Ci, bez których nie jestem sobą, Taka tam rodzina adopcyjna

Dobro powraca

– Puknij ty się w czoło, prezenty chcesz oddawać? – usłyszałam od zdumionego T., kiedy zaproponowałam mu zwrot zabawki po jego synku, z której Księżniczka także już wyrosła.

No to się puknęłam. I z tego wstrząsu narodził się nowy post. Napisałam go ponad tydzień temu, jednak razem ze mną ugrzązł w maturach. Jeszcze się z nich do końca nie wygrzebałam, ale gdzieś na horyzoncie majaczy już linia brzegowa. 😉

O, właśnie, matura. Lata świetlne temu za dobrze zdany egzamin dojrzałości dostałam od moich najbliższych prezent w postaci sporego (jak dla dziewiętnastolatki w tamtym czasie) zastrzyku gotówki. Całą kwotę przeznaczyłam na dofinansowanie wyjazdu moich harcerek na letni obóz. Nikomu poza rodzicami o tym nie powiedziałam… aż do dziś. Przepisując te słowa, nadal nie wiem, czy w ogóle powinnam ten fakt ujawniać. Wtedy nie zależało mi na żadnej wdzięczności, chciałam tylko, żeby moje druhenki mogły wziąć udział w wymarzonym obozie. Dzisiaj także nie potrzebuję poklasku; wspominam tę historię w zupełnie innym celu. Po prostu… wierzę, że dobro powraca. Czasami w zaskakującej postaci.

money-3097319_960_720

Ktoś kiedyś powiedział, że to, co w życiu najcenniejsze, dostaje się za darmo. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza kiedy patrzę na Księżniczkę: nasz największy skarb, którego nie można byłoby kupić za żadne pieniądze. I myślę sobie, że jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko z jej powodu.

P. i ja pobieraliśmy się w młodym wieku, w połowie studiów. Mieliśmy mieszkanie do remontu, kredyt i… siebie nawzajem. On pracował, mnie wpływało na konto skromne stypendium. Część wydatków weselnych pokryliśmy sami, resztę (tę większą resztę) sfinansowali rodzice. Dzisiaj uważam, że było to z naszej strony dosyć egoistyczne, ale wtedy do wielu spraw podchodziliśmy mniej dojrzale. W każdym razie szukaliśmy złotego środka, bo nie chcieliśmy ani niczego żałować naszym gościom, ani też puścić rodziców z torbami. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się dziać cuda. Najpierw zadzwonił wujek z drugiego końca Polski z propozycją, że zawiezie nas do ślubu swoim kabrioletem. Potem odezwała się jedna z bliskich licealnych koleżanek z pytaniem, czy mogłaby zagrać na skrzypcach podczas mszy. Przy okazji wyszło na jaw, że jej chłopak zajmuje się wideofilmowaniem i chętnie nakręci naszą uroczystość, jak to się mówi, „po kosztach”. W podobny sposób (i równie niespodziewanie) uniknęliśmy także innych wydatków; może nie niezbędnych, ale uświetniających tak ważny dla nas dzień.

gift-2965845_960_720

Tutaj dochodzę do kwestii, która szczególnie mnie drażni w obecnych zwyczajach weselnych. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię zrozumieć par młodych, które żądają od gości zwrotu poniesionych kosztów, czyli włożenia w kopertę przynajmniej równowartości tzw. „talerzyka”. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, żeby najbliższe nam osoby po prostu były tego dnia z nami. Sporą część weselników stanowili nasi przyjaciele, będący tak jak my w wieku studenckim. Do głowy by nam (ani naszym rodzicom) nie przyszło żądać od nich zapłaty za miejsce przy stole (zresztą dzisiaj też nie, mimo że wszyscy już pracujemy). To tak, jakby zaprosić koleżankę do siebie na kawę i wystawić jej za tę kawę rachunek. Pieniędzy zebraliśmy na weselu niewiele, ale nie pamiętam, żebyśmy czuli się z tego powodu rozczarowani. Chyba najbardziej cieszyliśmy się z… pięknych i niekiedy bardzo osobistych wpisów do księgi gości, którą wyłożyliśmy w recepcji. Mamy ją do dzisiaj i lubimy ją czasem przeglądać.

guestbook-429410_960_720

Wracając do tematu: drugi taki boom ludzkiej dobroci nastąpił po adopcyjnych narodzinach Księżniczki. Jeszcze przed odebraniem małej ze szpitala pojawiła się u nas teściowa z tonami ubranek. Do tej pory zachodzę w głowę, jak zmieściła osiem ciężarówek śpioszków do bagażnika skody, ale najwyraźniej jej się to udało. W kolejnych dniach przywoziła następne torby, aż w końcu, po którejś dostawie, popłakałam się ze zmęczenia. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie wygrzebię się spod góry prania, prasowania i układania, tym bardziej, że miałam za sobą szereg nieprzespanych nocy, a pokój malutkiej tonął w organizacyjnym chaosie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jestem wdzięczna mamie męża za każdą skarpetkę czy czapeczkę  dla jej upragnionej wnuczki.

Potem zaczęły przychodzić paczki: z Poznania, Warszawy, Szczecina… Kurierzy mijali się w progu z innymi kurierami albo naszymi gośćmi z różnych zakątków kraju. Niesamowite, ilu ludzi chciało zobaczyć Księżniczkę i cieszyć się razem z nami. Najbliżsi przyjaciele przyznawali, że płakali ze szczęścia, kiedy odebrali od P. wiadomość z naszym pierwszym zdjęciem we troje. Pamiętam taką sobotę, tuż po przywiezieniu córci do domu. Do południa byli u nas teściowie, tuż po nich pojawił się kurier z łóżeczkiem, a chwilę później wpadł N., żeby pomóc je skręcać. Ledwo wyszedł (a my zaczęliśmy prowizorycznie ogarniać sterty kartonów, śrubek i taśm), zapukali K. i M. z pociechą. Przez kolejne trzy miesiące nie było ani trochę spokojniej. I chociaż oboje padaliśmy na twarz, to nie zrezygnowalibyśmy z żadnej z tych wizyt… nawet z tej, kiedy Żuczek przyjechał zasmarkany i trafił na równie zasmarkane sześciotygodniowe niemowlę. I mimo tego, że Księżniczkę patrzył jedynie z daleka, cieszyliśmy się, że nas odwiedził.

„Ludzie są raczej dobrzy niż źli” – powiedział główny bohater mojej ulubionej szkolnej lektury. W naszym przypadku te słowa od początku się sprawdzają. Dobro powraca. Chciałabym, żeby Księżniczka również dorastała w takim przekonaniu.

Reklamy

12 myśli w temacie “Dobro powraca”

    1. Matury to taki czas w pracy nauczyciela, że wątpi się we wszystkie swoje talenty wychowawczo-dydaktyczne 😉 Przynajmniej do ogłoszenia wyników… 😉

      Polubienie

  1. hmmm też zawsze zapraszam gości z radością, nie myśląc o poniesionych nakładach finansowych – i naprawdę w naszych czasach poraża mnie „bezczelność gościnności”: wyszukane listy prezentów, mega wygórowane oczekiwania. i to dotyczy wszystkich okoliczności: śluby, chrzty, komunie, nawet imieniny lub urodziny w gronie rówieśników w szkole lub przedszkolu to dość spore wyzwanie – z tym, że tutaj akurat to goście są generatorem oczekiwań względem atrakcyjności organizowanej „imprezy”.
    według mnie nadmierny konsumpcjonizm wypacza ideę tych wszystkich uroczystości, ideę „zapraszania się” w ogóle. bo jeśli kogoś zapraszam – to cieszę się z tego, że przyjdzie, że mnie odwiedzi, a nie z tego „co/ ile wyciągnę” z tej wizyty.
    czemu tak głupio musi być akurat w naszych czasach?? mam nieraz wrażenie, że ludzie całkiem powariowali.

    Polubienie

    1. Akurat w przypadku ślubu listę prezentów nawet rozumiem. Sama jako gość wolę kupić coś, czego faktycznie młodzi potrzebują, zamiast podarować im osiemnasty komplet sztućców. Tyle tylko, że według mnie taka lista powinna być jedynie sugestią, jakąś dodatkową podpowiedzią, a nie stanowić podstawę tego, czy w ogóle wpuszczą kogoś na swoje wesele ani co będą o nim później myśleć. My z P. też mieliśmy taką listę prezentów, ale po pierwsze zaznaczyliśmy na niej raczej skromne podarunki, a po drugie wyraźnie podkreślaliśmy, że tak naprawdę nie oczekujemy niczego poza obecnością gości.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Jak wiesz ja też w to wierzę i przy tym zostańmy 😉 Nawet jeśli nie wróci od razu, to przynajmniej człowiek z czystym sumieniem patrzy w lustro.
    Co do listy prezentów. Hmm. Nie mam nic przeciwko, ale kiedy ileś lat temu dostałam w jednej kopercie szczegółową listę rzeczy konkretnych marek wraz z zaproszeniem, poczułam się dziwnie.

    Polubienie

  3. Pouśmiechałam się trochę podczas czytania – miłe wspomnienia 🙂 Dobrze, że znajdują się wokół nas czasem ludzie, na których można liczyć. Niektórzy dość niespodziewanie!
    Cudowny gest z tym obozem 🙂
    No i warto być dobrym dla innych, szkoda czasu na kłótnie i wrogość. Życie jest za krótkie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Niestety ludzie coraz częściej tracą z oczu to, co najważniejsze. Dla nas był to sakrament. I o to szczególnie zabiegaliśmy. Okazało się, że nie trzeba milionów. Wystarczyło wspomnieć, że przez wiele lat śpiewałam w parafialnej scholi, a ta zrobiła nam niesamowitą oprawę muzyczną. Do tego obecność bliskich. A dziś przemysł kwitnie, a każdy zastanawia się ile włożyć do koperty. A czasem wystarczy obecność.
    A dobro przy Tygrysie. Podobnie, jak u Was. Do tego od zupełnie nieznanych nam osób. W pewnym momencie pogubiłam się, co komu mam zwrócić. Mam tylko nadzieję, że i ode mnie dobro wychodzi.

    Polubione przez 1 osoba

    1. No właśnie kojarzę, że o tym wspominałaś 🙂 Tzn. o tych odruchach serca przy Tygrysie. Niesamowite 🙂
      Co do sakramentów – pełna zgoda!

      Polubienie

  5. Oczywiście, że dobro wraca, doświadczyłam tego nie raz. Cudowne jest też to, że są tacy ludzie jak wy, którzy to widzą i potrafią docenić.
    Oczekiwanie zwrotu kosztów za jakąkolwiek uroczystość to brak taktu.
    Jeśli komuś bardzo na tym zależy, to może niech idzie na kompromis: „My nie zorganizujemy przyjęcia, a wy nie dacie prezentu” 😀 😀 😀

    Polubienie

    1. Bardzo mi się podoba ten proponowany kompromis. 🙂
      Idąc na jakiekolwiek przyjęcie jako gość, czuję się zobowiązana, żeby dać prezent i bardzo lubię to robić. Natomiast niekoniecznie lubię, kiedy ktoś mi narzuca, ile ten prezent ma być wart. I dlatego nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak robić.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s