Taka tam rodzina adopcyjna

What does the fox say?

Tytułowa piosenka swego czasu wygrywała plebiscyty na najgłupszy utwór wszech czasów. Kilka lat temu sama przyznałabym jej wysokie miejsce w rankingu muzycznych nieporozumień. A dzisiaj mam dziecko. Coraz bardziej utożsamiam się z tekstem, podejrzewając jego autorów o bycie rodzicami podobnego brzdąca…

liseł

J., chrzestna Księżniczki, przywiozła małej na roczek uroczą książeczkę o leśnych zwierzątkach. Na każdej stronie znajduje się wyklejona milusim materiałem podobizna jednego z mieszkańców lasu. Poza nazwami zwierząt nie ma tam tekstu, za to żywe kolory i niejednolita faktura stanowią nie lada atrakcję dla roczniaka. Nasza latorośl ochoczo przystąpiła do przeglądania z ciocią kolejnych barwnych kartek.

Zobacz, to jest sowa; sowa robi hu-hu, hu-hu… – zaczęła entuzjastycznie J.

Zapał ostygł nieco już przy drugiej stronie, bowiem nasza pociecha wskazała zaślinionym palcem na lisa.

To jest lis – oznajmiła pewnie J. – yyy… Lady, jak robi lis?

Lis robi „Co z tą Polską?”- pomyślałam, ale miałam obawy, że ani moja przyjaciółka, ani tym bardziej Księżniczka nie poznają się na tym suchym dowcipie. Rozłożyłam więc tylko ręce w geście bezradności i wróciłam do kuchennej krzątaniny. Później, już podczas wieczornych pogaduszek, doszłyśmy z J. do wniosku, że nasza wiedza o języku mieszkańców lasu jest właściwie znikoma. Z pozostałych bohaterów książeczki potrafiłam naśladować tylko dzika, którego niestety miałam kiedyś okazję słyszeć i wąchać z bardzo bliska.

dziku.png

Było to na moim pierwszym obozie harcerskim, jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Razem z zastępem poszłyśmy na tzw. „chatkę Robinsona” (w tamtym środowisku zwaną bodajże „traperem”). W skrócie polegało to na tym, że trzeba było się udać w głąb lasu, tam zbudować szałas i przetrwać w nim dobę, samodzielnie organizując część pożywienia i realizując zadania przydzielone przez komendantkę. Było nas chyba 6, w tym 16-letnia zastępowa jako opiekunka. Dzisiaj (niestety) rzecz absolutnie nie do pomyślenia w takiej formie, ale ja nie o tym. Jako w większości początkujące druhenki naprawdę mogłyśmy być z siebie dumne, bo wszystko szło świetnie… aż do późnej nocy (albo, jak kto woli, bardzo wczesnego ranka). Miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że jeden z obecnych na obozie chłopaków, o wdzięcznej ksywie Robol, śpiewał piosenkę przed śniadaniem, a po niej krzyknął gromko: „Smacznego!”. Tylko ostatnia sylaba tego wyrazu jakoś nie chciała wybrzmieć do końca, przekształcając się w takie echogenne „goo, goo, goo…” Zaczęło to być tak irytujące, że się obudziłam. I zauważyłam ze zdumieniem, że dźwięk nie milknie.

Cicho, dziewczyny, to jest dzik!!! – syknęła nasza zastępowa.

Leżałyśmy więc w milczeniu, drżąc ze strachu i z zimna. Nawoływanie dzika, podobne trochę do uporczywej czkawki, stawało się coraz bliższe i głośniejsze, aż w końcu można było poczuć odór zwierzęcia. Słyszałyśmy, jak węszy wokół szałasu. W pewnej chwili wsadził do niego łeb. Nie wiem, czy bardziej bałam się tego, że nas stratuje, czy że zawali nam tę misterną konstrukcję na głowy. Chyba jednak nie wydałyśmy mu się wystarczająco warte uwagi, bo po krótkiej (choć dla nas trwającej wieczność) chwili dokądś się oddalił. Mimo tego jeszcze długo nie mogłyśmy usnąć.

Ej, Aga, a jeśli on poszedł po inne dziki? – naiwnie zasugerowałam leżącej obok koleżance.

Trwałyśmy w tej niepewności chyba do samego końca naszej „chatki Robinsona”, na szczęście dzik nie wrócił ani sam, ani w towarzystwie. 🙂

Do tej pory boję się tych zwierząt, chociaż już nie tak panicznie, jak przez pierwszy rok od tej przygody.

W każdym razie odgłosy wydawane przez dzika rozpoznam wszędzie i jako tako umiem je odtworzyć dla Księżniczki. Gorzej z resztą. Nabyłam niedawno w „biedronkowej cenie” zestaw książek Wydawnictwa Olesiejuk: „Moje pierwsze słowa” i „Wielką księgę kolorów”. W pierwszej z nich znajduje się 78 obrazków zwierzątek (policzyłam!!!): od kotka, pieska, świnki i tego nieszczęsnego lisa, po pandę, wieloryba, strusia czy ośmiornicę. Księżniczka uwielbia przeglądać tę publikację w naszym towarzystwie. Pokazuje paluszkiem psa, wołając z zaangażowaniem to swoje „wow wow”, miauczy na widok kota i tygrysa, robi „zizizi”, wskazując komara (?!) i „chrr chrr”, dotykając rysunku ubłoconego prosiaka. A potem celuje palcem w meduzę, kameleona albo łosia. Jeśli ma ktoś z Was pomysł, jak naśladować dźwięki powyższych stworzeń, ewentualnie wiewiórki, jeża, niedźwiadka czy innej zebry, to ja poproszę, bo kończą mi się onomatopeje.

Innym trudnym do przeskoczenia elementem tej książeczki jest obrazek rodziny. Składa się ona z: mamy, taty, syna, córki, niemowlęcia (bez płci – widać poprawność polityczna dotarła aż tutaj 😉 ), babci, dziadka, psa i kota. Na sąsiedniej stronie znajdują się natomiast: ciocia, wujek, siostra cioteczna, brat cioteczny i bliźniaczki o nieokreślonej pozycji na drzewie genealogicznym. Wiecie, wszystko pięknie, tylko że mama na rysunku jest szczupłą blondynką z kręconymi włosami, tata eleganckim okularnikiem z fryzurą „na Ronaldo sprzed transferu do Juventusu”, zaś dziadkowie siwiutkimi staruszkami. Nijak się to ma do naszej familii. Mnie to rzecz jasna nie przeszkadza, natomiast tłumaczenie kilkunastomiesięcznemu dziecku relacji rodzinnych na podstawie tej ilustracji wywołuje co najmniej niedowierzanie. Mama to mama, a nie jakaś pani w różowej mini i blond lokach, zaś tata bez zarostu to nie tata. I koniec, kropka, NIE!

Nie” to ulubione słowo Księżniczki, odkąd nauczyła się go właściwie używać. Jak to powiedział nasz pediatra, wyrazy „nie” i „daj” dzieci opanowują zdecydowanie za szybko. 😉 Póki co słownik naszej córy ogranicza się do: „mama”, „tata”, „am”, „tak”, „nie”, „kiti” (kot sąsiadów) oraz wspomnianego ostatnio „ku-ku”. Właściwie to wystarczy, żeby się z nią porozumieć w najważniejszych kwestiach. No, może poza tą, jak robi lis…

Reklamy

17 myśli w temacie “What does the fox say?”

  1. W książeczce Żaby jeszcze jest rybka. Siadam przed Żabą, robię z ust karpika i w milczeniu kontynuuję… Żabie się podoba i naśladuje. Lisy podobno szczekają? Może spróbuj poruszać nosem? Bo na koszatniczkę robię drapanie pazurkami, ‚pipipi’ brzmi jednak zbyt idiotycznie, no umówmy się – dzieci potem to powtarzają… Może po to jest dziecięca amnezja, żeby nie pamiętały głupoty rodziców?

    Polubienie

    1. U Ciebie koszatniczka skrobie pazurkami, u nas zajączek robi „kic kic”, bo też mieliśmy problem z wydawanym przez niego odgłosem. Zabawnie było także z koniem, bo uczyłam małą książkowego „ihhahaaa”, a mąż za moimi plecami szedł na łatwiznę i cmokał językiem o podniebienie, udając koński chód. Księżniczka, pytana, jak robi konik, najczęściej wybiera wersję męża, bo śmieszniejsza 😉
      Tak, lisy podobno szczekają, tylko jak tu nie zrobić dziecku wody z mózgu? Chociaż właściwie… skoro tygrys może miauczeć, to i lis może robić „wow wow” 😉
      Piękne podsumowanie z tą amnezją!

      Polubienie

      1. Chyba jeszcze takiego zdziwienia nie zaliczyła, natomiast z jakichś nieznanych bliżej powodów strasznie podoba jej się obrazek wieloryba 🙂

        Polubienie

  2. U nas ostatnio padło pytanie jak robi ślimak… odpowiedziałam, że w ogóle nie robi, cokolwiek to ma znaczyć 😉 A tak w ogóle to przypomniałaś mi, że od dawien dawna mam napisać o naszym zwierzątku przewodnim, czyli właśnie dziku 😀 Muszę się zebrać w sobie.

    Polubienie

      1. To chyba tylko angielski ślimak – dżentelmen, moja Droga 😉 Do polskiego winniczka jakoś nie bardzo mi to pasuje 😉

        Polubienie

  3. „Smacznego-go-go” – zabiło mnie 😀
    Ja się panicznie boję dzików i innych leśnych stworzeń, więc kiedy spacerujemy z Dziubasem po jakichś lasach, to czasem się rozglądam, czy nic się na nas nie czai – za dużo horrorów 😛
    A nas Bob potrafi na razie powiedzieć tyle, ile Księżniczka, więc luz 😉 Dziewczynki zaczynają szybciej 😀

    Polubienie

  4. Ojej, toż on w Juventusie dopiero kilka dni i już zdążył zmienić fryzurę? 😀
    Lis robi co z tą Polską – dobre! 😀
    Ja też to miałam! To znaczy ten szałas z przetrwaniem! Miałyśmy takiego farta, że trafiłyśmy na już przez kogoś kiedyś zrobiony 😀
    No, jeśli nie znam odgłosu to naśladuję sposób poruszania, albo pokazuję jakąś charakterystyczną cechę zwierzaka. Ale czasami faktycznie trudno – z meduzą się poddaję.
    Tamaluga z kolei mówi wyłącznie „tak” i to jest chyba bunt przeciwko buntowi dwulatka 😀 Uffff

    Polubienie

  5. uporczywa czkawka;-) rewelka!!!! a dzik jest dziki, dzik jest zły bo mam bardzo ostre kły …i prawda że asertywność się przydaje w życiu i podróży?! pozdrawiam kochana i zapraszam też na swoje podróżnicze przemyślenia …;-) paulina

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s