Ci, bez których nie jestem sobą

Kto się lubi, ten wie, dlaczego nie wolno kopać druhny

Poprzednio z okazji Dnia Myśli Braterskiej popełniałam wpisy na temat moich harcerskich przyjaciółek. Ponieważ przyroda lubi równowagę, przyszedł czas na tekst o płci męskiej.

Zanim związałam się na dobre z moim mężem, dwa razy byłam poważnie zakochana. Obu tych wybranków znałam z harcerstwa, zaś obie historie wspominam dziś z rozrzewnieniem, chociaż wiodła do tego długa droga. Tym razem jednak moim byłym-niedoszłym dam spokój, a skupię się na zupełnie innych relacjach.

church

Był chłodny wrześniowy wieczór. Miałam dziewiętnaście lat i wraz z moją drużyną przyjechałam tego dnia na jesienny zlot. Siedziałyśmy właśnie w kościele na czuwaniu, a ja coraz bardziej marzłam, bo nie założyłam niczego na mundur. Co zrobiłam wtedy z bluzą? Zostawiłam w szkole, w której stacjonowałyśmy? Oddałam którejś podopiecznej? Nie pamiętam. W każdym razie ziąb dawał się we znaki. W pewnej chwili poczułam szturchnięcie. Pochodziło od siedzącego obok mnie M.

Załóż, jak ci zimno – mruknął, wskazując ruchem głowy na leżącą między nami kurtkę.

– A ty? – odpowiedziałam szeptem, patrząc na niego podejrzliwie. On też miał na sobie tylko mundur, w dodatku z podwiniętymi rękawami.

Pokręcił głową. Dopiero w tamtej chwili zauważyłam, że na jego ramieniu spał w najlepsze jeden z najmłodszych zuchów. Wkrótce spostrzegł to też nasz przełożony i kazał M. obudzić malucha. Ku mojemu zaskoczeniu spotkał się z kategoryczną odmową. To chyba wtedy powiedziałam M., że będzie kiedyś dobrym ojcem, co zresztą chętnie do dziś wspomina. Nabożeństwo skończyło się bardzo późno. Wracaliśmy do szkoły zmęczeni: moje druhenki, ja, gromada zuchowa M. i on sam ze wspomnianym (już nieco rozbudzonym) śpiochem niesionym na barana. Dzieciakowi najwyraźniej spodobał się taki sposób transportu, bo zaczął dokazywać, kopiąc mnie po plecach.

– No co ty, nie kop druhny! – upomniał go stanowczo drużynowy .– A wiesz, dlaczego tak nie wolno?

– Bo dziewczyn się nie bije! – pospieszyła z odpowiedzią jedna z moich zastępowych.

Nie – zaprzeczył M. – Nie wolno kopać druhny, bo druhna ma na sobie moją kurtkę.

Kurtyna.

teacup-2325722_960_720

– Nie lubię M. – wyznał mi półtora roku później Jacek, popijając miętową herbatę z jakiegoś sfatygowanego kubka.

– Przecież wy się nawet nie znacie… – powiedziałam ostrożnie, zastanawiając się, czy coś mnie nie ominęło. Świat jest w końcu bardzo mały, zwłaszcza jeśli jest się harcerzem.

– Ale jestem o niego zazdrosny.

Parsknęłam śmiechem, chociaż było to ewidentnie nie na miejscu, zwłaszcza przy takim wrażliwcu jak Jacek.

– Chłopie, czy tobie się coś nie pomieszało? Za rok wychodzę za mąż, od początku naszej znajomości macham ci przed nosem pierścionkiem zaręczynowym, a ty mi tu wyskakujesz z zazdrością o kumpla, od którego dzieli mnie 300 kilometrów? Przecież to bez sensu.

– Widzisz… – wpatrywał się w ten kubek z herbatą, jakby zamierzał za chwilę wywróżyć mi przyszłość z fusów – bo z P. to ja nie mam szans. Wy jesteście dla siebie stworzeni, w tej sferze nie mam prawa nawet marzyć. Ale M. to co innego… uważasz go za swojego przyjaciela, a z tym chyba mogę konkurować.

Jacka poznałam na obozie harcerskim, bo gdzieżby indziej. Podobno przypominałam jego byłą dziewczynę. Jeszcze zanim się do mnie po raz pierwszy odezwał, został pouczony przez naszą wspólną znajomą, iż mam narzeczonego. Często w naszych rozmowach podkreślał, że o tym wie, a ja w swojej wrodzonej naiwności wierzyłam, że to wystarczy. O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się dopiero niespełna rok później, właśnie podczas tej rozmowy nad kubkiem miętowej herbaty. Jeszcze tego samego dnia z jakiegoś błahego powodu strzeliłam typowego babskiego focha, bardziej w sumie na pokaz, niż ze względu na rzeczywistą urazę. Nie sądziłam, że Jacek się tym przejmie. Tymczasem skutek był taki, że wracałam do domu z wielkim bukietem białych róż i kombinowałam, jak się z tego wytłumaczyć czekającemu na mnie P.

Ostatni raz było mi dane spotkać Jacka kilka lat temu, w okolicznościach zupełnie niezwiązanych z harcerstwem. Jechaliśmy razem autobusem, mieliśmy nawet wysiadać w tym samym miejscu. Na przedostatnim przystanku mój towarzysz nagle poderwał się, cmoknął mnie w policzek i wyskoczył z pojazdu, nawet się nie oglądając. Chwilę później dostałam sms: „Przepraszam, nie umiałbym się z tobą pożegnać”. No i masz babo Jacek.

casal-1612464_960_720

Na przeciwnym biegunie do Jacka-romantyka uplasował się za to Remek. Z tą różnicą, że z nim akurat nigdy nie łączyły mnie żadne relacje poza zwykłym koleżeństwem i to nie przesadnie bliskim. Remek był typem podrywacza, o dziwo całkiem skutecznego. Czasem z przyjaciółkami zachodziłyśmy w głowę, jakim cudem ktokolwiek może się nabierać na jego niestworzone historie, szyte tak grubymi nićmi, że nic w nich nie trzymało się kupy. Mimo tego na każdym obozie, zlocie czy innym wyjeździe znajdował sobie nową dziewczynę (albo i dziewczyny). Problem polegał na tym, że on sam z roku na rok robił się starszy, a jego kolejne wybranki niekoniecznie. Pamiętam, jak drużynowy dogryzł mu kiedyś, że już się boi o swoją przyszłą córkę. Podczas jednego z obozów Remek doczekał się nawet psychofanki, która rozpowiadała wszystkim, że weźmie z nim ślub i urodzi mu mnóstwo dzieci. Potrafiła wykrzykiwać jego imię podczas siedzenia na latrynie, w nadziei, że usłyszy… Oboźny zgrupowania przy pierwszej lepszej okazji zasznurował ich dla żartu razem w namiocie. Podobno nasz Casanova uciekał stamtąd jak oparzony. Czasem się zastanawiam, jak potoczyły się jego losy. Ostatni raz spotkaliśmy go chyba wspólnie z M. jakieś –naście lat temu. Remek chwalił się, że jest DJ-em w klubie w centrum miasta i chętnie by z nami pogadał, ale właśnie spieszy się rozkręcać imprezę. M. stwierdził, że nie przepuści takiej okazji i pojechaliśmy za nim. Okazało się, że kręci faktycznie, ale pizzę na zapleczu.

788004_Harcerski_z_wiencem_glogowym_54

Dziś w szkole widziałam kilka harcerek, z okazji Dnia Myśli Braterskiej ubranych w mundury.

Aga, masz przekręcony krzyż! – rzuciłam  z uśmiechem.

To od zakochania, pani profesor! – zameldowała licealistka, stając na baczność.

Roześmiałam się, wspominając nasze harcerskie krzyże, czasem celowo wbrew regulaminowi noszone pod skosem na znak, że ktoś jest zakochany. Czyli jest jeszcze nadzieja, że kolejne pokolenia skautów będą kontynuowały moje opowieści…

Wszystkiego harcerskiego w Dniu Myśli Braterskiej!

Reklamy
Taka tam ja..., Taka tam rodzina adopcyjna

Między młotem a pryczą. Jak punkt siedzenia zmienia punkt myślenia

Mojego przyjaciela M. długo uważałam za pirata drogowego. Do tej pory czasem mu w żartach dogryzam, że nie umie prowadzić, mimo iż w rzeczywistości jest dużo lepszym kierowcą ode mnie. Sprawa miała swój początek dawno temu, kiedy M. wkręcał mnie, że nie ma prawa jazdy, a ja, patrząc na jego drogowe wyczyny, prawie mu uwierzyłam. Jakiś czas później jechałam z delegacją moich harcerek na pewną imprezę. Ponieważ pociąg zatrzymywał się kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego, M. zaproponował odebranie nas z dworca samochodem. Zgodziłam się głównie dlatego, że druga z możliwych opcji była jeszcze gorsza 😉 . Moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem dojechaliśmy wszyscy cało, spokojnie i bezpiecznie. Musiałam jednak mieć niepokój wymalowany na twarzy, bo nasz kierowca w pewnym momencie rzucił z naganą w głosie: „czyżbyś wątpiła, że z dziećmi na pokładzie będę jechał ostrożnie?”.

auto-2546073_960_720

Dzisiejszy wpis nie jest jednak ani o M., ani o popisach za kółkiem. Jest o tęsknocie duszy.

Kiedyś popełniłam tekst o zapachach(KLIK), które przywodzą na myśl konkretne skojarzenia. Być może pamiętacie, że są dwie takie wonie, bez których nie wyobrażam sobie życia: aromat świeżo zmielonej kawy oraz letni zapach lasu. O ile pierwszy z nich dodaje energii, o tyle drugi niezmiennie roztapia moje serducho…

Wczoraj wczesnym rankiem byłyśmy z Księżniczką na długim spacerze. Kiedy weszłyśmy w mniej uczęszczaną alejkę parku, zapachniało… obozem. Jeśli ktoś z Was był w harcerstwie, to wie, o czym mówię. Ściółka wilgotna jeszcze od porannej rosy, w powietrzu wyczuwalna już duchota upalnego dnia. Żywica, igliwie, mdła woń słodkiej wody i wodorostów. Na mnie to działa jak impuls, wyzwalający coś wdrukowanego przez jakiegoś przebiegłego hipnotyzera z przeszłości: mam ochotę natychmiast rzucić wszystko (no, może poza Księżniczką) i wyjechać nad jezioro pod namiot. Kompletnie nic nie potrafię na to poradzić, mimo że jestem starą babą i wielu rzeczy już mi nie wypada. Nie wyrosłam z munduru i chyba to się już nie zmieni.

nature-3474826_960_720

Spacerując tymi ścieżkami z córką, która z zachwytem dotykała każdego nowego krzaczka i pokazywała paluszkiem każdy kamyczek, gałązkę czy listek, uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała ją kiedyś zapisać do harcerstwa, to kurczę, w naszej okolicy nie ma gdzie… Moje środowisko wymarło kilka lat po tym, jak oddałam drużynę. Bratnia organizacja w moim mieście działa bardzo prężnie pod względem struktur i bazy materialnej, ale za grosz nie ufam tamtej kadrze. Spore grono młodziutkich instruktorów stamtąd jest lub było moimi uczniami. Pomimo całej sympatii do nich, nie powierzyłabym im własnego dziecka na dłużej niż godzinę.

I teraz właśnie dochodzę do związku początku wpisu z jego głównym wątkiem. Wśród znanych mi opiekunów z (różnych) organizacji młodzieżowych nie umiem dostrzec takiego balansu pomiędzy odpowiedzialnością a zdrowym szaleństwem, jaki cechował moje pokolenie. M., mimo tego, że na co dzień wariat, o swoje zuchy troszczył się jak ojciec. Dlatego we wstępie podałam ten przykład z prowadzeniem samochodu: kiedy w grę wchodzi troska o podopiecznych, trzeba schować do kieszeni własne ego, a wyciągnąć wyobraźnię i dojrzałość, czy się tego chce, czy nie. W swojej drużynie przeżyłam (włącznie ze sobą i dwiema moimi następczyniami) pięć drużynowych. Za każdą mogłabym ręczyć, podobnie jak za wiele koleżanek i wielu kolegów z zaprzyjaźnionych środowisk.

Nie chcę narzekać na „dzisiejszą młodzież”, bo byłaby to z mojej strony niekonsekwencja i w pewnym sensie hipokryzja. Uwielbiam moich uczniów, a większość z nich uważam za bardzo obiecujących, zdolnych (w najszerszym możliwym znaczeniu tego słowa), twórczych i przesympatycznych młodych ludzi. Mam jednak wrażenie, potwierdzane nie tylko przez innych nauczycieli, ale także przez specjalistów, że kolejne pokolenia dojrzewają coraz później. W końcu normą stają się trzydziestolatkowie, mieszkający nadal z rodzicami. W swojej praktyce dostrzegam, że zachowania, które kiedyś charakteryzowały dzieci z podstawówek, dzisiaj coraz częściej pojawiają się w szkołach średnich. Pierwszy z brzegu przykład: chłopak z klasy maturalnej, zapytany, co lubi robić w wolnych chwilach, ku uciesze gawiedzi odpowiedział: „kupę!”. Kiedyś wspominałam też o osiemnastolatku, który chciał, żeby liceum nauczyło go prasować koszule. Trudno mi jakoś jednoznacznie zinterpretować to zjawisko. Nawet nie wiem, czy jest sens szukać winnych (czytaj: zły system edukacji, „bezstresowe wychowanie” w domu, głupkowata rozrywka w mediach etc.). Być może to po prostu znak czasów. A może to ja, z perspektywy kobiety w wieku 30+, zaczynam surowiej oceniać młodzieńcze wybryki…

jump-1209647_960_720

… w końcu wsadzenie podopiecznych do jednego samochodu z M., któremu nie ufałam jako kierowcy, też nie było z mojej strony zbyt rozsądne. Tylko że mnie chodzi o trochę inny rodzaj odpowiedzialności: o takie, mówiąc potocznie, życiowe ogarnięcie. O umiejętność przyjęcia konkretnej postawy i podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. O to, żeby wiedzieć, co robić, kiedy wydarzy się coś niespodziewanego…

Nie wiem jeszcze, co będzie za te kilka czy kilkanaście lat, kiedy Księżniczka zacznie rozwijać swoje pasje. Nie chcemy jej z P. ani do niczego zmuszać, ani tym bardziej zniechęcać. Pewnie, że gdzieś w sercu marzę o tym, żeby zobaczyć ją w szarym mundurku z Krzyżem Harcerskim na piersi. Raczej nie jestem jednak typem rodzica, który będzie przelewał na dziecko swoje niespełnione ambicje. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się pod żadnym względem niespełniona. Po drugie – to się nigdy dobrze nie kończy. Jeżeli będzie okazja i młodej harcowanie się spodoba, to super. Jeśli zamiast tego wybierze balet, klub karate albo lekcje fińskiego, też świetnie. I tak pewnie będę umierać z niepokoju, czy jest pod właściwą opieką…

Taka tam rodzina adopcyjna, Takie tam różne

Kiedy rozum śpi, budzą się bobasy

Niedawno pisałam o rodzicielskich antynoblach, podając przykłady opiekunów, którym zabrakło wyobraźni, wiary we własne dziecko lub choćby odrobiny obiektywizmu. Dzisiaj chciałabym potraktować ten temat od drugiej strony, czyli pokazać, że czasem największe starania przynoszą dokładnie odwrotny efekt.

slip-up-709045_960_720

W zeszłym tygodniu czytałam o przynajmniej dwóch przypadkach, kiedy małe dzieci wypadły z okien. Był też tekst o trzylatku, który zmarł zatrzaśnięty w pralce podczas zabawy w chowanego ze starszą siostrą. Autorzy artykułów „uprzejmie donosili”, że rodzice w chwili tragedii byli trzeźwi. Nie przeczę, że to ważne; niejednokrotnie na łamach Stożków wyrażałam już swój stosunek do opiekunów będących pod wpływem alkoholu. Tyle tylko, że tym trzeźwym  rodzicom opinia publiczna od razu przypina łatkę nieodpowiedzialnych, głupich, beznadziejnych, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Pół biedy, jeśli taka krytyka spadałaby ze strony bezdzietnych; mnie też się kiedyś wydawało, że upilnowanie dwulatka nie może być takie trudne… Ale nie. Sporo jest komentarzy typu: „mam troje dzieci i nigdy  żadnego z nich nie spuściłam z oka”. Czyżby? Rozumiem, że piszący je nie śpią, nie jedzą, nie myją się i nie przebierają – bo każda z tych czynności wymaga odwrócenia uwagi od latorośli choćby na krótką chwilę. A to właśnie taka chwila potrafi kosztować najwięcej.

window-1148929_960_720

Mamy w domu dwa duże okna, do których Księżniczka już teraz bez problemu dosięga. Niedawno zamontowaliśmy w nich klamki zamykane na kluczyk. I wiecie co? Trzy dni temu nakryłam moją córkę na majstrowaniu przy jednym z zamków końcówką suwaka od bluzy. Dzisiaj podniosła klucze, które wypadły mi z torebki, i ruszyła z nimi prosto do okna, po czym wetknęła w zamek kluczyk od skrzynki na listy. Z jednej strony byłam dumna z jej sprytu i determinacji, ale z drugiej przerażona tym, że ona faktycznie w mgnieniu oka mogłaby sobie z tą klamką poradzić.

Tydzień temu nasza latorośl rozbiła sobie skroń i kawałek łuku brwiowego. Myślicie, że spadła z huśtawki albo zaliczyła bliskie spotkanie z kantem stołu? Nie. Rozwaliła głowę o kanapę, w dodatku siedząc u mnie na kolanach. Chciała mi się rzucić na szyję, a trafiła w oparcie, najwidoczniej w miejsce, gdzie pod tapicerką przebiega łączenie płyt.… Na szczęście obyło się bez szycia, choć następnego dnia Księżniczka wyglądała po przebudzeniu jak Rocky Balboa po finałowej walce. Bałam się (całkiem poważnie), że niania zadzwoni do opieki społecznej, żeby zgłosić podejrzenie przemocy domowej. Oczywiście ten wypadek niczego małej nie nauczył, bo kolejnego wieczoru próbowała zrobić dokładnie to samo.

Właśnie przed chwilą moje dziecko wyciągnęło z szafy pudełko, w którym trzymam przybory do szycia. Rozmawiałam akurat przez telefon z Izzy i powiedziałam jej, że Księżniczka raczej go samodzielnie nie otworzy, bo pojemnik ma tak skomplikowane zamknięcie, że sama się z nim męczę. W tym samym momencie młoda dorwała się do jego zawartości. Tyle w temacie antydzieciowych (i nie tylko) zabezpieczeń.

A propos Izzy – pisała kiedyś o pewnych rodzicach, którzy mieli takiego fioła na punkcie „bezpiecznego domu”, że wiązali ze sobą krzesła, aby dzieciom trudno było je odsunąć. Chyba zaczynam rozumieć ideę tego przedsięwzięcia, bo moja córa właśnie wkroczyła w etap wspinania się na wszystko, co się da – a jeszcze chętniej na to, co się nie da. Oczywiście to nie oznacza, że też zamierzam związać krzesła. Prędzej Księżniczkę. 😉

earth-237955__340

Obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa – to truizm. Można próbować tego dokonać na dwa sposoby:

– maksymalnie zabezpieczyć przestrzeń, w której maluch przebywa;

– mieć oczy dookoła głowy i mistrzowską koncentrację.

Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań, choćby nie wiem co, nie gwarantuje w 100%, że dziecku nie stanie się krzywda.

Nie próbuję w tym wpisie usprawiedliwiać rodziców, którzy mają w nosie, co robią ich pociechy; matek scrollujących fejsa, kiedy bobas domaga się uwagi, ani ojców skupionych na transmisji meczu, gdy synek pod ich nosem wsadza sobie nożyczki w oko. Nie zamierzam też tłumaczyć elementarnego braku wyobraźni, jakim jest na przykład zostawianie trzylatka samego na balkonie albo trzymanie w kuchni rozpuszczalnika w butelce po oranżadzie. Chcę natomiast bronić tych, którzy za zwyczajną chwilę ludzkiego roztargnienia już i tak zapłacili najwyższą cenę. Pewnie, że 99% tego typu tragedii można było zapobiec. Gdyby opiekun wiedział, że akurat w tym momencie dziecko zapragnie napić się domestosa albo zrzucić na siebie garnek z zupą, to sprawdziłby sto razy, czy na pewno nie zapomniał zamknąć szafki albo przestawić wrzątku gdzieś dalej. Problem w tym, że nikt tego nie wie, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Na koniec harcerska anegdota o nadopiekuńczości i karmie, która wraca.

fire-2144812_960_720

2007 rok, środek lata. Obóz trwa już od dobrych kilku dni. Pewnego popołudnia kapelan prosi, żebym przyjęła do swojego podobozu dwie dziewczyny niebędące harcerkami. To córki jego znajomej, właścicielki mleczarni, która często wspomaga parafialne oratorium jakimiś darami żywnościowymi. W zamian obiecał, że zabierze jej latorośle na obóz. Zgadzam się bez problemu, takie sytuacje nie należą do rzadkości. Wczesnym wieczorem przyjeżdżają „Mleczarki”, jak nazywał je kapelan, razem z mamą. Witam się z nimi i oprowadzam po leśnych włościach, docierając na końcu do namiotu, w którym mają spać. Chcę je dołączyć do mało licznego, ale za to bardzo sympatycznego zastępu moich podopiecznych. W tym momencie matka aż się gotuje: jak to? Jej córki mają spać z innymi uczestnikami na drewnianych pryczach? Nic z tego, ona im przywiozła luksusowe, różowiutkie igloo (o wymiarach pozwalających pomieścić chyba całą mleczarnię). Pytam więc spokojnie, gdzie zamierza ten pałac rozstawić. „O, tutaj” – odpowiada niezbita z tropu mamuśka, wskazując miejsce tuż pod masztem z flagą Rzeczypospolitej, na samym środku placu apelowego. Czyli zastawiłaby nam nie tylko najważniejszą część podobozowej przestrzeni, ale też przy okazji główny ciąg komunikacyjny. Zaczynam zatem grzecznie tłumaczyć, że wszystkich uczestników obowiązują równe zasady, zaś gdyby każdy miał przywieźć swój namiot, to zrobiłoby się pole biwakowe, nie obóz harcerski, a przecież nie na tym rzecz polega. Wyjaśniam także, iż zwyczajnie nie mamy miejsca na dodatkowe igloo, zwłaszcza takich rozmiarów. Kobieta jest nieustępliwa, ja również. W końcu informuję, że przykro mi, ale nie przyjmę dziewczynek do podobozu, jeśli od samego początku ich mama neguje podstawowe zasady, jakie w nim panują. Babka zaczyna się odgrażać, dzwoni do kapelana. Ten po chwili przychodzi, wysłuchuje obu wersji, przez chwilę patrzy na mnie wyczekująco, w końcu mówi, że jeśli druhna się nie zgadza, to on nalegał nie będzie. Ostatecznie „Mleczarki” znajdują miejsce po drugiej stronie drogi, w podobozie dziewczyn z Pomorza, zupełnie inaczej zorganizowanym (z jakich powodów, to osobna historia). Dlaczego mówię, że karma wraca? Ponieważ następnego ranka „Mleczarki” poszły wraz z resztą uczestników na kąpielisko, a tam…  Młodsza z nich złapała 20 (słownie: dwadzieścia) pijawek, starszą w drodze powrotnej zaatakowały kleszcze. Musiała to być jakaś wyjątkowa złośliwość losu, bowiem nikomu innemu z obozowiczów ani jedno, ani drugie się nie przytrafiło przez całe trzy tygodnie pobytu w lesie. „Mleczarki” jeszcze tego samego dnia zostały odwiezione na pobliską kolonię zuchową, odbywającą się w szkole, a więc w bardziej cywilizowanych warunkach. Z tego co wiem, tam też wytrzymały bardzo krótko, ale szczegółów nie znam. Może M. coś pamięta, bo to był jego teren. W gruncie rzeczy szkoda mi tych dziewczyn, bo trafiły z dnia na dzień do rzeczywistości, z którą nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Na pewno ich to nie zachęciło do harcerstwa. Chciałam natomiast pokazać, że takie chuchanie i dmuchanie na dzieci za wszelką cenę często się na nich mści. Ot, życie. 😉

Ci, bez których nie jestem sobą

O przydziałach na pomidory i o tym, jak miłość rujnuje dzieciństwo

Na potrzeby poniższego wpisu zdecydowałam się nadać pseudonimy dwóm „literkom”, które niektórzy Czytelnicy już znają z dawniejszych postów. Sądzę, że same „literki” nie pozwoliłyby odpowiednio wybrzmieć niektórym sentencjom, jakie pojawią się poniżej. Zatem: E. zostanie tymczasowo Jagodą (od jej harcerskiego imienia),
C. będzie figurować jako Mandaryna (nie mylić z pewną wokalistką… C., wybacz!!!)

Dopiero względnie niedawno odkryłam, że pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje” ma trzecią zwrotkę. Brzmi ona tak:

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
Że na zawsze łączą nas:
Wspólne troski i radości życia,
Serc harcerskich zjednoczone bicia
I ta przyjaźń najszczersza, prawdziwa
Którą Bóg połączył nas.

Słucham jej właśnie w nieco unowocześnionym wydaniu. Zamykam oczy i natychmiast z łatwością przenoszę się… w las. Jest chłodny letni wieczór, ognisko powoli dogasa. Mam na sobie szary mundur z granatowym sznurem drużynowej, a na karku jakieś 19 lat. Zapach drzew łączy się z wonią dymu z płonących gałęzi. Stoję w kręgu, wśród ludzi takich jak ja. Może po prawej mam moją Siostrę, a po lewej jedną ze swych późniejszych następczyń? A może G., który za kilka lat zagra na organach na moim ślubie albo M., który urwał się z pobliskiej kolonii zuchowej na krótkie odwiedziny? Nie to jest w tej chwili ważne. Istotniejsze, że właśnie ktoś intonuje „Pieśń pożegnalną”, po niej przekażemy sobie iskrę przyjaźni, a niedługo później tę leśną ciszę przetnie płynąca z oddali melodia „Idzie noc”, grana na trąbce przez druha P., komendanta jednego z podobozów. Jak zawsze charakterystycznie zafałszuje, dzięki czemu nikt nie będzie miał wątpliwości co do osoby trębacza. Za moment moje harcerki pójdą spać, a ja zejdę na odprawę kadry, żeby podsumować dzień i zaplanować następny. Lubię siebie w tamtej chwili. Wiem, kim jestem, co tam robię, czego chcę.

ognisko

Piosenka się skończyła, ale nie otwieram jeszcze oczu. Cofam się w czasie o kolejne cztery lata. Siedzimy we cztery – najbardziej zgrany zastęp świata, a przynajmniej tak nam się wtedy wydaje –  na wydeptanej trawie i zastanawiamy się, co za cymbał załatwił nam na obóz te kanciaste namioty z podłogą. „Oficerskie”, psia kość, ale tylko z nazwy. Jakiż to był szatański wynalazek! Przez tę gumowaną podłogę nie dało się zbudować porządnej pionierki, bo niczego nie można było wkopać. Postawiona naprędce półka zawaliła się po tygodniu, skazując nas na mniejszy lub większy (częściej większy) chaos w naszym zielonym m4. O pryczach z tych samych względów mogliśmy wszyscy zapomnieć, a zamiast kanadyjek czy innych łóżek polowych dostaliśmy takie grube, gąbczaste materace. Po kilku deszczowych dniach wszystko w tych namiotach gniło, bo wilgoć nie miała jak wsiąkać w podłoże. Wsiąkała więc w materace (pod którymi, oprócz pleśni, Jagoda znalazła któregoś razu jakieś zapomniane zapasy z domu – żadna z nas nie wiedziała, jak się tam znalazły). W czasie upału natomiast nie dało się w tym ustrojstwie oddychać, bo nie istniała możliwość wietrzenia. Namiot miał tylko jedno wyjście, a podłoga nie przepuszczała powietrza od ziemi.

616619101_2_1000x700_namiot-n6-dodaj-zdjecia_rev001
źródło: OLX

Szybko porzucamy jednak temat otaczającej nas infrastruktury (przynajmniej do czasu, gdy D. znajdzie pod damskim prysznicem żywą żmiję…) i uciekamy myślami do oddalonej o 200 km miejscowości, w której obozowały nasze zaprzyjaźnione męskie drużyny. „Zaprzyjaźnione” to właściwie eufemizm, bo oprócz Jagody każda z nas miała tam swoją „miłość życia”. Do dziś wspominam te historie z pewną nostalgią. W każdym razie cierpiałyśmy wtedy straszliwie, że musiałyśmy pojechać na obóz razem z młodszą częścią naszego środowiska, zamiast tam, dokąd rwały się serca. Owe uczuciowe perypetie miały oczywiście swój ciąg dalszy, choć żadna nie związała się na stałe z ówczesnym obiektem westchnień.

tomatoes-1993695_1280

Jakiś czas później, podczas dłużącej się podróży dokądś tam, siedziałyśmy z Siostrą jak zwykle na tyłach autokaru, tym razem jednak obok Sz., byłego chłopaka Mandaryny. I w pewnej chwili, właściwie niepytany, nasz towarzysz westchnął głęboko, po czym wyznał śmiertelnie poważnym tonem: „Miałem szczęśliwe dzieciństwo. A potem poznałem Mandarynę.” Ta fraza błyskawicznie stała się pewnego rodzaju mottem naszego zastępu, powtarzanym do teraz przy okazji różnych (i zdecydowanie za rzadkich) przyjacielskich spotkań. Mandaryna zazwyczaj od razu dodaje: „Jeny, jak ja go kochałam!” – a stąd już prosta droga do odtwarzania rozmaitych wspomnień, czasami wielokrotnie powtarzanych, a czasem wygrzebywanych z najgłębszych zakamarków pamięci. Miałyśmy też inne hasła, jak choćby „przydział się skończył”, którego geneza była dość… osobliwa. Otóż któregoś razu wpadłyśmy wszystkie do Siostry i spustoszyłyśmy jej kuchenne zapasy, przez co obawiała się, że dla jej braci zabraknie posiłku; zabrała nam więc chleb i dżem sprzed nosa, oznajmiając półżartem, że przydział się skończył. To powiedzonko również na dobre weszło nam w krew, używałyśmy go za każdym razem, kiedy czegoś nam brakowało. Tym sposobem „przydział się skończył” było odpowiedzią na deficyt gwoździ podczas obozowej pionierki, trudności finansowe drużyny, a nawet filozoficzne rozważania na temat uczuciowych niepowodzeń. O, albo jeszcze „mieć z kimś pomidora” oznaczało tyle, co całować się. Mandaryna grała na gitarze i potrafiła (zapewne nadal potrafi) pięknie śpiewać, posiadałyśmy zatem także repertuar ulubionych piosenek, będących nierzadko przeróbkami znanych harcerskich utworów. Na przykład:

Znów pewnie ci włożą
Kaftanik przez głowę,
I znowu karetka
Powiezie cię w dal,
Psychiatra obejrzy,
Postawi diagnozę,
Pasami do łóżka
Cię przycisną tak…

Z tym domem wariatów to w ogóle musiało być coś na rzeczy, bo wspomniany druh P., ten od fałszowania na trąbce, wymyślił cały dział tzw. „sprawności psychiatrycznych”, które (oczywiście nieoficjalnie) zdobywali jego harcerze. Pamiętam między innymi, jak pewien młody bydgoszczanin wbiegł do naszego obozu przebrany za krasnoludka (czapkę miał z worka na śpiwór, a płaszcz ze sztormiaka swojego drużynowego) z szyszką w zębach i saperką w rękach; tu niestety moja pamięć zawodzi, bo nie potrafię sobie przypomnieć, co miał za zadanie zrobić… zapewne albo zatańczyć na środku placu apelowego, albo zdobyć jakiś przedmiot należący do komendantki. W każdym razie obecność takich oszołomów współtworzyła niepowtarzalną atmosferę tych obozów.

Co się zaś tyczy historii naszych wzajemnych zastępowych relacji, którą opisywałam rok temu (KLIK), to jest ona dla mnie nadal nierozwiązaną zagadką. Nadawałyśmy na tak różnych falach, że teoretycznie nie miałyśmy prawa się zaprzyjaźnić:

Jagoda – najstarsza i najbardziej rozsądna, wiecznie trafiała ze mną do jakiejś kostnicy (serio! Chyba każda nasza wyprawa we dwie kończyła się gdzieś w pobliżu zwłok). Siostra – wrażliwa i zakręcona,  a jednocześnie nasz zastępowy architekt, budowlaniec i mechanik. Ja – najbardziej zachowawcza i beznadziejnie romantyczna, ale też najbardziej wygadana. I wreszcie Mandaryna – najmłodsza, najpiękniejsza i najbardziej śmiała z naszej czwórki; nigdy nie istniały dla niej tematy tabu ani przeszkody nie do pokonania.

A jednak trzymałyśmy się razem, dopóki Jagoda nie wyjechała za granicę. Potem kontakty uległy rozluźnieniu, ale nie wygasły.

Dzisiaj potrafimy się nie widzieć przez długie miesiące (albo i lata), a zachowujemy się tak, jak gdyby minęło zaledwie kilka dni. Mandaryna dowiodła tego po raz kolejny podczas niedawnych odwiedzin u Księżniczki, kiedy okazało się, że bez problemu łączymy przeróżne wątki naszych życiorysów, pozornie zupełnie od siebie odległe.

Dla mnie jest w tym jakaś magia, chociaż zapewne psychologia ma na to zjawisko dziesiątki specjalistycznych nazw i kryjących się za nimi teorii. Jednak to tę właśnie magię, razem z trzaskiem płonących w ognisku gałęzi, szumem drzew i chóralnymi dźwiękami pieśni harcerskich, wspominam podczas tegorocznego Dnia Myśli Braterskiej.

Powyższy wpis ma dwie dedykacje. Pierwsza – to życzenia dla wszystkich, którzy czują harcerskiego ducha, aby nie tracili w sobie tych iskier sprzed lat – czyli pozostali wewnątrz młodymi, wiernymi zasadom (i sobie!) druhami czy druhnami, wierzącymi,  że mogą zmienić świat. Druga – specjalna – dla Mandaryny. Niech nadchodzący przełom w Twoim życiu będzie tym właściwym i wymarzonym, a jednocześnie pozwoli Ci, Kochana,  pozostać sobą i pamiętać o latach spędzonych w szarym mundurze… chociaż jestem o to jakoś dziwnie spokojna. 🙂

Takie tam różne

Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

–  A chcielibyście?

Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

Droga po szczęście, Takie tam różne

Dlaczego warto zapisać dziecko do harcerstwa?

Od razu uspokajam. Nie mam żadnych niespełnionych ambicji, które będę chciała przelać na moje dziecko. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, to jestem zwolenniczką umiaru: fajnie, jeśli młodzież uczestniczy w jakiejś aktywności poza szkołą, ale nie chcę zrobić z potomka tresowanej małpki, grającej na piętnastu instrumentach, mówiącej biegle w ośmiu językach i uprawiającej wszystkie dostępne dyscypliny sportu, za to niedoświadczającej beztroskiego dzieciństwa.

Nie uważam też, że w ogólnym rozliczeniu inne formy spędzania czasu wypadają od harcerstwa w jakiś sposób gorzej. Ponieważ jednak spędziłam w nim kilkanaście lat, na pewno moje dziecko niejednokrotnie zetknie się z licznymi anegdotami, zdjęciami i innymi pamiątkami z czasów, kiedy jego mama z dumą nosiła szary mundur. Jeżeli wykaże zainteresowanie, to z olbrzymią chęcią zapiszę je do którejś drużyny. A powodów jest wiele…

  1.        Harcerstwo uczy samodzielności i empatii.

Ameryki zapewne tym stwierdzeniem nie odkryłam. Myślę natomiast, że ta nauka coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Smartfony i inne nowoczesne urządzenia potrafią już tyle, że bez nich człowiek – zwłaszcza młody – gubi się w świecie i to niestety czasem zupełnie dosłownie.  Współcześni harcerze korzystają z nowych technologii, nie porzucając przy tym tradycyjnych metod np. orientacji w terenie czy przenoszenia meldunków.  Poza tym skauting zakłada też umiejętność zadbania zarówno o siebie, jak i o innych. Moi uczniowie należący do ZHR lub ZHP wyróżniają się zaradnością widoczną nawet w najdrobniejszych szczegółach, jak choćby odniesienie po sobie talerza do kuchni albo zainteresowanie się, czy np. dla wszystkich wystarczyło podwieczorku. Z niezrzeszonymi bywa różnie. Oczywiście absolutnie nie znaczy to, że dziecko niebędące harcerzem nie wykazuje kultury osobistej. Bardziej chodzi mi o to, że harcerstwo pomaga w wyrabianiu pewnych przydatnych nawyków, które (z różnych powodów) młodzi ludzie nie zawsze wynoszą z domu. A jeśli wynoszą, to skauting dodatkowo je ugruntowuje.

Osobną kwestią jest tutaj tzw. pole służby. Wiele drużyn zajmuje się wolontariatem w hospicjach, domach opieki, szpitalach lub schroniskach dla zwierząt. Taka praca uwrażliwia i otwiera młode serca na potrzeby innych.

 2.       Harcerstwo jest źródłem trwałych przyjaźni.

Nie chciałabym się powtarzać, pisałam już o tym kilka razy. Należałam do różnych organizacji, ale wspólnota harcerska okazała się tą najbardziej trwałą. Jestem jedynaczką, podobnie jak coraz więcej dzisiejszych dzieci. Przyjaciele rekompensowali mi brak rodzeństwa, a atmosfera w moim środowisku była naprawdę rodzinna, co dodatkowo wpływało na budowanie więzi (jak dotąd nierozerwalnych).

 3.     Harcerstwo pozwala odkrywać nowe pasje.

Ta cecha w moim odczuciu różni je od większości wspólnot, klubów i organizacji, które nastawiają się na kształtowanie w dziecku jednej konkretnej lub kilku powiązanych ze sobą umiejętności. Chyba każdy laik słyszał o czymś takim, jak sprawności. Będąc harcerzem, dziecko może rozwijać jednocześnie np. talent wokalny, kulinarny i zainteresowanie informatyką. W próbach na wyższe stopnie znajdują się wymagania dotyczące podejmowania nowych, nieznanych wcześniej wyzwań, np. zdobycia prawa jazdy albo certyfikatu językowego. Istnieją drużyny, które współpracują z instytucjami organizującymi przeróżne kursy.

 4.     Harcerstwo dostarcza przygód.

I to jakich! Wspominałam już o nocnej wyprawie na cmentarz i współpracy z domem dziecka. A co powiecie na dwudniowy wypad do nieznanej wcześniej miejscowości, gdzie trzeba sobie zorganizować nocleg i zapłacić za niego własną pracą? Albo na spędzenie doby w lesie, podczas której buduje się szałas, zegar słoneczny i kuchnię polową? Mam w głowie niewyczerpaną skarbnicę takich historii i pewnie jeszcze nie raz tu o nich opowiem. Na myśl o niektórych z nich do dziś czuję dreszcz emocji.

 5.   Harcerstwo przekazuje ponadczasowe wartości.

Oprócz wspomnianych samodzielności i empatii kładzie nacisk na szacunek do rodziców i przełożonych (wbrew pozorom nietożsamy ze ślepym posłuszeństwem), tolerancję wobec odmienności („Harcerz w każdym widzi bliźniego”), prawdomówność, dotrzymywanie słowa, konsekwencję w działaniu, umiejętność wybaczania, ciekawość świata i zdrowy tryb życia.

 6.  Harcerstwo jest względnie niedrogie.

Kilka lat temu koszt pełnego umundurowania (i to przy założeniu, że mundur chce się kupić porządny, aby wystarczył na długo) wynosił około 200 zł. Dodatkowo za członkostwo w drużynie płaci się comiesięczne składki, średnio po kilka złotych.  I to właściwie tyle, jeśli chodzi o obowiązkowe koszty. Latem można wysłać dziecko na trzytygodniowy obóz już za około 500 zł. Dla rodzica jest to tym lepsze rozwiązanie, że pociecha jedzie z tą samą kadrą, która opiekuje się nim na zbiórkach; powierza więc latorośl opiekunom, których zdążył już poznać w ciągu roku i którzy przy okazji znają też swoich podopiecznych.

Jako podsumowanie (a raczej zamiast niego) zacytuję fragment jednej z moich ulubionych pieśni harcerskich, która w pełni oddaje to, co chciałam przekazać wyżej:

Na ścianie masz kolekcję swych barwnych wspomnień

Suszony liść, naszyjnik wieszasz i kwiat [w innej wersji: suszony kwiat, naszyjnik, wiersz i liść]

Już tyle lat przypinasz szpilką na tej słomie

To wszystko, co cenniejsze jest niż skarb.

 Pośrodku sam generał Robert Baden-Powell, [założyciel skautingu]

Wycięty w drewnie lilijki smukły kształt;

Jest krzyża znak i srebrny orzeł jest w koronie,

A pod nim masz Harcerskich 10 Praw.

Ref. Ramię pręż, słabość krusz i nie zawiedź w potrzebie,

Podaj swą pomocną dłoń tym, co liczą na ciebie;

Zmieniaj świat, zawsze bądź sprawiedliwy i odważny

Śmiało zwalczaj wszelkie zło, niech twym bratem będzie każdy…

CZUWAJ!