Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.

Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Taka tam rodzina adopcyjna

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tytułowy cytat pochodzi z wiersza ks. Jana Twardowskiego i odnosi się do przemijania. Pozwolę sobie jednak wyrwać go z macierzystego kontekstu, bo świetnie ilustruje to, o czym chcę teraz pisać.

Kilka dni temu minął nam rok od uzyskania kwalifikacji w ośrodku adopcyjnym. Panie z oceniającej nas komisji powiedziały, że okres oczekiwania na TEN telefon w naszym OA wynosi około półtora roku. I mimo iż wiedzieliśmy, że ten termin ma charakter orientacyjny, w związku z czym nie może być w jakikolwiek sposób wiążący, to jakoś wbiliśmy sobie do głowy te osiemnaście miesięcy i właściwie aż do TEGO dnia żyliśmy tak, jakbyśmy jeszcze mieli czas…

Pisałam już wcześniej, że na sam moment odebrania wiadomości o tym, że jest dziecko, nie da się przygotować. Bez względu na to, ile się czeka, on zawsze przychodzi niespodziewanie i przeważnie w najmniej odpowiedniej chwili; bo końcu większość kandydatów na rodziców adopcyjnych pracuje, ma jakieś zobowiązania rodzinne lub jeszcze inne pootwierane sprawy. Jak to w codziennym życiu – zawsze jesteśmy „w środku czegoś”. Tak było i w naszym przypadku, choć oczywiście udało się (z mniejszym lub większym trudem) wszystko pogodzić.

Ostatnio wspominaliśmy z P. tę zeszłoroczną kwalifikację i doszliśmy do wniosku, że właściwie dopiero teraz powinniśmy zacząć spodziewać się telefonu z propozycją dziecka – a tymczasem nasza „propozycja” nosi już ubranka na 74/80 i zasuwa po domu ruchem, którego rodzaju chyba żaden fizyk nie potrafiłby określić. Największą radochę ma z tego mój teść, bądź co bądź zawodowy żołnierz, który woła do Księżniczki: „czołganiem przez pełzanie – naprzód!” i sam cieszy się jak dziecko, że mała z roześmianą buzią wykonuje rozkaz. 😉 Wniosek z tego taki, że nasza pociecha będzie owszem, inżynierem, ale wojskowym.  Jest to tym bardziej prawdopodobne, że opanowała już:

–  technikę kamuflażu poprzez błyskawiczne okrycie się kocem/ręcznikiem/spodniami ojca/nie-chcecie-wiedzieć-czym-jeszcze;

– umiejętność okopywania się w łóżku i ostrzeliwania rodzica przeciwnika amunicją złożoną ze smoczka oraz pomniejszych zabawek;

– skuteczny sposób wysyłania sygnału S.O.S na wszystkich częstotliwościach jednocześnie;

– mechanizm produkcji własnej broni biologicznej o dużej skali rażenia.

Póki co ma niestety zdecydowany problem z karnością, zwłaszcza z komendami nakazującymi szeroko rozumiany odwrót, ale pracujemy i nad tym. 🙂

No cóż… gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że w naszym salonie wyląduje dywan w gwiazdki, a na nim dmuchane klocki, grająca małpka i pluszowy miś w bawarskich spodenkach, to pewnie uznalibyśmy, że ma bujną fantazję albo po prostu myśli życzeniowo. Tymczasem po tym obślinionym dywanie w gwiazdki tarza się nasze największe szczęście. 🙂

Droga po szczęście

Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu OA. Dzisiejszy post także stanowi pewne podsumowanie, dlatego dla stałych czytelników bloga raczej nie będzie niczym nowym. Liczę jednak, że zaglądają tu również osoby rozpoczynające proces adopcyjny i mam cichą nadzieję, że takie resume im się przyda.

Co nam dała procedura w ośrodku adopcyjnym?

POZNANIE INNYCH OSÓB W PODOBNEJ SYTUACJI

Nieprzypadkowo zaczynam nie od kwestii merytorycznych, tylko od czynnika ludzkiego. Słyszałam o przypadkach szkoleń indywidualnych i powiem Wam, że chociaż na pewno są one wygodne dla kandydatów ze względów organizacyjnych, to według mnie nie dają tyle, ile konfrontacja z kilkoma innymi małżeństwami także czekającymi na adopcyjne rodzicielstwo. W naszej grupie kursowej było 7 par. Dzięki spotkaniu z nimi wreszcie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami ani dziwni; że wokół nas są osoby takie jak my, o podobnych pragnieniach, obawach i oczekiwaniach. Trafiła nam się też po prostu sympatyczna grupa. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, co jest nieocenionym darem przede wszystkim już po adopcji, kiedy można wzajemnie dzielić się doświadczeniami wczesnego rodzicielstwa. Na pewno na początku szkolenia nie wszystkim łatwo przychodzi otwarcie się przed obcymi ludźmi, ale ten stres mija, kiedy inni kursanci przestają być obcy 😎 .

 ZROZUMIENIE POCZUCIA STRATY

Chwała Bogu, że nasz ośrodek nie kazał nam na siłę przeżywać żałoby po nieistniejącym dziecku biologicznym, bo i takie historie krążą po sieci. Pozwolił natomiast na uświadomienie sobie, co tracimy, nie będąc rodzicami naturalnymi (nienawidzę tego określenia), ale też przede wszystkim, z czym musi zmierzyć się dziecko oderwane od korzeni. Problemu straty dotyczyły jedne z początkowych zajęć na kursie i chyba w ich trakcie po raz pierwszy poważnie pomyślałam, że może dałabym radę adoptować dziecko starsze, pamiętające swój rodzinny dom.

OSWOJENIE POTENCJALNEGO ZAGROŻENIA

Jeżeli właśnie myślicie o przysposobieniu dziecka i tak jak my kiedyś chcecie się do tego przygotować, to zapewne dużo czytacie. Odwiedzacie fora internetowe, zaglądacie do publikacji naukowych i nie tylko, studiujecie artykuły w sieci. Prezentowany w nich obraz adopcji jest często tak cukierkowy, że aż mdli (wiem, wiem, tak jak u mnie na blogu; ale co ja poradzę, że Księżniczka jest idealna? Kiedy pojawią się problemy, to też na pewno o nich napiszę) albo odwrotnie – przypomina scenariusz horroru. Panie z OA kazały nam przeczytać „Zranione dzieci, uzdrawiające domy” i „Wychowanie zranionego dziecka”. Opisane tam historie naprawdę mrożą krew w żyłach… Po lekturze tych lub podobnych pozycji człowiek czuje się zbombardowany FASem, RADem, ADHD, autyzmem i szeregiem innych obciążeń. Zaczyna sobie wyobrażać, że każde dziecko kierowane do adopcji ma wszystkie te schorzenia, a samo przysposobienie przypomina raczej heroiczną walkę niż normalne rodzicielstwo. Dzięki dobrze przygotowanym zajęciom na kursie kandydaci mają szansę, mówiąc potocznie, oswoić temat. Słyszałam, że niektóre ośrodki w ogóle pomijają podczas szkoleń kwestie zaburzeń więzi lub powikłań poalkoholowych, jakby udając, że one nie istnieją. My otrzymaliśmy jednak rzeczowe informacje i porady, głównie dzięki prowadzącej posiadającej doświadczenie w pracy z dzieckiem z tymi przypadłościami.

SAMOPOZNANIE

Brzmi idiotycznie, prawda? Zwłaszcza że na adopcję decydują się przeważnie ludzie dojrzali (w naszej grupie szkoleniowej średnia wieku wynosiła około 30 lat), z przynajmniej kilkuletnim stażem małżeńskim. Pamiętam, że kiedy szliśmy na pierwsze testy psychologiczne, mąż stwierdził, że jest ciekawy, czego dowie się sam o sobie. W naszym przypadku żadnej rewolucji nie było, ale na pewno te wszystkie badania pozwoliły na zweryfikowanie swojej koncepcji rodzicielstwa poprzez uświadomienie sobie wzorców wyniesionych z domu i porównanie ich z oczekiwaniami wobec siebie jako rodzica. Nasz ośrodek szczegółowo omawiał wyniki dopiero podczas końcowej kwalifikacji i przyznam Wam, że zgadzam się z każdym słowem, które padło na temat męża i mój. Ba! Obszar, który w moim przypadku wypadł najsłabiej (choć wciąż w granicach normy) daje o sobie znać również w mojej pracy zawodowej. Owszem, te testy bywają uciążliwe, są tam setki pytań, które w dodatku się powtarzają (nie wiem, jak było lub będzie u Was, ale mnie to strasznie irytowało… zwłaszcza zadawane za KAŻDYM razem pytanie o to, dlaczego chcemy adoptować dziecko; bałam się, że jeśli któreś badanie pokryje się z moim PMS, to wykrzyczę po prostu: „BO TAK!!!”  😈 ), ale zdecydowanie pomagają w lepszym zrozumieniu siebie jako ludzi i nawzajem jako małżonków.

SPRAWY ORGANIZACYJNE

Podczas jednej z pierwszych rozmów z pedagogiem zostałam zapytana, czego się boję w kontekście adopcji. Wśród oczywistych rzeczy wymieniłam także biurokrację, której szczerze nie cierpię. Jeśli ktoś z Was pracował w szkole, to wie, że na 45 minut przy tablicy przypada przynajmniej drugie tyle papierologii. A jeśli wykonujecie inny zawód, to też pewnie macie do czynienia z raportami, których nikt nie czyta albo z milionem tabelek, które na dłuższą metę niczego nie wnoszą. W każdym razie podzieliłam się swoimi obawami z panią z OA, która wzruszyła tylko ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię, bo całą dokumentacją zajmuje się ośrodek. I tak było w istocie. Zostaliśmy bardzo gładko przeprowadzeni przez wszystkie formalności. Ośrodek pomógł nam w napisaniu wniosku o przysposobienie, a o terminie rozprawy dowiedzieliśmy się telefonicznie od pani kierowniczki jeszcze zanim sąd zdążył wysłać wezwanie.

Myślę, że część osób na samym początku drogi adopcyjnej zadaje sobie pytanie, na cholerę im ten cały kurs; przecież zdrowi ludzie rodzą dzieci bez żadnego teoretycznego przygotowania i większość jest świetnymi rodzicami. My chyba aż takich wątpliwości nie mieliśmy, ale momentami nie czuliśmy się komfortowo, tłumacząc się pracownicom OA z prywatnego życia. Jednak teraz, będąc już „po wszystkim”, mawiamy czasem, że podobne przeszkolenie przydałoby się również co niektórym rodzicom biologicznym. Może wtedy mniej byłoby takich „matek Madzi”…

Bajki adopcyjne

Biuro detektywistyczne

Wreszcie doczekałam się momentu, w którym mogę wstawić moją ulubioną bajkę adopcyjną. Napisałam ją jeszcze w trakcie kursu, a dziś zmieniłam tylko kilka szczególików, żeby była bliższa prawdzie. Dedykuję poniższy tekst pani A. z ośrodka, która była pierwowzorem Pani Detektyw… i faktycznie to ona „odnalazła” naszą Małą Księżniczkę!

BIURO DETEKTYWISTYCZNE

W pewnym niewielkim miasteczku mieszkało sobie zgodne małżeństwo: Mąż i Żona. Mieli skromne, lecz ładne mieszkanie, wysłużony samochód i wiernego psa. Bardzo się kochali, ale do pełni szczęścia brakowało im dziecka. Wszędzie dookoła innym rodzicom przybywało córeczek i synków, a oni ciągle byli tylko we dwoje. Żadne z nich nie wiedziało, dlaczego tak się dzieje. Postanowili więc poszukać odpowiedzi.

Najpierw zajrzeli do ogromnej Biblioteki. Przeczytali cały dział Mądrych Książek, ale w ani jednej z nich nie było napisane, co się dzieje z ich dzieckiem. W końcu podeszła do nich stara, siwa i przygarbiona Pani Bibliotekarka. Kazała im wyjść, ponieważ zrobiło się późno i czas już było zamykać. Żona wyjaśniła, że szukają swojego dziecka. Pani popatrzyła na nią zza grubych okularów i powiedziała, że synka ani córeczki nie można znaleźć w książce i że pomóc w tym może tylko lekarz.

Żona z Mężem poszli więc do Pana Doktora. Był to bardzo miły pan w białym fartuchu, z rudą czupryną na głowie i ze śmiesznymi piegami na nosie. Wysłuchał uważnie swoich pacjentów, a potem bardzo dokładnie ich zbadał. Na końcu pokiwał smutno głową i powiedział do Męża:

– Nie wiem, co jest nie tak z brzuszkiem pana Żony, ale wygląda na to, że nie zamieszka w nim dzidziuś.

– Jak w takim razie mamy sprowadzić na świat dziecko? – dopytywał Mąż.

– Zadał mi pan trudną zagadkę – odparł Pan Doktor – a ja jestem od badania brzuszków, a nie rozwiązywania zagadek. Musicie szukać odpowiedzi gdzie indziej.

Małżeństwo bardzo posmutniało. Obojgu wydawało się, że już nigdy nie będą mieli dziecka. Pewnego dnia jednak Żona trafiła w gazecie na ogłoszenie znanej Pani Detektyw, która reklamowała się, że potrafi odkryć każdą tajemnicę. Po rozmowie z Mężem postanowili zaryzykować i pójść do jej biura. Pani Detektyw siedziała w dużym gabinecie za ogromnym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy teczek z ważnymi dokumentami. Pomieszczenie wyglądało tak poważnie, że Żona i Mąż weszli tam bardzo onieśmieleni. Pani Detektyw okazała się jednak bardzo sympatyczną osobą. Miała włosy jasne jak promienie słońca i głos dźwięczny jak anioł. W dodatku nosiła okulary, dzięki którym wyglądała na bardzo mądrą. Od razu wzbudziła zaufanie małżeństwa. Wysłuchała uważnie swoich gości, po czym wyciągnęła z dna szuflady Strasznie Grubą Teczkę.

– Znam dużo dzieci, które szukają rodziców – powiedziała tajemniczo – ale nie wiem, czy któreś z nich jest wasze. Jak każdy detektyw, muszę mieć wskazówki, które naprowadzą mnie na ślad waszego maleństwa.

Następnie Pani Detektyw wyciągnęła ze Strasznie Grubej Teczki ogromny plik dokumentów. Było tam bardzo dużo testów, które kazała wypełnić Żonie i Mężowi. Znajdowały się w nich pytania o to, czy naprawdę mocno się kochają i jakie jest to dziecko, którego od tak dawna szukają. Czasem pytania były bardzo, bardzo trudne i małżonkowie obawiali się, że znowu z ich poszukiwań nic nie wyjdzie. Pani Detektyw uważnie przeczytała wszystkie odpowiedzi. Co chwilę notowała coś w specjalnym zeszycie, aż w końcu oznajmiła:

– Mówicie prawdę. Szczerze się kochacie i chcecie być dobrymi rodzicami. Mam już wszystkie wskazówki, a teraz idę szukać waszego dziecka. Pamiętajcie, że to niełatwe zadanie i może zająć dużo czasu, ale obiecuję, że się uda.

Mąż i Żona uspokojeni wrócili do domu. Czekanie bardzo im się dłużyło. Wierzyli jednak Pani Detektyw i nie tracili nadziei. Pewnego marcowego dnia, kiedy oboje byli bardzo zajęci w pracy, do Męża zadzwonił telefon. Anielski głos po drugiej stronie słuchawki oznajmił, że właśnie odnalazła się ich Córeczka. Mąż zadzwonił do Żony, która wybiegła z ostatniej lekcji jeszcze przed dzwonkiem. Nie chciała czekać ani chwili dłużej. Razem z Mężem popędzili swoim wysłużonym samochodem do Pani Detektyw, a ona opowiedziała im o pewnej malutkiej dziewczynce, która bardzo potrzebuje rodziców. Żadne z nich nie miało nawet cienia wątpliwości, że to jest ich Córka. Najszybciej jak to było możliwe pojechali do szpitala, gdzie przebywała zagubiona dziewczynka. Tak się ucieszyli na jej widok, że aż zabrakło im słów, żeby wyrazić swoją radość.

Niedługo później zabrali Córeczkę do swojego mieszkania i odtąd stanowią już pełną, kochającą się rodzinę. Czasami odwiedzają razem Panią Detektyw, żeby jej podziękować i pokazać, jak bardzo są razem szczęśliwi.