Ci, bez których nie jestem sobą

Tańce przytulańce i trupy z szafy, ale przynajmniej grającej

Miało nie być o Walentynkach, ale będzie. To nie moja wina, przysięgam!!! Wszystko przez Księżniczkę. Otóż nasze dziecko jest coraz bardziej muzykalne, tańczy (a raczej kręci pupcią i robi półprzysiady) do każdej zasłyszanej melodii. Puszczamy jej więc przeróżne utwory, próbując znaleźć balans pomiędzy ich rytmicznością i „skocznością”, a naszym gustem muzycznym – ergo „Miłość w Zakopanem” nie wchodzi w grę, ale już Shakira i Lady Gaga rozbrzmiewają ostatnio w naszym domu dosyć często, chociaż sami wolimy klimaty rockowe. W każdym razie włączyłam wczoraj Księżniczce jedną ze swoich youtubowych playlist, zawierającą moje ulubione (głównie polskie) utwory. Razem z nimi wróciły wspomnienia, zatem poczułam się sprowokowana, aby o nich z dzisiejszej okazji napisać.

Zanim to zrobię, podzielę się z Wami jeszcze jednym spostrzeżeniem, pośrednio związanym z tematem. Niedawno opisywałam w komentarzu u Izzy wynik pewnego… eksperymentu, któremu poddała moją grupę na studiach wykładowczyni psychologii. Mianowicie kazała nam narysować ludzką postać tej samej płci, co autor rysunku; więcej wskazówek nie podała. Naszkicowałam na kartce sylwetkę młodej dziewczyny w krótkiej spódniczce i włosach ostrzyżonych „na pazia”. Pani profesor przeanalizowała moją pracę, po czym orzekła, że nie myślę jeszcze poważnie o mężczyznach i nie szukam stałego związku. Ciekawa teoria, zważywszy, że od blisko trzech lat byłam zaręczona, a dwa czy trzy miesiące po tym „teście” wychodziłam za mąż za P. Oczywiście poinformowałam o tym panią psycholog, dodając, że z narzeczonym jesteśmy parą od liceum. Kobieta spojrzała na mnie zza okularów, podumała chwilę, po czym orzekła, że takie małżeństwa (cokolwiek znaczył ten zaimek) mają szansę powodzenia, o ile nie pojawią się w nich dzieci. Tak sobie myślę, że mój rozwój plastyczny naprawdę musiał się zatrzymać w podstawówce, skoro wykładowczyni uznała mnie za aż tak niedojrzałą na podstawie tego jednego rysunku… W każdym razie dzisiaj nie tylko jestem od dekady szczęśliwą mężatką, ale dodatkowo mój małżonek ma w domu jeszcze jedną, niespełna roczną „walentynkę”. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mieli się rozstać, a już na pewno nie przez Księżniczkę. I może dlatego właśnie warto ten Dzień Zakochanych świętować nawet pomimo jego komercyjnego i kiczowatego charakteru.

DJ Stożek Entertainment przedstawia zatem sentymentalno – symboliczną playlistę państwa Makbet (w porządku chronologicznym):

  1. „Pocałuj mnie, jakbyś to robił pierwszy raz”dancing-2972960_960_720

Ekhm. To jest krępujący moment w naszej wspólnej biografii. Kiedyś pisałam już o tym, że z P. znamy się od dziewiątego roku życia. Jako że chodziliśmy do jednej podstawówki, to zdarzyło nam się być razem na szkolnej dyskotece – organizowanej w (jak na tamte czasy) modnym klubie, co dzisiaj chyba nieczęsto się zdarza. P. poprosił mnie do tańca – mieliśmy po 10 lat, więc raczej było to takie skakanie obok siebie, niż tańczenie razem. W pewnym momencie podeszła do nas jakaś starsza dziewczyna (nie mam pojęcia, kto to był! Uczennica starszej klasy? Czyjaś siostra? Diabeł wcielony?) i kazała nam się przytulić… chociaż „kazała” to wybitnie złe słowo, ona nas po prostu ze sobą splotła. No i tańczyliśmy w ten sposób dalej w rytm przeboju I&I, mimo własnego wstydu i kpiących spojrzeń równolatków… Chociaż na pierwszy pocałunek musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, to refren tego utworu skutecznie utkwił w mojej pamięci. Dopiero niedawno odkryłam, jak beznadziejny tekst ma ta piosenka.  🙂

2. „If you believe in love tonight…”

MUUUSIC
P. pożyczył mi kiedyś płytę Sashy, podobno należącą do jego mamy. Było to tuż po tym, jak odnowiliśmy kontakt po kilkuletniej przerwie. Nie prosiłam o ten krążek ani też nie byłam jakąś specjalną fanką owego wykonawcy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało, że P. zaproponował mi akurat tamten album. Faktem pozostaje natomiast, że dzięki temu mieliśmy pretekst do kolejnego spotkania. A samej płyty słuchało się całkiem przyjemnie.

  1.  „Rozumiem, już rozumiem swój błąd…”

iphone-500291_960_720

Słuchaliście kiedyś Varius Manx? (E., jeśli to czytasz, to wiedz, że w tej chwili ciepło o Tobie myślę 😉 ) Przebój tej grupy – „Ruchome piaski” – przyczynił się do przełomu w moich relacjach z P. Byliśmy w drugiej klasie liceum i przechodziliśmy dosyć dziwny etap znajomości; byliśmy dla siebie kimś więcej, niż przyjaciółmi, ale zdecydowanie nie był to związek. Trochę się zresztą mijaliśmy, bo kiedy ja w końcu wyleczyłam się z poprzedniej miłości, P. akurat znalazł dziewczynę – tak więc jakoś nie mogliśmy się zejść. Pod koniec września pojechałam na szkolny biwak. Któregoś ranka do mojego domku wpadł w odwiedziny B. – kumpel z klasy, z którym znałam się od przedszkola i który kolegował się również z moim P. Ponieważ sam był wtedy ślepo zakochany, rozmowa szybko zeszła na tematy damsko – męskie. I tak mi, skubany, wiercił dziurę w brzuchu, że zaczęłam na nowo analizować swoje uczucia do P. Jakoś tak się złożyło, że B. miał również przy sobie płytę z polskimi balladami, a na niej właśnie „Ruchome piaski”. Nie mogę sobie przypomnieć, czy puścił ją już podczas tej rozmowy, czy też usłyszałam powyższą piosenkę przy innej okazji tego dnia – bądź co bądź dopatrzyłam się w jej słowach… siebie. I przyszło mi do głowy, że być może tracę szansę na miłość życia. Dzisiaj, przez pryzmat czasu, patrzę oczywiście z pewnym pobłażaniem na tę nastoletnią siebie, ale trudno odmówić racji tamtym spostrzeżeniom. Pierwszym, co zrobiłam po powrocie z biwaku, był telefon do P. Niespełna miesiąc później zostaliśmy parą…

  1. „Wielka miłość, wielka siła…”

wedding-2954579_960_720.jpg

Kiedyś, jeszcze jako nastolatka, marzyłam, abyśmy z moim przyszłym mężem mieli „naszą piosenkę” niczym bohaterowie amerykańskich filmów. No i mamy! P. przez wiele lat pisał do mnie listy. W jednym z nich, na początku naszego związku, zacytował tekst utworu Krajewskiego, który mi zadedykował. I chyba od tamtego momentu „Czekasz na tę jedną chwilę” aka „Wielka miłość” towarzyszy nam w różnych okolicznościach. Był to również nasz pierwszy taniec na weselu, chociaż zespół próbował nas przekonać do wyboru innego, bardziej oryginalnego kawałka. Zgadzam się, że utwór jest oklepany, ale co z tego, skoro NASZ?

  1. „Zamigotał świat tysiącem barw!”

 

concert-2527495_960_720Po „Wielkiej miłości” przybyło jeszcze mnóstwo kawałków, które na stałe wpisały się w historię naszego małżeństwa.  Ich pochodzenie wiąże się ze wspólnymi wyjazdami, koncertami albo romantycznymi wieczorami we dwoje. Jednak takim naprawdę przełomowym stał się dopiero utwór wspomnianego już Variusa. Słowa jego refrenu były pierwszymi, które zabrzmiały mi w głowie po decyzji o adopcji naszej Księżniczki. Tak się w istocie stało – świat zamigotał tysiącem barw i wita nas nimi każdego dnia.

Tymczasem kończę imprezę i idę spać. Walentynki obchodziliśmy w weekend, a dziś pora w końcu zregenerować siły po ostatnich zawodowych wyzwaniach, które m.in. zmusiły mnie do jazdy samochodem o 4 rano po nieprzespanej prawie całej dobie, ale o tym może kiedy indziej. 🙂

A jak Wam minęło Święto Zakochanych?

Reklamy
Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Taka tam rodzina adopcyjna

Kto komu dodaje skrzydeł przed Świętami?

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie (Adam Mickiewicz)

Tam sięgaj, gdzie wzrost dosięga, łam, czego rodzic nie złapie (Księżniczka)

Pisząc „Odę do młodości”, nasz wieszcz narodowy miał 22 lata i chyba nie był jeszcze ojcem, a przynajmniej nie oficjalnie. Podejrzewam, że mimo tego w jego otoczeniu znajdowały się jakieś dzieci, bowiem fragmenty tego przełomowego utworu wypisz-wymaluj prezentują codzienność niemowlaka (bądź z niemowlakiem). Spójrzcie tylko na taki dwuwers:

„Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory”

Ową bryłą może być stolik kawowy, śmietnik na pieluchy tudzież trzykilowy worek ziemniaków. Słowem – wszystko, co da się przesunąć. Księżniczka literalnie pcha te przedmioty nowymi tory, zamieniając często także przód z tyłem albo pion z poziomem i dzielnie (inna rzecz, że mało skutecznie) walcząc z prawami grawitacji.

O, albo na ten fragment:

„W krajach ludzkości jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha.”

U Księżniczki te żywioły chęci często uaktywniają się właśnie wtedy, kiedy w naszej sypialni jeszcze noc głucha. Na przykład przedwczoraj o piątej rano wstała w łóżeczku, oparła się o barierkę niczym o balustradę balkonu i zaczęła… śpiewać. Nie wiem co, nie znałam tego kawałka… być może własną wersję „Ody do młodości”. No i niestety, w takich sytuacjach to już „nie ma zmiłuj”, jej miłość zionie takim ogniem, że nasz zaspany świat ducha musi wyjść z zamętu i okazać małej przynajmniej minimum zainteresowania.

W związku z tym, że Księżniczka opanowała do perfekcji sztukę raczkowania i wstawania, a także wspinania się na wszystko (choć to akurat w stopniu średnio zaawansowanym), musieliśmy obniżyć jej łóżeczko do najniższego poziomu. Lada chwila przyjdzie czas na wymontowanie trzech ruchomych szczebelków, a wtedy to już tylko witaj, jutrzenko swobody!

christmas-2994875_960_720

No dobra, a teraz poważnie. Ciasteczka upieczone, prezenty zapakowane, zakupy zrobione, sprzątanie w toku (a przynajmniej tak sobie wmawiam dla lepszego samopoczucia). Za chwilę zaczniemy z P. ubierać choinkę, co jest tym zabawniejsze, że jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie ją postawimy… ani tym bardziej jak ustrzeżemy przed naszym dziewięciomiesięcznym terminatorem. Rozważaliśmy powieszenie jej za oknem (choinki, nie terminatora), tak aby była widoczna tylko przez szybę, postawienie na balkonie u sąsiada naprzeciwko, namalowanie drzewka na ścianie zmywalną farbą albo przyczepienie kilku gałązek pod sufitem. Ponieważ jednak żadna z opcji i tak nie jest w stanie uchronić mieszkania przed destrukcyjną siłą raczkującego bobasa, P. zrezygnowany przytachał przed chwilą z piwnicy nasz sztuczny świerk.

Zmykam zatem go dekorować, natomiast Wam, Kochani, życzę, co następuje:

Żeby przy Waszych wigilijnych stołach zasiedli ci, którzy są najbliżsi Waszym sercom;

Żeby ciotka tym razem nie zalała obrusu barszczem, teściowa nie skrytykowała pierogów, a ojciec wyjątkowo nie mówił o polityce… a nawet, jeśli coś z tego nastąpi, życzę, abyście umieli skwitować to ze szczerym i beztroskim uśmiechem;

Żeby pod choinką czekały na Was prezenty dane z serca, choćby miały to być skarpety w renifery (tak sobie teraz myślę, dlaczego nikt nigdy mi takich nie kupił?);

Żeby w Waszych rodzinach ani w te Święta, ani w nadchodzącym 2018 roku nie zabrakło miłości, wyrozumiałości, wzajemnego szacunku, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Kochani!

Ps1. Izzy, Ahaja, J. – dziękuję za wspaniałe niespodzianki. Jesteście niesamowite!!!

Ps2. Rzucam się w wir przedświątecznych przygotowań, więc pewnie na kilka dni zamilknę. Zakładam, że Wy podobnie. Gdybyście jednak znaleźli chwilę oddechu pomiędzy karpiem a pasterką, to zapraszam już w wigilię do lektury króciutkiego, chociaż bardzo osobistego wpisu.

Taka tam rodzina adopcyjna

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. 😉

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. 🙂

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… 😀 ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    https://i0.wp.com/resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          https://i1.wp.com/i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg

Ci, bez których nie jestem sobą

Pół życia pożycia

Nasze dziecko zostanie inżynierem. Na bank. Przyłapaliśmy ją już na rozkręcaniu zaworu grzejnika, włączaniu i wyłączaniu Playstation, rozmontowywaniu listew podłogowych i testowaniu zawiasów bramki bezpieczeństwa w drzwiach swojego pokoju. Ze wszystkich zabawek najbardziej lubi wózek dla lalek, a dokładniej jego kółka, które skręca, toczy i obraca na wszystkie sposoby. Teraz, kiedy piszę, leży przede mną na podłodze i bawi się kółkami krzesła obrotowego, które dopadła zaraz po tym, jak rozłożyła na części pierwsze całą matę puzzlową (24 elementy). Przypominam, że ma 7 miesięcy. Na roczek dostanie chyba Lego Technics… albo nie, po co się szczypać, lepiej od razu skrzynkę z narzędziami i kilka desek, żeby meble i ściany nie ucierpiały w wyniku przeprowadzanych przez nią prób i doświadczeń.

Mgr inż. Księżniczka (Izzy, jeżeli Twoja E. może być Księżniczką Przedszkolaczkiem, to moja może być Księżniczką Inżynierem, czyż nie?) jest jednak tylko wisienką na torcie podczas jutrzejszego przyjęcia – i to niemal dosłownie.

W czym rzecz? Otóż jutro P. i mnie stuknie kolejna rocznica związku i pomimo tego, że nie jest okrągła, to jednak bardzo ważna. Z moich wyliczeń (skomplikowanych niczym równania Sheldona Coopera z „Teorii wielkiego podrywu”, nie myślcie sobie!) wynika, że mój małżonek i ja stanowimy parę równo przez pół naszego życia! Powiem Wam, że brzmi to dla mnie jak jakaś totalna, kosmiczna abstrakcja. Doskonale pamiętam czasy „sprzed P.” i wcale nie wydaje mi się, żeby to było jakoś strasznie dawno. A tu się okazuje, że za chwilę będziemy mieć na koncie więcej czasu spędzonego razem niż osobno.

Jeśli czytaliście historię naszego poznania się, to wiecie, że można ją uznać za romantyczną. Natomiast początek naszego związku nie był ani oryginalny, ani wzruszający. Trudno z niego zrobić ciekawą opowieść, ale spróbuję.

Nadchodziły wakacje. Myśl o nich niezbyt mnie cieszyła. Miałam złamane serce… zostałam podle potraktowana przez chłopaka, którego – jak mi się wówczas wydawało – kochałam. Z P. łączyły mnie wtedy relacje przyjacielskie, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie. Wiedziałam, że nie jestem mu obojętna, zresztą ja też darzyłam go uczuciem, którego chyba w tamtym czasie po prostu nie chciałam nazywać. Życie (zwłaszcza nastolatka) bywa pokrętne, więc stanęło na tym, że leczyłam rany po byłym (nazwijmy go X.), a P. zaczął się spotykać z naszą wspólną koleżanką. Ich związek od początku nie był udany, ale to temat na odcinek „Trudnych spraw”, a nie na Stożki 😉 .

Stopniowo zaczęliśmy się do siebie zbliżać, mimo że uparcie się tego wypierałam. P. był ministrantem, w niedzielę zawsze służył na mszy młodzieżowej, na którą też chodziłam. Wspólne spacery po wyjściu z kościoła stawały się naszą tradycją. Nie umknęło to oczywiście uwadze moich przyjaciółek, zwłaszcza C., która chyba jako pierwsza przewidziała finał tej historii. Pisywaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy godzinami przez telefon. P. rozstał się ze swoją dziewczyną. Wszystko wskazywało na to, że się zejdziemy.

Pod koniec wakacji dostałam list od X. Przepraszał, żałował, obiecywał, chciał się spotkać. Niejednej dorosłej kobiecie takie słowa przewróciłyby w głowie, a co dopiero licealistce. Zgodziłam się na jego przyjazd, ale ku własnemu zaskoczeniu wyszłam z tej pseudorandki silniejsza. Postanowiłam, że nie będę marnować młodości dla faceta, który sam nie wie, czego chce. X. pisywał do mnie jeszcze przez jakiś czas, potem kontakt nam się urwał. Dziś ma żonę i dzieci, chyba jest szczęśliwy… rozmawiałam z nim nawet ostatnio przez chwilę, głównie o sprawach zawodowych. Niech mu się wiedzie.

Od czasu tego spotkania z X. miałam już pewność, z kim chcę się związać… tylko nie umiałam tego odpowiednio rozegrać. Wiedziałam, że P. czeka na sygnał ode mnie, mówił mi to wprost. No ale jak to? Tak paść facetowi w ramiona i powiedzieć „chciałeś, to masz?”. Nieee, co to, to nie ja. Zrobiłam więc to, co każda szanująca się nastolatka, czyli zwierzyłam się ze swoich wątpliwości przyjaciółce. E. odparła, że upadłam na głowę. Nie przepadała wówczas za P. i chyba nie była pewna, czy wyleczyłam się z X. (Tak sobie właśnie czytam te moje wypociny i mam wrażenie, że brzmią trochę jak list do „Bravo”… no niestety, wiele rzeczy potrafię, ale za Chiny Ludowe nie zmienię tego, kim byłam pół życia temu). Zostałam więc z mętlikiem w głowie i jeszcze większymi wątpliwościami.

Pewnej październikowej niedzieli P. siedział u mnie w pokoju, jak zwykle na podłodze. W ogóle wszyscy u mnie siadali na podłodze, co nawet miało swój specyficzny klimat. Rozmowa jakoś się nie kleiła. W pewnym momencie, chyba dla rozładowania atmosfery, mój gość sobie ze mnie zażartował – ot, jakiś koleżeński docinek, już nie pamiętam, co to było. Postanowiłam wykorzystać moment… i powiedziałam, że ma uważać, jak się zwraca do swojej dziewczyny.

I już. Złapał mnie za rękę i tak zostało, a kilka lat później wziął sobie tę rękę i całą resztę na dobre. Oczywiście nie zawsze było różowo czy tam błękitno w jednorożce, bez przesady. Uczniowie podpytują czasami, czy mój mąż mnie denerwuje. Odpowiadam, że osiem razy dziennie, a w weekendy to nawet dwanaście. I pewnie vice versa. Bywa, iż mam go szczerze dosyć, ale nigdy naprawdę nie żałowałam decyzji, której rocznicę będziemy jutro świętować. Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on. Czasem się zastanawiam, czy umiałabym do tego stopnia otworzyć się przed kimkolwiek innym i dochodzę do wniosku, że nie.

Nie da się w jednym wpisie zawrzeć tego, co razem przeżyliśmy… Wspólne podróże, przeprowadzki i starania o dziecko to tylko część doświadczeń. Zwieńczeniem tej współdzielonej połowy życia okazała się Księżniczka, która w trakcie pisania tego tekstu zdążyła się już wybawić i wyspać. Przed chwilą ściągnęła sobie śpioszki i właśnie zaczyna domagać się jedzenia, więc kończę.

Następne kilkanaście lat mojego związku z P. zapowiada się jak widać równie emocjonująco 🙂 .