Taka tam rodzina adopcyjna

„Być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym…”

„być kochanym i jeszcze nic nie wiedzieć o tym

lecz samotność to kuzynka najbliższa miłości

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć

i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok”

/Ks. Jan Twardowski „Nic nie wiedzieć”/

Powoli zbliżają się urodziny Księżniczki, a niedługo później pierwsza rocznica naszego wspólnego zamieszkania. Jest w tym fakcie coś niesamowitego, jednocześnie zwyczajnego i trudnego do ogarnięcia rozumem.

expecting-1400878_960_720

Rok temu o tej porze miałam (z wielu względów) bardzo trudny czas w pracy. Któregoś marcowego wieczora, gdy robiłam zakupy w osiedlowym dyskoncie, walcząc przy okazji z migreną i przeziębieniem, zadzwoniła do mnie nasza szkolna pedagog, żeby zdać mi relację z pewnych działań związanych z przykrym incydentem w mojej klasie, który i mnie kosztował mnóstwo nerwów i zaangażowania. Pamiętam, jak po skończonej rozmowie pomyślałam, że jeśli wkrótce nie zadzwoni telefon z OA i nie pójdę na urlop macierzyński, to zwariuję. Ta myśl była oczywiście wywołana chwilowym kryzysem, bo przecież nigdy nie myślałam poważnie o dziecku jako o panaceum na zawodowe bolączki. Tym bardziej nie spodziewałam się, że moje życzenie już niebawem zostanie spełnione.

Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w adopcji jest właśnie ta nieświadomość; fakt, iż do ostatniej chwili nie wie się, że to JUŻ. Przypominam sobie siebie sprzed roku, idącą jak co dzień do pracy, krzątającą się po domu i kompletnie nieprzewidującą, że za moment nasze poukładane życie przewróci do góry nogami tak maleńka i bezbronna istotka. Gdybym mogła z dzisiejszej perspektywy powiedzieć coś tamtej sobie, to poradziłabym: „Kobieto, idź na zakupy, bo potem nie będzie czasu!” 😉

Bardzo dobrze pamiętam też moment, w którym urodziła się nasza córka, pomimo że przecież wówczas nie miałam pojęcia o jego niezwykłości. P. i ja byliśmy wtedy na spotkaniu z przyjaciółmi, które zakończyło się wspólnym oglądaniem meczu, wygranego w pięknym stylu przez „naszych”. P. do tej pory mówi, że to dzieło przeznaczenia – Księżniczka przyszła na świat i od razu wszystko zaczęło się układać po naszej myśli… 🙂

Niedługo później czas począł biec zupełnie innym torem. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami,  co wciąż wydaje mi się niewiarygodne, mimo że niezaprzeczalnie stało się faktem. Tuż po przywiezieniu Księżniczki do domu pisałam na Stożkach, że godzinę przed TYM telefonem rozmawiałam z kolegą również starającym się o adopcję i oboje byliśmy zdania, że poczekamy jeszcze przynajmniej rok. Tymczasem tego samego dnia siedzieliśmy już z mężem w OA i studiowaliśmy kartę naszej córeczki.

Wpis zaczęłam od fragmentu wiersza Jana Twardowskiego, który szczególnie kojarzy mi się z tymi ostatnimi chwilami niewiedzy i „samotności we dwoje”. Być rodzicem i jeszcze nic nie wiedzieć o tym – można by sparafrazować słowa poety.

a miłość wciąż za duża by całą ją widzieć
i już nie wiesz do końca bo wszystko jest obok. 

newborn-1399155_960_720

Reklamy
Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Czego Internet uczy matkę (nie tylko adopcyjną)?

meeowww

Na początek podam Wam, Kochani, kawałek odgrzewanego kotleta w postaci  pewnego cytatu, mającego już na swoim koncie tyle okrążeń po sieci, że nie jestem w stanie podać jego źródła. Dotyczy on jednego z paradoksów współczesności i brzmi tak: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do oglądania zdjęć kotów i do kłótni z obcymi ludźmi”.

Nieco bardziej adekwatna do tematu wpisu wydaje mi się parafraza tej myśli: „Posiadam w kieszeni urządzenie umożliwiające dostęp do całej wiedzy znanej ludzkości. Używam go do przeglądania mało wiarygodnych źródeł, a  pozyskane w ten sposób wiadomości wykorzystuję w kłótniach z ludźmi w realnym świecie”.

Moja koleżanka po fachu (nazwijmy ją Aldoną) po kilkunastu latach nauczania w podstawówce i gimnazjum postanowiła zmienić zawód. Zapytana o powody, podała dwa. Pierwszy, mało zaskakujący, to reforma edukacji, która wielu pedagogów skłoniła do takiego kroku. Jako drugi przytoczyła natomiast pewną sytuację, będącą właściwie metonimią coraz bardziej powszechnego zjawiska. Otóż przyszła do niej mama czwartoklasisty z pretensjami, że Aldona błędnie i niesprawiedliwie oceniła pracę jej synka. Zarzuciła nauczycielce niekompetencję, brak powołania i nienadążanie za najnowszymi trendami w szkolnictwie. Skąd miała wiedzę, pozwalającą jej negować zdanie wychowawczyni? Oczywiście z internetu. Przeglądała bowiem regularnie „różne fora pedagogiczne”, dzięki czemu wiedziała, „jak się teraz powinno oceniać prace dzieci”. Aldona (wg jej własnych słów) w pewnym momencie nie wytrzymała i zapytała ją, czy przegląda również fora medyczne, żeby być mądrzejszą od lekarza. W odpowiedzi miała usłyszeć, że synek nie potrzebuje lekarzy, bo mama zna go najlepiej i sama wie, co mu pomaga na różne dolegliwości. „Jaki sens ma ta praca – zapytała retorycznie moja koleżanka na koniec naszej ostatniej rozmowy – jeżeli każdy rodzic, niezależnie od wykształcenia, jest dzisiaj lepszym specjalistą niż nauczyciel, pedagog, psycholog, lekarz, pielęgniarka, prawnik i wszyscy eksperci świata razem wzięci?

Daleka jestem zarówno od porzucania pracy z powodu megalomanii rodziców, jak i od uważania, że wiem absolutnie wszystko o swoim dziecku. Może jeszcze teraz, póki Księżniczka jest malutka i nie ma stałego kontaktu z rówieśnikami, faktycznie najlepiej znam jej zachowanie, ale mam też świadomość, że z czasem ta wiedza (i związana z nią pewność) będzie maleć. Niech jednak pierwszy rzuci kamieniem w monitor, kto nigdy nie pytał Wujka Google o rozwiązanie swoich problemów dotyczących zdrowia, usterki piekarnika lub innej dziedziny codziennych zmagań z rzeczywistością. Być może (jak ja) dowiedzieliście się wówczas, że ból w krzyżu na 100% oznacza nowotwór jelit albo ciążę pozamaciczną, natomiast komunikat o błędzie numer 1632273 na wyświetlaczu samochodowego komputera przypomina o konieczności wymiany filtra, którego to w posiadanym modelu auta w ogóle nie ma i nigdy nie było.

executive-2051414_960_720.jpg

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy zdesperowany rodzic podejmuje próbę rozwiania wątpliwości wychowawczych lub pielęgnacyjnych. Staram się omijać wszelkie facebookowe grupy dla mam i inne fora parentingowe, ale czasem zdarza mi się zabłądzić w internecie i czytać różne teorie, przy których prace Hawkinga reprezentują co najwyżej poziom zerówki. Czego dowiedziałam się z sieci na temat macierzyństwa i nie tylko?

  1. Jestem złą matką. Nie karmiłam piersią (bez znaczenia, że to dziecko adoptowane), nie urodziłam naturalnie ani nawet przez CC (o, czyli jednak ma znaczenie, że to dziecko adoptowane), nie mam rytuału usypiania, Księżniczka nie śpi ze mną w łóżku, zdarza mi się spuścić ją na chwilę z oka, a czasem nawet podać jej obiad ze słoiczka.

dog-734689_960_720

2. Najwięcej nienawiści do ludzi jest na forach dla miłośników zwierząt. To odkrycie, w przeciwieństwie do poprzedniego, naprawdę mnie zaskoczyło. Szukając domu dla Reksia, dołączyłam do kilku grup na FB, pośredniczących w adopcjach zwierząt. Nigdzie nie widziałam jednocześnie tyle hejtu, ile wylewa się w stronę ludzi w takiej sytuacji, jak moja. Co prawda osobiście nikt mnie nie zaatakował, ale to może dlatego, że wystąpiłam pod własnym nazwiskiem, szczegółowo opisując sytuację i odpowiadając na wszystkie pytania. Dowiedziałam się natomiast, że człowiek, który szuka nowych opiekunów dla swojego zwierzęcia (np. dlatego, że wypadek przykuł go do wózka inwalidzkiego i nie jest już w stanie wyprowadzać na spacer 80-kilogramowego owczarka kaukaskiego) jest takim samym sadystą, jak ten, który wrzuca psa do worka z kamieniami i topi go w rzece albo przywiązuje pupila do drzewa w głębi lasu. Mam wrażenie, że nawet kibice Wisły i Cracovii potrafią rozmawiać ze sobą bardziej kulturalnie, niż członkowie niektórych grup tego typu. Nie rozumiem natomiast, po co dołączać do powyższych społeczności, jeżeli nie chce się przygarnąć ani oddać psa, nie znalazło się żadnego zabłąkanego ciapka ani nie było się świadkiem sytuacji wymagającej jakiejś prozwierzęcej interwencji.

learn-2300141_960_720

3. Moje dziecko jest opóźnione w rozwoju. Nie cieszcie się, Wasze też są. Jeżeli nieopatrznie pochwalicie się, że Wasz roczniak już korzysta z nocnika i recytuje wierszyki, to zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze, że jego pociecha w tym wieku siusiała do klozetu, który następnie po sobie myła, a w razie potrzeby także biegła do najbliższego supermarketu w celu uzupełnienia zapasów papieru toaletowego; ponadto płynnie mówiła w trzech językach – i to trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie, żeby nie było za łatwo. W związku z powyższym, zamiast się cieszyć z postępów maluszka, lepiej udać się z nim do specjalisty, nim będzie za późno.girl-2617485_960_720

4. Dzieci adoptuje się z litości. To najnowszy hit, dlatego nie zdążyłam go jeszcze dopisać do listy adopcyjnych stereotypów. Nie doczytałam tylko, czy ta litość dotyczy dziecka („skrzywdzonej, małej sierotki”), współmałżonki/a („biedna/y, nie może mieć potomstwa, to mu przysposobię, niech się poczuje bardziej kobieco/męsko”) czy sąsiadki z naprzeciwka („i tak cały dzień siedzi w oknie z lornetką, to niech sobie chociaż dla urozmaicenia popatrzy na bobaska, zamiast tylko na nas i tego grubego pijaka spod ósemki. Ostatnio chyba brakuje jej materiału do kolejnych teorii spiskowych, to proszę bardzo, niech ma.”).

5. Wzięcie pod swój dach obcego DNA jest aktem odwagi. Nigdy nie myślałam w ten sposób o małżeństwie, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to właściwie racja.

…A nie, moment, to stwierdzenie dotyczyło adopcji dziecka. E tam, jakiej odwagi. Mam w szybkim wybieraniu numer do NASA, SWAT, CBŚ, KGB, PZU, KFC i Sanepidu (reagującego najskuteczniej z powyższych, bo jeszcze przed wezwaniem, o czym pisałam ostatnio), więc jeśli Księżniczka okaże się przybyszką z Melmac, to będę wiedziała, co robić.

6. Jestem niedouczona i niekompetentna. Wy również, bez względu na to, czy jesteście nauczycielami, informatykami, sprzedawcami, kierowcami, dziennikarzami czy np. przedsiębiorcami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto, nie mając kierunkowego (a nierzadko w ogóle żadnego) wykształcenia, wytknie Wam wszystkie błędy, nawet te nieistniejące lub jeszcze niepopełnione. W razie braku merytorycznych argumentów adwersarz zawsze będzie mógł Wam zarzucić, że zostaliście przekupieni. Lekarze zalecają szczepienia, bo płacą im za to firmy farmaceutyczne, a nauczyciele wybierają konkretne podręczniki, ponieważ wydawnictwa sponsorują im zagraniczne wycieczki… i tak dalej. Nawet osiedlowy pubik z trzema stolikami na krzyż też zapewne finansuje pisanie pozytywnych recenzji lokalu na FB.

toxic-145897_960_720
7. Guzik wiem o życiu. Ahaja vel Olitoria wspomniała w najnowszym wpisie o programie telewizji śniadaniowej, w którym ekspertka uczyła widzów, jak rozwieszać pranie na suszarce. Internet roi się od równie odkrywczych porad, a jeszcze częściej od straszenia horrendalnymi konsekwencjami całkiem prozaicznych praktyk, takich jak kilkakrotne przegotowywanie wody (wiedzieliście, że to powoduje raka?), mycie mięsa przed gotowaniem (wiedzieliście, że to powoduje raka?), podawanie czarnej herbaty z cytryną (wiedzieliście, że to powoduje raka?) albo łączenie w sałatce pomidora z ogórkiem (wiedzieliście, że to też powoduje raka?).

7. Więcej nas łączy, niż dzieli. Zaimek z poprzedniego zdania odnosi się głównie do rodziców. Pomimo tych bezsensownych podziałów na dających smoczki i niedających, stosujących pampersy i pieluchy wielorazowe etc., wszyscy jednakowo chcemy jak najlepiej dla swoich dzieci i tak samo gubimy się w gąszczu porad, mód, mądrości i porównań.

8. Rodziny adopcyjne są wszędzie. Kiedyś już o tym pisałam. Pierwszym blogiem mamy ado, na jaki trafiłam – jeszcze przed formalnym rozpoczęciem procedury – było chyba Nasze Bąbelkowo… a potem poszło już z górki. I nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi przysposabia dzieci, a wielu z nich również bloguje, dzięki czemu powstaje coraz większa, chociaż (na szczęście!) nieformalna społeczność osób o podobnych doświadczeniach.

Jako patologiczne dziecko, jak określiła nas kilka dni temu Izzy, chwilami tęsknię za bezpowrotnie już minionymi czasami sprzed cyfryzacji. Potem jednak przypominam sobie, że to dzięki sieci dowiedziałam się tyle o adopcji, a potem poznałam Was. Zresztą nawet mój przyjaciel M., choć spotkaliśmy się najpierw osobiście, nawiązał ze mną kontakt właśnie na internetowym forum. Sporo moich rzeczywistych relacji także przynajmniej częściowo przeniosło się do świata wirtualnego, bo tak jest prościej i wygodniej, chociaż na pewno mniej urokliwie. Zwłaszcza harcerskie i akademickie znajomości mają to do siebie, że łączą ludzi z odległych zakątków kraju (i nie tylko), którym o wiele łatwiej „spotkać się” w messengerze niż w kawiarni.

Na koniec zatem również cytat, tym razem  z opowiadania Antoniny Liedtke: „W sieci można udawać wszystko, z wyjątkiem tego, co się naprawdę liczy. Nie możesz udawać inteligencji, poczucia humoru ani błyskotliwości… złośliwości, przewrotności, ani całej reszty twojej paskudnej, fascynującej osobowości”.

Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Siedemnaście, bo tak!

Nie wierzę w horoskopy, numerologię ani inne kabały. Gdybym jednak z jakichś dziwnych powodów musiała wskazać swoją szczęśliwą liczbę, bez wątpienia byłaby to 17. Bynajmniej nie dlatego, że posiada jakieś magiczne właściwości. Po prostu tak się składa, że towarzyszy mi w życiu od samych narodzin i to dosłownie, bo urodziłam się siedemnastego dnia miesiąca. Przez dwadzieścia lat mieszkałam pod siedemnastką, liczba ta również pośrednio wiąże się z datą rozpoczęcia przez P. i mnie wspólnej drogi życia. „Et cetera, et cetera, bla, bla, bla” – jak powiedziałby jeden z lemurów w filmie „Madagaskar”. Jeszcze kilka tych siedemnastek w moim życiu by się znalazło.

Podczas poprzedniego Sylwestra, wkraczając w rok 2017, życzyliśmy sobie z mężem, aby nowy okazał się lepszy od starego (rok, nie mąż 😉 ). 2016 był dla nas trudny, upłynął pod znakiem niekoniecznie dobrych zmian czy pożądanych niespodzianek. Dzisiaj, o rok (niestety) starsza i bogatsza o 365 dni różnych doświadczeń, muszę powiedzieć, że tamte życzenia się spełniły. Zapewne nie zawdzięczamy tego siedemnastce w dacie, ale ta liczba zdecydowanie nadal będzie mi się dobrze kojarzyć.

Nie odkryję Ameryki (nawet tej malutkiej, położonej w woj. warmińsko-mazurskim), jeżeli napiszę, że najważniejszym wydarzeniem 2017 roku była dla nas adopcja Księżniczki wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Również największe sukcesy minionych 12 miesięcy wiążą się właśnie z nią. Pierwszego stycznia byliśmy bezdzietni, trzy miesiące później mieliśmy już w domu noworodka, a dziś jesteśmy rodzicami coraz bardziej ciekawskiego i komunikatywnego malucha. Zapraszam zatem na okołoksiężniczkowe podsumowanie Anno Domini 2017.

                                        carriage-1489823_960_720

KSIĘŻNICZKA

– od dnia narodzin przybyło jej ok. 25 cm wzrostu i 7,5 kg wagi;

– ma zęby sztuk dwie i pół, co nie przeszkadzało jej w pogryzieniu balustrady łóżeczka, piankowego klocka i lewego trampka;

– siada, raczkuje, wstaje, chodzi przy meblach;

– uwielbia kable, zasilacze, wtyczki, piloty do sprzętu RTV, telefony, walizki, torebki i… puszki z angielską herbatą (za tymi puszkami przepadają wszyscy nasi goście poniżej metra wzrostu, musi być w nich jakiś magnetyzm);

– od tradycyjnych zabawek, poza wspomnianą elektroniką, woli rolkę do ubrań i drewnianą łyżkę;

– potrafi spędzić dwadzieścia minut w jednej pozycji, obserwując działającą pralkę, ale przeleżenie nieruchomo kilkudziesięciu sekund podczas przewijania wydaje się ponad jej siły;

– mówi „tata”; jest to jej jedyne wyraźne i jednocześnie ulubione słowo, które stanowi odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania oraz najwidoczniej, niczym magiczne hasło, rozwiązuje wszelkie problemy, z jakimi boryka się niemowlę;

– śpiewa i kręci pupcią w rytm muzyki; przepada za Lady Gagą oraz „Jingle bells” w wersji oryginalnej;

              coming-soon-2818254_960_720

MY

– jesteśmy mamą i tatą… a właściwie Mamą i Tatą!;

– nie możemy się nadziwić, jak (i kiedy!) z malutkiego, czarnowłosego tobołka, którego obawialiśmy się w ogóle dotknąć, wyrosła taka śliczna dziewczynka, coraz wyraźniej pokazująca swój charakter oraz przywiązanie do nas.

– staliśmy się domatorami; spędzamy wspólnie więcej czasu, niż przed narodzinami córeczki. Owszem, znajdujemy jeszcze miejsce na spotkania towarzyskie, ale chyba czujemy mniejszą potrzebę, żeby gdzieś wychodzić. Mamy natomiast mnóstwo planów dotyczących tego, dokąd chcielibyśmy zabrać Księżniczkę, kiedy zacznie rozumieć już troszkę więcej ze świata.

– zweryfikowaliśmy swoje znajomości – i tu zaskoczenie, bowiem bilans wyszedł in plus. Starzy przyjaciele w pewnym sensie przeszli razem z nami proces adopcji, zostając wujkami i ciociami. Odświeżyliśmy kilka dawnych kontaktów, zawiązaliśmy parę nowych, bliższych znajomości, zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. (Chociaż ten podział jest właściwie bez sensu, bo z kilkorgiem z Was znam się już lepiej niż np. z niejednym współlokatorem pokoju nauczycielskiego).

– straciliśmy psa… i to jest chyba jedyna poważna porażka, jaką ponieśliśmy w zeszłym roku. Mamy kontakt z jego nową właścicielką, wiemy, że jest mu u niej dobrze, ale przychodzą momenty, że strasznie za nim tęsknimy. W Sylwestra każdy wystrzał wywoływał u mnie niepokój. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Reksio, co robi, czy bardzo się boi…

                   map-of-the-world-1164919_960_720

RESZTA ŚWIATA

– Księżniczka scaliła część rodziny. Na chrzcinach stał się mały cud: jeden z pradziadków pogodził się ze swoją córką, z którą nie rozmawiał od blisko dwudziestu lat! No i  ciotka C. przestała być samotna w Święta, przynajmniej dopóki całkowicie nie wyczerpie naszej cierpliwości… 😉

– Mąż odkrył, jak wielu jego znajomych boryka się z podobnymi, typowo rodzicielskimi rozterkami. Dla mnie chyba większym zaskoczeniem była liczba rodzin adopcyjnych i zastępczych w otoczeniu… aż czasem miewam wrażenie, że jest ich więcej, niż biologicznych 😉

                 Stożek.jpg

TAKIE TAM STOŻKI…

– Blog niedługo skończy dwa lata. Przeniesienie pod nowy adres zresetowało mi liczbę odsłon, a szkoda… Nie płacę nikomu za reklamę, nie zbieram żadnych lajków, ale mimo wszystko serce się raduje za każdym razem, kiedy widzę, że moja pisanina nie jest choć garstce ludzi obojętna.

– Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, aby rok 2018 pomógł nadrobić wszelkie braki, na które jego poprzednikowi zabrakło dni w kalendarzu. Abyście pojechali na wymarzone wakacje, dokończyli budowę domu, pozbyli się wszelkich chorób, doczekali się upragnionego potomka, spędzali więcej czasu z przyjaciółmi, wymienili w końcu te nieszczęsne pompowtryski (a nawet całe auto), kupili sobie psa, kota, żółwia albo założyli akwarium… I wreszcie – tym z Was, którzy podjęli jakieś noworoczne postanowienia, z całego serca życzę wytrwania w nich aż do Sylwestra.

Słowem – dwunastu cudownych miesięcy!!!

Taka tam rodzina adopcyjna

Wypieki bez lukru

Jechaliście kiedyś w stukilometrowym korku? Znaczy ja wiem, że w korku to się generalnie stoi, a dokładniej porusza w ślimaczym tempie. I że jeśli można jechać przynajmniej 40-50 km na godzinę, to już nie jest korek i właściwie nie ma co narzekać. Chyba że macie obok siebie niemowlę, za sobą wizytę w szpitalu na NFZ, a w sobie końską dawkę Aviomarinu ze względu na chorobę lokomocyjną (tak, mnie też mówili, że z tego się wyrasta. A guzik tam. Nie mogę jeździć jako pasażer i już, chyba że zamarzy mi się, ekhem,  pełny detoks.) Wtedy to już wszystko denerwuje, a niekończąca się kolumna samochodów w obu kierunkach na całej trasie idealnie wieńczy ów jakże emocjonujący dzień.

Po powrocie do domu i doprowadzeniu się do jako takiego porządku znalazłam w skrzynce mailowej wiadomość od redakcji dwumiesięcznika „Dobra Mama” z propozycją współpracy. Miałabym dołączyć do projektu ochrzczonego mianem „Mama nie lukruje”. Być może innego dnia pomyślałabym, że nie jestem dobrą adresatką takiego zaproszenia, bo w końcu Księżniczkę opisuję tutaj w samych superlatywach, ona zresztą jest tak słodka, że ten lukier aż kapie z jej pyzatej buziulki (razem ze śliną i resztkami zupki, ale co tam). Wczoraj jednak nie był „inny dzień”, tylko dzień NFZ.

Gdyby opisywali go twórcy „Ulicy Sezamkowej”, powiedzieliby zapewne, że sponsorami odcinka były literki: N, F i Z. Opisuję go niestety ja, dlatego powiem, że sponsorowały go (również niestety) nasze podatki. Z tego też powodu nasza wczorajsza przygoda zdecydowanie była bez lukru.

Od czego by tu zacząć? Aaa, wiem! Od narodzin Księżniczki, a dokładniej od jej wypisu ze szpitala. Razem z dzieckiem otrzymaliśmy bowiem plik skierowań do przeróżnych specjalistów. Większość wizyt udało nam się odbyć w ciągu pierwszych trzech miesięcy życia małej; część prywatnie, część państwowo, za to wszystkie w naszym mieście lub najbliższych okolicach. Na jednym ze wspomnianych skierowań widniał wielki napis „PILNE” i to właśnie na tę pilną wizytę przyszło nam czekać osiem miesięcy („Pani kochana, my tu już mamy terminy do końca 2018, no ale jak pilne, to trudno, niech będzie koniec listopada”). Pech chciał, że takie poradnie są tylko dwie w całym województwie, więc wybrzydzać nie można.

Sądny dzień nastąpił właśnie wczoraj. Teść zaproponował, że nas zawiezie (pytanie, czy bardziej skłoniła go do tego miłość do wnuczki, czy męska potrzeba zaimponowania nowym autem 😉 ). Przystałam na to z ochotą, bo przynajmniej, zamiast pozostawać skupiona na drodze, mogłam spokojnie zająć się dzieckiem. To znaczy w teorii, bo w praktyce wzięłam przecież Aviomarin…

Trasa była nam znana, tata P. zresztą pracował kiedyś w naszym mieście docelowym, co więc mogło pójść nie tak? Wyjechaliśmy dużo wcześniej, wiedząc, że na tej drodze zawsze panuje duży ruch. Tyle tylko, że wczoraj chyba wszyscy mieszkańcy Ziemi postanowili jechać w to samo miejsce, co my… a potem szukać miejsca parkingowego pod tym samym szpitalem. W końcu po prawie trzech godzinach podróży (która powinna zająć półtorej) dotarliśmy do poradni. Znaleźliśmy się pod gabinetem niecałe 20 minut przed czasem, czyli niemal idealnie. Tam czekała nas niespodzianka. Panie z rejestracji anulowały godziny przyjęć i zaczęła obowiązywać stara, dobra kolejka pod tytułem „Kto z państwa ostatni pod siedemnastkę?”. Na początku ostatni byliśmy oczywiście my. Pacjent przed nami ze zbolałą miną poinformował nas, że pani doktor ma dwugodzinne opóźnienie, a w dodatku „wielkość opóźnienia może ulec zmianie”. Kolejarz jak nic!

Opóźnienie istotnie uległo zmianie, oczywiście nie w tę stronę, w którą byśmy sobie życzyli. Czas płynął leniwie, wolno i ciężko (Księżniczka, jak już wiecie, swoje waży). Poza tym było niemożliwie gorąco. Małą rozebraliśmy do bodziaka, a i tak dostała wypieków. W różowym ubranku wyglądała jak zawstydzony Prosiaczek z „Kubusia Puchatka”… albo dorodny donut w różowej polewie, jak kto woli. I kiedy sądziliśmy, że jesteśmy na ostatniej prostej, drzwi gabinetu wydawały tuż na wyciągnięcie ręki, pojawiło się Zamieszanie. Zamieszanie miało blond włosy, elegancką ołówkową sukienkę i na karku wiek, powiedzmy, pobalzakowski. Przyszło i oznajmiło, że według rejestratorek to ona pod siedemnastkę jest pierwsza.

Tłum ożył nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Posypały się pytania i pretensje, że jak to, że niektórzy tu od świtu siedzą, a podobno jedna pani to nawet stacza wynajęła na noc za pół litra żołądkowej gorzkiej, a tu sobie gwiazda przychodzi i chce bez kolejki do doktor X. Zamieszanie stanęło zdziwione, że to pomyłka jakaś jest, bo ona nie do doktor X, tylko do Y, na czternastą, pod siedemnastkę. Powstał więc błyskawicznie Komitet Oburzonych, na czele z Zamieszaniem, jakąś panią w czarnym swetrze i moim teściem (jak na żołnierza przystało, zawsze gotów bronić granic Rzeczypospolitej, konstytucyjnych praw obywateli i miejsca w kolejce swojej wnuczki). Komitet udał się do rejestracji i po dłuższej chwili wrócił z informacją, że lekarki wymieniają się gabinetami, więc ta, co ma dwie już prawie trzy godziny opóźnienia zaraz wyjdzie i jej miejsce o czternastej zajmie dr Y, do której czeka Zamieszanie.

No dobra. Widziałam nie raz, że pacjenci siedzą godzinami w kolejce, aby wejść do odpowiedniego gabinetu. Ale żeby lekarz…? W panice pomyślałam oczywiście, że „nasza” dr X postanowi faktycznie wyjść o czternastej (czyli za pięć minut) i nas nie przyjmie. Otaksowałam wzrokiem teścia. Miał na sobie koszulę, czyli w razie czego nadałby się, żeby odegrać Rejtana i nie wypuścić specjalistki. Moje obawy okazały się na szczęście bezpodstawne. Doczekałyśmy się z córcią swojej kolejki (dwadzieścia po drugiej, kurza jego mać), a pani doktor z gasnącą nadzieją w oczach zapytała, czy może przypadkiem jesteśmy ostatnie. Nie byłyśmy, więc pewnie dlatego mała została przebadana w tempie błyskawicznym i wysłana na pobranie krwi. Tego niestety było już dla Księżniczki zbyt wiele. Popłakała się w końcu z głodu, zmęczenia, strachu i bólu jednocześnie.

Powiem Wam jednak (przepraszam, „Dobra Mamo”, trochę lukru jednak będzie), że i tak jestem dumna z mojej pociechy. Przeczekała z nami grzecznie 2,5 godziny w przegrzanej poczekalni pełnej obcych ludzi, nie mogąc ani nigdzie poraczkować, ani swobodnie się poruszać. Opluła nawet z radości jedną panią i niechcący poderwała półtorarocznego przystojniaka, który głaskał ją po nóżkach, jak tylko zaczynała gaworzyć. Wymiękła równo ze mną, bo po usłyszeniu od lekarki, że mamy czekać w następnej kolejce do laboratorium, sama miałam ochotę się rozpłakać. Tam na szczęście poszło już szybciej i w końcu po trzech godzinach spędzonych w przychodni mogliśmy wracać do domu. Tyle dobrego z tej historii, że Księżniczka padła nam zaraz po włożeniu do wózka i obudziła się dopiero przy wjeździe do rodzinnej miejscowości. Nawet zapomniała, że była głodna.

I tym sposobem dotarłam z powrotem do momentu otrzymania maila od redakcji „Dobrej Mamy”. O macierzyństwie jako takim bez lukru może nie jest łatwo pisać, ale o starciu matki z NFZ-em jak najbardziej!

Conceptual image of exhausted mom with her misbehaving child

Taka tam rodzina adopcyjna

Dzień z życia matki pracującej

Trzynasty piątek ma to do siebie, że nie zawsze wypada trzynastego. Ani w piątek. Mnie się na przykład przydarzył w ostatnią niedzielę.

Zaczęło się od tego, że Księżniczka zapomniała obudzić mnie do pracy. Nie to, że zaspałam, czy coś. Mój telefon zagrał Marsz Imperialny dokładnie o czasie. Rzecz w tym, że już dawno przywykłam do wcześniejszych pobudek za sprawą córy, budzik był tylko jak szelki przy spodniach – na SZELKI wypadek. A ów zdarzył się właśnie wczorajszego ranka.

Wyskoczyłam więc z łóżka z radosnym „cholera, miałam umyć głowę!” na ustach i pognałam pod kran… nie myć włosy, rzecz jasna, tylko grzać wodę na Księżniczkowe mleko. Potem gdzieś pomiędzy zakładaniem rajstop a malowaniem rzęs upewniłam się jeszcze, że P. już wstał, żeby zająć się małą i pognałam do szkoły. Piechotą, coby się z rana trochę dotlenić. Jakoś w połowie drogi dotarło do mnie, że owszem, dziecku zrobiłam śniadanie, ale sobie jakimś cudem nie. Wpadłam więc w biegu do mijanej Żabki, myśląc przy okazji, że ja to mam jednak bajkowe życie – w domu księżniczka, za domem żabka, w pracy cała gromada chochlików (a i ogry by się znalazły), tylko mój rumak trochę nie teges, ale może dlatego, że w Dieslu.

Pierwsza lekcja płynęła jak krew z nosa, połowa grupy nie przyszła, druga mentalnie była jeszcze na sobotniej imprezie za miastem. Znudzona monologowaniem do prawie pustej sali i obsypana białym pyłem niczym piekarz albo początkujący dealer kokainy postanowiłam w czasie przerwy skonsumować moje kupione przed godziną „śniadanie”, złożone z wody mineralnej i paczuszki wafelków ryżowych z czekoladą. Chrupnęłam z lubością pierwszy kęs i dokładnie w tym momencie dosiadła się do mnie Marlena. Znacie tę nauczycielską przypadłość, zwaną w skrócie „zawsze-mam-rację-i-muszę-objawić-ją-całemu-światu”? Prawie wszyscy w tym zawodzie na to cierpimy, ale Marlena jest już w IV (nieuleczalnym) stadium, z ostrymi przerzutami na otoczenie. Od początku taksowała wzrokiem mój posiłek, ale wytrzymała w ten sposób tylko kilka sekund.

Och, Lady Makbet, ty pewnie nie wiesz, jakie to jest niezdrowe, prawda?

Przełknęłam powoli odgryziony kawałek, łudząc się naiwnie, że koleżanka ma na myśli pracę  w niedzielę o ósmej rano, ale nie…

No niestety, moja droga, niestety. Ja rozumiem, że to jest smaczne, ale ty nie powinnaś tego jeść.

Zabrzmiało co najmniej tak, jak gdybym ważyła 150 kg i w dodatku miała zaawansowaną cukrzycę, a do tego wcinała chrupki, przy których produkcji ucierpiały minimum ze cztery pandy albo przedstawiciele innych zagrożonych gatunków. Marlena niezrażona kontynuowała:

Nie przejmuj się, też kiedyś sądziłam, że one mają jakieś wartości odżywcze. Dopiero lekarz z Kliniki XYZ mi powiedział, że to śmierć dla organizmu!

Dziękuję za troskę, ale wiesz… ja i bez lekarza potrafię przeczytać skład wafli ryżowych w polewie czy tam bez. O, zobacz: „ryż brązowy, czekolada deserowa, w tym: cukier, tłuszcz kaka…”

No to ja nie rozumiem! – wtrąciła zdegustowana – Jesteś świadoma, że to świństwo i mimo tego się trujesz? Równie dobrze mogłabyś palić papierosy!

Mogłabym… – pomyślałam – przynajmniej miałabym pretekst, żeby zakończyć tę dyskusję i jak najszybciej stąd wyjść. W tym momencie mój wzrok padł na dyndający z wieszaczka klucz od pracowniczej toalety, z której natychmiast postanowiłam skorzystać. Niedojedzone wafelki (razem z cukrem, tłuszczem kakaowym, lecytyną sojową i innymi witaminami) zostawiłam na później, kiedy akurat Marleny nie będzie w pobliżu. Chwała niebiosom, że nie widziała, jak dosypuję sobie do kawy (o zgrozo, rozpuszczalnej!) śmietankę w proszku…

Dalsze lekcje minęły całkiem przyjemnie i prędko, aż w końcu pozostało tylko odłożyć książki, założyć kurtkę i można było wracać do domku. Wspominałam, iż przyszłam pieszo, prawda? A pisałam, że bez parasolki? Nie? No, to już wiecie. I jak się słusznie domyślacie, gdy wracałam, lało jak z cebra. W dodatku niosłam prezent dla Księżniczki. Kilka miesięcy temu pomagałam córce znajomej w przygotowaniach do matury. Nie wzięłam od niej pieniędzy, więc wcisnęła mi dla małej sporych rozmiarów pluszowego słonia… w ślicznej, ekologicznej, papierowej torbie. Nawet bardzo ekologicznej, bo w deszczu rozłożyła się w półtorej minuty. W ręku zostały mi tylko kartonowe uszy, no i ten słoń (znaczy słoń też miał uszy, ale pluszowe i na swoim miejscu). I tyle dobrego, że to był słoń, bo słonie lubią się taplać. Taki kot na przykład miałby bardziej przechlapane i to dosłownie. W mieszkaniu znaleźliśmy się więc przemoczeni do suchej nitki. Okazało się, że nie tylko my, bo rozszczelniła się rura pod zlewem i zastałam P. walczącego z kopą zalanych ścierek.

Księżniczka fikała radośnie na dywanie, najwyraźniej pływająca kuchnia i przedpokój nie zrobiły na niej wrażenia. Na szczęście na sąsiadach z dołu też nie, czyli tatuś w porę uratował sytuację. Ku mojej radości popołudnie minęło już bez większych atrakcji. No, może z wyjątkiem tego, że córci wychodzą dwa ząbki, w związku z powyższym wkłada sobie do buzi wszystko, co się nada… a jeszcze chętniej to, co się nie nada. Oznacza to mniej więcej tyle, że moja komunikacja z P. weszła na poziom znany chyba wszystkim rodzicom maluchów:

P: Jaki film chciałabyś wieczorem obejrzeć?

Ja: Nie jedz dywanu!

P: Tego nie znam, a coś innego?

Ja: Jakąś komedię? Na przykład… Kochanie, zostaw to krzesło! Ech, nie wiem, a co mam do wyboru?

P: Czekaj, sprawdzę… Księżniczko, tylko nie kapcie!

I tak dalej…

Jak widać, niedzielny repertuar był bardzo ciekawy. I to nie tylko ten filmowy. A jak Wam minął weekend?

Taka tam rodzina adopcyjna

Dziecko Idealne, Bąbel Statystyczny czy Zwykłe Bobo? Kto wygra Wielką Gonitwę Niemowlaków?

Znajoma z pracy, mama niespełna półtorarocznej dziewczynki, zapytała ostatnio, czy nie chciałabym ubranek po jej córeczce. Zgodziłam się ochoczo, zaznaczając przy okazji, jaki rozmiar nosi obecnie moja pociecha. Niestety, okazało się, że ten sam, co latorośl owej znajomej, a dzieli je prawie rok!

Niedługo minie sześć miesięcy, odkąd Księżniczka jest z nami. Domowy bilans tego wspólnego półrocza wypada zacząć właśnie od wzrostu, który jest – jak zgrabnie zauważyła Ahaja – iście królewski. Przedwczoraj przesiadłyśmy się do spacerówki (z Księżniczką, nie z Ahają), bowiem wożenie młodej w naszym kombajnie 2w1 zaczęło mijać się z celem. Nawet po rozłożeniu siedziska na płasko urocze stópki naszej gwiazdy dyndały radośnie poza linią podnóżka… W związku z powyższym jak bumerang powraca pytanie o jej rodziców biologicznych. Zastanawiamy się, czy byli wysocy, postawni? Oboje z P. jesteśmy raczej przeciętnego wzrostu (ja to nawet niskiego), będzie śmiesznie, jeśli za kilkanaście lat stanie obok nas Marcin Gortat albo inny Michael Jordan w spódnicy  😆 . Szczerze mówiąc, po cichu liczę, że to gwałtowne rozciąganie się Księżniczki we wszystkie strony niedługo się zatrzyma na jakiś czas albo przynajmniej wytraci prędkość nadświetlną, bo córa zwyczajnie nie mieści się w sprzęty przeznaczone dla swojego etapu rozwoju. I żeby nie było, nie podajemy Księżniczce miksowanych Big Maców ani nie karmimy jej na siłę „za mamusię”, „za tatusia”, „za wujka Cyngla” ani za inne potwory. Odżywia się właściwie całkiem normalnie, zgodnie z Mądrymi Tabelkami i wskazaniami pediatry.

O, i właśnie o tych Mądrych Tabelkach chciałam napisać. Żyjemy w zaiste cudownych czasach, kiedy wszystko da się zmierzyć, zważyć, policzyć i dopasować do norm unijnych. Nawet dziecko. Nie wiem jeszcze, co należy zrobić, kiedy maluch nijak nie chce się w tych widełkach zmieścić… macie jakiś pomysł? Może trzeba zapłacić podatek? Żyrafowe od za wysokich, mrówkowe od za niskich, pączkowe od zbyt okrągłych, a szczypiorkowe od tych z niedowagą?

Nie żebym miała coś przeciwko istnieniu norm rozwojowych. Świetnie, że one są – rodzic, zwłaszcza niedoświadczony, ma przynajmniej wskazówki, kiedy reagować i czy już rwać włosy z głowy, czy jeszcze troszkę poczekać (a jeżeli dodatkowo szuka podpowiedzi w internecie, to na pewno znajdzie powody do paniki). Mądre Tabelki generują jednak wśród młodych matek (ojców chyba w mniejszym stopniu, chociaż kto wie?) potrzebę posiadania Dziecka Idealnego. Ideały, jak wiadomo, nie istnieją – i w tym cały ambaras. Istnieje natomiast niewyidealizowany, za to uśredniony Bąbel Statystyczny, czyli przyczyna nieszczęść wszelakich.

Kim jest Bąbel Statystyczny? Maluchem, który od szóstego miesiąca życia ząbkuje, w siódmym siada, w ósmym pełza, a przed ukończeniem dziesiątego raczkuje. Je regularnie, przesypia 14 godzin na dobę, a w dniu, gdy stuka mu pół roku, mierzy pomiędzy 65 a 70 cm i waży 6,5 – 8,5 kilograma, jeżeli jest Statystyczną Dziewczynką i ewentualnie ciut więcej, jeżeli Chłopcem.

Młode mamy, nauczywszy się Mądrych Tabelek na pamięć, lubią porównywać swoje dziecko z opisanym wyżej Bąblem. Oczywiście chodzi o to, aby ich pociecha Bąbla wyprzedziła, ewentualnie rozwijała się równo z nim, ale broń Panie wolniej choć o dzień! Wtedy zaczynają się podejrzenia, że trafił im się egzemplarz wadliwy bądź popsuł się w międzyczasie. Niestety karty gwarancyjnej brak, a instrukcja obsługi okazuje się mało precyzyjna (do tego zawiera napisaną małym druczkiem informację, że każdy bobas rozwija się we własnym tempie!). Co wówczas robić? Najlepiej przenieść porównania z Bąbla Statystycznego na dziecko siostry, sąsiadki, koleżanki z pracy albo tej zielonowłosej fryzjerki, co zawsze krzywo przycina grzywkę. Jeżeli którekolwiek z powyższych doświadczało skoków rozwojowych później, to uff, można odetchnąć z ulgą. Gorzej, jeśli żadne! Wówczas pozostaje tylko dzwonić po egzorcystę czy innego odczyniacza uroków.

Żarty żartami, ale czasem ta potrzeba porównywania rozwoju maleństw przybiera formę koszmarnie irytującą i po prostu niezdrową. Dla przykładu dwie sytuacje. Opis pierwszej kopiuję żywcem z lipcowego maila do Izzy (Nasz Mały Światek) – mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone przez Nią i przez Was.

Sytuacja pierwsza
„Rzecz miała miejsce na terenie otwartej siłowni w pobliskim parku.
Młoda spała smacznie, toteż ustawiłam wózek w cieniu, wcisnęłam hamulce, założyłam moskitierę i dawaj na pierwsze wolne urządzenie. Chwilę później pojawili się młodzi dziadkowie z wnusią, na oko 1,5 roczną. Takim słodkim, ledwo chodzącym, ryżym bobo. Nigdy nie mogłam pojąć, po co ludzie chodzą z takimi szkrabami na tę siłownię, skoro w pobliżu jest mnóstwo placów zabaw, ale niech tam. Dziewczynka siadała na urządzeniach i udawała, że ćwiczy, przy głośnych zachwytach babci. Aż tu nagle babcia wpadła na „genialny” pomysł: „Kornelka, chodź, OBEJRZYMY DZIDZIĘ!”. Moją dzidzię, znaczy się. Może jestem jakaś dziwna, ale nie zaglądam obcym ludziom do wózków, a znajomych zawsze pytam, czy mogę. No ale ok, nic nie mówię, obserwuję. A babcia podchodzi do wózka Księżniczki, ściąga moskitierę, wkłada głowę pod budkę i zaczyna gadać do małej! I to teksty w stylu „No chodź tutaj do mnie!” (eeee… że co?). Po czym odwraca się w moją stronę i oburzonym tonem oznajmia: „Ona już nie śpi!” No raczej, skoro obcy ludzie naruszają jej przestrzeń. Złażę więc z urządzenia (mojego ulubionego, psia kość) i podchodzę do wózka. A kobieta do mnie: „Dlaczego ona jeszcze nie siada?” Grzecznie informuję, że ma dopiero 4 miesiące, na co słyszę: „A to dlaczego taka duża?”„No nie wiem, bo rośnie?” – burczę ironicznie, bo już mnie sytuacja wkurza. I wtedy następuje punkt kulminacyjny: Kornelka tymi łapkami brudnymi od miliona urządzeń na siłowni smyra moją córę po twarzy, a babcia ją jeszcze zachęca! „Zobacz, jakie dzidzia ma oczka, a jakie włoski, a jaki nosek…” No kurczę! Nie mam fioła na punkcie sterylności, w domu Księżniczka się tarza po podłodze (na której przed chwilą pies lizał sobie… nie tylko łapy) i nie latam za nią z odkażaczem, ale serio? Przecież tam na tej siłowni w nocy siedzą bezdomni albo inne żule! Proszę więc małą, żeby zabrała rączkę (i przy okazji nogi, bo chcę odjechać z wózkiem). Babcia stęka coś pod nosem, że zabieram Kornelce dzidzię (a co to, lalka jakaś?). Potem każe wnuczce zrobić „papa” i się dziwi, że moja jej nie odmachałaZapewne Kornelka w wieku 4 miesięcy już siedziała, machała i czytała eposy Homera w oryginale, a potem przekładała je na łacinę. Trudno, Księżniczka póki co mówi „leee”, „li” oraz „aaa!” i potrafi uroczo przekręcać się na brzuszek podczas przewijania. Każdy ma jakieś talenty jak widać.”

Sytuacja druga

W przeciwieństwie do pierwszej niestety rozciągnięta w czasie. Otóż koleżanka została mamą kilka tygodni przede mną. Wcześniej nie byłyśmy blisko, jednak odkąd dowiedziała się o Księżniczce, zasypuje mnie zdjęciami i szczegółowymi opisami postępów swojej córeczki. Ogólnie rzecz ujmując, nie mam nic przeciwko, urocza ta jej mała, a i fajnie mieć wśród znajomych kolejną młodą mamę, zawsze można się wymieniać doświadczeniami. Problem dotyczy formy, jaką ta wymiana doświadczeń przybiera. Wiadomości od rzeczonej znajomej brzmią mniej więcej tak: „Ile razy wstajesz w nocy? Bo Lucynka to już od miesiąca śpi do rana” – i zdjęcie śpiącej Lucynki jako dowód, gdybym miała wątpliwości. Zanim zdążę odpisać, przychodzi następny MMS: „Lucynka ma już 2 ząbki, po jednym na górze i na dole! A Wasza ile ma?”. „Żadnego” – odpowiadam zgodnie z prawdą. Następuje niewróżąca niczego dobrego cisza, a po niej elaborat: „A byliście z tym problemem u dentysty? Neurologa? Albo chociaż pediatry? Bo to chyba nienormalne, żeby pięciomiesięczne dziecko nie miało zębów! No wiesz, ja nie chcę nic sugerować [taaa, jasne, tak samo jak ja nie chcę jeść słodyczy do filmu, same się jedzą], ale żeby Księżniczka potem nie miała problemów ortodontycznych albo żeby się nie okazało, że jest opóźniona w rozwoju! No bo Lucynka to już ma dwa ząbki, po jednym na górze i na dole! [nie, to nie jest błąd Matrixa, naprawdę napisała to dwa razy]”. Próbowałam, a jakże, poprosić koleżankę, żeby nieco przystopowała. Trochę żartem, jak to ja, że nie mamy o co się ścigać, bo obie nasze córy zasługują na podium… i takie tam. Niestety, ona ma chyba potrzebę… chciałam napisać „bycia lepszą”, ale byłabym niesprawiedliwa. Raczej „bycia równą”. Myślę, że ta potrzeba wynika z wszechpanującego poczucia, że nasze dzieci muszą dzisiaj spełniać oczekiwania świata. Tego, który wszystko, z uczuciami włącznie, próbuje upchnąć w sztywne ramy. I to obsesyjne porównywanie ma po prostu upewnić nas, rodziców, że z naszymi dziećmi jest wszystko ok. Że – jakkolwiek to nie zabrzmi – pasują do systemu.

Patrzę teraz na śpiącą w bujaku Księżniczkę, która pomimo skończonych sześciu miesięcy nie siedzi i nie ma zębów, za to ubranka nosi na 9m+, a siłę w rękach ma taką, że jak cisnęła dzisiaj smoczkiem, to szukałyśmy go z Siostrą przez kilka godzin. I wiecie co? Dla mnie tę chorą w istocie Wielką Gonitwę Niemowlaków wygrywa Zwykłe Bobo. Moje Bobo.

——————————————————————————————————————————–

EDIT: Bardzo przepraszam osoby, które mogły poczuć się urażone przytoczoną powyżej historią. Gwarantuję, że nie dotyczyła żadnej ze znanych mi Czytelniczek bloga. Poza tym starałam się ją przedstawić tak, aby trudno było zidentyfikować jej bohaterkę. Moim celem było przedstawienie pewnego zjawiska, a nie dokuczenie komukolwiek personalnie. Dziękuję za wszystkie spostrzeżenia i komentarze, także te poza blogiem. Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.