Droga po szczęście

Różne formy porzucenia

baby-2387637_960_720

Jarzeniówka pod sufitem mrugała miarowo, wydając przy tym charakterystyczny, brzęczący dźwięk – irytujący niczym tykanie zegara, odmierzającego dłużący się czas. Staliśmy z P. w jednym ze szpitalnych pomieszczeń i czekaliśmy na drugie spotkanie z Księżniczką, rozmawiając w międzyczasie z przełożoną pielęgniarek. W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk noworodka. Spojrzałam pytająco na położną, ale pokręciła przecząco głową.

Nie, to nie państwa córeczka. Ona prawie nie płacze. Te dzieci, proszę państwa, one wiedzą. Zawsze inaczej się zachowują, jak gdyby czuły, że muszą dopiero zasłużyć na czyjąś miłość.

Ta wypowiedź, mimo że może odrobinę zabobonna, ścisnęła nam serducha. Księżniczka miała zaledwie kilka dni, trudno tu mówić o jej świadomości – także w kontekście porzucenia – ale wierzę, że intuicyjnie czuła, iż żadna z tych pań, które na zmianę ją karmią i przebierają, nie jest mamą.

Niedługo później trzymaliśmy już w ramionach nasze szczęście, po raz pierwszy zupełnie nagie… takie malutkie i bezbronne. To był właśnie moment, w którym się rozpłakałam.  P. zrobił mi wtedy zdjęcie… początkowo byłam zła, ale teraz uważam, że to dobrze. Tę chwilę należało uwiecznić, przede wszystkim dla Księżniczki. Odbyliśmy szybki kurs pielęgnacji noworodka, podczas którego położna opowiadała nam również o okolicznościach przyjścia małej na świat; okolicznościach trudnych i nieprzyjemnych, które do tej pory niełatwo nam przetrawić i z którymi kiedyś nasza pociecha będzie musiała się zmierzyć. W tamtej chwili wydawało mi się, że dziecka nie może spotkać nic gorszego, niż rozłączenie z mamą zaraz po narodzinach.

Dzisiaj, kiedy pierwsze emocje mam za sobą, jestem zdania, że istnieją różne rodzaje porzucenia, których wagę trudno ułożyć w jakąkolwiek hierarchię.

…………………………………………………………………………………………………..

girl-1863906_960_720

Gosię poznałam na zajęciach z angielskiego. Miałam 7 lat, ona 5 albo 6. Cierpiała na wyjątkowo silny jak na swój wiek lęk separacyjny. Kiedy tylko zamykały się drzwi za jej mamą, zaczynała płakać, a po chwili wymiotować. Nauczycielka zaproponowała tej mamie pozostawanie na lekcjach razem z dzieckiem, ale kobieta najwidoczniej nie mogła lub nie chciała sobie na to pozwolić. Gosia po dwóch czy trzech zajęciach przestała tam chodzić. Spotkałam ją ponownie w innej szkole językowej, kiedy obie chodziłyśmy już do liceów. Często wracałyśmy razem autobusem, rozmawiając przy okazji na różne tematy. Pamiętam taką lekcję, podczas której nauczyciel polecił nam opisanie jakiegoś wyjątkowego dnia z naszego życia. Wypowiedzi grupy (w tym moja) były raczej typowe: ktoś opowiadał o pierwszej randce z chłopakiem, ktoś o wymarzonej wycieczce albo wygranej w jakimś konkursie. Gosia rozegrała to inaczej. Drżącym głosem, zniekształcającym nieco jej całkiem dobry angielski akcent, powiedziała, że dla niej wyjątkowy dzień to taki, w którym oboje rodzice mają wolne i spędzają z nią czas. Mowa ciała dziewczyny wyraźnie wskazywała, że to wyznanie było autentyczne, a nie stworzone tylko na potrzeby realizacji zadania. W drodze powrotnej sama zresztą poruszyła ten temat. Opowiedziała mi, że jej rodzice są lekarzami, pracują w szpitalu i prowadzą prywatną praktykę, przez co ciągle nie ma ich w domu. Jeżeli nawet nie pełnią akurat dyżuru, to wyjeżdżają na sympozja i inne konferencje. Gosię wychowywała głównie babcia, która niedawno zmarła, potęgując jeszcze jej samotność. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło w tej wypowiedzi? Obie byłyśmy wtedy w wieku, w którym najchętniej oddala się od rodziców i marzy o samodzielności. Spotykałam się już wówczas z P., razem chętnie snuliśmy plany wyrwania się spod rodzicielskich skrzydeł, wspólnego zamieszkania i życia po swojemu. Tymczasem w Gosi cały czas „siedział” ten lęk separacyjny, takie nieprzepracowane poczucie porzucenia. Wciąż czekała na tę bliskość z rodzicami, której tak bardzo potrzebują młodsze dzieci. Nie mam z nią dzisiaj kontaktu, nie wiem, jak potoczyły się jej losy… ale zastanawiam się czasem, jak wyglądają obecnie jej relacje z rodzicami… i z własnymi dziećmi, jeżeli je ma.

………………………………………………………………………………………………………

baby-443390_960_720

Bożena zaszła w ciążę bardzo młodo. Mimo tego cieszyła się, marząc o ślicznej dziewczynce, której będzie szyła sukienki i plotła warkoczyki. Życie jednak rozczarowało ją podwójnie: ukochany chłopak ulotnił się na wieść o ciąży i nigdy nie wrócił, a zamiast upragnionej Patrycji na świat przyszedł Patryk, w dodatku z roku na rok coraz bardziej podobny do ojca. Bożena nigdy się z tym nie pogodziła, co też dawała synowi odczuć na każdym kroku. Zupełnie, jakby płeć i aparycja były czymś wybranym świadomie, na złość swojej rodzicielce. Obecnie Patryk jest dorosły. Z matką (która już nigdy z nikim się nie związała) nie utrzymuje kontaktu. Zmaga się z depresją, nie potrafi zbudować trwałej relacji z żadną kobietą.

…………………………………………………………………………………………………………..

Nie tylko całkowite opuszczenie dziecka jest równoznaczne z jego porzuceniem. Powyższych sytuacji nie da się porównać, chociaż mają wspólny mianownik. Nie można określić, która z nich jest najgorsza. Na pewno jednak wszystkie mają konsekwencje w dorosłym życiu, często nieodwracalne.

Reklamy

19 myśli w temacie “Różne formy porzucenia”

  1. Ludziom często się wydaje, że dzieci „porzucone” to bidulki w domach dziecka. Problemu dzieci, których rodzice (często oboje) wyjechali za chlebem lub w poszukiwaniu lepszego życia gdzieś za granicę można nie widzieć. A przynajmniej udawać, że się nie widzi tych eurosierot… a są ich tysiące.
    Dobrze, że napisałaś te notkę. I warto by jak najwięcej ludzi ją przeczytało.

    Pozdr
    M

    Polubienie

    1. Niedawno właśnie rozmawiałyśmy z Izzy na podobny temat. Opowiadałam jej o moim uczniu, dla którego zajęta karierą mama w ogóle nie miała czasu. Dzieciak w wieku „nastu” lat nie rozumiał wielu zasad funkcjonowania w społeczeństwie, bo nikt mu ich nie wytłumaczył…

      Polubienie

      1. Wydaje sie, że takie nieszczęścia spotykają dzieci w rodzinach z tzw marginesu. A tu zonk… Teoria sie nie sprawdza.
        Odrzucenie i zaniedbania zdarzaja sie takrze w rodzinach całkiem dobrze sytuowanych. Tylko tak zapracowanych, że na zajęcie się dzieckiem juz czasu brak.

        Polubienie

  2. To po prostu straszne, że tak się dzieje…a te maluchy tak nam ufają i patrzą na nas jak na centrum swojego świata… 😦
    PS. To zdjęcie Księżniczki? Duża dziewczyna! Cieszę się, że mieliście tyle szczęścia, żeby na siebie trafić :*

    Polubienie

    1. Nie, to nie jest Księżniczka, chociaż mogłaby być 😉 Wagę urodzeniową miała statystyczną, dopiero potem zaczęła ekspresowo rosnąć wzdłuż i wszerz. My też się cieszymy, że na siebie trafiliśmy. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  3. spokojnie, położne różne rzeczy opowiadają, jak to, że najwięcej kobiet rodzi w czasie pełni 😉 I wiesz, czasem lepiej porzucone – bo wtedy taka Księżniczka trafia na Was – niż katowane, bo znam opowieść o matce, co przypalała synka-niemowlaka, mszcząc się w pewien sposób na ojcu dziecka, który ją porzucił. Nie radziła sobie zupełnie, lepiej, gdyby synka oddała – ale wtedy by nie wpływały alimenty. Więc – uśmiechów dla Księżniczki i dla Was, wychowujcie się wszyscy zdrowo. Bo czasem mam wrażenie, że to dzieci nas wychowują, nie odwrotnie.

    Polubienie

    1. Nasłuchałam się podobnych opowieści na kursie dla rodziców adopcyjnych. W niektóre historie aż trudno uwierzyć, tak są okrutne. Zapamiętałam np. matkę (kiedyś nawet o tym pisałam), która nie przyznawała się do własnych dzieci, widując je na ulicy… (dzieci przebywały w rodzinie zastępczej w tej samej miejscowości)… albo taką, która z ulgą oddała dziecko pracownikom opieki społecznej, którzy przyjechali je odebrać, bo spieszyła się do kina. O „typowej” patologii, czyli używki+przemoc, nawet nie wspominam.

      Polubienie

  4. To „intuicyjne wyczucie” nie jest takie jedynie intuicyjne. Fakt, że świadomość kilkudniowa, ale dziecko przecież nie powstało kilka dni temu. Powstało ok 40 tygodni wcześniej i rozwijało się bardzo dobrze, odbierając wszystkie bodźce z otoczenia i kojarząc je. A jeszcze wcześniej połową materiału genetycznego była komórka jajowa, a drugą plemnik, który jej szukał „na węch” (wg najnowszych badań), więc… 🙂 😉

    Polubienie

  5. Mój Boże, ja jestem trochę jak ta Gosia… Najlepiej kojarzę chwile z mamą przy okazji wspólnych wczasów i świąt. A gdy już mogła spędzać ze mną czas, to wyprowadziła się za ocean. No, cóż, niektórzy nie czują potrzeby przebywania z dzieckiem. Każdego dnia dziękuję Bogu, że jestem zupełnie inną mamą.

    Polubienie

  6. myślę, że „porzucenie” malutkiego dziecka niekiedy może być aktem odwagi, troski i odpowiedzialności: ktoś zdaje sobie sprawę z tego, że nie może, nie chce, nie potrafi być dobrym rodzicem i zamiast krzywdzić – zapewnia normalne życie – poprzez „porzucenie”. w ten sposób myślę o „naszych” matkach biologicznych: kochały dzieci chociaż na tyle, żeby urodzić je w szpitalu, a potem zrzec się swoich praw, chociaż na tyle obchodził je ich los.
    uważam, że bardzo mądry napisałaś post – porzucenie i krzywda niejedno mają imię…

    Polubienie

    1. Akurat z mamą biologiczną Księżniczki sytuacja była mniej oczywista, ale zgadzam się co do meritum. Oddanie dziecka do adopcji nie zawsze jest (a przynajmniej nie tylko) „pozbyciem się problemu”. W wielu przypadkach wynika z troski o jego przyszłość.

      Polubienie

  7. No właśnie, słusznie zauważyłaś, że wcale nie trzeba porzucić dziecka w sensie dosłownym, żeby go porzucić, odtrącić. I ja niestety myślę, że to problem wielu rodzin. Zbyt wielu. Bo albo nie ma rodziców w domu, są zajęci pracą, albo są w domu, ale tak jakby ich nie było.
    Brak miłości rodziców, szczególnie matki, jest odczuwalny przez dziecko przez całe życie, taka zwykła tęsknota i mimo, że ma się już swoją rodzinę, która funkcjonuje dobrze, to z żalem wspomina się to, czego u nas zabrakło. A czasem zdarza się też, że taka osoba nie potrafi sobie ułożyć życia, gdyż nie ma pojęcia co to więź, poświęcenie, przywiązanie. Widać to wyraźnie w Twoich opowieściach.
    To trudne sprawy. I tak jak pisze Biedronka, czasem porzucenie jest aktem odwagi, by wejść na inny poziom myślenia, ponad otaczające nas stereotypy i dać dziecku szansę na lepsze życie, a czasem jest po prostu tchórzostwem i brakiem odpowiedzialności. Czasem też niemożnością poradzenia sobie ze swoim życiem.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s