Taka tam ja..., Takie tam różne

Mój prywatny nauczycielski strajk

school-3720888_1280

Po pierwsze: nie strajkowałam, nie strajkuję i w obecnej formie raczej strajkować nie będę. Z wielu względów. Co nie znaczy, że samego protestu nie popieram. Przeciwnie.

Po drugie: przyjmijmy dla świętego spokoju, że pracuję 18 godzin tygodniowo, mam pół roku wolnego i zarabiam 5000 netto, jak twierdzi połowa społeczeństwa. Niech będzie, bo ja dziś kompletnie nie o tym.

Po trzecie: postulowane 1000 zł podwyżki by się przydało, a jakże. Byłoby to akurat tyle, żebym mogła z czystym sumieniem skupić się na jednej szkole, zamiast jeździć codziennie po trzech. Rzecz w tym, że pieniądze wszystkiego nie załatwiają. Moim zdaniem jest wiele kwestii, które dzisiejszy system edukacji bolą bardziej, niż nauczycielskie wypłaty. Dlatego stworzyłam listę moich prywatnych postulatów strajkowych. Jest ona całkowicie subiektywna, ale idę o zakład, że wiele osób myśli podobnie.

uczeń

DLA UCZNIA:

gwarancja niezmienności podstawy programowej dla danego rocznika przez cały cykl edukacji. Nie może być tak, że dziecko w piątej czy szóstej klasie podstawówki dowiaduje się, że nagle zmienia się system i pójdzie do klasy siódmej, zamiast do gimnazjum. Nie może być tak, że na początku liceum uczeń nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał jego egzamin maturalny, bo nie wie tego nikt, włącznie z panią minister (tak  było przy wprowadzaniu tzw. nowej matury 2015).

odgórnie ustalony dzienny lub tygodniowy limit zadań domowych. Nie jestem zwolenniczką całkowitego zakazu zadawania do domu, ponieważ uważam, że wiedzę trzeba utrwalać, a umiejętności ćwiczyć. Nawet najlepszy nauczyciel nie sprawi, że uczeń z każdej lekcji zapamięta 100% treści. Przeraża mnie jednak przeginanie w drugą stronę… często podchodzą do mnie wychowankowie i pytają, co mają zrobić, skoro chcieli iść po szkole np. na urodziny babci, a tymczasem mają do wykonania 8 zadań z matematyki, pięć stron ćwiczeń z chemii, wypracowanie z angielskiego i doświadczenie na fizykę… a przy okazji muszą jeszcze czytać lekturę na polski i przygotować się do sprawdzianu z biologii.

stała obecność w szkole pielęgniarki oraz psychologa lub pedagoga. W jednej z moich placówek higienistka jest tylko dwa dni w tygodniu po 4 godziny. Jeśli dziecko innego dnia źle się poczuje, to opieka nad nim spoczywa na wychowawcy, który jednocześnie prowadzi przecież swoje lekcje, a poza tym sam nie ma prawa podać podopiecznemu żadnego lekarstwa.

rodzic2

DLA RODZICA:

zapewnienie uczniom niezbędnych pomocy dydaktycznych przez szkołę. Podręczniki, ćwiczenia, farbki, kredki i inne rzeczy powinny po prostu być do dyspozycji uczniów i nauczycieli podczas zajęć. Skończyłyby się problemy wynikające z tego, że Janek znowu czegoś zapomniał, Karol ma rzeczy fatalnej jakości, bo jego rodziców nie stać na porządne, a z kolei Kasia się z nikim nie podzieli, bo jej flamastry kosztowały pół najniższej krajowej.

oddanie rodzicom decydującego głosu w kwestii organizowanych przez szkołę zajęć pozalekcyjnych. Skończyłaby się organizacja sztucznych tworów, odbywających się tylko po to, żeby nauczyciel wyrobił godziny. Zamiast tego można by sprowadzić do szkoły specjalistów, którzy przeprowadzaliby zajęcia z prawdziwego zdarzenia: np. instruktorów tańca albo lektorów dodatkowych języków obcych. Wiem, że w niektórych szkołach już tak jest, ale wciąż wiele do ideału brakuje.

dziennik elektroniczny w każdej szkole.

nauczyciel

DLA NAUCZYCIELA:

dodatkowy budżet na pomoce dydaktyczne typu szary papier, pisaki, artykuły biurowe, papier do ksero. Mógłby być wypłacany w formie dodatku do pensji albo po prostu nauczyciel składałby w sekretariacie zamówienie na konkretne przedmioty, a szkoła by je kupowała. Forma dowolna. Nie chodzi mi tu o to, żeby się jakoś dodatkowo wzbogacić, tylko żeby nie musieć wydawać miesięcznie przynajmniej 5% wynagrodzenia na narzędzia pracy. Bo póki co idziemy w tę stronę, że szkolne panie sprzątaczki niedługo będą musiały mieć własne miotły, a kucharki kilka hektarów pól uprawnych.

możliwość wzięcia urlopu na żądanie. Bardzo chętnie oddałabym część wakacji w zamian za to, żeby w razie wypadku losowego móc nie przyjść do pracy chociaż raz w semestrze. Każdemu może się zdarzyć np. konieczność odebrania dziadka ze szpitala albo pęknięcie rury w domu. I w każdym innym zawodzie na taką okoliczność przysługuje UNŻ, tylko u nas nikt o tym nie pomyślał.

niepodawanie do publicznej wiadomości zarobków nauczycieli lub robienie tego rzetelnie. Krew mnie zalewa, kiedy regularnie czytam o rzekomych dodatkach, których 80% pedagogów nie widziało na oczy, a jeśli nawet, to nie w takiej kwocie, o jakiej mówią media. Pierwszy przykład z brzegu – dodatek motywacyjny. Otrzymuję go, i owszem. W wysokości 14 zł netto. Wg doniesień telewizji dostaję 10 razy więcej. No, to tego.

wprowadzenie mądrej i przemyślanej (ha, ha, ha…) ewidencji czasu pracy. Stałoby się jasne dla pani minister, dla dyrektorów, rodziców, reszty opinii publicznej, ale przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ile czasu pracują.

przywrócenie jakichkolwiek możliwości dyscyplinowania uczniów, którzy przeszkadzają w prowadzeniu zajęć. Dzisiaj nauczycielowi nie wolno zrobić karnej kartkówki, nie wolno postawić niesubordynowanego delikwenta do kąta, krzyknąć, krzywo spojrzeć, postawić jedynki za pracę na lekcji. Nie wolno zabrać telefonu, jeśli dzieciak gra sobie w grę zamiast pracować, nie wolno zadać mu za karę więcej do domu… Nawet uwagi nie wolno wpisać, bo rodzic w odpowiedzi pisze do dyrekcji skargę, że nauczyciel ma „niepedagogiczne podejście” i „sobie nie radzi” (autentyczny przypadek z mojej szkoły!). Z tych samych powodów nie wolno przywołać ucznia do porządku przy całej klasie, bo „czuje się poniżony”. Moje pytanie w takim razie brzmi: co wolno? Zawsze mówię, że moi podopieczni to wspaniali młodzi ludzie, z którymi uwielbiam pracować. I nie zmieniam zdania. Jednak każdy, kto spędził we współczesnej szkole choć jeden dzień, ma świadomość, że czasem wystarczy jeden rozpieszczony (lub zdemoralizowany, bo i tak bywa) Jasio czy Kazio na klasę, żeby skutecznie utrudniać cały proces wychowawczy i edukacyjny. A nam z roku na rok odbiera się możliwości wyciągania konsekwencji wobec takich uczniów, o prewencji nie mówiąc.

wprowadzenie przepisów dotyczących zachowania rodziców wobec nauczycieli i jego konsekwencji. Nie wiem, może zawieszenie w prawach członka rady rodziców? Możliwość nałożenia grzywny (na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej, nie do kieszeni dyrektora szkoły)? Cokolwiek? Dlaczego istnieje publiczne przyzwolenie na to, żeby rodzic w oficjalnej korespondencji (albo i na forum podczas wywiadówki) wyzywał wychowawcę jego dziecka od niekompetentnych leni, nieuków i nieudaczników, zaś każda próba asertywnej odpowiedzi na taką wiadomość kończy się skargą do kuratorium? Tym bardziej, że często zarzuty rodziców są po prostu absurdalne albo opierają się na kłamstwach, powtarzanych przez dzieci… Przykład z zeszłego tygodnia, tym razem mój własny. Ojciec ucznia napisał do mnie, że powinnam zrezygnować z nauczania, póki sama nie nauczę się czytać. Chodziło o to, że jego zdaniem nie doczytałam opinii z poradni psychologiczno – pedagogicznej, zgodnie z którą synowi przysługuje wydłużony czas pracy podczas sprawdzianów. Wiecie, w czym problem? Ano w tym, że zostałam specjalnie pół godziny po lekcji, żeby umożliwić dłuższe pisanie dzieciom, które tego wymagały. Chłopak najpewniej skłamał w domu, bo przecież łatwiej zrzucić winę na nauczyciela, niż przyznać, że się nie uczył. Sprawę wyjaśniłam. Przeprosin brak. Tatuś łaskawie „przyjął do wiadomości”. Problem w tym, że ani ja nie jestem jedynym obrażanym nauczycielem, ani ten ojciec jedynym obrażającym. Istnieje jakaś moda na zrzucanie wszystkich niepowodzeń wychowawczych na pedagogów, bo przecież i tak nie mogą się obronić.

minister

DLA MINISTERSTWA:

Przestańcie wreszcie eksperymentować na dzieciach, ich rodzicach i wychowawcach. Albo zróbcie porządną reformę od podstaw, albo nie róbcie żadnej i dajcie nam wszystkim pracować. Wtedy nie będzie powodów do strajku.

Reklamy
Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kwiatki, herbatki, czekoladki – czyli o upominkach dla nauczycieli na koniec roku szkolnego

Temat końcoworocznych prezentów wzbudza emocje nie tylko u rodziców uczniów, ale także u nauczycieli. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy podarowanie bukietu kwiatów wychowawczyni to za dużo, czy może za mało? Z mojej strony biurka odpowiedź wydaje się prosta: uważam, że za każdym razem decyzja należy wyłącznie do ucznia i jego opiekunów.

Czy zatem należy (lub wypada) obdarować nauczyciela upominkiem na koniec roku?

Moim zdaniem NIE. Nauczanie jest naszą pracą, za którą otrzymujemy jakieś tam wynagrodzenie. Znakomita większość pedagogów nie oczekuje żadnych materialnych dowodów wdzięczności, a tymi, którzy się takowych domagają, sama chętnie mocno bym wstrząsnęła. Co roku zresztą powtarzam moim wychowankom, żeby mi niczego nie kupowali. O tym, co z tego wynika, napiszę na końcu.

A co w przypadku, gdy uczeń zżył się z nauczycielem i chce mu jakoś podziękować albo podarować coś na pamiątkę?

Jeśli chce, to niech to zrobi. Myślę, że wystarczyłoby zwykłe, niewymuszone „dziękuję”, ale jeżeli wychowanek czuje potrzebę dołączenia symbolicznego (!!!) upominku, to nie widzę w tym niczego niewłaściwego. My też jesteśmy ludźmi i lubimy dostawać prezenty, co absolutnie nie znaczy, że ich oczekujemy. Szczerze mówiąc, dla mnie największą wartość mają podarunki wykonane samodzielnie przez uczniów. Moja poprzednia klasa (cudowna, idealna, najlepsza, jakiej życzę każdemu pedagogowi) zrobiła mi na zakończenie szkoły album ze swoimi zdjęciami, pod którymi każdy z podopiecznych dopisał kilka słów od siebie. Beczałam jak bóbr, przeglądając jego zawartość i do tej pory zdarza mi się do niego wracać.

Czy kwiatek dla nauczyciela jest formą łapówki?

Wolne żarty. Po pierwsze – zwyczajowo upominki wręcza się na koniec roku, kiedy stopnie są dawno wystawione, a świadectwa wydrukowane. Po drugie – na ostateczną ocenę uczeń pracuje przez cały rok (a nawet kilka lat). Nie wyobrażam sobie zafałszowania wyników osiąganych przez podopiecznego z powodu różyczki albo czekolady. Młodzież czasem w żartach pyta, czy przyjmuję koperty. Z reguły odpowiadam w podobnym tonie, że jeżeli miałabym ryzykować utratę dobrego imienia i prawa do wykonywania ukochanego zawodu, to koperta musiałaby być naprawdę wyjątkowo gruba ;). I jeszcze po trzecie: faktem jest, że większość pomocy dydaktycznych (typu pisaki, kartki samoprzylepne, szary papier, repetytoria, dekoracje na różne akademie itd., a nierzadko także nagrody w konkursach) kupujemy z własnych pieniędzy. Wydajemy na to setki złotych rocznie. Jeżeli więc ktoś mówi, że przyjęcie kwiatka za dychę równa się nielegalnej korzyści materialnej, to przepraszam, ale ogarnia mnie pusty śmiech.

Co zrobić, kiedy wychowawca domaga się od klasy drogiego prezentu, np. w postaci sprzętu AGD lub weekendu w SPA?

Takie przypadki znam wyłącznie z internetu i mam nadzieję, że są to jedynie miejskie legendy. Jeżeli natomiast podobna sytuacja miałaby miejsce w rzeczywistości, należy niezwłocznie poinformować o tym dyrekcję. Odpowiedzialny dyrektor podejmie odpowiednie kroki, żeby przywołać materialistę do porządku. Jest i druga strona medalu. Czasami rodzice na siłę wciskają nauczycielom ekskluzywne prezenty. Błagam, nie róbcie tego! To szalenie krępujące i bywa, że przypomina bardziej jałmużnę niż podziękowanie. Dwa razy byłam postawiona w takiej sytuacji i do tej pory jest mi z tym głupio. Najgorzej, że trudno jest właściwie zareagować na taki podarunek: z jednej strony poczucie przyzwoitości każe odmówić, z drugiej trudno to zrobić, kiedy naprzeciwko ma się trzydzieści par oczu swoich wychowanków, którzy czekają w napięciu z nadzieją, że prezent spodoba się ich pani…

Najcenniejsze upominki, jakie dostałam od uczniów…

…to wcale nie te najdroższe. Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy z nich:

1. Wspomniany wyżej album ze zdjęciami i podziękowaniami od wychowanków.

35735963_2246270518749023_2449159664084975616_n35747326_2246270428749032_3673274413446332416_n35924536_2246270495415692_50913272471224320_n

  1. Uczyłam przez trzy lata pewną klasę licealną, w której na ostatnie kilka miesięcy objęłam wychowawstwo. Na zakończenie szkoły dostałam pudełko z listami od każdego ucznia. Niektóre były bardzo osobiste, inne dowcipne, a jeszcze inne zawierały życzenia dla mnie. Poniżej wklejam zdjęcie jednego z nich. Wybrałam taki, który nie zawiera żadnych zwierzeń ani innych wrażliwych treści.

List1

 

3. Pewien zabawny drobiazg. Kiedy po raz pierwszy dostałam klasę wychowawczą, zaproponowałam jej uczniom zrzutkę na czajnik elektryczny do naszej sali, żebyśmy w zimne dni mogli się napić ciepłej herbaty podczas długiej przerwy albo lekcji wychowawczej. Pomysł spodobał się moim wychowankom na tyle, że po nabyciu czajnika chcieli mnie jeszcze namówić na kupno kuchenki mikrofalowej. Oczywiście nie mogłam na to przystać. Odmawiając, zażartowałam ironicznie, że skoro już mają taki rozmach, to mogą się jeszcze zrzucić na nowy samochód dla wychowawczyni. Długo nie musiałam czekać na reakcję: z okazji Dnia Edukacji Narodowej otrzymałam model fiata 126p z doczepioną karteczką o treści: „Czy teraz już możemy kupić tę mikrofalę?” 😉

35734885_2246102598765815_4985711750750928896_n

……………………………………………………………………………………………………………………………

EDIT:
Już po napisaniu tego tekstu brałam udział w dwóch zdarzeniach, które dobrze ilustrują wszystko to, co zawarłam powyżej.

SYTUACJA PIERWSZA: stałam się mimowolnym świadkiem rozmowy grupy uczniów, którzy w piątek będą żegnać swoją wychowawczynię. Debatowali nad wyborem prezentu dla niej, a konkretnie nad kwotą, którą chcą na ten cel przeznaczyć. Każda kolejna suma proponowana przez skarbnika wydawała im się za duża, a ostatnie zdanie tej dyskusji brzmiało: „Dobra, kupmy jej cokolwiek, byle za mniej niż stówę, a za resztę klasowych zamówimy sobie pizzę”. Nie wiem, jakie ta klasa ma relacje z wychowawcą, ale będąc na miejscu tej nauczycielki, wolałabym nic nie dostać, niż otrzymać wymuszone „cokolwiek”, kupione za pieniądze, które młodzież chętniej przeznaczyłaby na inny cel.

SYTUACJA DRUGA: odwiedziło mnie dzisiaj w trakcie lekcji dwóch uczniów z poprzedniej klasy (tej od albumu). Wręczyli mi różę i bombonierkę, dziękując za trzy lata współpracy. Zdziwiona przypomniałam im, że przecież dziękowali rok temu, kiedy kończyli szkołę. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie oznacza, iż nie mogą zrobić tego jeszcze raz. Szczerze? Chrzanić tę różę i bombonierkę. Samo to, że przyszli i na głos, przy obcej młodzieży, z którą akurat miałam zajęcia, wypowiedzieli tyle miłych słów pod moim adresem, ma o wiele większe znaczenie niż wszystkie kwiaty i słodycze świata razem wzięte.

Ci, bez których nie jestem sobą, Takie tam różne

Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Taka tam ja...

Ja, BELFER

Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, od dawna wiedzą, czym się zajmuję zawodowo. Początkowo wzbraniałam się przed ujawnianiem tego na blogu – głównie z tej przyczyny, że potrzebowałam jakiejkolwiek przestrzeni wolnej od pracy. Dom niestety się do niej nie zalicza ze względu na wszechobecne konspekty, karty pracy, książki metodyczne i kartkówki, o innych papierach nie mówiąc. Ponieważ temat mojego zarabiania na chleb wypłynął ostatnio podczas kilku dyskusji na różnych forach i blogach, czas skończyć z tą tajemnicą Poliszynela i wyznać otwarcie: jestem nauczycielką. Z powołania. Jest to zawód, który zawsze chciałam wykonywać i chociaż pierwsza otrzymana przeze mnie oferta zatrudnienia w szkole była obarczona dość dużym ryzykiem, przyjęłam ją i nie żałuję.

W mojej pracy najbardziej kocham…

Młodzież. Serio. Uwielbiam moich uczniów. Wcale nie widzę w nich rozpieszczonych, niesamodzielnych bachorów, które potrafią jedynie obsługiwać dotykowy ekran iPhone’a i których nie interesuje nic poza grą w CS-a. Przeciwnie. Codziennie mam przed sobą grono pełnych pasji, ciekawych świata, wrażliwych młodych ludzi, potrzebujących jedynie mądrego przewodnika. Staram się takim być, choć do ideału zapewne mi daleko.

Swoje przedmioty (a uczę dwóch). Stanowią moją pasję, którą wykonywana praca pozwala mi rozwijać i doskonalić umiejętności w ich zakresie. Motywują mnie do coraz to nowych poszukiwań, pogłębiania wiedzy, ciągłego poznawania i odkrywania.

Nieustanny rozwój. Osoby spoza kręgu oświatowego nie wiedzą na ogół (co zrozumiałe, bo niby skąd i po co miałyby?), ile godzin szkoleń, konferencji, warsztatów, kursów i studiów podyplomowych odbywają rocznie nauczyciele. (Szkoda tylko, że za własne pieniądze, ale kto by się tam przejmował 😉 ). Jasne, część z nich (jak zapewne w każdej firmie) jest nudna i powoduje frustrację z powodu zmarnowanego czasu. Większość jednak nie tylko realnie wpływa na wzrost jakości pracy, ale jest zwyczajnie ciekawa, rozwijająca i stanowi źródło przeróżnych inspiracji.

W mojej pracy nie cierpię…

Papierologii stosowanej. Opisywania tego samego dwugodzinnego wyjścia do kina w czterech różnych dokumentach. Wypełniania dziesiątek stron danymi, które w każdej chwili można znaleźć gdzieś indziej. Raportowania wszystkich podejmowanych działań – czasem nawet najbardziej oczywistych – tylko po to, żeby „papiery się zgadzały”.

Przewrażliwionych rodziców. Nie, nie tych, którzy regularnie się ze mną kontaktują, żeby zapytać o dziecko. Również nie tych, którzy mają wątpliwości, proszą o wyjaśnienia lub konstruktywnie krytykują. Ich akurat bardzo lubię i sądzę, że z wzajemnością. Mam na myśli takich, którzy po każdym zwróceniu uwagi na problem z uczniem odpowiadają: „bzdura! JA ZNAM SWOJE DZIECKO!”. Otóż nie, drogi rodzicu, nie znasz. Jasio w domu i Jasio w szkole to często dwaj różni Jasiowie. A zasygnalizowanie jakichś nieprawidłowości przez nauczyciela najczęściej służy temu, żeby pomóc podopiecznemu, a nie oskarżyć go, oczernić i zostawić samemu sobie. Od razu zaznaczam – takich rodziców jest naprawdę garstka, ale czasem wystarczy jeden na klasę, żeby skutecznie popsuć atmosferę.

Stereotypów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w medialnym dyskursie (tym zupełnie oficjalnym i tym nieco mniej) krążą dwie obiegowe opinie o nauczycielach. I jakoś nikomu nie przeszkadza, że one się wzajemnie wykluczają.

1. Belfer to sfrustrowany przeciętniak, któremu w życiu nie wyszło, więc poszedł do szkoły wyżywać się na słabszych. Leń i cwaniak, który pracuje 2-3 godziny dziennie, zarabia 5000 złotych netto i jeszcze ma dwa miesiące wakacji na koszt podatnika. W dodatku nie można go, nieroba jednego, zwolnić z pracy, bo Karta Nauczyciela gwarantuje całkowitą nietykalność, skuteczniejszą nawet niż odpowiednie zaklęcie Hermiony Granger.

2. Nauczyciel to taki ciapowaty, zahukany naiwniak, który poświęca się w pracy z niewdzięcznymi bachorami i jeszcze gorszymi rodzicami. Haruje od rana do wieczora, sprawdzając testy, układając kartkówki, przygotowując lekcje i ucząc do konkursów. Otrzymuje za to miesięcznie marne grosze, za które stać go jedynie na wytarty sweter z second-handu i paliwo do skody starszej niż on sam. Na studiach wierzył, że może zmienić świat, a okazało się, że nie może nic, bo prawo związuje mu ręce. Nawet zabranie uczniowi komórki, przez którą rozmawia sobie na lekcji, jest nielegalne.

Chyba nie muszę mówić, że obie te opinie są nieprawdziwe i krzywdzące. Może nieco bliższa faktom jest ta druga, bo ani 5000 wypłaty, ani dwumiesięcznych wakacji jakoś nigdy nie uświadczyłam, natomiast pracę 24 na dobę przez kilka dni z rzędu to i owszem.

Oczywiście, zawód nauczyciela ma swoje minusy jak każdy. Zdarzają się również takie dni, kiedy mam ochotę wyjść z klasy i już nie wracać. Jest ich jednak niewiele, a w głębi duszy wiem, że nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną.

Lady Makbet, Moi Drodzy, kiedy akurat nie pisze bloga, to jest belfrem.