędu to i owszem.

Oczywiście, zawód nauczyciela ma swoje minusy jak każdy. Zdarzają się również takie dni, kiedy mam ochotę wyjść z klasy i już nie wracać. Jest ich jednak niewiele, a w głębi duszy wiem, że nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną.

Lady Makbet, Moi Drodzy, kiedy akurat nie pisze bloga, to jest belfrem.

Takie tam różne

Naga prawda

Większość z Was ma pewnie w swoich albumach z dzieciństwa fotografię, przedstawiającą Wasze niemowlęce ciałka tak, jak je Pan Bóg stworzył. Najczęściej bywa to zdjęcie bobaska w pozycji leżącej, z nóżkami lekko w górze – i wszystkim, co pomiędzy owymi nóżkami, na wierzchu. Tak, tak, ja też mam taką pamiątkę w kolekcji. I odkąd pamiętam, szczerze jej nie cierpię. Pikanterii dodaje fakt, że fotki nie robili rodzice, dziadkowie ani nawet daleki wujek. Babcia sprowadziła profesjonalnego fotografa, takiego, który na co dzień pstrykał dla różnorakich mediów. I ów artysta z uśmiechem na ustach portretował… no, wiadomo co. Rzecz jasna były to czasy, kiedy o pedofilii w dzisiejszym rozumieniu jeszcze nikt nie słyszał. I pewnie można powiedzieć, że nagość niemowlaka jest zupełnie czysta, niewinna i w uwiecznianiu jej nie ma nic złego. Nie wiem jak Wy, ale ja się tego zdjęcia zwyczajnie wstydzę. Mody na takie fotografowanie nie rozumiem tak samo jak robienia sesji zwłokom w kostnicy, w czym też niektórzy znajdują upodobanie.

Jest jednak zjawisko, które szokuje mnie bardziej, gdyż, o ile zdjęcia słodkich różowiutkich pupek w zamyśle przeznaczone są dla najbliższych, o tyle ono dotyczy wszystkich zainteresowanych i nie tylko. Mam tu na myśli następujący obrazek:

Środek lata, plaża nad jeziorem, zatłoczona w stopniu umiarkowanym, tak, że ludzie nie leżą ściśnięci jak sardynki, ale ciszy i spokoju też nie ma. Tuż nad brzegiem dziewczynka w wieku około 2 lat, pozbawiona jakiejkolwiek odzieży (tak, czapeczki przeciwsłonecznej także). Biega sobie radośnie z piskiem między plażowiczami, po czym siada gołą pupą na wilgotnym piasku, aby zaraz przenieść tę pupę na piasek suchy. Nie wiem, może kiedy zostanę matką, to coś się w mojej głowie rozjaśni, bo póki co nie pojmuję… a powody są następujące:

1. Ciało dziecka należy do dziecka. Obowiązkiem rodziców jest je chronić. Kiedy mała dorośnie, sama zadecyduje, komu i co pokaże (a jeśli będzie miała wpojone dobre wzorce, to będzie swoje ciało szanować).

2. Publiczne plaże w sezonie przyciągają masę ludzi o niekoniecznie dobrych intencjach. Przepraszam za ten truizm, poza tym oczywiście nie każdy obcy facet jest zboczeńcem, ale mam wrażenie, że niektórzy w ogóle nie biorą pod uwagę tego, że ktoś w najgorszym wypadku może wykorzystać chwilę nieuwagi mamusi (wrzucającej właśnie nagie zdjęcia pociechy na Facebooka, o ironio) i wyrządzić maluchowi krzywdę, a w najlepszym – porobić mu zdjęcia i puścić w nielegalny obieg.

3. Wystarczy posiedzieć trochę na plaży, żeby zobaczyć, że oprócz uroczych dziecięcych stópek piasek depczą też dorosłe stopy z grzybicą i sikające psy, nie mówiąc już o tym, ile zardzewiałych kapsli, odłamków szkła i innych paskudztw w tym piachu można znaleźć. Ja jako kobieta nie usiadłabym na nim gołym tyłkiem i to nie tylko z obawy o wrażenia estetyczne reszty plażowiczów, ale przede wszystkim o swoje zdrowie.

No dobra. My tu sobie gadu-gadu, a tym czasem naga dwuletnia dama zrobiła właśnie na ten piasek siku, tuż przy brzegu jeziora, w którym kąpią się inne maluchy. Jakiś pan zwrócił delikatnie uwagę Matce Roku (dalej wpatrzonej w ekran smartfona), na co ta odparła, że „przecież wsiąknie, nie?”, a pieluszki dziecku nie założy, bo „jest ciepło i sobie dupcię odparzy”. Przyznaję, nie znam się, z pieluchami od dwudziestu paru lat styczności nie miałam… ale skoro dziecko w pampersie śpi, chodzi do żłobka i na basen, to chyba na plaży też może w nim się bawić? A jeśli nie, to może chociaż można mu założyć majteczki? Poprawcie mnie, jeśli się mylę…

Jak już pisałam, póki nie jestem mamą, nie wtrącam się w wychowanie dzieci, nie upominam innych, nie daję im rad. Uważam, że nie mam prawa, a jedyne co mogę, to pożalić się na blogu. Kiedy jednak tak z opadającą coraz niżej szczęką patrzę na sytuacje jak ta powyżej, przestaję się dziwić zdarzeniu opisanemu przez autorkę bloga Bakusiowo… Zachęcam do lektury, bo to mocny tekst.