Taka tam rodzina adopcyjna

Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca

Zgodnie z oczekiwaniami tegoroczna wigilia na pewno była niezapomniana, głównie w znaczeniu pozytywnym. Nie tylko dlatego, że to pierwsza z Księżniczką. Powodów było o wiele więcej. Zatem – po kolei.

Kilka minut przed „godziną zero” zjawił się mój tata, który w naszym mieszkaniu czuje się bardzo swobodnie, co 24 grudnia stanowiło tyleż błogosławieństwo, ile przekleństwo. Z jednej strony super, że sam sobie chowa buty do szafki, robi herbatę czy rozsiada się na kanapie; z drugiej, kiedy wszystko już jest gotowe na tip-top i pięknie nakryte, ojciec kręcący się po naszej malutkiej kuchni z ogromnym, pełnym earl greya kubkiem z napisem „THE BOSS” i przestawiający po swojemu krzesła przy stole… jak by to powiedzieć… nie jest najlepszym lekarstwem na przedwigilijną nerwówkę ;).

Teściowie przybyli równo z resztą gości i od razu rzucili się na wnuczkę, dzięki czemu mogliśmy z P. spokojnie podać do stołu.  Wspólne życzenia składał mój mąż jako głowa domu. Bardzo go lubię w tej roli. Przebiegu samej wieczerzy chyba nie ma co streszczać; minęła tradycyjnie i w przemiłej atmosferze. Nikt nikomu nie dogadywał ani nie kłócił się o politykę (czego się obawiałam, bo wśród zebranych znajdowali się zarówno zagorzali zwolennicy, jak i przeciwnicy obecnej władzy), za to wszyscy zachwycali się smakiem potraw. Nawet ciotka C. (ta od wymówek i sałatki jarzynowej), wzruszona, podziękowała, że wyciągnęliśmy ją z domu i może być w ten wieczór z nami.

„Fajerwerki” zaczęły się później, wraz z wniesieniem na stół ciasta. Ponieważ, jak już wiecie, większość naszych gości stanowili ludzie starsi, których (bądź co bądź) taka impreza bardzo męczyła, to, aby nie przedłużać, zbiegły nam się jednocześnie trzy rzeczy do zrobienia: podanie deseru, rozdanie prezentów i karmienie Księżniczki, która bardzo głośno i wyraźnie zaczęła manifestować głód (oraz, co tu ukrywać, znużenie).  Na jej wrzask każdy z obecnych zareagował po swojemu. P. poszedł przygotować mleko, teściowie próbowali małą rozbawić (z dokładnie odwrotnym skutkiem), pradziadkowie współczuli, że maluszek płacze, mój ojciec wzruszył ramionami, bo to przecież normalne, iż niemowlę robi awanturę o jedzenie. Ja nie zrobiłam nic, gdyż uznałam, że dwoje dziadków nachylających się nad bujakiem w zupełności wystarczy. Księżniczce żadna krzywda się przecież nie działa, zaś „amu” było już w drodze. A ciotka C.? Ciotka C. wyraziła niezadowolenie, że boli ją głowa od hałasu, zresztą kto to widział, żeby tak się drzeć. No ale nic to, sytuację opanowaliśmy. Dziecię zostało nakarmione i przebrane, a chwilę później zaniesione do łóżeczka na drzemkę. Ciotce jednak najwyraźniej ból głowy dał się we znaki, bowiem, zlustrowawszy wzrokiem talerze z ciastem, wypomniała nam brak makowca. „Lady, jak to nie piekłaś? Święta bez makowca, to nie święta”. Puściłam tę uwagę mimo uszu, chociaż miałam na końcu języka ripostę, że ciotka jako jedyna z gości nie przyniosła absolutnie niczego na wspólny stół. Wypominanie jej tego byłoby małostkowe i nie na miejscu, natomiast przyznaję, pomyślałam, że mogła chociaż kupić ten cholerny makowiec, jeśli tak jej był potrzebny do szczęścia. Nawiasem mówiąc, nie piekłam, bo za nim nie przepadam, a i nikt inny nie był tym ciastem zainteresowany, kiedy ustalaliśmy menu. Postawiliśmy sernik, piernik, tort węgierski i kruche ciasteczka. Moim zdaniem wystarczająco.

                                        Schody

Ze względu na nasze raczkujące tornado prezenty ustawialiśmy nie pod choinką, a na schodach. Podawaliśmy je gościom po kolei, co wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Jako pierwszy trafił w moje ręce akurat podarunek dla Księżniczki, która zresztą drzemała wówczas w swoim pokoju. Powiedziałam więc, że paczuszka jest dla małej (J., to była ta od Ciebie!) i że otworzymy ją, kiedy adresatka już wstanie. I wtedy nastąpiła kulminacja, kwintesencja i eksplozja usposobienia ciotki C. „No chyba przesadzacie!” – stwierdziła obrażona – „Księżniczka w ogóle nie powinna dostać prezentu, bo jest niegrzeczna!” Jako pierwszy zaoponował mój teść, który przecież miał jeszcze świeżo w pamięci naszą przeprawę z przychodnią specjalistyczną i godny podziwu spokój malutkiej. Gdzieniegdzie podniosły się głosy protestu, natomiast ciotka, niezjednana, oznajmiła: „Jest niegrzeczna, bo krzyczała i nie dała zjeść w spokoju”. Tia. Krzyczała dwa razy. Pierwszy, kiedy prześliczna wieczorowa sukienka (Ahaja, uściski!!!) przeszkadzała jej w raczkowaniu, drugi, kiedy zgłodniała. Zastanawiam się, czy dzieci, a później wnuki ciotki C.  potrafiły w tym wieku siedzieć przez trzy godziny wśród tylu ludzi w jednym miejscu i w całkowitym milczeniu… Jeżeli tak, to sama nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Niestety, ciotka musiała jakoś pogodzić się z faktem, że najwięcej prezentów było właśnie dla Księżniczki, co nas akurat wcale nie zdziwiło. Na sam koniec wysłuchaliśmy jeszcze piętnastominutowego (z zegarkiem w ręku!) wykładu na temat tego, że nie dysponujemy w domu łyżką do butów, a powinniśmy.

Przez moment po wyjściu gości byłam zła, ale chyba mogę zrzucić winę za ten stan na zmęczenie. W gruncie rzeczy jest mi ciotki żal. Wśród rodziny krążą o niej legendy, które znałam od bardzo dawna, ale nie miałam okazji przekonać się na własnej skórze o jej specyficznym podejściu do życia, a zwłaszcza do bliźniego. Mam wrażenie, że ona nie jest do końca świadoma tego, iż zraża do siebie innych. Nie sądzę, aby robiła to z premedytacją. Taki po prostu ma charakter. Chętnie zaproszę ją na wigilię również w przyszłym roku. Upiekę nawet ten makowiec i kupię łyżkę do butów, niech ma. Tylko tak sobie gdybam, że mnie jest łatwo, bo nie obcuję z ciotką na co dzień.  Nie jest moją siostrą, matką ani teściową…

Mojej mamie też zresztą daleko było do ideału, chociaż na pewno nie chciała dla mnie źle. W tych naprawdę złych momentach tata próbował jej tłumaczyć, że jeżeli nie zmieni swojego postępowania, to zostanie sama na starość; że pewnego dnia zamknę za sobą drzwi i już nie wrócę. Nie wiem, czy byłabym do tego zdolna, chociaż przyznaję, że i takie myśli krążyły mi po głowie. W każdym razie przypuszczam, że taki właśnie los spotkał ciotkę C. Jej dzieci wyjechały za granicę i bardzo rzadko ją odwiedzają. Nawet podczas pobytu w rodzinnym mieście wpadają najwyżej na przysłowiową kawkę i uciekają do znajomych albo dalszych krewnych. Faktem jest więc, że ciotka nie ma na miejscu nikogo, na kogo mogłaby liczyć. Dlatego zaprosiliśmy ją na wigilię… i być może dlatego ciotka C. stała się gwiazdą wieczoru.

 

Reklamy

11 myśli w temacie “Wigilia bez rodziny jest jak ciotka bez makowca”

  1. Czemu tak jest, że każda rodzina ma taką swoją ciotkę? Może po równo kiedyś takie rozdawali? 😉
    Poza tą „gwiazdą” cieszę się, że Gwiazdka się udała – dobry pomysł z tymi schodami 🙂 U nas Bobo nie rozszabrował prezentów, bo przez godzinę wył wczepiony w Dziubasa i nie mogliśmy zacząć 😉 Obudził się niewyspany w nowym miejscu, dookoła ludzie i nie wiadomo co się dzieje. Pomogło coś słodkiego 😛

    Polubienie

  2. Rodzina, ach rodzina… Każda ma taką ciotkę. Gorzej, jak więzi są bliższe i pielęgnujemy je tylko z poczucia obowiązku. Przykre to, ale nauczyłam się, że należy dbać o własną rodzinę. Ciotka i tak się nie zmieni.
    U nas po świętach metraż za mały na te wszystkie tygrysie dobrodziejstwa. Jak się jest jednym dzieckiem w rodzinie, to się ma 🙂

    Polubienie

    1. Jejku, jakbyś o mnie pisała. A dwa ostatnie zdania to już w ogóle! U nas trudno już przejść po mieszkaniu, żeby na coś nie nadepnąć albo o coś się nie potknąć. A przysięgam, że sprzątam!!!

      Polubienie

  3. Super pomysł na prezenty! Co do ciotki to z jednej strony jest tak, że lepiej się taką nie przejmować, a z drugiej co napsuje krwi to napsuje. Coś o tym wiem 😉 Na następny rok po prostu zrób makowiec, bo tak jak pisze mama Tygryska, ciotka i tak się nie zmieni 😉

    Polubienie

  4. Muszę tu u Ciebie pochwalić moją żonę bo dała radę ogarnąć przygotowania do Wigilii dla 19 osób. Bo tyle było u nas przy trzech stołach…
    Ale w tym było 6 dzieci i każde zachowywało się jak dziecko. Nawet nie było szans by uwagę skupić na jednym. Więcej szumu było po stwierdzeniu, że ktoś usiadł na placku i że nie było to żadne z dzieci bo ślad „pupy”, który w cieście pozostał był w wymiarze niedziecięcym. 😉
    Na każdym przyjęciu musi znaleźć się jakaś ciotka lub wujek, który powie coś nie tak lub usiądzie na blasze z kremówką. :))

    Pozdr
    M

    Polubienie

    1. 19 osób? Twoja żona właśnie została moją bohaterką! 🙂
      A co do kremówki… hehe :). U nas nikt na szczęście na placku nie usiadł, ale parę lat temu zdarzyło się, że piesek teściów wszedł do blachy z sernikiem i całkiem dokładnie posprzątał jej zawartość. Bardziej martwiliśmy się o psa, niż o stracone ciasto. Na szczęście poza ogromnym wzdęciem nic mu nie było 😉

      Polubienie

  5. Ło matko!
    Następnym razem kupcie jej w prezencie tę cholerną łyżkę do butów. 😀
    Księżniczka niegrzeczna! Księżniczka niegrzeczna! Może i ta ciotka samotna, wiesz, ale już jej nie lubię!
    Coś chyba się te nasze dzieci zmówiły, bo widzę, że i u Dziubasowej to samo:) Tamaluga (też w wieczorowej kiecce) wyjątkowo nie spała w dzień, i tuż przed wieczerzą wyła, stawała na głowie i za wszelką cenę próbowała ją z siebie zdjąć. Na szczęście Mikołaj załagodził sytuację 😀
    Buziaczki dla was i najmocniejsze dla wiadomo kogo 🙂

    Polubienie

    1. Księżniczka i owszem, bywa niegrzeczna! I to jak! Tylko że „niegrzeczność” u 9-miesięcznego dziecka wg mnie objawia się tym, że rodzic mówi „nie”, a dziecię z łobuzerskim uśmiechem dalej swoje… a nie tym, że płacze z głodu i zmęczenia.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s