Takie tam różne

Wyskakując z rozpaczy*. O samobójstwach wśród młodzieży

Tydzień temu byłam na pogrzebie. Uczennica z mojej szkoły odebrała sobie życie i to w drastyczny sposób. Nie znałam jej dobrze, więc tym bardziej nie wiem, co musiało się stać w jej życiu, że zdecydowała się na taki krok. Od prawie dwudziestu lat znam za to jej ojca i myślę o nim codziennie, odkąd dowiedziałam się o tej tragedii. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co on przeżywa…

Pół roku temu rówieśniczka tej dziewczyny także próbowała popełnić samobójstwo. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili, prawie jak w (choć to może porównanie nie na miejscu) hollywoodzkim filmie. Wiem jeszcze o przynajmniej jednej osobie z równoległej klasy, która miewa myśli o odebraniu sobie życia.

Nie, to nie jest kwestia tej konkretnej placówki edukacyjnej. Prób samobójczych wśród nastolatków jest coraz więcej. Według danych Komendy Głównej Policji pomiędzy 2011 a 2016 rokiem ich roczna liczba prawie się podwoiła (248 w 2011 i 475 w 2016). Do nowszych danych nie dotarłam, ale nic nie wskazuje na to, że jest lepiej. Dwa lata temu (w zupełnie innej szkole, nawiasem mówiąc) miałam uczennicę, która kilkakrotnie targnęła się na swoje życie. Za każdym razem ratowali ją rodzice.

Coraz głośniej mówi się o tym, że psychiatria dziecięca w Polsce leży i kwiczy. Brakuje specjalistów, a i wielu spośród pracujących obecnie brakuje odpowiedniego podejścia. W szkołach nie ma psychologów, a nawet jeśli są, wykorzystuje się ich do marginalnych prac (typu przygotowanie losów na festyn) albo wlepia im zastępstwa, przez co nie mają czasu na to, czym naprawdę powinni się zajmować.

Żeby lepiej zobrazować problem, przytoczę kilka historii. Wszystkie są autentyczne i każdą znam z pierwszej ręki.

EWELINA

Krótko po powrocie z urlopu macierzyńskiego zostałam wezwana do dyrekcji. Usłyszałam, że będę prowadzić nauczanie indywidualne z jedną z uczennic. W pierwszej chwili pomyślałam, że może miała jakiś wypadek, przez który nie może chodzić do szkoły. Dopiero przełożeni uświadomili mi, że Ewelina choruje na silną depresję. Wtedy zdziwiłam się jeszcze bardziej; zanim adoptowałam Księżniczkę, uczyłam klasę Eweliny. Był to bardzo sympatyczny zespół, a sama dziewczyna dała się poznać jako kulturalna, kreatywna i błyskotliwa nastolatka. Nic na zewnątrz nie wskazywało, co przeżywa. Lubiłam ją, chyba z wzajemnością. Na pierwszym spotkaniu już w ramach zajęć indywidualnych zaczęła mi opowiadać o swojej chorobie. Zapytałam, czy długo już na nią cierpi. Spodziewałam się, że usłyszę o roku albo dwóch. „Proszę pani, od podstawówki! – powiedziała Ewelina, a mnie ścięło z nóg – „Pierwszą próbę samobójczą przeprowadziłam tuż po ukończeniu szóstej klasy” – dodała. Zanim pozbierałam szczękę z podłogi, dowiedziałam się jeszcze, że zwiedziła niemal wszystkie szpitale psychiatryczne w regionie (szesnastolatka!!!), ale nie widzi żadnej poprawy. Zapytałam o powód… i wiecie, co usłyszałam?

„pani psychiatra weszła do pokoju i kazała mi wstać, a ja nie mogłam się podnieść z łóżka. Wtedy mi powiedziała, że jestem niewychowana, bo ona do mnie specjalnie przychodzi i stoi, a ja sobie leżę. I wyszła.”

– „w szpitalu w X nie wiem, po co mnie trzymali. Psychiatra jest tam jeden i to dojeżdżający, przez cały pobyt widziałam się z nim dwa razy. Takich pacjentów jak ja miał jednocześnie pewnie ze stu. No to jak miał mi ustawić leczenie?”

– „doktor Y była bardzo miła, z nią pierwszą udało mi się szczerze porozmawiać. Chyba zna się na tym, co robi – ale powiedziała, że lekarstwa, jakich potrzebuję, są produkowane z myślą o dorosłych… i właściwie to nie ma żadnych wskazówek co do dawkowania psychotropów dla takich osób jak ja. I skutki uboczne też trudno przewidzieć.”

Nawet jeżeli Ewelina coś przekręciła albo ja coś źle zapamiętałam, to i tak faktem pozostaje, że tournee po psychiatrykach zabrało jej prawie rok życia, a nie przyniosło widocznych rezultatów. Obecnie dziewczyna bierze psychotropy, po których często bywa tak pobudzona, że trudno jej się skoncentrować nie tylko na konkretnym zadaniu, ale w ogóle na temacie zajęć.

ADAM

Przez trzy lata był moim wychowankiem. Uwielbiałam go, zresztą jak całą jego klasę (o czym już pisałam). Którejś nocy dostałam od niego wiadomość: „Proszę pani, jest mi źle. Ja się dla nikogo nie liczę”. Nawiasem mówiąc, był w tym jakiś palec Boży, bo wyjątkowo nie wyłączyłam wieczorem internetu w telefonie, a zawsze to robię. W każdym razie rozmawiałam z nim przez Messengera prawie do rana. W szkole od razu wysłałam go do pani pedagog i to dzięki współpracy z nią udało się posklejać fragmenty Adamowej układanki. Otóż mój podopieczny był środkowym dzieckiem. Starsza siostra była niesamowicie uzdolniona, z kolei młodszy brat urodził się z niepełnosprawnością. Taki stan rodzinny spowodował, że Adam w czasie największej burzy hormonalnej (bardzo zresztą intensywnie doświadczanej) wiecznie czuł się odsunięty na bok. Wszystkie laury zgarniała zawsze jego siostra, zaś większość troski i uwagi rodziców otrzymywał braciszek. Dzieciak czuł się przez to odrzucony i zagubiony. W dodatku na horyzoncie pojawiła się jeszcze nieszczęśliwa miłość, która stała się kroplą przepełniającą dzban goryczy, co w przypadku Adama oznaczało myśli (a nawet zamiary!) samobójcze. Mama i tata chłopaka przyjęli zaproszenie na rozmowę ze mną, po czym w nieskończoność odkładali termin spotkania. Długo nie rozumiałam, dlaczego; do tamtej pory byli jednymi z najlepiej współpracujących opiekunów. W końcu udało mi się dogonić matkę po jednej z wywiadówek. „Nie wiedzieliśmy z mężem, co pani powiedzieć” – wytłumaczyła się – „zawiedliśmy jako rodzice na całej linii…”. Z różnych względów nie oceniam tych państwa tak surowo, jak oni sami. Natomiast historia Adama pokazuje, że depresja dotyka także takie osoby, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Na pierwszy rzut oka był to po prostu piętnastolatek z dobrego domu, wiecznie uśmiechnięty, charyzmatyczny, dobrze się uczący, osiągający sukcesy w sporcie, lubiany przez rówieśników.

MARTYNA

Ostatnio mignął mi gdzieś na Facebooku jej profil. Z ulgą pomyślałam, że przynajmniej żyje. Cierpiała (i pewnie nadal cierpi) na schizofrenię paranoidalną, była uzależniona od narkotyków, brała dopalacze. Właściwie nie wiadomo, co było pierwsze. Słyszała w swojej głowie głosy. Często ją przerażały – wtedy wrzeszczała ile sił w płucach, sprawiając, że młodsze siostry płakały i chowały się ze strachu przed nią. Innym razem  głosy kazały jej kogoś zabić. Zdążyła wziąć nóż, wybiec z domu i wsiąść do autobusu. Tylko przytomność umysłu jej ojca pozwoliła zapobiec tragedii. Z 19 lat życia łącznie kilka spędziła w szpitalach psychiatrycznych, w tym na terapii odwykowej… a właściwie terapiach, dających przeważnie jedynie chwilowy efekt. W lepszych okresach (choć „lepszy” jest tu określeniem względnym) do Martyny docierało, jak na co dzień wygląda jej życie. Wówczas próbowała je sobie odebrać. Cztery, sześć razy, może więcej. Matce, która ją ratowała, krzyczała potem w szpitalu w twarz, że jej nienawidzi, że chciała umrzeć. Rodzice próbowali ją ubezwłasnowolnić, żeby móc kontrolować jej leczenie. Biegły psychiatra podobno nie stwierdził podstaw…

Gdzie szukać przyczyn swoistej „mody” na samobójstwa wśród młodzieży? Pokuszę się o diagnozę, oczywiście amatorską, opartą tylko na doświadczeniu wychowawczym.

  1. Zmuszanie dzieci do udziału w wyścigu szczurów, często od najmłodszych lat. Koleżanka pytała mnie ostatnio, gdzie można znaleźć oficjalny ranking przedszkoli, bo chciałaby wysłać córkę do takiego, które zapewnia najwyższy poziom nauczania. Jej córka ma niecałe trzy latka!!! Z kolei jedna z moich uczennic, lat 11, chwaliła się przed wakacjami, że w ciągu tygodnia chodzi na 10 (słownie: dziesięć) różnych zajęć dodatkowych. Tymczasem mózg dziecka potrzebuje po pierwsze odpoczywać, po drugie czasem się ponudzić, bo to właśnie nuda wyzwala kreatywność, pozwala odkrywać pasje, a co za tym idzie – poznać siebie.
  2. Brak czasu dla najbliższych. Właściwie trudno tu kogokolwiek winić. Taką mamy rzeczywistość, że zapewnienie rodzinie bytu wymaga wyrzeczeń, najczęściej związanych właśnie z obecnością w domu. Fakt niestety pozostaje faktem; rodziców często nie ma przy dzieciach wtedy, kiedy są im najbardziej potrzebni.
  3. Przebodźcowanie. Pisałam chyba kiedyś o piątoklasiście, który miał trzy telefony komórkowe. Jego mama nie mogła zrozumieć, dlaczego Karolek przynosi takie słabe oceny, a przede wszystkim, dlaczego nauczyciele mówią, że wszystkie sprawdziany oddaje po pięciu minutach, przeważnie wypełnione częściowo albo byle jak. Gdzie i kiedy ten dzieciak miał się nauczyć koncentracji, skoro z każdej strony atakowała go elektronika? Oprócz wspomnianych smartfonów w pokoju miał też dwie konsole, komputer i wiecznie włączony telewizor.
  4. Wzorce z filmów i gier. Spokojnie, nie jestem wrogiem takiej rozrywki. Problem nawet chyba nie tkwi w samych treściach, ale w braku kontroli nad tym, co dzieci przyswajają. Jeszcze ze swojej poprzedniej pracy pamiętam rodzica, który kupował maluchowi (na oko sześcio-siedmioletniemu) jakąś grę oznaczoną „PEGI 18+”. Zwróciłam delikatnie uwagę na to ograniczenie, a w odpowiedzi usłyszałam: „Paaaani, to to jest pikuś! Żeby pani widziała, w co on jeszcze w domu gra…” Opisywany tutaj argument chodzi mi dziś po głowie szczególnie, a to za sprawą Księżniczki. Otóż mała od dwóch dni bawi się z wymyślonym zwierzątkiem: głaszcze, karmi, podaje mi do rąk, zabiera na spacer. Po serii pytań z mojej strony dowiedziałam się, że owo zwierzątko jest żółwiem o imieniu Tytus. Zdziwiło mnie to, bo nie mamy w otoczeniu żadnego Tytusa, włączając w to bohaterów książeczek. Kiedy dziś usłyszałam, że Tytus chodzi po drzewach (żółw?), postanowiłam dziada zgooglować. I wiecie co? Znalazłam. Tytus (a dokładniej chyba Tiddles, tylko Księżniczka go przechrzciła) pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund w jednym odcinku „Świnki Peppy”. Nasza córka ogląda bajki tylko z nami, a ani mąż, ani ja nie zwróciliśmy uwagi na tego gada. Za to nasza dwulatka nie tylko „Tytusa” zapamiętała, ale też dzięki fantazji przeniosła tę postać do realnego świata. A teraz wyobraźmy sobie, że zamiast przygód Peppy obejrzała horror…
  5. Hejt w sieci. Wielu dorosłych jest kompletnie nieodpornych na krytykę, a cóż dopiero mówić o nastolatkach, właśnie kształtujących swoją tożsamość. Dzieci bywają zaszczute przez rówieśników, czasem nawet niezdających sobie sprawy z tego, jak bardzo kogoś krzywdzą. Wszystko dzieje się często przy milczącym przyzwoleniu rodziców albo kompletnie poza ich wiedzą, co dodatkowo sprawia, że ofiary hejtu czują się samotne i całkowicie bezradne. Inna sprawa, że wielu opiekunów nie przyjmuje do wiadomości, iż ich pociechy są agresorami w internecie…
  6. Zła kondycja psychologii i psychiatrii dziecięcej, czyli wracamy do punktu wyjścia.

 

* Początek tytułu wpisu jest parafrazą słów wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Matka Boska samobójcy tłumaczy/ nie wyskakuj tak prędko z rozpaczy”.

10 myśli w temacie “Wyskakując z rozpaczy*. O samobójstwach wśród młodzieży”

  1. Dodałbym do tego nadopiekuńczość rodziców. Prawo do autonomii jest jednym z podstawowych praw każdego człowieka, również dziecka. Pewnie, że wiąże się to z szeregiem potknięć, ale trzeba to zaakceptować, jeżeli chce się wykształcić zdrowego psychicznie człowieka.
    Wczoraj pojechaliśmy z naszymi czterolatkami do parku rozrywki dla dzieci. Nasze dzieciaki szalały na placu zabaw. Kilka razy spadły z jakiejś drabinki, wróciły z kilkoma zadrapaniami, czy guzami. Byli jednak rodzice, którzy nie opuszczali swoich pociech (również starszych od naszych) nawet na krok. Jedna z mam weszła ze swoją mniej więcej pięcioletnią córką na drabinkę, przeszła po równoważni, nawet zjechała ze zjeżdżalni. W tubie pewnie by utknęła… więc i córka do niej nie weszła. Niestety wszystko zaczyna się od najmłodszych lat. Ten brak zaufania i wiary w dziecko przenosi się na kolejne lata jego życia, tylko ma nieco inne odsłony.

    Polubienie

    1. Zgadzam się! Dzieci nie umieją sobie same radzić z problemami, bo po prostu im się na to nie pozwala.
      Ojciec ucznia pewnej prywatnej szkoły, wezwany na spotkanie w sprawie konfliktu syna z rówieśnikiem, powiedział: „W normalnych warunkach to oni by sobie dali po ryjach i byłby święty spokój. A że świat zwariował, to my tu siedzimy i debatujemy za nich, jak mają się zachować”.
      Coraz częściej próbujemy otoczyć dzieci tak ciasnym kokonem, że nie mogą się ruszać, a potem sami się dziwimy, że po wyjściu z niego nie potrafią latać.

      Polubienie

  2. Nie wiem jak skomentować. To jest przerażające. Z tym Tytusem- statystą też prawda – dzieci zwracają uwagę na wszystko i przyswajają rzeczy o jakich my nawet byśmy nie pomyśleli. Skoro nie możemy ich kontrolować 24 na dobę, to na pewno możemy dać im dużo czasu i uwagi. Takiej stuprocentowej uwagi. Żeby wiedziały, że jesteśmy dla nich, że wysłuchamy, nie potępimy.
    I uważać, żeby nie przegiąć w drugą stronę…
    Przypomina mi się „mama Krzysia” (z Wiktorii klasy, z podstawówki). Kobieta nie miała żadnych innych tematów poza Krzysiem, jaki cudowny, mądry, piękny. Bez przerwy go chwaliła, nawet gdy stał obok, a jego mina mówiła wszystko. Gdy Krzyś dostał czwórkę mama leciała wykłócać się z nauczycielem. To musiała być dla niego ogromna presja. Mam nadzieję, że wszystko u niego Ok…

    Polubienie

    1. Tiaa… podejście niektórych rodziców to w ogóle osobna historia. Nie chcę przesadzać w drugą stronę, bo na co dzień spotykam w pracy wiele naprawdę cudownych mam i wielu fantastycznych ojców. Natomiast wyjątki zdarzają się bardzo… barwne. I za każdym razem, kiedy zaczynam sądzić, że widziałam w tej materii już wszystko, któryś z opiekunów uświadamia mi, że jednak nie.
      O, taki przykład: wycieczka szkolna licealistów. Wiek uczestników – 17 lat. Do koleżanki dzwoni mama jednego z podopiecznych z takim oto komunikatem: „Mateuszek przemoczył buty. Proszę mu wysuszyć, żeby miał gotowe na rano.” Hmm… ja bym jeszcze umyła Mateuszkowi ząbki dla pewności, bo pewnie też sam nie umie.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Nie dobijaj… Dane o rosnącej liczbie samobójstw wśród dzieci i młodzieży atakują zewsząd, mam znajoma psychiatrę dziecięcą – sytuacja z jej punktu widzenia jest tragiczna i nie zanosi się na poprawę, a ja tu mam dwie córy do wychowania… nic, tylko się zastrzelić 😉 Poważnie – nie bardzo widzę wyjście – no, bo skoro zarówno opiekuńczość jak i obojętność jest zła – to niby co rodzic ma wymyślić? …temat mnie przerasta i przeraża.

    Polubienie

  4. Kiedyś miałam zajęcia indywidualne w szkole z pewnym uczniem, lat 17. Po próbie samobójczej stracił możliwość chodzenia, poruszał się o kulach i tak miało pozostać do końca życia. Uratował się tylko dzięki przypadkowi, ponieważ wylądował na krzakach, które wprawdzie zamortyzowały upadek, ale niestety nie na tyle, by chłopak wyszedł bez szwanku. Trudno się z nim współpracowało, był zamknięty w sobie, rzadko pojawiał się na tych zajęciach. Pewnego dnia nadarzył się właściwy moment, by zainicjować rozmowę. Usłyszałam tylko „eh, człowiek czasem jest taki głupi” Podobno chodziło o problemy z rodzicami i jakąś dziewczynę.
    Myślę, że przyczyn takich smutnych historii może być wiele, od choroby (depresja, choroba psychiczna…) do zwykłego nieradzenia sobie w życiu. Tak jak piszesz, rodzice zajęci sobą, dzieci pozostawione w świecie dorosłych, gdzie nie bardzo wiedzą, gdzie są granice dobra i zła, po prostu nie wytrzymują. Nie mają wsparcia. W przypadku mojego ucznia doszły jeszcze narkotyki, nie znam się na tym, ale zapewne pomagają one w podjęciu decyzji i dodają odwagi…
    Ogólnie trudny problem, myślę, że gdzieś tam po drodze zawiódł niejeden dorosły, zawiodło ich wielu. Smutne.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s