Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.

Reklamy
Droga po szczęście, Taka tam rodzina adopcyjna

Te straszne procedury adopcyjne!

Przeczytałam niedawno artykuł* na temat realiów adopcji w naszym kraju. Niezbyt przypadł mi do gustu, głównie ze względu na udawany obiektywizm. Czym innym są relacje blogujących rodziców adopcyjnych, z założenia osobiste i obejmujące najczęściej jednostkowe doświadczenia, a czym innym powinien być tekst stworzony przez dziennikarza, którego zadanie polega na dokładnym zbadaniu opisywanego problemu czy zjawiska. Przywoływany reportaż – o ile tak go można nazwać – pokazuje na nieszczęście tylko jedną stronę adopcji, co sprawia, że cały proces ulega nieprzyjemnej banalizacji. Przedstawia bowiem „biedne sierotki” w domach dziecka (wybaczcie sarkazm) oraz długie kolejki kandydatów na rodziców, którym bezduszne przepisy utrudniają zostanie mamą i tatą. Pod artykułem oczywiście zaroiło się od komentarzy, które niestety potwierdzają istnienie bardzo schematycznych przekonań o adopcji jako takiej.

Postanowiłam podjąć polemikę z niektórymi tezami zawartymi w tychże komentarzach. Czynię to oczywiście wyłącznie jako mama rocznej pociechy, mająca te Straszne Procedury już za sobą i, co za tym idzie, posiadająca jakąś tam wiedzę teoretyczną. O praktyce pewnie wypowie się Księżniczka po wejściu w okres dojrzewania. 😉 W każdym razie żadnym ekspertem nie jestem i nawet nie próbuję udawać.

Adopcja jest wynikiem desperacji i próbą oszukania natury, bo ma zaspokoić pragnienie posiadania biologicznego potomstwa.

Zgadzam się, że w wielu przypadkach adopcja ma, brzydko rzecz ujmując, dać ludziom to, czego nie dały im natura ani medycyna. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy staralibyśmy się z P. o przysposobienie, gdybym mogła zajść w ciążę (chociaż i takie plany snuliśmy). Natomiast absolutnie nie uważam nas za desperatów. Wręcz przeciwnie – dobrze nam było razem we dwoje, więc pragnienie powiększenia rodziny stanowiło zupełnie zwyczajną kolej rzeczy, a nie akt rozpaczy. Chcieliśmy mieć dziecko z tych samych pobudek, jakie kierują większością normalnych ludzi. Od roku jesteśmy rodzicami, mamy wspaniałą córeczkę i nie czuję, żebyśmy kogokolwiek oszukali – naturę, Pana Boga czy kota sąsiadki spod trójki. Księżniczki też nie oszukamy, na pewno pozna prawdę o swoim pochodzeniu.

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury adopcyjne, już dawno przysposobiłabym dziecko!

Gdyby nie te strasznie skomplikowane procedury dające licencję pilota, to już dawno latałabym Boeingiem. (Pytanie tylko, z jakim skutkiem.)

Zachodzi tu podobna zależność. Jeżeli ktoś jest zdecydowany, aby zostać rodzicem adopcyjnym i ma ku temu właściwą motywację, warunki oraz predyspozycje, to przejdzie cały proces, nawet jeżeli po drodze pojawią się trudności. Oczywiście, bywało tak, że ze spotkań w ośrodku adopcyjnym wychodziłam psychicznie rozbita, a nawet zwyczajnie wkurzona. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo… Natomiast cała procedura była dla nas klarowna już od pierwszej  wizyty w OA – wiedzieliśmy, co po kolei nas czeka i na co mamy się przygotować. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że owo „skomplikowanie” to niepotrzebnie rozpowszechniany mit. Starania o dziecko biologiczne bywają o wiele bardziej złożone i wyczerpujące…

Tyle dzieci cierpi w domach dziecka, a kandydatom niepotrzebnie przedłuża się czas oczekiwania.

Wiele osób wciąż wskazuje długie oczekiwanie na adopcję jako przyczynę istnienia placówek opiekuńczych. Tymczasem w domach dziecka i szeroko rozumianej pieczy zastępczej przebywają przede wszystkim dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej, czyli takie, których przynajmniej jedno z rodziców nie zostało całkowicie pozbawione władzy rodzicielskiej. Tych maluchów po prostu nie można adoptować ze względów ustawowych. Poza tym jest tam młodzież szkolna, dla której trudniej znaleźć rodzinę i która nierzadko sama już nie chce być przysposobiona. Wiele jest też dzieci nieuleczalnie chorych bądź upośledzonych, do których niestety nie ustawiają się kolejki chętnych… Osobiście nie spotkałam się za to z sytuacją, kiedy to kandydatom po kursie ktoś celowo wydłużał czas oczekiwania na telefon z informacją o dziecku. Jeżeli nawet coś takiego ma miejsce, to zakładam, że w jakichś szczególnie uzasadnionych przypadkach (np. po kilkukrotnej odmowie propozycji kandydaci otrzymują czas na ochłonięcie i zweryfikowanie swoich oczekiwań; inną przyczyną może być utracona w międzyczasie ciąża lub nieoczekiwana zmiana sytuacji życiowej oczekujących).

Dwa powyższe akapity mają pewien wspólny mianownik. Jest nim przekonanie, iż osierocone dziecko w każdej (czytaj: jakiejkolwiek) nowej rodzinie będzie miało lepiej niż w placówce opiekuńczej. I chociaż brzmi to logicznie, to warto pamiętać, że adoptowana pociecha nie jest czystą kartą. Może moja córka, mieszkająca z nami od pierwszych dni życia, nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale nawet ona ma za sobą przeżycia, których na szczęście nigdy nie doświadczyła większość jej rówieśników. Im starsze dziecko, tym więcej traum i obciążeń wnosi do nowego domu. Nie każdy dorosły, choćby posiadał jak najlepsze chęci, jest w stanie sobie z tym poradzić. Zainteresowanym polecam książki „Wychowanie zranionego dziecka” oraz „Zranione dzieci, uzdrawiające domy”  – bardzo otwierają oczy na sprawy, o których ckliwe artykuły z reguły milczą. Można też powiedzieć, że każde porzucone dziecko potrzebuje innych opiekunów. Np. dla zaniedbanego wychowawczo sześciolatka lepsi będą tacy, którzy konsekwentnie wprowadzą w domu określony porządek dnia i zasady, których będą się mocno trzymać, a dla maltretowanej psychicznie i fizycznie pięciolatki bardziej odpowiedni okażą się ludzie bardzo wrażliwi, ciepli w kontaktach i empatyczni. To oczywiście tylko hipotetyczne rozważania, bo w praktyce nie ma dwóch identycznych przypadków. I właśnie po to są te „skomplikowane procedury”, żeby jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka (a nie odwrotnie!).

Kobiety po 36. roku życia nie mogą brać udziału w adopcji.

No niestety, adoptowanym można zostać tylko przed osiągnięciem pełnoletniości. 😉

A poważnie – ośrodki różnie podchodzą do kwestii różnicy wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Słyszałam np., że osoby po ukończeniu 40 lat nie mogą już liczyć na niemowlęta, ale znam też (osobiście!) pary, które w tym wieku przysposobiły noworodki. Natomiast nigdy nie spotkałam się z takim kryterium, jak zacytowane powyżej. Albo ktoś nie doczytał komentowanego artykułu i niepotrzebnie podzielił się tym w sieci, albo trafił na wyjątkowo nieprzyjazny ośrodek.

Mnóstwo dzieci już w pierwszych miesiącach po przysposobieniu jest zwracanych do ośrodka.

Dziecko to nie książka z biblioteki, którą można oddać, gdy się znudzi…

Po uprawomocnieniu decyzji sądu o adopcji „zwrócić” pociechę można jedynie tą samą drogą – czyli złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie przysposobienia, co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że takie rozwiązanie zostanie orzeczone. Nie można m.in. rozwiązać przysposobienia całkowitego (zresztą inna jego nazwa to pełne nierozwiązywalne), czyli takiego, w którym rodzice biologiczni podpisali tzw. zgodę blankietową (dobrowolnie zrzekli się praw do dziecka bez wskazania osoby adoptującej). W każdym innym przypadku o ewentualnym przerwaniu przysposobienia decyduje dobro małoletniego, a nie widzimisię jego opiekunów, chociaż zapewne często jedno wynika z drugiego. Nieudane adopcje niestety się zdarzają, o czym poruszająco pisała nie tak dawno Izzy (klik) – ale to nie znaczy, że można dziecko tak po prostu odstawić z powrotem do domu dziecka (i najlepiej jeszcze porzucić na wycieraczce z karteczką na szyi, niczym w starych filmach), jak twierdzą niektórzy.

mistake-1966448_960_720

Pisząc ten post, zastanawiałam się, czy można coś zrobić, żeby jakoś zdemitologizować proces adopcyjny. Odnoszę wrażenie, że nie za bardzo, bo wszelkie kampanie trafiałyby przede wszystkim do wąskiego grona zainteresowanych, którzy i tak już mają rzetelną wiedzę. Mimo tego część mnie uważa, że warto próbować. Bardzo nie chcę, by ktoś kiedyś powiedział naszej córce, iż rodzice adoptowali ją z desperacji.

Desperacko to ja w tej chwili szukam jedynie miejsca w domu, gdzie można by było ukryć przed nią… wszystko(!), ale o tym kiedy indziej. 😉

*Celowo nie zamieszczam źródła artykułu. Gdyby ktoś jednak chciał, wyślę na priv.

Ci, bez których nie jestem sobą

O przydziałach na pomidory i o tym, jak miłość rujnuje dzieciństwo

Na potrzeby poniższego wpisu zdecydowałam się nadać pseudonimy dwóm „literkom”, które niektórzy Czytelnicy już znają z dawniejszych postów. Sądzę, że same „literki” nie pozwoliłyby odpowiednio wybrzmieć niektórym sentencjom, jakie pojawią się poniżej. Zatem: E. zostanie tymczasowo Jagodą (od jej harcerskiego imienia),
C. będzie figurować jako Mandaryna (nie mylić z pewną wokalistką… C., wybacz!!!)

Dopiero względnie niedawno odkryłam, że pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje” ma trzecią zwrotkę. Brzmi ona tak:

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
Że na zawsze łączą nas:
Wspólne troski i radości życia,
Serc harcerskich zjednoczone bicia
I ta przyjaźń najszczersza, prawdziwa
Którą Bóg połączył nas.

Słucham jej właśnie w nieco unowocześnionym wydaniu. Zamykam oczy i natychmiast z łatwością przenoszę się… w las. Jest chłodny letni wieczór, ognisko powoli dogasa. Mam na sobie szary mundur z granatowym sznurem drużynowej, a na karku jakieś 19 lat. Zapach drzew łączy się z wonią dymu z płonących gałęzi. Stoję w kręgu, wśród ludzi takich jak ja. Może po prawej mam moją Siostrę, a po lewej jedną ze swych późniejszych następczyń? A może G., który za kilka lat zagra na organach na moim ślubie albo M., który urwał się z pobliskiej kolonii zuchowej na krótkie odwiedziny? Nie to jest w tej chwili ważne. Istotniejsze, że właśnie ktoś intonuje „Pieśń pożegnalną”, po niej przekażemy sobie iskrę przyjaźni, a niedługo później tę leśną ciszę przetnie płynąca z oddali melodia „Idzie noc”, grana na trąbce przez druha P., komendanta jednego z podobozów. Jak zawsze charakterystycznie zafałszuje, dzięki czemu nikt nie będzie miał wątpliwości co do osoby trębacza. Za moment moje harcerki pójdą spać, a ja zejdę na odprawę kadry, żeby podsumować dzień i zaplanować następny. Lubię siebie w tamtej chwili. Wiem, kim jestem, co tam robię, czego chcę.

ognisko

Piosenka się skończyła, ale nie otwieram jeszcze oczu. Cofam się w czasie o kolejne cztery lata. Siedzimy we cztery – najbardziej zgrany zastęp świata, a przynajmniej tak nam się wtedy wydaje –  na wydeptanej trawie i zastanawiamy się, co za cymbał załatwił nam na obóz te kanciaste namioty z podłogą. „Oficerskie”, psia kość, ale tylko z nazwy. Jakiż to był szatański wynalazek! Przez tę gumowaną podłogę nie dało się zbudować porządnej pionierki, bo niczego nie można było wkopać. Postawiona naprędce półka zawaliła się po tygodniu, skazując nas na mniejszy lub większy (częściej większy) chaos w naszym zielonym m4. O pryczach z tych samych względów mogliśmy wszyscy zapomnieć, a zamiast kanadyjek czy innych łóżek polowych dostaliśmy takie grube, gąbczaste materace. Po kilku deszczowych dniach wszystko w tych namiotach gniło, bo wilgoć nie miała jak wsiąkać w podłoże. Wsiąkała więc w materace (pod którymi, oprócz pleśni, Jagoda znalazła któregoś razu jakieś zapomniane zapasy z domu – żadna z nas nie wiedziała, jak się tam znalazły). W czasie upału natomiast nie dało się w tym ustrojstwie oddychać, bo nie istniała możliwość wietrzenia. Namiot miał tylko jedno wyjście, a podłoga nie przepuszczała powietrza od ziemi.

616619101_2_1000x700_namiot-n6-dodaj-zdjecia_rev001
źródło: OLX

Szybko porzucamy jednak temat otaczającej nas infrastruktury (przynajmniej do czasu, gdy D. znajdzie pod damskim prysznicem żywą żmiję…) i uciekamy myślami do oddalonej o 200 km miejscowości, w której obozowały nasze zaprzyjaźnione męskie drużyny. „Zaprzyjaźnione” to właściwie eufemizm, bo oprócz Jagody każda z nas miała tam swoją „miłość życia”. Do dziś wspominam te historie z pewną nostalgią. W każdym razie cierpiałyśmy wtedy straszliwie, że musiałyśmy pojechać na obóz razem z młodszą częścią naszego środowiska, zamiast tam, dokąd rwały się serca. Owe uczuciowe perypetie miały oczywiście swój ciąg dalszy, choć żadna nie związała się na stałe z ówczesnym obiektem westchnień.

tomatoes-1993695_1280

Jakiś czas później, podczas dłużącej się podróży dokądś tam, siedziałyśmy z Siostrą jak zwykle na tyłach autokaru, tym razem jednak obok Sz., byłego chłopaka Mandaryny. I w pewnej chwili, właściwie niepytany, nasz towarzysz westchnął głęboko, po czym wyznał śmiertelnie poważnym tonem: „Miałem szczęśliwe dzieciństwo. A potem poznałem Mandarynę.” Ta fraza błyskawicznie stała się pewnego rodzaju mottem naszego zastępu, powtarzanym do teraz przy okazji różnych (i zdecydowanie za rzadkich) przyjacielskich spotkań. Mandaryna zazwyczaj od razu dodaje: „Jeny, jak ja go kochałam!” – a stąd już prosta droga do odtwarzania rozmaitych wspomnień, czasami wielokrotnie powtarzanych, a czasem wygrzebywanych z najgłębszych zakamarków pamięci. Miałyśmy też inne hasła, jak choćby „przydział się skończył”, którego geneza była dość… osobliwa. Otóż któregoś razu wpadłyśmy wszystkie do Siostry i spustoszyłyśmy jej kuchenne zapasy, przez co obawiała się, że dla jej braci zabraknie posiłku; zabrała nam więc chleb i dżem sprzed nosa, oznajmiając półżartem, że przydział się skończył. To powiedzonko również na dobre weszło nam w krew, używałyśmy go za każdym razem, kiedy czegoś nam brakowało. Tym sposobem „przydział się skończył” było odpowiedzią na deficyt gwoździ podczas obozowej pionierki, trudności finansowe drużyny, a nawet filozoficzne rozważania na temat uczuciowych niepowodzeń. O, albo jeszcze „mieć z kimś pomidora” oznaczało tyle, co całować się. Mandaryna grała na gitarze i potrafiła (zapewne nadal potrafi) pięknie śpiewać, posiadałyśmy zatem także repertuar ulubionych piosenek, będących nierzadko przeróbkami znanych harcerskich utworów. Na przykład:

Znów pewnie ci włożą
Kaftanik przez głowę,
I znowu karetka
Powiezie cię w dal,
Psychiatra obejrzy,
Postawi diagnozę,
Pasami do łóżka
Cię przycisną tak…

Z tym domem wariatów to w ogóle musiało być coś na rzeczy, bo wspomniany druh P., ten od fałszowania na trąbce, wymyślił cały dział tzw. „sprawności psychiatrycznych”, które (oczywiście nieoficjalnie) zdobywali jego harcerze. Pamiętam między innymi, jak pewien młody bydgoszczanin wbiegł do naszego obozu przebrany za krasnoludka (czapkę miał z worka na śpiwór, a płaszcz ze sztormiaka swojego drużynowego) z szyszką w zębach i saperką w rękach; tu niestety moja pamięć zawodzi, bo nie potrafię sobie przypomnieć, co miał za zadanie zrobić… zapewne albo zatańczyć na środku placu apelowego, albo zdobyć jakiś przedmiot należący do komendantki. W każdym razie obecność takich oszołomów współtworzyła niepowtarzalną atmosferę tych obozów.

Co się zaś tyczy historii naszych wzajemnych zastępowych relacji, którą opisywałam rok temu (KLIK), to jest ona dla mnie nadal nierozwiązaną zagadką. Nadawałyśmy na tak różnych falach, że teoretycznie nie miałyśmy prawa się zaprzyjaźnić:

Jagoda – najstarsza i najbardziej rozsądna, wiecznie trafiała ze mną do jakiejś kostnicy (serio! Chyba każda nasza wyprawa we dwie kończyła się gdzieś w pobliżu zwłok). Siostra – wrażliwa i zakręcona,  a jednocześnie nasz zastępowy architekt, budowlaniec i mechanik. Ja – najbardziej zachowawcza i beznadziejnie romantyczna, ale też najbardziej wygadana. I wreszcie Mandaryna – najmłodsza, najpiękniejsza i najbardziej śmiała z naszej czwórki; nigdy nie istniały dla niej tematy tabu ani przeszkody nie do pokonania.

A jednak trzymałyśmy się razem, dopóki Jagoda nie wyjechała za granicę. Potem kontakty uległy rozluźnieniu, ale nie wygasły.

Dzisiaj potrafimy się nie widzieć przez długie miesiące (albo i lata), a zachowujemy się tak, jak gdyby minęło zaledwie kilka dni. Mandaryna dowiodła tego po raz kolejny podczas niedawnych odwiedzin u Księżniczki, kiedy okazało się, że bez problemu łączymy przeróżne wątki naszych życiorysów, pozornie zupełnie od siebie odległe.

Dla mnie jest w tym jakaś magia, chociaż zapewne psychologia ma na to zjawisko dziesiątki specjalistycznych nazw i kryjących się za nimi teorii. Jednak to tę właśnie magię, razem z trzaskiem płonących w ognisku gałęzi, szumem drzew i chóralnymi dźwiękami pieśni harcerskich, wspominam podczas tegorocznego Dnia Myśli Braterskiej.

Powyższy wpis ma dwie dedykacje. Pierwsza – to życzenia dla wszystkich, którzy czują harcerskiego ducha, aby nie tracili w sobie tych iskier sprzed lat – czyli pozostali wewnątrz młodymi, wiernymi zasadom (i sobie!) druhami czy druhnami, wierzącymi,  że mogą zmienić świat. Druga – specjalna – dla Mandaryny. Niech nadchodzący przełom w Twoim życiu będzie tym właściwym i wymarzonym, a jednocześnie pozwoli Ci, Kochana,  pozostać sobą i pamiętać o latach spędzonych w szarym mundurze… chociaż jestem o to jakoś dziwnie spokojna. 🙂

Ci, bez których nie jestem sobą

Tańce przytulańce i trupy z szafy, ale przynajmniej grającej

Miało nie być o Walentynkach, ale będzie. To nie moja wina, przysięgam!!! Wszystko przez Księżniczkę. Otóż nasze dziecko jest coraz bardziej muzykalne, tańczy (a raczej kręci pupcią i robi półprzysiady) do każdej zasłyszanej melodii. Puszczamy jej więc przeróżne utwory, próbując znaleźć balans pomiędzy ich rytmicznością i „skocznością”, a naszym gustem muzycznym – ergo „Miłość w Zakopanem” nie wchodzi w grę, ale już Shakira i Lady Gaga rozbrzmiewają ostatnio w naszym domu dosyć często, chociaż sami wolimy klimaty rockowe. W każdym razie włączyłam wczoraj Księżniczce jedną ze swoich youtubowych playlist, zawierającą moje ulubione (głównie polskie) utwory. Razem z nimi wróciły wspomnienia, zatem poczułam się sprowokowana, aby o nich z dzisiejszej okazji napisać.

Zanim to zrobię, podzielę się z Wami jeszcze jednym spostrzeżeniem, pośrednio związanym z tematem. Niedawno opisywałam w komentarzu u Izzy wynik pewnego… eksperymentu, któremu poddała moją grupę na studiach wykładowczyni psychologii. Mianowicie kazała nam narysować ludzką postać tej samej płci, co autor rysunku; więcej wskazówek nie podała. Naszkicowałam na kartce sylwetkę młodej dziewczyny w krótkiej spódniczce i włosach ostrzyżonych „na pazia”. Pani profesor przeanalizowała moją pracę, po czym orzekła, że nie myślę jeszcze poważnie o mężczyznach i nie szukam stałego związku. Ciekawa teoria, zważywszy, że od blisko trzech lat byłam zaręczona, a dwa czy trzy miesiące po tym „teście” wychodziłam za mąż za P. Oczywiście poinformowałam o tym panią psycholog, dodając, że z narzeczonym jesteśmy parą od liceum. Kobieta spojrzała na mnie zza okularów, podumała chwilę, po czym orzekła, że takie małżeństwa (cokolwiek znaczył ten zaimek) mają szansę powodzenia, o ile nie pojawią się w nich dzieci. Tak sobie myślę, że mój rozwój plastyczny naprawdę musiał się zatrzymać w podstawówce, skoro wykładowczyni uznała mnie za aż tak niedojrzałą na podstawie tego jednego rysunku… W każdym razie dzisiaj nie tylko jestem od dekady szczęśliwą mężatką, ale dodatkowo mój małżonek ma w domu jeszcze jedną, niespełna roczną „walentynkę”. Nic nie wskazuje na to, abyśmy mieli się rozstać, a już na pewno nie przez Księżniczkę. I może dlatego właśnie warto ten Dzień Zakochanych świętować nawet pomimo jego komercyjnego i kiczowatego charakteru.

DJ Stożek Entertainment przedstawia zatem sentymentalno – symboliczną playlistę państwa Makbet (w porządku chronologicznym):

  1. „Pocałuj mnie, jakbyś to robił pierwszy raz”dancing-2972960_960_720

Ekhm. To jest krępujący moment w naszej wspólnej biografii. Kiedyś pisałam już o tym, że z P. znamy się od dziewiątego roku życia. Jako że chodziliśmy do jednej podstawówki, to zdarzyło nam się być razem na szkolnej dyskotece – organizowanej w (jak na tamte czasy) modnym klubie, co dzisiaj chyba nieczęsto się zdarza. P. poprosił mnie do tańca – mieliśmy po 10 lat, więc raczej było to takie skakanie obok siebie, niż tańczenie razem. W pewnym momencie podeszła do nas jakaś starsza dziewczyna (nie mam pojęcia, kto to był! Uczennica starszej klasy? Czyjaś siostra? Diabeł wcielony?) i kazała nam się przytulić… chociaż „kazała” to wybitnie złe słowo, ona nas po prostu ze sobą splotła. No i tańczyliśmy w ten sposób dalej w rytm przeboju I&I, mimo własnego wstydu i kpiących spojrzeń równolatków… Chociaż na pierwszy pocałunek musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, to refren tego utworu skutecznie utkwił w mojej pamięci. Dopiero niedawno odkryłam, jak beznadziejny tekst ma ta piosenka.  🙂

2. „If you believe in love tonight…”

MUUUSIC
P. pożyczył mi kiedyś płytę Sashy, podobno należącą do jego mamy. Było to tuż po tym, jak odnowiliśmy kontakt po kilkuletniej przerwie. Nie prosiłam o ten krążek ani też nie byłam jakąś specjalną fanką owego wykonawcy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało, że P. zaproponował mi akurat tamten album. Faktem pozostaje natomiast, że dzięki temu mieliśmy pretekst do kolejnego spotkania. A samej płyty słuchało się całkiem przyjemnie.

  1.  „Rozumiem, już rozumiem swój błąd…”

iphone-500291_960_720

Słuchaliście kiedyś Varius Manx? (E., jeśli to czytasz, to wiedz, że w tej chwili ciepło o Tobie myślę 😉 ) Przebój tej grupy – „Ruchome piaski” – przyczynił się do przełomu w moich relacjach z P. Byliśmy w drugiej klasie liceum i przechodziliśmy dosyć dziwny etap znajomości; byliśmy dla siebie kimś więcej, niż przyjaciółmi, ale zdecydowanie nie był to związek. Trochę się zresztą mijaliśmy, bo kiedy ja w końcu wyleczyłam się z poprzedniej miłości, P. akurat znalazł dziewczynę – tak więc jakoś nie mogliśmy się zejść. Pod koniec września pojechałam na szkolny biwak. Któregoś ranka do mojego domku wpadł w odwiedziny B. – kumpel z klasy, z którym znałam się od przedszkola i który kolegował się również z moim P. Ponieważ sam był wtedy ślepo zakochany, rozmowa szybko zeszła na tematy damsko – męskie. I tak mi, skubany, wiercił dziurę w brzuchu, że zaczęłam na nowo analizować swoje uczucia do P. Jakoś tak się złożyło, że B. miał również przy sobie płytę z polskimi balladami, a na niej właśnie „Ruchome piaski”. Nie mogę sobie przypomnieć, czy puścił ją już podczas tej rozmowy, czy też usłyszałam powyższą piosenkę przy innej okazji tego dnia – bądź co bądź dopatrzyłam się w jej słowach… siebie. I przyszło mi do głowy, że być może tracę szansę na miłość życia. Dzisiaj, przez pryzmat czasu, patrzę oczywiście z pewnym pobłażaniem na tę nastoletnią siebie, ale trudno odmówić racji tamtym spostrzeżeniom. Pierwszym, co zrobiłam po powrocie z biwaku, był telefon do P. Niespełna miesiąc później zostaliśmy parą…

  1. „Wielka miłość, wielka siła…”

wedding-2954579_960_720.jpg

Kiedyś, jeszcze jako nastolatka, marzyłam, abyśmy z moim przyszłym mężem mieli „naszą piosenkę” niczym bohaterowie amerykańskich filmów. No i mamy! P. przez wiele lat pisał do mnie listy. W jednym z nich, na początku naszego związku, zacytował tekst utworu Krajewskiego, który mi zadedykował. I chyba od tamtego momentu „Czekasz na tę jedną chwilę” aka „Wielka miłość” towarzyszy nam w różnych okolicznościach. Był to również nasz pierwszy taniec na weselu, chociaż zespół próbował nas przekonać do wyboru innego, bardziej oryginalnego kawałka. Zgadzam się, że utwór jest oklepany, ale co z tego, skoro NASZ?

  1. „Zamigotał świat tysiącem barw!”

 

concert-2527495_960_720Po „Wielkiej miłości” przybyło jeszcze mnóstwo kawałków, które na stałe wpisały się w historię naszego małżeństwa.  Ich pochodzenie wiąże się ze wspólnymi wyjazdami, koncertami albo romantycznymi wieczorami we dwoje. Jednak takim naprawdę przełomowym stał się dopiero utwór wspomnianego już Variusa. Słowa jego refrenu były pierwszymi, które zabrzmiały mi w głowie po decyzji o adopcji naszej Księżniczki. Tak się w istocie stało – świat zamigotał tysiącem barw i wita nas nimi każdego dnia.

Tymczasem kończę imprezę i idę spać. Walentynki obchodziliśmy w weekend, a dziś pora w końcu zregenerować siły po ostatnich zawodowych wyzwaniach, które m.in. zmusiły mnie do jazdy samochodem o 4 rano po nieprzespanej prawie całej dobie, ale o tym może kiedy indziej. 🙂

A jak Wam minęło Święto Zakochanych?

Takie tam różne

Wszystkie dzieci nasze są (i nie tylko dzieci, jak pokazuje praktyka)

red-rose-on-the-floor-3007756_960_720

To była leniwa jesienna sobota. Pogoda zniechęcała do czegokolwiek, nawet aktywna zazwyczaj grupa słuchaczy tym razem poddała się owej sennej ciszy. Być może dlatego Justynie, najmłodszej spośród nich (wówczas ledwie dwudziestoletniej), nie udało się ukryć szlochu. Płakała, wycierając łzy rękawem szarego swetra, dopóki ktoś nie podał jej chusteczki. Zapytałam, czy chciałaby wyjść, ale odmówiła. Po zajęciach podeszła do mojego biurka i poprosiła o rozmowę. Pomyślałam, że może ma jakieś problemy z dzieckiem (w czasie poprzedniego semestru urodziła synka), ewentualnie z partnerem (podobno bywał agresywny)… jednak kompletnie nie byłam przygotowana na to, co usłyszę.

Justyna wyjaśniła, że omawiany przed chwilą temat pogłębił jeszcze niezabliźnioną ranę w jej duszy. A potem opowiedziała mi historię swojego życia.

– Dorastałam w bidulu. Nigdy nie poznałam swoich rodziców, nic o nich nie wiem. Przez siedemnaście lat życia nie miałam na świecie zupełnie nikogo. Kiedy spotkałam Romka, czułam, jakbym wygrała los na loterii. Miał pracę i mieszkanie, ale nie to było najważniejsze. Kochał mnie. Pani pewnie nie wie, jak to jest… kiedy praktycznie dopiero u progu dorosłości człowiek po raz pierwszy słyszy, że jest kochany, że komuś na nim zależy, że coś znaczy… I jeszcze cała jego rodzina przyjęła mnie jak swoją… Od razu po osiemnastce wprowadziłam się do niego – zresztą gdzie miałabym się podziać? Na początku było idealnie, ale Romek robił się coraz bardziej zazdrosny i zaborczy. Bił mnie. Potem płakał, przepraszał i bił znowu… Raz nawet chciałam od niego odejść, ale nie miałam dokąd. No i zaszłam w ciążę. Wtedy było lepiej, on chciał tego dziecka, dbał o mnie. Tylko że tuż przed moim porodem stracił pracę. I to go dobiło. Zaczął więcej pić, a po kieliszku nie umiał nad sobą panować. Tłumaczyłam sobie, że jakoś to zniosę, że może jak znajdzie nową robotę, to się ułoży. Ale któregoś dnia podniósł rękę na Szymusia. A on był taki bezbronny, miał wtedy tylko dwa miesiące. Zabrałam go i uciekłam do koleżanki, tak jak stałam. Na szczęście było lato, wie pani, ciepło. Ale Roman się wtedy upił… i odebrał sobie życie, powiesił się. Przedtem jeszcze powysyłał do swojej rodziny esemesy, że to przeze mnie, bo odeszłam razem z jego dzieckiem. Znalazłam go następnego dnia… Tego widoku nie da się zapomnieć. Nigdy. Jego rodzice i bracia obwinili mnie za wszystko, wyrzucili z mieszkania. Na pogrzebie nawet nie pozwolili podejść do trumny, pożegnać go. I ja przepraszam, że płakałam, ale to wszystko ciągle do mnie wraca.

Zapewniłam, że nie ma za co przepraszać… i od razu zapytałam, czy potrzebuje jakiejś konkretnej pomocy. Odpowiedź po raz drugi zwaliła mnie z nóg.

Nie… ja tylko bardzo chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał. Mieszkam teraz z małym w domu samotnej matki, tam nie jest tak źle… Chce pani zobaczyć Szymusia? Mam go tu na zdjęciu. On jest cały czas taki uśmiechnięty. I tylko to jest ważne.

Jakiś  czas potem spotkałam Justynę i jej synka w supermarkecie. Stałam kilka koszyków za nią w kolejce do kasy; za daleko, żeby porozmawiać, ale na tyle blisko, aby widzieć, co kupuje: paczkę najtańszego makaronu, chleb i małe opakowanie pasztetu. Do tej pory na myśl o tym ogarnia mnie wstyd, że zabrakło mi refleksu (a może śmiałości?), by zapłacić za jej zakupy. Zauważyłam ją już wcześniej między regałami, może gdybym podeszła, zauważyła, co kupuje, udałoby mi się ją namówić na większe sprawunki na mój koszt.  Czasu już nie cofnę, ale za każdym razem, gdy jestem w tym sklepie, odruchowo rozglądam się za Justyną. Nawet nie wiem, czy skończyła szkołę, bo z powodu zmian w siatce godzin po semestrze przestałam mieć zajęcia z jej grupą. Życzę jej  z całego serca, aby los okazał się dla niej i Szymusia choć odrobinę sprawiedliwy.

Historia tej dziewczyny cały czas gdzieś we mnie siedzi – być może również ze względu na świadomość, że ona najprawdopodobniej nie jest jedyną słuchaczką po takich przejściach. Jednak bezpośrednim impulsem do opisania jej dzisiaj była niedawna rozmowa  z pewnym ojcem podczas wywiadówki, tym razem w szkole dziennej. Otóż po zebraniu podszedł do mnie rodzic nieuleczalnie chorego dziecka. Kiedy człowiek taki jak ja – zwyczajny i w ogólnym rozrachunku szczęśliwy – styka się z kimś, po kim widać tyle cierpienia, desperacji i przedziwnej mieszanki nadziei z rezygnacją, czuje się mały, bezsilny i w pewnej mierze niekompetentny. Chciałoby się przecież jakoś zadziałać; najlepiej wyciągnąć z torebki czarodziejską różdżkę, dotknąć nią tego ojca i tej Justyny z Szymusiem, a potem patrzeć, jak całe zło znika w mgnieniu oka; a jeśli nie, to chociaż powiedzieć coś mądrego, pokrzepiającego, niebrzmiącego jak pusty frazes. Niestety w takich momentach nic mądrego nie przychodzi do głowy.

W tym miejscu miała nastąpić puenta – podniosłe słowa o zawodzie nauczyciela, o tym, że przynoszenie pracy domu to nie tylko kartkówki i szkolna biurokracja, ale przede wszystkim ciężar cudzych doświadczeń. I jeszcze o tym, że to, co mnie porusza, jest chlebem powszednim rodzin zastępczych, które przecież co dzień dźwigają brzemię traum każdego z wychowanków.

Puenty jednak zabraknie. Napiszę tylko, że chciałabym, aby każdy z bohaterów mojego wpisu trafił na osobę, która będzie wiedziała, jak pomóc… i po prostu to zrobi.

Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.