Droga po szczęście

Czasem cud jest dopiero początkiem…

„Żyję, bo jestem kochany.” /A.A. Milne/

Walka z niepłodnością może przybierać różne oblicza. Różnie też się kończy: udanym in vitro, adopcją, a czasem po prostu rezygnacją i brakiem potomstwa. Wielu osobom jednak udaje się zostać rodzicami naturalnie. Tak było w przypadku Ani i Andrzeja, bohaterów mojego dzisiejszego wpisu. Za ich zgodą nie zmieniam imion. Dlaczego – wyjaśnię na końcu.

best-friends-1460730_960_720

Anię poznałam przez internet na popularnym forum związanym z niepłodnością. Polubiłam ją od razu. Jest moją rówieśniczką, a przy tym miłośniczką zwierząt, zaangażowaną w pomoc potrzebującym psiakom i nie tylko (pomagała mi również potem w sprawie Reksia). Razem z mężem zgłosili się do ośrodka adopcyjnego krótko przed nami, dlatego w początkowych etapach była dla mnie trochę przewodniczką, a trochę aniołem stróżem; dzieliła się ze mną doświadczeniami i wtajemniczała w to, czego możemy się spodziewać w OA.

Kilka miesięcy później spotkaliśmy się osobiście na szkoleniu dla kandydatów na rodziców adopcyjnych. Ania i Andrzej należą do ludzi, których po prostu nie da się nie lubić: są realistami, obdarzonymi ogromnym poczuciem humoru i jeszcze większą dozą życzliwości. Po zakończeniu kursu na posiedzenie komisji kwalifikacyjnej wchodzili przed nami. Kiedy wyszli, widzieliśmy, że coś poszło nie tak. Owszem, otrzymali kwalifikację, ale niezupełnie zgodną z ich pragnieniami i oczekiwaniami. Wiele razy myśleliśmy o nich później z P. i zastanawialiśmy się, jakie dziecko zostanie im zaproponowane przez ośrodek. Mocno kibicowaliśmy, żeby spełniły się ich marzenia.

Kiedy nasza Księżniczka miała niespełna roczek, Ania pochwaliła się, że zostanie mamą. Oboje z mężem byli bardzo szczęśliwi, a jednocześnie drżeli o zdrowie maluszka, ponieważ ciąża była zagrożona.

Ich synek przyszedł na świat w 32. tygodniu. Dzień jego narodzin był jednocześnie początkiem walki o przetrwanie i przyszłość chłopca, która w znacznej mierze trwa do dzisiaj. Krzyś wymaga drogiej rehabilitacji, żeby mógł dogonić rówieśników i normalnie funkcjonować.

Dlatego po raz pierwszy w historii „Stożków” proszę Was o wsparcie. Poniżej zamieszczam link do zrzutki. Można tam przeczytać informacje o Krzysiu z pierwszej ręki – kreślone dłonią jego zatroskanej mamy. I to jest właśnie powód, dla którego ujawniłam tożsamość Ani i Andrzeja. Są autentyczni – tak samo, jak mały Krzyś i jego potrzeby.

https://zrzutka.pl/a7w5vx

Sztuka dawania podarunku polega na tym, aby ofiarować coś, czego nie można kupić w żadnym sklepie. /również A.A. Milne/

Reklamy
Droga po szczęście, Takie tam różne

Nowy Rok, nowe nadzieje

Co roku powtarzam, że 2 stycznia powinien być dniem ustawowo wolnym od pracy, żeby spokojnie dojść do siebie po pierwszym. Leczący dzisiaj kaca na pewno się ze mną zgodzą, chociaż w moim przypadku wcale nie chodzi o przypadłości poalkoholowe. Jestem z zasady niepijąca. Jako typowy skowronek chadzam za to spać wcześnie i wcześnie też wstaję, dlatego nocne szaleństwa i późniejszą niż zwykle pobudkę najczęściej przypłacam migreną i takim dziwnym poczuciem odrealnienia, które nie opuszcza mnie aż do następnego, roboczego już poranka.

Dziś jest podobnie, ale mimo tego inaczej. Po pierwsze dlatego, że przed chwilą zamknęłam drzwi za naszymi sylwestrowymi gośćmi i właściwie dopiero zaczynam swoją codzienną rutynę (zmywanie, pranie, szykowanie do pracy – wiecie, o co chodzi). Drugim powodem jest natomiast to, że wstałam o w miarę normalnej porze, dlatego mój organizm nie doznał aż takiego szoku czasowego. Czekam więc właśnie aż mi wyschnie podłoga w przedpokoju, co stanowi dobrą okazję do naskrobania kilku przemyśleń i podsumowań. Jako że Nowy Rok sprzyja porządkowaniu spraw i tworzeniu różnych list, moje refleksje również będą w punktach.

  1. Rok 2016 zdecydowanie nie należał do udanych. Choroba taty, ciągnące się miesiącami problemy z autem, telenowela z ogrzewaniem i komplikacje w pracy naprawdę dały się nam obojgu we znaki. Zresztą nie tylko nam. W nocy dostałam wiadomość od E., dla której bilans minionych 12 miesięcy był jeszcze gorszy. Z ulgą więc (choć jak wiadomo tylko symbolicznie) oddzielam poprzednie 366 dni grubą kreską i zaczynam nowy rozdział.
  2. Pomimo powyższego przynajmniej ostatnie chwile zeszłego już roku spędziliśmy najlepiej, jak tylko można, bo w gronie przyjaciół. Cyngiel za pomocą projektora potrafił w naszym zagraconym „salonie” stworzyć iście imprezowy nastrój, którego nie zburzyły nawet wywody o wyższości wakeboardingu nad wyczynową jazdą na nartach 😉 M. z K. wreszcie zdecydowali się nas odwiedzić, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju świętem. Oboje stanowią ten rodzaj gości (przepraszam za to etykietowanie, tak jest wygodniej :)), których obecność nawet po dłuższym czasie nie męczy, a wydaje się zupełnie naturalna. Obrazu dopełnia ich córeczka – mały, rozczochrany aniołek, bardzo bystry i komunikatywny jak na swoje „rok i trochę”. Dwa dni spędzone w kuchni na gotowaniu i pieczeniu warte były tego spotkania. Zabrakło w naszym gronie jeszcze jednego przyjaciela, który wykruszył się w ostatniej chwili – oby ta z pewnych względów ryzykowna decyzja okazała się dla niego korzystna, czego mu szczerze życzymy.
  3. Reksio znosił huk petard dzielniej niż zwykle i tym razem obyło się bez 24 godzin nieustannego szczekania. Dał się nawet w nocy wyprowadzić na spacer, co w poprzednich latach było nie do pomyślenia. Córeczki naszych gości trochę się bał. Widać, że nie jest przyzwyczajony do takich małych dzieci, bo brakuje mu wyczucia. Albo szczekał na małą z daleka i zrywał się z miejsca, kiedy tylko ona wstawała, albo przeciwnie – podchodził do niej i próbował zalizać ją na śmierć. Już widzę, że czeka nas sporo pracy po TYM telefonie, ale widać przynajmniej światełko w tunelu. 🙂
  4. Moje noworoczne postanowienie jest takie, żeby… nie formułować żadnych noworocznych postanowień. Pewnie, że coś by się znalazło. Muszę zrzucić kilka kilogramów, zacząć pisać pracę na studiach, chciałabym więcej biegać i częściej odwiedzać babcię – ale nie planuję uczynić z tego żadnej „TO DO LIST”, z której będę musiała się potem sama przed sobą rozliczać. Zamierzam zacząć ten rok z nadzieją i optymizmem.

I tego właśnie Wam wszystkim życzę. Pozytywnego nastawienia do świata przez całe najbliższe 365 dni. „Dobra wola przyciąga dobrą wolę” jak mawiał ojciec mojej Siostry. I oby tak było. Niech MOC będzie z Wami!

Ci, bez których nie jestem sobą, Droga po szczęście

Jak informować otoczenie o adopcji? List do przyjaciela*

Drogi Cynglu!

Znamy się od wielu lat, robiliśmy już razem mnóstwo rzeczy (czasem dziwnych, jak gra w niewidzialnego ping-ponga), ale chyba do tej pory nie dostałeś od nas listu. Ten jest nie tylko pierwszy, ale i wyjątkowy, ponieważ dotyczy kwestii z jednej strony oczywistej, a z drugiej trudnej do wyjaśnienia. Otrzymaliśmy bowiem pewne zadanie i uznaliśmy, że jesteś najbardziej odpowiednią osobą, by Cię w nim uwzględnić. Zacznijmy jednak od początku…

Nie jest dla Ciebie tajemnicą, że bezskutecznie staraliśmy się o biologiczne potomstwo. Sam zresztą polecałeś nam swoją ciocię, która ma gabinet ginekologiczny. Mamy w Tobie przyjaciela i wsparcie w wielu sytuacjach, nawet tych najbardziej skomplikowanych. Byłeś już naszym kierowcą, didżejem, ślusarzem, kucharzem (ach, te Twoje cycki!… z kurczaka rzecz jasna) i fotografem, a teraz będziesz mógł sprawdzić się w jeszcze jednej roli: wujka.

Kiedyś zażartowałeś, że moglibyśmy Cię adoptować. Nawet bez tego stałeś się już poniekąd członkiem naszej rodziny. Jest to dla nas szczególnie ważne teraz, ponieważ… zdecydowaliśmy się na adopcję dziecka. Obserwując nasze małżeństwo, sam często podkreślasz, że musimy się bardzo kochać. Masz rację, a co więcej, tej miłości mamy aż nadto i dlatego chcemy się nią podzielić z małym człowieczkiem, który wypełni nasz dom swoim śmiechem i tupotem nóżek, a nasze serca świadomością, że jesteśmy Rodzicami. Wiemy, że spodziewane przez nas maleństwo będzie dzieckiem boleśnie zranionym, wymagającym cierpliwości, siły i bezwarunkowego kochania. Na pewno jego pojawienie się w naszym życiu spowoduje ogromne zmiany. Dlatego chcemy, żebyś Ty, jako sprawdzony i zaufany Przyjaciel, towarzyszył nam w tej rewolucji.

Nie znamy drugiego takiego „hardkorowca na easy”, więc kto, jeśli nie Ty?

 Lady Makbet i P.

Cyngiel

* Wpis stanowi treść zadania, jakie otrzymaliśmy na jednym z pierwszych spotkań kursowych: należało napisać list do bliskiej osoby z informacją o rozpoczęciu drogi adopcyjnej.