Taka tam rodzina adopcyjna

Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej

Minioną sobotę spędziliśmy na pikniku rodzin adopcyjnych. Zaproszenie otrzymaliśmy dwa miesiące wcześniej i na początku trochę się wahaliśmy, czy pojechać. Losy naszej grupy kursowej potoczyły się różnie: trzy pary mieszkają daleko, trzy doczekały się dzieci biologicznych, jedna przysposobiła synka poza lokalnym OA. Nie byliśmy więc pewni, czy w ogóle trafimy na kogoś znajomego. Ostatecznie postanowiliśmy się wybrać, głównie ze względu na Księżniczkę.

bouncy-castle-3466291_960_720
Zdjęcie poglądowe 🙂

Piknik odbywał się w położonym malowniczo za miastem ośrodku (któremu, nawiasem mówiąc, przydałby się porządny remont). Trzeba przyznać, że było sporo atrakcji, a ludzi jeszcze więcej. Spotkaliśmy nie tylko zaprzyjaźnione małżeństwo z naszej grupy (już jako rodziców sześciolatki), ale też kilka znajomych twarzy spoza kursu (Sky, pozdrawiamy!). Mój mąż znalazł nawet czas i towarzystwo, żeby ponarzekać na grę polskiej reprezentacji w trakcie mundialu 🙂 . Na dzieciaki czekały z kolei liczne animacje, jak choćby zamek dmuchany, zumba, malowanie twarzy, balonowe zwierzątka, puszczanie baniek mydlanych czy kartonowe domki do zabawy i kolorowania. Trochę żałowaliśmy, że Księżniczka jest jeszcze za mała, by móc w pełni korzystać z tego szaleństwa – ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeśli za rok nasz OA też będzie organizował taki piknik, to z chęcią się wybierzemy. Na uczestników imprezy czekał również urozmaicony poczęstunek – od kiełbasy z grilla i frytek, poprzez sałatki, owoce i napoje, aż do domowych babeczek i mnóstwa słodyczy. Według mnie jedynym zauważalnym minusem był brak kawy, chociaż to oczywiście drobiazg.

morning-819362_960_720

Moja bliska koleżanka ze studiów, a obecnie również po fachu, opowiedziała mi kiedyś, że z okazji Wielkiego Postu postanowiła odstawić kofeinę. Wyznała, że wytrzymała 10 dni – i to było 10 najgorszych dni w jej dotychczasowym życiu. Ze mną zapewne byłoby podobnie, dlatego czułam rozczarowanie, gdy P. odkrył, że z termosów płynie jedynie herbata 😉 .

Piknik miał trwać pięć godzin. My wyjechaliśmy po trzech i pół, głównie dlatego, że Księżniczka miała już zdecydowanie dosyć wrażeń. Zdrzemnęła się w międzyczasie przez 20 minut, a potem zaczęła dokazywać. Najbardziej spodobało jej się wchodzenie i schodzenie po schodach – zwłaszcza gdy odkryła, że potrafi robić to sama. Inna sprawa, że w najmniej odpowiednich miejscach – na przykład przy wejściu do jednego z pawilonów, gdzie w każdej chwili mogłaby zostać uderzona drzwiami przez osobę wychodzącą. Po raz pierwszy zaczęła też na dobre pokazywać rogi. Cały czas uczymy ją chodzić za rękę, bo podoba jej się samodzielność i nie za bardzo chce być ograniczana. Tym razem jednak przechodziła samą siebie, bo reagowała piskiem i siadaniem na ziemi na każdą próbę zabrania jej z rzeczonych schodów albo poprowadzenia w innym kierunku, niż sobie obrała. Powiem Wam szczerze, że trochę nas jej zachowanie zaniepokoiło. Przyczyn może być kilka:

– nowe miejsce, ciekawość świata i badanie granic;

– zmęczenie i niewyspanie, co u dzieci (w tym Księżniczki) często skutkuje marudzeniem;

– nasze błędy wychowawcze.

Sęk w tym, że nie wiemy, która z nich dominuje. A jeśli popełniamy gdzieś błędy, to gdzie? To jest właśnie powód, dla którego żałujemy, że na stałe nie mamy w otoczeniu innych maluchów, bo kompletnie brakuje nam porównania.

Z pikniku wracaliśmy taksówką, ponieważ nasze auto czeka u mechanika na wymianę wtryskiwaczy. Mała, po raz pierwszy nieskrępowana fotelikiem, była naprawdę trudna do opanowania, bowiem próbowała robić wszystko to, czego w samochodzie nie wolno. W domu, zgodnie z naszymi przewidywaniami, porozrabiała troszkę i poszła spać. Obudziła się po trzech godzinach w o wiele lepszym humorze i z nową dawką energii, która wystarczyła jej do wieczora.

No właśnie… dzień wcześniej kupiłam w promocji pistacje, za którymi oboje z mężem przepadamy. Planowaliśmy położyć małą spać, a potem obejrzeć jakiś film i pochrupać ulubione orzeszki. Problem w tym, że Księżniczka, wypoczęta po piknikowych szaleństwach, nie za bardzo chciała usnąć. Kiedy wreszcie myśleliśmy, że to już, przyniosłam michę pistacji i zabraliśmy się do konsumpcji. Pierwsze chrupnięcie… i natychmiast usłyszeliśmy znajome tupanie z pokoiku dziecięcego. Młoda weszła do nas z miną policjanta, który właśnie nakrywa przestępcę na gorącym uczynku. Wiecie, coś w stylu: „Ha! Mam was i wasze nielegalne używki!”. Należało więc jak najszybciej ukryć dowody zbrodni i udawać, że nic się nie stało – co wcale nie było takie proste 😉 . Księżniczka ma takie jedno uniwersalne słówko, które oznacza u niej zarówno dostrzeżenie czegoś nowego lub ciekawego, pytanie o nieznaną rzecz, jak i świadome zwrócenie na siebie naszej uwagi. Brzmi ono „ku-ku”, z wyraźnym akcentem na pierwszej sylabie. Tym razem też wycelowała paluszkiem w miskę orzechów i rzuciła to swoje oskarżycielskie „ku-ku”. No i weź teraz, rodzicu, wytłumacz dziecku, że to nie dla niego…

W końcu jednak straciła zainteresowanie pistacjami i ruszyła w stronę telewizora. Z racji tego, że na dobre chodzić zaczęła niedawno, jej chód jest jeszcze „kaczy”, a kroki trochę niepewne. P. mówi, że Księżniczka porusza się jak w animacji poklatkowej 🙂 .

Oglądaliście pierwszą część „Ghostbustersów”? Moja ulubiona scena to ta, w której Zuul prowokuje pogromców do wymyślenia formy, w jakiej ma nadejść zagłada. Nie umiejąc myśleć o niczym, Ray przypomina sobie najbardziej niewinną jego zdaniem rzecz na świecie – piankowego marynarzyka. Chwilę później pojawia się olbrzymi potwór w tym właśnie kształcie i zaczyna pustoszyć miasto. Czasem z mężem żartujemy, że gdybyśmy znaleźli się na miejscu bohaterów filmu, to zagłada nadeszłaby w postaci gigantycznej Księżniczki w rozczochranych włoskach, z ulubioną podusią w ręku, wyłaniającej się z czeluści swojego pokoju i mówiącej to swoje „ku-ku”. 😉

ghostbusters-2-im-des

Chyba dopiero teraz dostrzegamy, jak wielką rewolucję w naszym życiu przeprowadził w ciągu roku z kawałkiem ten mały Orzeszek (aż chciałoby się rzec, że pistacjowy), jak mawiał o córci na początku P. Paradoksem naszego rodzicielstwa jest to, że mamy o wiele mniej czasu na wszystko, a jednocześnie o wiele więcej dla siebie – i we troje, i we dwoje.

Kończę, bo właśnie słyszę „ku-ku” z łóżeczka Księżniczki. Apokalipsa nadchodzi! 🙂

Reklamy

14 myśli w temacie “Pistacjowa inkwizycja w animacji poklatkowej”

  1. Makbetko zmiłuj się … Księżniczka Ci dorasta, ciesz się! Żadne tam zaniepokojenie, wszystko jest dobrze, dzieci nie lubią, jak ich swoboda jest spętana, to wszystko. I robią strajk. Luz. Wszystkie. Jak nie robią – to wtedy do specjalisty, czy dziecko normalne 😉
    Super taki weekend, super sprawa – w końcu ci biedni ojcowie też muszą czasem o mundialu, pozwólmy im 😉
    [ale wiesz, że za jazdę z dzieckiem bez fotelika kierowca może stracić prawo jazdy?]

    Polubienie

    1. Kochana, w taksówce wolno przewozić dziecko bez fotelika, pozwalają na to przepisy. W przeciwnym wypadku byśmy nie wsiedli. Zresztą powiem Ci, że nie wyobrażam sobie, jak to było kiedyś, w erze przedfotelikowej. Jak można było tak jeździć na co dzień?

      Polubienie

      1. Poważnie? To super, bo już się zastanawiałam, co w nagłym przypadku, w sensie upierać się przy karetce, czy jak… Jakoś jeździliśmy, mam wrażenie, że kierowcy bardziej pamiętali, że dziecko wiozą… ale może tylko tak idealizuję, bo to czasy dzieciństwa 😉

        Polubione przez 1 osoba

      2. Wieźć bez fotelika w taxi można. Ale ja sądzę, że jednak większość rodziców używa fotelików ze względów bezpieczeństwa, a nie dla uniknięcia kary. Wiele korporacji ma na stanie foteliki, wystarczy uprzedzić i podać przedział wagowy. Czasem pewnie trzeba trochę dłużej poczekać.

        W nagłym wypadku to insza inszość, zresztą w karetce fotelika też nie będzie, a kiedyś owszem, jakoś jeździliśmy, ale rzadziej (w sensie mniejszego ruchu) i wolniej. I pewnie w razie wypadków dzieci były po prostu bardziej poszkodowane.

        Polubienie

  2. Animacja poklatkowa.. hahahaha!
    Tamaluga była dokładnie w wieku Księżniczki, gdy schody stały się jej obsesją. I tak samo – góra -dół, bez przerwy i w niebezpiecznych miejscach. Nie dało się zmienić jej kierunku, no po prostu nie i koniec. Więc, jeśli wolno mi tak powiedzieć – nic nie robicie źle i niepotrzebnie się martwisz.
    Super sprawa taki piknik 🙂

    Polubienie

  3. Schody – normalka 😉 Też to swego czasu z naszym Bąblem przerabialiśmy 😉

    A co do pikników – nasz ośrodek organizuje takie zjazdy raz w roku. Zawsze dwudniowe, z noclegiem , wieczornym ogniskiem itd. Pojechaliśmy raz – i na tym koniec. Jakoś nie pasowała nam sztuczna, udawana atmosfera pod tytułem „wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną” – bo akurat w przypadku naszej grupy to nieprawda. Nie nawiązaliśmy ze sobą bliskich relacji, nie spotykaliśmy się poza kursem, nie utrzymywaliśmy żadnych prywatnych kontaktów. Dlatego w sumie nie mamy potrzeby uczestniczyć – choć może w najbliższym czasie się to zmieni, ponieważ dwie nasze zaprzyjaznione pary starają się właśnie o adopcję w tym samym ośrodku. Całkiem prawdopodobne, że będziemy jezdzić wspólnie 🙂

    Polubienie

    1. O widzisz 🙂 Po pikniku rozmawialiśmy z mężem, że czas trwania był dobrze dopasowany: dość, żeby się wyszaleć i nagadać ze znajomymi, ale nie na tyle długo, żeby nie wiedzieć, co ze sobą zrobić. Na taki dwudniowy wyjazd chyba byśmy się nie zdecydowali… po pierwsze ze względu na wiek Księżniczki, a po drugie właśnie dlatego, że nie można się zmyć w dowolnej chwili bez zbędnego tłumaczenia.
      Takiej sztucznej atmosfery, o jakiej pisałaś, też się trochę obawialiśmy, ale na szczęście bezpodstawnie.

      Polubienie

  4. Czytając Twojego posta przypomniałam sobie jak jeszcze przerabiałam poradniki o dzieciach i tam jednym z haseł dla tego wieku było właśnie „byle wyżej, byle dalej” Także jak Ci będzie źle to pomyśl sobie, że Elsa w wieku księżniczki miała już siostrę, czyli wyobraź sobie mnie goniącą małą Elsę Eskotekę (od zawsze była mega szybka) z Misią śpiącą w gondoli 😀 Właziła wszędzie, jak my w lewo to ona w prawo, na każdy schodek, wszystkiego musiała dotknąć. Nie wiem, czy Ci mówiłam, ale miała w parku taki jeden kamień, który był wg niej dinozaurem. Stała przy nim z 10 minut, witała się, coś tam gadała 😀 Nawet ostatnio byłyśmy go odwiedzić, ale już go przenieśli 😦

    Spotkania z rodzinami ado są fajne. My wychodzimy z założenia, że nawet jeśli nikogo nie poznamy jak gdzieś tam idziemy to jest to okazja, żeby pobyć razem, coś nowego odkryć. Super, że Wam się piknik udał :))

    Polubienie

  5. Czuję się wywołana do tablicy:)
    Na pikniku było bardzo sympatycznie i wesoło, mnóstwo zabawy i jedzenia (ciuchów po farbach i bańkach nie mogę doprać do tej pory).
    Muszę przyznać, że Księżniczka jest baaardzo ruchliwa i wszędzie jej pełno:)))

    A co do fotelików w taksówkach to niestety Lady Makbet ma rację, w naszym mieście jest z tym tragicznie.

    Polubienie

    1. A miałam nadzieję, że znajdę w Twoim komentarzu jakieś słowo pocieszenia w stylu: „wszystkie dzieci są takie” albo „to tylko taki etap, przejdzie jej” 😉
      Co do baniek – no właśnie widziałam, że Twojemu najstarszemu szczególnie przypadły do gustu. 🙂

      Polubienie

  6. Kuku, mamy Cię! 😀
    Ze schodami u nas było tak samo – niezdrowa fascynacja i potępieńcze wrzaski, kiedy w końcu któremuś z nas wysiadało wszystko od chodzenia z Bobem góra-dół. One nigdy nie mają dość!
    Ps. Lady, Księżniczka śpi w łóżeczku bez barierek?? Bo ja się zastanawiam kiedy Boba do takiego przerzucić…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s